środa, 16 sierpnia 2017

Helisa

Kiedyś przeczytałam "Blackout" Elsberga i uznałam, że co prawda to była kiepska książka, ale w sumie sprawiła mi pewną frajdę, więc zaryzykuję "Helisę"; no i akurat czytam dwie duże księgi o genetyce ("Gen" i "Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli"), to się jakoś wpasuje. Guilty pleasure.
Nie powiem, zaważył też fakt, że mogłam ją mieć za 10 zł.. I to, że w czasie ostatnich upałów zwyczajnie nie mogłam się skupić na czytaniu niczego trudnego.

I tak o.
Jeśli myślałam, że "Blackout" miał przynajmniej bazę w postaci niezłego researchu, więc można było się przy nim umiarkowanie rozerwać, to tutaj brak umiejętności pisarskich autora nie miał już żadnego oparcia w ciekawostkach i wiedzy. Tutaj całkiem nie taki zły pomysł został rozwleczony jak trup po asfalcie i zmiażdżony brakiem pomysłu na postacie oraz chęcią napisania Bardzo Grubej Książki.

UWAGA SPOILERY!



Książka ma 669 stron, ale dokonam cudu i opowiem Wam, co się tam wydarzyło, w jednym akapicie. Otóż ktoś produkuje super inteligentne, zmodyfikowane genetycznie dzieci, a te dzieci wymykają się spod kontroli - jedno z nich chce ratować ludzkość, produkując po kryjomu rośliny i zwierzęta GMO odporne na choroby, suszę i wszystko, żeby wyżywić np. Afrykę, a drugie chce zawładnąć światem, morduje ważnego polityka i chce, żeby świat zapełniły kopie jego samego. BUAHAHA, evil plan, źli ludzie, złe koncerny, biedne bezdzietne małżeństwa, itd.... Over.

A to wszystko upchnięte w jakąś dziwną intrygę bez rozumu, z koszmarnymi dialogami, z postaciami bez wyrazu. Akcja ciągnie się jak mordoklejka, większość czasu autor opisuje jak ludzie się przemieszczają z kontynentu na kontynent oraz knują półsłówkami, które mają zaciekawić, ale sprowadzają się do tego, że głównie nużą, bo ileż można czekać, aż stanie się coś konkretnego?

Rozstrzygnięcie to kilkadziesiąt stron, na których nie dowiadujemy się niczego konkretnego. Mimo że ja nie mam nic do otwartych zakończeń, to tym razem sprowadza się to do tego, że po przebrnięciu przez prawie 700 stron pierdololo bez ładu i składu, nadal nie wiemy, jaki jest finał eksperymentu i co będzie dalej. NO TO PO CO W OGÓLE ZACZYNAĆ TEMAT???

Nie czytajcie, to już "Blackout" lepszy. W sumie teraz to mi się nawet całkiem dobry wydaje. W porównaniu z.

A teraz chłodniej, to wracam do lektury "Genu".



wtorek, 15 sierpnia 2017

Pikantne historie dla pendżabskich wdów.

Kupiłam tę książkę z kilku niepoważnych powodów - pierwszy to taki, że bardzo mnie rozbawił tytuł (coraz trudniej o dobry tytuł ;)). Drugi to taki, że okładka jest bardzo ładna, a trzeci, bo akurat była wyprzedaż w księgarni.

Na początek ostrzeżenie - ja bardzo, bardzo źle znoszę tzw. obyczajowe powieści, bo zbyt rzadko są one dobrze napisane, za często w trakcie zmieniają się w romans i nużą mnie okropnie. Poza tym, jako olbrzymia fanka Alice Munro, mam wysokie wymagania. ;) Bierzcie więc na to poprawkę, bo mogę utyskiwać na niektóre rzeczy wyłącznie dlatego, że zupełnie nie trafiają w mój gust. 

Kot jest dorosły, więc może już czytać pikantne historie.

Nikki mieszka w Londynie, a jej rodzice urodzili się w Indiach. Ona sama stoi w rozkroku między dwoma kulturami, choć wyprowadziła się z domu, a jej siostra marzy o dobrze zaaranżowanym małżeństwie. 

Southall, Małe Indie (i Singapur) Londynu, to dzielnica, w której Nikki znajduje pracę jako nauczycielka pisania dla dojrzałych kobiet, a konkretnie wdów chodzących do miejscowej świątyni. 
Lekcje szybko przekształcają się w miejsce snucia erotycznych opowieści przez samotne, słabo mówiące po angielsku i często znudzone monotonnym życiem kobiety. Pod długimi sukniami, pod kolorowymi chustami, pod ortodoksyjną otoczką, kryją się pragnienia i doświadczenia, o których mówi się wyłącznie w towarzystwie innych kobiet o podobnym pochodzeniu i przeżyciach.

W tle są oczywiście mroczne porachunki, radykalne religijne oszołomy i opresyjna kultura. Oraz mężczyźni, którzy chyba przynoszą więcej kłopotu niż pożytku. Na pierwszym planie są opowieści wdów - krótkie erotyczne opowiadania pełne pobrzękujących bransolet, zakazanych romansów, bollywoodkich fantazji i niesfornych służących (oraz męskie narządy płciowe o imponujących rozmiarach). 

Książka nie jest wybitnym arcydziełem, ale nie można jej odmówić pewnej oryginalności. Ciekawe jest środowisko, w którym rozgrywa się akcja, ale nie mam pojęcia, ile z jego szczegółów to fantazja autorki, a na ile jej wiedza, ale pragnę wierzyć, że jednak całość ma jakieś zakorzenienie w rzeczywistości, bo Balli Kaur Jaswal pochodzi z Singapuru. 



Najlepsze językowo są tytułowe pikantne historie. Są pisane surowym, niewyszukanym językiem, ale z orientalnym "kiksem", który przywodzi na myśl baśnie tysiąca i jednej nocy. Cała reszta jest poprawna, czyta się lekko i nada się w sam raz na leżaczek w słońcu. Choć nie wydaje mi się, żeby to była książka, która przejdzie do historii czymś więcej, niż świetnym tytułem, nie jest to lektura głupia ani męcząca. Nic mnie w niej szczególnie nie drażniło (może poza cukierkowym zakończeniem, ale to chyba taki gatunek po prostu), a jej siła leży w feminizmie - bohaterkami są tam bowiem kobiety w sile wieku; tak zwane starsze panie, które nadal mają prawo do życia erotycznego, do uczuć w kulturze przynależnych młodym ludziom. To jedna z największych zalet tej książki.

- Jadąc autobusem, rozmawiałyśmy o naszych opowiadaniach - odezwała się Manjeet.
- W autobusie? Czy ktoś mógł was usłyszeć? - zapytała Tarampal.
- Nikt nie podsłuchuje starszych pań. Nasze rozmowy są według innych monotonnym bzyczeniem. Wydaje im się, że rozmawiamy o bólu kolan lub planach pogrzebowych - rzuciła Arvinder.

Jeśli szukacie lekkiej książki, która nie obrazi waszego rozumu, to jest pozycja w sam raz. Ostrzegam - to na pewno książka dla dorosłych. ;) 

niedziela, 6 sierpnia 2017

Nowe obrazki.

Nasza rodzina powiększyła się o kilka książek z obrazkami. :) Mam dla Was krótkie streszczenie.

Na początek steampunk - "Niezwykła podróż" od mało znanego wydawnictwa Kurc.
Francuski komiks o kuzynostwie z bogatej rodziny, które zostaje wplątane w Verne'owską przygodę. Rysunki Silvio Camboniego są prześliczne i wizualnie ten komiks ma bardzo wiele do zaoferowania, ale fabularnie mnie nie porwał.
Intryga jest niejasna, wątki pourywane (pewnie wyjaśnią się w kolejnych tomach, ale jednak - za wiele tych niewiadomych jak na 48 stron), relacje między bohaterami bardzo niedookreślone.
Nie wciągnęłam się, nie tęsknię za kolejnym tomem, ale obrazki oglądam z przyjemnością.
Można podsunąć dziecku w wieku wczesnoszkolnym, bo to bardzo niewinny tomik.




Kolejna zdobycz, to opowieść z baśni tysiąca i jednej nocy - "Hasib i królowa węży" Davida B.
Komiks (także francuski), wydany przez Kulturę Gniewu, to orientalna opowieść o młodym drwalu Hasibie, który - uwięziony w studni po miodzie - spotyka królową węży, która opowiada mu swoją historię - pełną pościgów, walk z mitycznymi stworami i kapryśnych bóstw.

Dużo akcji, klimat mocno arabski i egzotyczny, a wszystko narysowana w bardzo charakterystyczny, wyrazisty sposób.
Spokojnie można dać do poczytania już siedmiolatkowi, ale prawdziwą radochę przyniesie jednak starszym. :)




W Polskim wydaniu książka łączy oba oryginalne tomy w jeden zbiór. We Francji są to dwa woluminy - okładka drugiego wygląda tak ślicznie w oryginale:


Trzecie cudeńko (znowu Francja!), to komiks ewidentnie dla dzieci (nawet pięciolatek da radę), ale mnie oczarował i kupił w całości. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów (a jest ich kilka).

"Hotel dziwny" dwojga Ferrierów to bajka o zaginionym panu Wiośnie w świecie pełnym chochlików, trolli i stworków jakby żywcem wyjętych z Muminków, Miyazakiego albo Hildy (tej od trolla ;)).
To prześliczna wizualnie i fabularnie opowiastka dla najmłodszych z cudowną, bezpieczną atmosferą, gdzie, co prawda, krążą złośliwe potwory, których lepiej unikać, ale grupka ekscentrycznych przyjaciół (na co dzień pracujących w hotelu dla podobnych sobie) jest w stanie rozwiązać każdy problem (lepiej lub gorzej). Brzmi niewinnie i nieciekawie, ale to po prostu przesłodka rzecz (aż się chce powiedzieć, że "cute"). :)




A na koniec nieco bardziej ponuro - picture book z polskiego podwórka, od wydawnictwa Austeria (które bardzo lubię).

"Wędrówka Nabu" to bajka o uchodźctwie dla dzieci, które jeszcze są za małe, żeby czytać "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo".

Jarosław Mikołajewski napisał opowieść bardzo metaforyczną i dającą szerokie pole do interpretacji. W połączeniu z niepokojącymi, oszczędnymi ilustracjami Joanny Rusinek całość tworzy bardzo niezwykłą książkę o małej dziewczynce, której dom płonie, a ona szuka ucieczki, ale odbija się od niewidzialnych murów, od ludzkiej nieżyczliwości; rani się o niewidzialne druty, a po długiej podróży wciąż nie wie, czy zostanie w bezpiecznym miejscu, czy zostanie odesłana do płonącego domu.

Książka nawet dla starszego przedszkolaka. Ma mało tekstu, ale dużo treści. Dobra na początek dyskusji o pomaganiu ludziom, którzy uciekają przed złem.