Kącik nowości i zapowiedzi na miesiąc przed świętami. :)

Kącik nowości i zapowiedzi na miesiąc przed świętami. :)

Kilka nowości i zapowiedzi do przedświątecznych zakupów. 

Na początek książki już dostępne w niektórych księgarniach.

1. Kontynuacja Baśnioboru (w Bonito jeszcze nie ma, w Empiku już na półkach) i kolejna świąteczna opowieść autora cudownego "Chłopca, zwanego Gwiazdką"



Na dniach ukażą się natomiast:

2. Od Dwóch Sióstr kultowa (podobno) powieść holenderska "List do króla"

W noc poprzedzającą pasowanie na rycerza 16-letni Tiuri czuwa z przyjaciółmi w królewskiej kaplicy. Nagle słyszy zza okna rozpaczliwe wołanie. Łamie zasady i wychodzi na zewnątrz. Nieznajomy mężczyzna w habicie powierza mu tajny list i prosi, by Tiuri zawiózł go rycerzowi, który zatrzymał się w pobliskim zajeździe. Kiedy jednak chłopak dociera na miejsce, rycerza tam nie ma. I wkrótce okazuje się, że to najmniejsza z trudności, z jakimi Tiuri będzie musiał się zmierzyć…

Tak zaczyna się długa, pełna przygód podróż i niebezpieczna misja, która może kosztować go życie. Czy zdoła dostarczyć królowi zza Gór Wielkich wiadomość, od której zależą losy kraju?

List do króla został uznany za najlepszą holenderską powieść młodzieżową drugiej połowy XX wieku i stał się światowym bestsellerem – sprzedał się w łącznym nakładzie ponad miliona egzemplarzy i doczekał się ekranizacji.


Z Zakamarków, jak co roku od paru lat, książka - kalendarz adwentowy, podzielona na 24 rozdziały. Premiera zapowiedziana jest na 20. listopada, ale chyba nigdy nie ukazała się na czas. Zawsze dopiero w okolicach drugiego grudnia dawało się ją kupić. Oby tym razem było inaczej: 


Nowy Davies od Znaku w księgarniach także 20. listopada, a na stronie wydawnictwa chyba już dostępny. Świetny prezent pod choinkę. 


A Sonia Draga wypuszcza album, bardzo prezentowy, dla lubiących książki do oglądania. Sama raczej się nie skuszę, ale wygląda wystarczająco okazale i interesująco, żeby można było dać komuś pod choinkę bez wstydu. ;) To też chyba fajna książka-prezent dla nastolatka. Atlas Osobliwości:





3. W grudniu będzie można za to kupić pozycję absolutnie obowiązkową. Życie i czasy Sknerusa to wspaniały komiks. Nie dajcie się zwieść temu, że to Kaczor Donald. To jest absolutnie wspaniała opowieść Dona Rosy, nie wznawiana w Polsce od wielu lat, ale Egmont zrobił nam niespodziankę i będzie można go kupić już 7. grudnia. Zacieram ręce i wzdycham tęsknie:


4. Kolejna grudniowa premiera to następna efektowna pozycja od Dwóch Sióstr. Atlas architektury dla starszych dzieci. Zapowiada się ślicznie:



5. Na koniec zapowiedź styczniowa od Czarnego. Wrzucam, żeby nie zapomnieć. Kolejny tom serii amerykańskiej. Tym razem o słynnej sprawie gwałtów na amerykańskich uczelniach. To może być świetny reportaż. Do kupienia po Nowym Roku, 17. stycznia.


To by było na tyle na dzisiaj. Miłych zakupów!
Mężczyźni objaśniają mi świat

Mężczyźni objaśniają mi świat

Mój feminizm budowałam latami.
Latami też, będąc młodą kobietą, nie zauważałam gęstego, ale przezroczystego kisielu patriarchatu, w którym jesteśmy zanurzeni.

Z wiekiem dojrzałam do wielu spraw, przeczytałam setki książek, obejrzałam kawałek świata, moje dziecko urosło, a ja przestałam się martwić "co ludzie powiedzą". I teraz, mając zmysły wyczulone, zauważam te wszystkie rzeczy, o których pisze w swojej niewielkiej, acz ważnej książeczce Rebecca Solnit.



Właściwie nie dowiedziałam się z niej nic nowego, ale nadal uważam, że to jest bardzo istotna książka właśnie dlatego, że jest taka niewielka. Może ją przeczytać każdy, bo jest napisana prostym językiem i choć statystyki, którymi się posiłkuje autorka, żeby przedstawić problemy, o których pisze, dotyczą Stanów Zjednoczonych, to nie zmieniają one niczego w odbiorze tej książki. Polska wcale tak bardzo się od Ameryki nie różni. Polscy mężczyźni nie są wrażliwsi, a polskie statystyki dot. np. przemocy wobec kobiet (czasami podawane przez tłumaczkę tam, gdzie są dostępne i można je porównać w przypisach) wcale nie są lepsze. A ta mała granatowa okładka kryje ważny wstęp do odkrycia w sobie feministki lub feministy.

Przy okazji akcji #metoo mleko się wylało. Nie, nie mleko. To jakby wrzucić granat do szamba. Dlatego teraz, na fali zrozumienia, jak opresyjna potrafi być kultura wobec kobiet, postanowiłam napisać parę słów o tej książce, prosząc jednocześnie, żebyście ją przeczytali i podsuwali do czytania tym, do których jeszcze nie do końca dociera. Niezależnie od płci.

Zbiór esejów Solnit zaczyna się od opowieści o zacnym panu dobrego, inteligenckiego domu, który swojemu gościowi - dorosłej kobiecie, pisarce, zaczyna wyjaśniać jej własną książkę. Mansplaining to jedna z tych drobnych rzeczy, które - choć pozornie niegroźne - są objawem większej sprawy, sprawy śmiercionośnej dla kobiet. Tą sprawą jest założenie, że kobiety są głupsze. Że kobiety potrzebują męskiego przewodnika. A może nawet właściciela, jeśli posunąć to ledwie o krok dalej. Skoro są głupie, to nie mogą za siebie odpowiadać. Skoro są głupie, niech zejdą nam z oczu, niech pozwolą nam rządzić światem, niech znikną, nałożą na twarz zasłony i zajmą się dziećmi w zamkniętym domu. Niech nie przeszkadzają. Niech służą w milczeniu. Są własnością mężczyzn i można z nimi zrobić wszystko. Są przedmiotami.

Zauważyliście, że przy okazji akcji #metoo pisało się dużo o tym, ile kobiet zostało skrzywdzonych, ale nie o tym, ilu mężczyzn krzywdzi?

"Więcej czasu poświęca się na wyjaśnianie kobietom, co mają robić, żeby przeżyć w świecie pełnym drapieżników, niż na przekonywanie [mężczyzn], żeby nie byli drapieżnikami."

Świat kobiet składa się z wiecznego lęku. Czy mogę iść do klubu sama? Czy nikt mnie nie skrzywdzi nocą na spacerze? Czy powinnam wybrać się w podróż bez towarzystwa? Czy dany kraj jest na tyle bezpieczny dla kobiet, że mogę się tam wybrać?

A to wszystko wynika z tych pozornie mniejszych problemów - ja na przykład nie znoszę załatwiać różnych spraw przez telefon, zwłaszcza rozmawiać z tzw. fachowcami, bo wielu z nich nie rozmawia ze mną jak z osobą równą sobie. Kiedy budowaliśmy dom, często podejmowałam decyzje o różnych technicznych rozwiązaniach, ale niektórzy wykonawcy pytali w trakcie rozmowy, czy nie lepiej, żebym zapytała męża o zdanie. I nie chodziło im o to, że powinniśmy w małżeństwie wspólnie podejmować decyzje, ale o to, że ja pewnie nie wiem, co mówię.

Kiedy kupowałam mieszkanie dla teściowej, jeździłam je oglądać i kobieta z agencji nieruchomości przekonywała mnie, że powinnam je jeszcze raz obejrzeć, ale tym razem z mężem, bo "co męskie oko, to męskie oko". Odpowiedziałam, że penis nie jest potrzebny do oglądania mieszkania. Pani zeszła z ceny, ale tamtego mieszkania i tak nie kupiłam. Po wielu latach wynajmowania mieszkań i wybudowaniu własnego domu, miałam taką samą wiedzę na temat tego, co chcę kupić, jak mój mąż. Nie potrzebowałam jego gonad, żeby zobaczyć, czy coś mi się podoba.

Ostatnio sprzedawałam auto i spotkałam mężczyznę, który - bez konsultacji ze mną - umówił przez telefon przegląd mojego auta w wybranym przez siebie serwisie. Tak jakbym miała obowiązek się dostosować. Nie zrobiłby tego samego z moim mężem, jestem o tym przekonana.

Dzielenie świata na męski i żeński, to broń obosieczna. Spotykam się ciągle z kobietami, które uważają, że ktoś POWINIEN coś zrobić, bo jest mężczyzną. Np. powinien umieć zmienić koło, powinien nie płakać, powinien "zachować się jak mężczyzna", czyli np. walczyć na wojnie, zamiast uciekać przed śmiercią. Brak równości płci szkodzi wszystkim. Mnie, Tobie, mojemu synowi, mojemu mężowi, całym krajom i narodom.

O tym są eseje wydane przez Karakter. Jeśli nie chcecie czytać o czymś, co już wiecie, to nie szkodzi. Kupcie dla kogoś, kto jeszcze nie wie. Zwłaszcza w czasach, w których policjanci wyzywają kobiety od kurew, a politycy chcą znowu zagnać kobiety do kuchni i zamknąć je z dziećmi - chcianymi i niechcianymi - w domach.



Na koniec jeszcze jedna opowieść - kiedyś kierowca tira rozwalił mi auto. Mnie i jeszcze jednej kobiecie, która stała obok na światłach. Nikomu nic się nie stało, ale samochody były bardzo uszkodzone - z mojego nie dało się wysiąść, bo drzwi od strony kierowcy były strzaskane. Odjechałyśmy na bok, tirowiec chciał sobie pojechać, bo mu się spieszyło. Nie zgodziłam się, co wywołało jego nieme, acz wyraźne zdziwienie. Wezwałam policję. Żadna z nas, poszkodowanych, nie wrzeszczała, nie klęła, nie awanturowała się. Siadłyśmy z boku i czekałyśmy na rozwój wypadków. Kierowca tira okazywał swoje niezadowolenie, sapiąc. Kiedy przyjechał radiowóz, winowajca pobiegł prosto do policjanta, oczekując męskiej solidarności. Używał stwierdzeń takich jak "no panowie, sorry za zawracanie głowy, ale PANIE SIĘ PRZEJĘŁY i UPARŁY". Sugerował, że histeryzujemy. Że to fanaberia babska, wzywać policję do wypadku. I tutaj policjant zachował się znakomicie, bo nie przyjął tej fraternizacji, był profesjonalny, bezstronny i wlepił wysoki mandat tirowcowi, który przyznał się do swojej winy, "bo tam są kamery".

Popłakałam się później, jak wszyscy pojechali. Z emocji, z nerwów, ze wszystkiego. Miałam do tego prawo. Tak samo do tego miałby prawo dowolny mężczyzna w tej sytuacji (ale pewnie wolałby paść na zawał).

W czasie tego wszystkiego nie zestresowałam się nawet w połowie tak bardzo tym, że auto jest strzaskane, jak tym, że MUSZĘ UDOWODNIĆ, że jestem kompetentna. Że wiem co mówię o tym, co się stało, że muszę brzmieć tak profesjonalnie, jak się da, żeby ktoś mi uwierzył, że to nie moja wina. Na szczęście policjant był normalnym człowiekiem, ale byłam nastawiona na walkę.

I ja nie chcę tej walki w każdej dowolnej sytuacji. Ostanie badania pokazują, że w szpitalach mniej się wierzy w kobiecy ból, niż w męski. Że pacjenci umierają częściej po operacjach chirurgów mężczyzn, niż chirurgów kobiet. I to nie dlatego, że kobiety są lepszymi chirurgami, ale dlatego, że one po operacji nie wstydzą się czuwać przy pacjencie. Nie muszą udawać, jak mężczyźni, że są bogami i mogą zapomnieć o operacji pięć minut po niej. Mogą się martwić i nikt im nie wypomni, że są "cieniasami".

Przykłady mogę mnożyć. Dlatego - jeszcze raz - przeczytajcie na początek Rebekę, a potem sięgajcie głębiej. Niech świat wreszcie zacznie się zmieniać na lepsze.
Dom, który się przebudził.

Dom, który się przebudził.

Kiedy usłyszałam o książkowym mariażu Widmarka z Dziubak, byłam bardzo podekscytowana. Oto jeden z lepszych pisarzy dziecięcych z jedną z najwspanialszych polskich współczesnych ilustratorek. Co by to nie było, kupiłabym. I kupiłam, a teraz mam bardzo mieszane uczucia (choć nadal nie żałuję, że wydałam pieniądze, więc może nie jest tak źle).

Zacznijmy od tego, co dobre.



Przede wszystkim książka jest przepięknie, starannie, kolekcjonersko wydana. Mamania zrobiła tutaj kawał dobrej roboty. Okładka jest matowa, stylizowana na nieco wytartą i starą, ma ładnie zaokrąglone rogi, a papier jest kredowy, gładki, kolory wyraziste. Wszystko jest ślicznie zaprojektowane. Cacko z dziurką.

Poza tym - Emilia Dziubak narysowała książkę tak pięknie, ale to tak pięknie, że choćby nie było tam napisanego ani jednego słowa, książkę warto byłoby kupić. I czasem myślę, że ta historia bez słów Widmarka, byłaby bardziej poetycka, bardziej szeroka, mniej płaska.



Oto mamy Larsona, Larson jest stary i zrzędliwy. Mieszka sam, życie upływa mu na rozpamiętywaniu szczęśliwej przeszłości. To są dobre wspomnienia o żonie malarce, dzieciach, które dorastały w domu, w którym żyje, o kwiatach, które już przekwitły. Tkwi w słodko-gorzkim marazmie, okna są brudne, dom jest duszny.

Aż pojawia się chłopiec z sąsiedztwa, który na czas wakacji zostawia starcowi pod opieką doniczkę z nasionkiem. I to oczywiście w kilka dni odmienia życie Larsona, który pod wpływem kiełkującego życia myje okna, przestaje co wieczór mówić zmarłej żonie dobranoc (strasznie mnie to zasmuciło z jakiegoś powodu) i wybiera się do rodziców chłopca na wino.



NO WEŹCIE!

Ja wiem, że to książka dla dzieci, która ma mówić, że małe gesty mogą przynieść duże zmiany, ale tutaj mamy gnojka, który wdziera się późnym wieczorem do domu sąsiada, który go w życiu na oczy nie widział, zostawia bez pytania kwiatka pod opieką i znika na długie tygodnie. I od tego ma się komuś poprawić?

Pamiętacie "Wigilię Małgorzaty"? To też była książka o starości, która ma swoje samotne strony. Też pojawiał się tam w zastanym świecie jakiś promyk z zewnątrz, który jednak wnosił raczej rozbicie monotonii, jakieś pozytywne refleksje, zamiast totalnej rewolucji, która wydaje się tak absurdalna, że aż trudno mi się z niej otrząsnąć.


Kiedy próbuję dopisać historię do obrazów bez czytania, książka wypada o wiele lepiej, a historie, które się w głowie wtedy układają, mają mniej łopatologicznego przekazu, a więcej niuansów i potrzebnych niedopowiedzeń.

Podsumowując - książka przepiękna wizualnie, treść raczej z tych naiwnych (pomijając piękny wstęp o małżonce - ale od momentu, w którym wkracza chłopiec, historia zdycha).
Miło mieć i oglądać bez przywiązywania się do słów Widmarka.


Zapiski z Rakki

Zapiski z Rakki

Od chwili, kiedy Daisz rozpoczęło okupację Rakki, stała się ona jednym z najbardziej izolowanych i zastraszonych miast na świecie.
Zakazano tam sprzedaży odbiorników telewizyjnych, karalne stało się noszenie spodni o nieprawidłowej długości, a korzystanie z telefonów komórkowych uznano za niewybaczalne przestępstwo.
Odcięto dostęp do miasta dziennikarzom, a za kontakt z przedstawicielami zachodnich mediów groziło ścięcie.
Mimo wszystkich tych ograniczeń po kilku miesiącach stresujących i przerywanych rozmów telewizja BBC zdołała skontaktować się z niewielką grupą aktywistów, Asz-Szarkijja 24. Jeden z jej członków, narażając się na wielkie ryzyko, zgodził się opisać swoje osobiste doświadczenia z tego okresu.
Widząc bestialskie mordy, których ofiarami padli jego przyjaciele i krewni, i będąc świadkiem całkowitego rozkładu życia społecznego i lokalnej gospodarki, Samir walczy z Państwem Islamskim w jedyny możliwy dla niego sposób: przekazując światu, co dzieje się z jego ukochanym miastem.

Tyle od wydawcy, ale to istotny wstęp do tego, co chcę napisać.



Samir to oczywiście tylko pseudonim. Z oczywistych powodów autor tych krótkich relacji nie może być znany z twarzy czy nazwiska. 

"Zapiski z Rakki" to maleńka książeczka. Format mniejszy niż A5, 100 stron, sporo oszczędnych ilustracji Scotta Coello. I sam tekst jest także bardzo skromny. Bez ozdobników, przekazany tak, żeby jak najwięcej treści zmieścić w jak najkrótszych zdaniach. Ta surowość przekazu jest dramatyczna.

Kiedy nie możesz opisać swoich uczuć, bo to by już było za wiele, bo to by zajęło zbyt wiele czasu, kiedy musisz w krótkich, żołnierskich słowach napisać, że dziewczyna, w której się zakochałeś, musi wyjść za bojownika w zamian za życie swojego brata, to robi bolesne wrażenie. Wyrywa serce.



W zasadzie nie jest to książka zaskakująca. Kolejna relacja z horroru, z którego uciekają ludzie. Zmieniają się aktorzy, zmieniają się agresorzy, ale wojna jest zawsze tak samo straszna.

Kiedy Samir zaczyna być pod obserwacją islamistów, nie ma już innego wyjścia, jak zebrać pieniądze (ucieczka sporo kosztuje) i uciec przed śmiercią.



Młodzi mężczyźni mają tam tylko dwa wyjścia - albo się przyłączyć do morderców, żyć na ich zasadach, albo umrzeć. Muszą więc uciekać, a ucieczka jest droga, przemytnikom trzeba zapłacić. Kobiety nie mają szans uzbierać na taką wyprawę, jeśli nie mają męża/brata/ojca, który za to zapłaci, bo nie mogą pracować i nie mają własnych pieniędzy. A mężczyzn w rodzinie też często nie mają, bo albo zginęli, albo postanowili żyć tak, jak każe im Daisz. Uciekają więc głównie młodzi, nieżonaci mężczyźni, którym udało się uzbierać pieniądze na ucieczkę, którzy nie mają jeszcze rodzin. I tak - mogą przed wojną umknąć najzdrowsi i najzamożniejsi, najmniej obciążeni.

Teraz nie pozostało tu wiele normalnego życia. Ulice są prawie puste. Większość sklepów zamknięto, bo nawet ci, którzy mają odwagę wychodzić z domów, nie mają pieniędzy, żeby cokolwiek kupować. To miasto, tak jak jego mieszkańcy, umiera z ręki Daiszu. Jego duch z wolna przygasa.


Wiem, że wracam co kilka wpisów jak bumerang do tematu wojny w Syrii. Opisuję kolejne książki w zasadzie w ten sam sposób, krzycząc, że wojna jest straszna. Wiem. Ale to we mnie siedzi. Ta wojna, wszystkie wojny. Kobiety rodzące dzieci w brudnych piwnicach, młodzi chłopcy, tak niedawno jeszcze dzieci, zmuszani do zabijania, ten ból, to wszystko jest takie POLSKIE. Jak z tej tak chętnie gloryfikowanej polskiej historii, z naszej własnej, narodowej martyrologii.
Słyszycie "Kolędę Warszawską"? Porusza Was? Tam jest to samo.

Tutaj w nowym wykonaniu:


Początek.

Początek.

Oh, boy.
Od czego tu zacząć. Może od tego, że ponieważ czytałam "Inferno", to już wiedziałam, że lepiej nie będzie, ale nie mogłam się powstrzymać. :D Brown uzależnia.
Ale do rzeczy.

SPOILERY!!! Takie bez rozwiązania głównej intrygi, ale jednak.

Tym razem zaczynamy akcję w Montserrat i w Bilbao (BTW - zawsze chciałam pojechać do Bilbao, do muzeum).

Muzeum w Bilbao - zdjęcie z Wikipedii.

Na samym początku pojawia się uczeń profesora Langdona - genialny człowiek, który odkrywa sens życia i wiedzę o wszechświecie, a także całą prawdę o bogach. Ma zamiar wkrótce ogłosić Wielkie Coś, które ma zlikwidować wszystkie religie - serio, jedno odkrycie naukowe ma uświadomić nagle całemu światu, że religie to bzdura i wszyscy dostąpią olśnienia, pokajają się, powiedzą: "Aaa, to sorka, pomyłeczka, ja już mordować i lżyć w imieniu mojego boga nie będę, skoro nie istnieje; jadę w Bieszczady i założę sklep z bezglutenowymi ciastkami, howgh!".
Nastąpi pokój oraz jednorożce. Tylko że najpierw sporo ludzi z różnych kościołów się zdrowo wkurwi.

Zdjęłam obwolutę, bo obwoluty mnie denerwują. :]


Szkoda tylko, że rzeczony odkrywca wypaplał wszystko kilku duchownym, zanim zrobił wielkie wejście na absurdalnie przebajerzonej konferencji (zdziwicie się, co może zrobić audioprzewodnik po muzeum, sterowany sztuczną inteligencją), bo narobił sobie wrogów, zanim w ogóle miał szansę zabłysnąć i ruszyć z posad bryłę świata.
Jak się taka głupota kończy, to możecie się domyślać.

No i tutaj wkracza Langdon, wciąż będący Mary Sue, przystojny, mądry i w ogóle, który musi teraz dowiedzieć się, co chciał ogłosić jego uczeń (i kto zabił biedaka). Pis of kejk. Na szczęście profesor jest taki niesamowity, że możemy być spokojni o losy ludzkości:

Jego smoking liczył prawie trzydzieści lat i pochodził z czasów, gdy Langdon należał do Ivy Club w Uniwersytecie Princeton, ale dzięki ścisłemu przestrzeganiu ścisłego reżimu codziennych wizyt na basenie ubiór nadal dobrze na nim leżał.

Skurwysyn, a ja tyję od samego patrzenia na czekoladę. Teraz trochę życzę mu śmierci.

Dan Brown wciąż nie pozbył się kwiecistego stylu:

Gwardzista był wysoki, [...] miał ogoloną głowę i mięśnie, które ledwie mieściły się pod służbową marynarką. Na jego bladej, opanowanej twarzy uwagę zwracały przede wszystkim oczy, które teraz świdrowały Langdona jak lasery.

Jak lasery. No ale ok, w końcu w tej książce Langdon trochę idzie w sci-fi, więc może to pasuje.

Tłumacz czasami też dawał ciała, nie likwidując bzdur takich jak np.:

Przez lata przystojny czterdziestodwulatek umawiał się z wieloma odpowiednimi dla siebie kobietami.

To musiało być frustrujące, mieć 42 lata przez lata. A może nie? W sumie 42 lata to nie taki zły wiek i jakby tak w nim trwać do końca życia, to chyba byłoby ok?

Poza tym autor książki nauczył się nowego słowa, które uwielbił, więc postanowił powtarzać je przynajmniej raz na dwa rozdziały - kiedy profesor L. przypomina sobie coś szczegółowego, Brown pisze: "ejdetyczna pamięć Langdona przywołała obraz". Jak przeczytałam to po raz piąty, to miałam ochotę podkreślić to na czerwono i na marginesie napisać: "powtórzenie".

Do tego - jak każdy superbohater - prof. Robert ma jedną słabość (tutaj klaustrofobia; a taki np. Indiana Jones bał się węży). Wszystko trzyma się gatunkowego schematu i w porządku. Kupuję to, chociaż - panie Brown - nie trzeba czytelnikowi każdej cechy bohatera przypominać co kilka stron. Jakoś dajemy radę i bez tego (aczkolwiek może lepiej tak, niż takie akcje, jak pakowanie Bondowi do łapy piwska - nigdy im tego nie wybaczę, nigdy...).


No i patos. Są sceny, które są tak patetyczne i wzniosłe, że stają się odrealnione nawet bardziej, niż wymyślony przez Browna komputer, który ma wyrzuty sumienia. :] Po scenie, w której monarcha na łożu śmierci dziękuje swojemu ulubionemu kapłanowi, musiałam nieco odpocząć. Styl był tak kwiecisty i pełen wzniosłych sformułowań, że kartki się gięły przy czytaniu.

Pojawia się też piękna młoda kobieta (jak zwykle u Browna), groźny monarcha, całe stado duchownych, tajne organizacje i wielka ucieczka przed tymi złymi. Oraz spodziewanie niespodziewane zwroty akcji. Wszystko jest na swoim miejscu. :)

Przyznaję, że nie wciągnęłam się w "Początek" jakoś bez reszty, ale to i tak jest chyba trochę lepsza książka, niż "Inferno". Przynajmniej intryga jest całkiem trzymająca w napięciu, chociaż bullshit overload jest taki, jak zazwyczaj. ;)


Ogólnie - nie jest bardzo źle, a Sonia Draga wydała książkę ładnie, na cieniutkim papierze, ze złoceniami na okładce z - chyba - imitacji płótna. Obwoluta mi przeszkadza, ale to prywatne skrzywienie - po prostu nie znoszę obwolut. Na szczęście po zdjęciu zbędnego papieru "Początek" prezentuje się bardzo elegancko (i tutaj wtręt - Rebis wydał nowe - i niestety ostatnie - felietony Eco także w obwolucie; niestety po jej zdjęciu wypadają oczy, bo okładka pod spodem jest zwyczajnie mdła i brzydka; a fu, Rebis!).

I tyle. :) Idę czytać "Berek" Szczygielskiego. Zapowiada się nieźle. :)
W królestwie monszatana.

W królestwie monszatana.

Historia obłędu i głupoty zwolenników "natury", to wspaniały temat na książkę, która odczarowuje "to straszne GMO", szczepionki czy - cóż - gluten. :]



Marcin Rotkiewicz daje nam książkę, która pomaga usystematyzować wiedzę o genetycznie modyfikowanych roślinach (i nie tylko o nich) i pokazuje, jak lęk powodowany niewiedzą, klapki na oczach i brak zaufania do nauki, mogą zmienić losy świata.

Brzmi to górnolotnie, ale nie da się uniknąć tego stwierdzenia w świecie, w którym człowiek od tysięcy lat modyfikuje rośliny i zwierzęta dla swoich potrzeb (wiele roślin uprawnych nie przetrwałoby już bez człowieka, bo są tak zmodyfikowane - nie w laboratorium, wierzcie mi - że np. ich ziarna same nie wypadają z kłosów, więc nie mogą się rozmnażać bez pomocy), a grupa spanikowanych ignorantów nie pozwala na uprawę np. złotego ryżu, który może uratować wiele istnień, choć nie wpływa on na środowisko bardziej, niż inne odmiany.

Kiedy wreszcie zrozumiemy, że wszystkie rośliny uprawne, całe rolnictwo, to z definicji inwazyjność i zwalczanie bioróżnorodności, może wreszcie zaczniemy inaczej patrzeć nie tylko na starannie przebadane rośliny GMO, ale i na masowo produkowaną żywność w ogóle.

Książka daje do ręki rzeczowe, usystematyzowane i dobrze udokumentowane argumenty dla tych, którym się chce dyskutować z histerykami, choć nie unika tematu zagrożeń, aczkolwiek są one zupełnie inne, niż mogłoby się wydawać "obrońcom przyrody".

Bardzo ciekawe jest to, że wszelkie modyfikacje, które nie są "przekładaniem genów ręcznie", a będące również modyfikacjami genetycznymi, nie budzą w ogóle obaw oszołomów walczących z GMO.
Podczas gdy UE mocno ograniczyła - pod wpływem głośno krzyczących "ekologów" - dostęp do wszelkich upraw GMO, w USA czy Kanadzie "podejście opiera się na ocenie produktu, a nie procesu. [...] Przepisy koncentrują się na analizie ryzyka danej rośliny i jej nowej cechy (np. odporności na szkodniki). Nie ma znaczenia, czy nowa odmiana, dajmy na to soi, została uzyskana tradycyjnymi krzyżówkami, za pomocą mutagenezy czy inżynierii genetycznej. Ważne jest bowiem, czy stwarza ona jakieś zagrożenie dla zdrowia ludzi, środowiska naturalnego czy rolnictwa." 

Za to u nas wystarczy, że metoda jakaś taka nie-po-bożemu, a już larum grają. Efekt nikogo nie obchodzi, wyłażą ludziom z głowy lęki, uprzedzenia i niewiedza.

https://www.facebook.com/shapespl/

Widać, że autor jest pod ogromnym wrażeniem "Głodu" Caparrosa, choć nie umieszcza go w bibliografii (ale ja wychwytuję całe frazy wzięte stamtąd, co nie jest zarzutem - pan Rotkiewicz musiał być wstrząśnięty tym, co przeczytał i na fali tego wstrząsu chyba pisał).

Książka do przeczytania niemal przymusowo, powinni ją dawać w liceum do czytania na biologii. Jest w niej też znakomity rozdział o ściemie diety bezglutenowej u ludzi bez celiakii i o - jakże by inaczej - o antyszczepionkowcach. Niechże ją wszyscy przeczytają, to może zmniejszy się w Polsce liczba ludzi, którzy robią krzywdę sobie i innym z powodu zwykłej niewiedzy.

Dziękuję, Czarne, znowu dobra robota! :)
Jesienny kącik zapowiedzi.

Jesienny kącik zapowiedzi.

Za parę tygodni Targi Książki, a w księgarniach coraz milej. :) Kilka zapowiedzi na jesień:

1. Najpierw przyrodniczo, bo takie fajne dziwne rzeczy się ukażą (zaczęło się od "Sekretnego życia drzew", a potem już pooooszło, wydawcy poszaleli ;)). Czarna Owca wyda książkę o krowach (11.10.), co mnie trochę bawi, a poza tym ja lubię krowy (i kury).

Za to Czwarta Strona (też 11.10.) zapowiada coś, co ma strasznie zabawny opis wydawcy:

Charles Foster chciał wiedzieć, jak naprawdę wygląda życie z perspektywy borsuka, wydry, jelenia, lisa i jerzyka. Postanowił doświadczyć tego na własnej skórze.
Przez kilka tygodni niczym borsuk mieszkał w norze i odżywiał się dżdżownicami. Jako wydra pływał nocą w rzekach północnej części hrabstwa Devon. Wzorem żyjącego w mieście lisa szukał jedzenia w kontenerach na śmieci londyńskiego East Endu, a jako jeleń szlachetny stał się przedmiotem polowania, jakie mogłoby się odbyć w górzystej części Szkocji. Podążając trasą migracyjną jerzyka, odbył podróż z Oksfordu do Afryki Zachodniej.
„Jak zwierzę” to nowe podejście do literatury przyrodniczej i kameralne spojrzenie na życie dzikich zwierząt.
Emocjonująca, błyskotliwa, zwariowana… zaskakujące arcydzieło: coś na kształt pieśni satyra albo potraktowania przyrodoznawstwa jako sportu ekstremalnego – „Financial Times”
Śmiała, intrygująca próba zrozumienia innych istot zamieszkujących Ziemię – „Nature”
Bogata, wesoła, inspirująca książka, która przypomina, że istoty, z którymi wspólnie zamieszkujemy tę planetę, są co najmniej równie ważne i niezwykłe jak my – „Independent”



2. Media Rodzina zapowiada ilustrowane "Fantastyczne zwierzęta" (ale nie podaje daty wydania), co mnie straszliwie wkurza, bo mam już dwa egzemplarze - angielski i polski rozszerzony (ten najnowszy). A tu znowu. Gnojki. ;)


3. Od Media Rodzina i Znaku kolejne tomy bardzo lubianych serii. Pax bez konkretnej daty i Magiczne drzewo 23. października.



4. Mała Kurka w tym miesiącu zapowiedziała nowego Walliamsa. Mój syn o niczym innym nie mówi od paru dni. Niechże się już ukaże, bo wszyscy w domu zwariujemy:


5. A Wałkuski znowu o Ameryce. Lubię Wałkuskiego, przypomina mi czasy, kiedy jeszcze dało się słuchać nieodżałowanej Trójki. Od Editio (25.10.).


6. Trzy nowości dla dzieci. O smogu od Znaku (16.10.), o gryzoniach od Tadam (6.10.) i o ludzkim ciele - z widowiskowymi filtrami rodem z Piżamoramy - od Dwóch Sióstr (październik).





7. Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak pisze Tom Hanks, to Wielka Litera nam pokaże (25.10.).


8. A na koniec coś dla mnie - wybór przekładów Barańczaka. Trochę wzdycham już, bo dopiero teraz czuję, jak bardzo potrzebowałam tej książki. Od Znaku (23.10.).


Bawcie się dobrze w księgarniach. Ja się będę bawić dobrze na Targach Książki. :P
Czerwone wilczątko.

Czerwone wilczątko.

Witam po ponad miesięcznej przerwie!
Przepraszam, ale dziecko w szkole, w domu a to piec się psuje, a to dach przecieka, a to ktoś chory. Trudno złapać nastrój na pisanie. :)

----

A co jeśli wszystko było inaczej?
A jeśli nic nie jest czarno-białe, jak w bajkach?



Wariacje na temat Czerwonego Kapturka to bardzo popularny motyw w ostatnich latach, zwłaszcza wśród twórców komiksów. Sama pisałam o co najmniej jednej takiej książce.

Tym razem mamy malarsko przepiękny picture book Amelie Flechais, który odwraca role.
Wilczątko idzie odwiedzić babcię z truchłem zająca na obiad (jeśli uważacie, że Wasze dzieci nie powinny czytać o jedzeniu puchatych króliczków, to komiks nie jest dla nich ;)). Nie może zboczyć z drogi do miejsca, w którym mieszka myśliwy.

Tak się zaczyna, ale rozwinięcie nie jest już oczywiste, więc nie będę go zdradzać. Powiem tylko, że jestem oczarowana. Zarówno olśniewającymi rysunkami, jak i magiczno-onirycznym klimatem opowieści.

Jest straszno i ponuro; i żadna postać nie jest jednoznaczna (z wyjątkiem wilczątka, ale wilczątko jest małym dzieckiem, więc kto wie, co z niego wyrośnie ;)).


Trudno mi wskazać, dla kogo to jest książka. Ja, ze swoim niefrasobliwym podejściem, dałabym ją już sześciolatkowi, ale jeśli macie dzieci strachliwe i łatwo się emocjonujące, to poczekajcie jeszcze ze dwa lata.

Tekstu jest bardzo mało, najwięcej "robią" ilustracje, obrazy właściwie. Nie można się na nie napatrzeć. Ewidentnie jest to książka "do mania". Do podziwiania, wąchania, głaskania i cieszenia się, że jest taka śliczna i niezwykła. Dla kolekcjonerów. :) Dla dzieci i dorosłych; i nie jest to apoteoza dzielnego myśliwego, co dobrze się wpisuje w nurt sprzeciwiający się działaniom ministra Szyszki. ;)



Polecam gorąco. :)
Helisa

Helisa

Kiedyś przeczytałam "Blackout" Elsberga i uznałam, że co prawda to była kiepska książka, ale w sumie sprawiła mi pewną frajdę, więc zaryzykuję "Helisę"; no i akurat czytam dwie duże księgi o genetyce ("Gen" i "Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli"), to się jakoś wpasuje. Guilty pleasure.
Nie powiem, zaważył też fakt, że mogłam ją mieć za 10 zł.. I to, że w czasie ostatnich upałów zwyczajnie nie mogłam się skupić na czytaniu niczego trudnego.

I tak o.
Jeśli myślałam, że "Blackout" miał przynajmniej bazę w postaci niezłego researchu, więc można było się przy nim umiarkowanie rozerwać, to tutaj brak umiejętności pisarskich autora nie miał już żadnego oparcia w ciekawostkach i wiedzy. Tutaj całkiem nie taki zły pomysł został rozwleczony jak trup po asfalcie i zmiażdżony brakiem pomysłu na postacie oraz chęcią napisania Bardzo Grubej Książki.

UWAGA SPOILERY!



Książka ma 669 stron, ale dokonam cudu i opowiem Wam, co się tam wydarzyło, w jednym akapicie. Otóż ktoś produkuje super inteligentne, zmodyfikowane genetycznie dzieci, a te dzieci wymykają się spod kontroli - jedno z nich chce ratować ludzkość, produkując po kryjomu rośliny i zwierzęta GMO odporne na choroby, suszę i wszystko, żeby wyżywić np. Afrykę, a drugie chce zawładnąć światem, morduje ważnego polityka i chce, żeby świat zapełniły kopie jego samego. BUAHAHA, evil plan, źli ludzie, złe koncerny, biedne bezdzietne małżeństwa, itd.... Over.

A to wszystko upchnięte w jakąś dziwną intrygę bez rozumu, z koszmarnymi dialogami, z postaciami bez wyrazu. Akcja ciągnie się jak mordoklejka, większość czasu autor opisuje jak ludzie się przemieszczają z kontynentu na kontynent oraz knują półsłówkami, które mają zaciekawić, ale sprowadzają się do tego, że głównie nużą, bo ileż można czekać, aż stanie się coś konkretnego?

Rozstrzygnięcie to kilkadziesiąt stron, na których nie dowiadujemy się niczego konkretnego. Mimo że ja nie mam nic do otwartych zakończeń, to tym razem sprowadza się to do tego, że po przebrnięciu przez prawie 700 stron pierdololo bez ładu i składu, nadal nie wiemy, jaki jest finał eksperymentu i co będzie dalej. NO TO PO CO W OGÓLE ZACZYNAĆ TEMAT???

Nie czytajcie, to już "Blackout" lepszy. W sumie teraz to mi się nawet całkiem dobry wydaje. W porównaniu z.

A teraz chłodniej, to wracam do lektury "Genu".



Pikantne historie dla pendżabskich wdów.

Pikantne historie dla pendżabskich wdów.

Kupiłam tę książkę z kilku niepoważnych powodów - pierwszy to taki, że bardzo mnie rozbawił tytuł (coraz trudniej o dobry tytuł ;)). Drugi to taki, że okładka jest bardzo ładna, a trzeci, bo akurat była wyprzedaż w księgarni.

Na początek ostrzeżenie - ja bardzo, bardzo źle znoszę tzw. obyczajowe powieści, bo zbyt rzadko są one dobrze napisane, za często w trakcie zmieniają się w romans i nużą mnie okropnie. Poza tym, jako olbrzymia fanka Alice Munro, mam wysokie wymagania. ;) Bierzcie więc na to poprawkę, bo mogę utyskiwać na niektóre rzeczy wyłącznie dlatego, że zupełnie nie trafiają w mój gust. 

Kot jest dorosły, więc może już czytać pikantne historie.

Nikki mieszka w Londynie, a jej rodzice urodzili się w Indiach. Ona sama stoi w rozkroku między dwoma kulturami, choć wyprowadziła się z domu, a jej siostra marzy o dobrze zaaranżowanym małżeństwie. 

Southall, Małe Indie (i Singapur) Londynu, to dzielnica, w której Nikki znajduje pracę jako nauczycielka pisania dla dojrzałych kobiet, a konkretnie wdów chodzących do miejscowej świątyni. 
Lekcje szybko przekształcają się w miejsce snucia erotycznych opowieści przez samotne, słabo mówiące po angielsku i często znudzone monotonnym życiem kobiety. Pod długimi sukniami, pod kolorowymi chustami, pod ortodoksyjną otoczką, kryją się pragnienia i doświadczenia, o których mówi się wyłącznie w towarzystwie innych kobiet o podobnym pochodzeniu i przeżyciach.

W tle są oczywiście mroczne porachunki, radykalne religijne oszołomy i opresyjna kultura. Oraz mężczyźni, którzy chyba przynoszą więcej kłopotu niż pożytku. Na pierwszym planie są opowieści wdów - krótkie erotyczne opowiadania pełne pobrzękujących bransolet, zakazanych romansów, bollywoodkich fantazji i niesfornych służących (oraz męskie narządy płciowe o imponujących rozmiarach). 

Książka nie jest wybitnym arcydziełem, ale nie można jej odmówić pewnej oryginalności. Ciekawe jest środowisko, w którym rozgrywa się akcja, ale nie mam pojęcia, ile z jego szczegółów to fantazja autorki, a na ile jej wiedza, ale pragnę wierzyć, że jednak całość ma jakieś zakorzenienie w rzeczywistości, bo Balli Kaur Jaswal pochodzi z Singapuru. 



Najlepsze językowo są tytułowe pikantne historie. Są pisane surowym, niewyszukanym językiem, ale z orientalnym "kiksem", który przywodzi na myśl baśnie tysiąca i jednej nocy. Cała reszta jest poprawna, czyta się lekko i nada się w sam raz na leżaczek w słońcu. Choć nie wydaje mi się, żeby to była książka, która przejdzie do historii czymś więcej, niż świetnym tytułem, nie jest to lektura głupia ani męcząca. Nic mnie w niej szczególnie nie drażniło (może poza cukierkowym zakończeniem, ale to chyba taki gatunek po prostu), a jej siła leży w feminizmie - bohaterkami są tam bowiem kobiety w sile wieku; tak zwane starsze panie, które nadal mają prawo do życia erotycznego, do uczuć w kulturze przynależnych młodym ludziom. To jedna z największych zalet tej książki.

- Jadąc autobusem, rozmawiałyśmy o naszych opowiadaniach - odezwała się Manjeet.
- W autobusie? Czy ktoś mógł was usłyszeć? - zapytała Tarampal.
- Nikt nie podsłuchuje starszych pań. Nasze rozmowy są według innych monotonnym bzyczeniem. Wydaje im się, że rozmawiamy o bólu kolan lub planach pogrzebowych - rzuciła Arvinder.

Jeśli szukacie lekkiej książki, która nie obrazi waszego rozumu, to jest pozycja w sam raz. Ostrzegam - to na pewno książka dla dorosłych. ;) 

Copyright © 2014 Na regale , Blogger