Boznańska non finito, Angelika Kuźniak.

Boznańska non finito, Angelika Kuźniak.

Olga Boznańska to arcyciekawa postać. Kobieta, której udało się przetrwać i zdobyć renomę w zmaskulinizowanym świecie malarzy przełomu XIX i XX wieku. Tworzyła w Krakowie i na paryskiej emigracji, jak wielu artystów w tamtym czasie.

Olga Boznańska, autoportret.

Kiedy Wydawnictwo Literackie zapowiedziało biografię, ucieszyłam się niezmiernie, zwłaszcza, że miała zostać napisana przez autorkę szeroko nagradzanej i uwielbianej "Papuszy". Iiii.... O rany, chyba stosunkowo niewielka ilość materiałów na temat życia Boznańskiej pokonała Angelikę Kuźniak, która poszła w kierunku, którego ja nie znoszę w biografiach, czyli w kierunku niekończących się spekulacji i wypełniania stron rzeczami kompletnie nieistotnymi, żeby nie wyszła z tego wszystkiego cienka broszura.

Książka ma dużo zdjęć, grube kartki, spory druk, szerokie marginesy i 300 stron (plus przypisy i bibliografia). Gdyby jednak wyciąć z niej wszystkie wtręty od czapy, wyszłoby mniej, ale może z korzyścią dla dzieła? Nie zrozumcie mnie źle - te rzeczy, które są na temat, są bardzo ciekawe, ale pierwszy raz rzuciłam w kąt książką po dwudziestu stronach, kiedy pani Kuźniak opisywała rodziców malarki: "Eugenia nie jest urodziwa (autorka subiektywnie po obejrzeniu fotografii)." Serio? Fotografia jest załączona, jest na niej kobieta, ot, zwyczajna. Ale to nie przeszkadza autorce biografii opisywać, że ma haczykowaty nos, "nieefektowny korpus", itd. Nie zauważyłam żadnej z tych rzeczy i uważam je za nieistotne, ale bach, pół strony odpękane.



Kiedy ochłonęłam, czytałam dalej. Posunęłam się o stronę, a tam opis na prawie całą stronę genezy herbu rodziny ojca Olgi Boznańskiej. WTF? To były czasy, kiedy herby już nie miały znaczenia, a dla życia malarki nie ma to potem także żadnych reperkusji. Ale znowu - hej mamy stronę z głowy.

Mija kilka stron, a autorka opisuje wyjazd rodziny Boznańskich do Zakopanego. W porządku brzmi, prawda? No nie bardzo, bo znowu pojawia się opis na całą stronę tego, co ze sobą zabrali - byłoby to ciekawym świadectwem epoki, gdyby nie to, że to nie są dane z listów (nawet cudzych, ale z tego samego okresu), ze źródeł zebranych skrupulatnie, by pokazać, jak te wyjazdy wyglądały, ale autorskie dodane w nawiasie "tak sobie wyobrażam". Serio?

Cała książka jest zapchana rzeczami, które nie mają znaczenia, albo są zbyt daleko posuniętymi autorskimi wyobrażeniami na temat. Ciekawie się robi dopiero, kiedy wchodzą do akcji listy malarki, bo jest to materiał źródłowy, z którego można wysnuwać teorie i spekulacje podparte czymś więcej, niż wyobraźnią biografistki.

Tak, Olga Boznańska była nadzwyczajnie ciekawą postacią. Tak, jej biografia jest potrzebna, mimo że nie ma zbyt wielu świadectw, na których można się opierać, pisząc ją. Zwłaszcza, że większość jej życia minęło za granicami Polski. ALE - nie przeszkadzałaby mi książka krótsza, ale mniej skupiona na narcystycznym przekonaniu autorki, że przy pisaniu biografii powinna więcej pisać o własnych wyobrażeniach, niż o faktach.

Każda spekulacja, oparta na źródłach, jest uprawniona. Prywatne przytyki, wyobrażenia i tym podobne wariacje, które nie są osadzone na żadnym materiale źródłowym, zapełnianie szpalt informacjami zbędnymi dla historii, nie tworzącymi obrazu epoki czy środowiska, ale służącymi tylko temu, by książka nie prezentowała się żałośnie cienko i żeby można było za nią wziąć prawie 45 zł. (cena okładkowa, serio), jest oszukiwaniem czytelnika.

Nie polecam. Choć z bólem serca.


Ospa i grypa, czyli nic tak dobrze nie robi, jak czytanie o zagładzie ludzkości.

Ospa i grypa, czyli nic tak dobrze nie robi, jak czytanie o zagładzie ludzkości.

Przeczytałam ostatnio dwie książki o chorobach (no dobra, tak naprawdę to ciągle czytam o chorobach). Jedna z nich to polska pozycja opowiadająca o epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu w 1963 roku, a druga to książka Jeremy'ego Browne'a o grypie, skupiająca się na epidemii hiszpanki w 1918 roku, ale mówiąca także o grypie jako takiej.

Jerzy Bogdan Kos, autor książki o ospie, był uczestnikiem wydarzeń w 1963 roku (lekarz) i postanowił prześledzić przebieg epidemii, odtworzyć godzina po godzinie postępowanie służb, grzebiąc w archiwach i dokumentacji. I ta część książki jest bez zarzutu - widać skrupulatność, oddanie sprawie, rzetelność i masę włożonej pracy. Prawdopodobnie jest to najdokładniejszy opis tego wydarzenia. Kronika i jak kronikę należy tę książkę traktować, bo opis jest suchy, surowy, pozbawiony wartości literackich, co nie jest problemem, jeśli chcemy tylko czystych danych.


Problem jednak polega na tym, że chwilami autor PRÓBUJE nadać relacji lżejszy ton, zażartować nawet, ale zupełnie mu to nie wychodzi, a czasami nawet irytuje i człowiek ma ochotę powiedzieć komuś w wydawnictwie, że nie powinien dopuszczać niektórych stwierdzeń.

I tak na przykład, kiedy pan Kos opisuje zajęcie szpitala dla chorych wenerycznie, by było gdzie leczyć chorych na ospę, to mężczyźni tam leżący nie są w ogóle opisywani, ale kobiety są automatycznie opisane jako "córy Erosa", hłe hłe, no wiecie, prostytutki, bo tylko one chorują na syfilis (bo, jak wiadomo, zacne mężatki na pewno nie zarażają się niczym od swoich mężów, którzy chodzą do burdeli). Takich drobnych głupot jest kilka i są one zgrzytami, które mnie sporo razy skłoniły do pirzgnięcia tą książką w kąt na miesiąc. W końcu jednak ją doczytałam, bo wartość poznawczą ma ona sporą, ALE.



Książka o grypie z kolei to wspaniała pozycja, która w absolutnie fascynujący sposób opowiada nie tylko o przebiegu epidemii hiszpanki, ale też o tym, jak naukowcy ożywili wirusa z 1918 roku, wydobywając go ze zwłok zakopanych w wiecznej zmarzlinie, czy o tym, jak działają szczepionki na grypę sezonową.



W książce Browne'a mamy sporo o tym, jak (i czy) działa Tamiflu, co będzie, jak nastąpi kolejna pandemia, jakie są procedury na wypadek tejże i co ma wspólnego Google z prognozowaniem zachorowań na grypę. Po przeczytaniu "Grypy" można się też poważnie zastanowić, czy w 1918 roku grypa była aż tak zjadliwa, czy też może metody jej leczenia (oprócz specyfiki danego wirusa) nie przyczyniły się do większej ilości zgonów (nie każdemu choremu służy puszczanie krwi ;)).

Autor jest lekarzem i dziennikarzem, pisze lekko, ale konkretnie. Książka jest solidnie udokumentowana, rzetelnie napisana i czyta się wspaniale, choć bywa nieco amerykocentryczna, bo autor jest Amerykaninem. Polecam gorąco każdemu, kto lubi dobrą literaturę popularnonaukową. Natomiast książkę o ospie zalecam tylko pasjonatom.
Przedświąteczny kącik nowości i zapowiedzi. Poradnik prezentowy.

Przedświąteczny kącik nowości i zapowiedzi. Poradnik prezentowy.

Na facebooku zapytałam, czy wolicie najpierw kącik prezentowy, czy recenzję książki o chorobach. Dziwne, prawie nikt nie chciał czytać o zarazie. ;)

Dzisiaj pokażę Wam zapowiedzi i nowości, a także parę gadżetów, w ramach poradnika prezentowego dla ludzi, którzy książki (i trochę okołoksiążkową popkulturę) bardzo lubią. Zobaczcie moje propozycje. :)

(P.S. Nikt niestety nie zapłacił mi za reklamę.)


DLA MIŁOŚNIKÓW KACZORA DONALDA

Mnóstwo dzieci i młodzieży kocha komiksy z Kaczorem Donaldem. Długo nie rozumiałam zamiłowania do Gigantów i innych tego typu komików, bo wydawało mi się, że na rynku jest wiele lepszych rzeczy, ALE od kiedy przeczytałam "Życie i czasy Sknerusa McKwacza", zobaczyłam, że i tam jest wiele dobrego. Egmont od jakiegoś czasu wydaje wydania klasycznych "kaczorów", które są całkiem niezłymi historiami i my chętnie je kolekcjonujemy. Już wkrótce (4. grudnia) ukażą się dwa kolejne tomy - następny tom komiksów Carla Barksa i komiksy Dona Rosy (tego od "Życia i czasów"). Ja już planuję kupić na gwiazdkę synowi. Wszystkie poprzednie tomy też polecam. :)


DLA MIŁOŚNIKÓW SZYMBORSKIEJ

W tym roku ukazało się sporo rzeczy, które każdemu, kto kocha Szymborską, sprawiły wielką radość. Aczkolwiek może nie wszyscy mają wszystko, więc warto tym nowościom się przyjrzeć. Ukazała się korespondencja - z Barańczakiem, Herbertem oraz, przede wszystkim, z Filipowiczem. 11. grudnia ukażą się też listy wymieniane z Kulmową.




DLA TYCH, KTÓRZY NIBY KUPUJĄ KSIĄŻKI DZIECIOM, ALE TAK NA SERIO TO PRZY OKAZJI ROBIĄ DOBRZE SOBIE ;)

Po polsku ukazały się dwie śliczne, ażurowe książeczki Heleny Druvert, francuskiej artystki, która tworzy prawdziwe cudeńka, wycinankowe dzieła sztuki. Są piękne, edukacyjne, cieszące oko. Po francusku i angielsku można kupić jej książkę o oceanie, Paryżu, Nowym Jorku. Po polsku - o ciąży i ludzkim ciele. Piękne przedmioty, bardzo ładnie będą wyglądały pod choinką. :)






DLA TYCH, KTÓRZY MUSZĄ MIEĆ GWIAZDKOWO, BO NASTRÓJ PRZEDE WSZYSTKIM :)

W tym roku, podobnie jak w poprzednich, ukazało się parę nowych świątecznych pozycji dla dzieci. Od bajeczek dla maluchów, po powieści dla starszaków. Jeśli chodzi o te ostatnie, to polecam szczególnie Matta Haiga (także jego książki z minionych lat), bo są wyjątkowo urocze. Natomiast klasyki takiej, jak "Ekspres Polarny" nie muszę chyba opisywać. :)






DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ RZECZY ŁADNE I DZIWNE

Shaun Tan - jeśli go jeszcze nie znacie, to najwyższy czas poznać. Właśnie ukazała się po polsku kolejna jego książka. Nie wiem, o czym jest, nie obchodzi mnie to, i tak pewnie kupię i się zachwycę. Niesamowite, zawsze trochę niepokojące, piękne obrazy i opowieści kompletnie zwichrowane. To lubię.




DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ KSIĄŻKI, ALE FILMY TEŻ LUBIĄ I CO TERAZ

Po angielsku właśnie ukazała się autobiografia Julie Andrews. Pewnie kiedyś po polsku też wydadzą, ale jeśli język nie jest przeszkodą - to pewnie będzie ciekawa opowieść o niesamowitym życiu rewelacyjnej aktorki.

Dla miłośników Gaimana i ekranizacji jego książek - album o produkcji miniserialu.



FUNKO, BO FUNKO ZAWSZE SPOKO

Figurki Funko dla każdego, kto jest trochę zakręcony na punkcie jakiegoś filmu/serialu/gry mogą być fajnym prezentem. Potteromaniak/Potteromaniaczka doceni uroczą Lunę w lwiej czapce, a miłośnik Władcy Pierścieni nie pogardzi pewnie białą królową. Figurki to coś, co człowiek sam sobie jednak rzadko kupuje (ja sama mam kilka i bardzo je lubię), więc idealnie nadają się na prezent.




KALENDARZE

Zdzieraki wracają do łask! Na szczęście, bo Kalendarz Przekroju to czyste złoto. Można też kupić taki dla miłośników Pottera, Przyjaciół, czy wielu innych rzeczy (i większość jest dostępna w Polsce, choć niekoniecznie po polsku).



I na dziś to tyle. :) Co Wy kupiliście fajnego sobie/innym pod choinkę?
Invisible Women - książka, którą wszyscy powinniście przeczytać.

Invisible Women - książka, którą wszyscy powinniście przeczytać.

Słuchajcie, koniecznie musicie przeczytać pewną książkę. Książka ta jest póki co dostępna tylko po angielsku, ale wiem skądinąd, że w 2020 roku ukaże się po polsku. I jest to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie w tym roku czytałam.

Caroline Criado Perez, autorka "Invisible women" wykonała tytaniczną pracę, zbierając rzetelnie wszelkie badania, które pokazują, że świat jest zaprojektowany dla mężczyzn i że to - dosłownie - zabija kobiety. Książka jest doskonale udokumentowana, ze wspaniałą bibliografią, i powoduje nieustające okrzyki niedowierzania. I tak bardzo, bardzo, bardzo pomaga zrozumieć, że np. znienawidzone przez niektóre polskie środowiska feminatywy mają kolosalne znaczenie.



O części tych spraw na pewno słyszeliście - parę lat temu czytałam artykuł o tym, że testy zderzeniowe samochodów są robione z manekinami, które mają budowę i gabaryty przeciętnego mężczyzny. Kiedy nagle świat wymusił na producentach zbudowanie manekinów, które są kobietami, wyniki crash testów okazały się o niemal połowę gorsze. Co oznacza, że samochody są zaprojektowane tak, by nie zabijać mężczyzn. Kobiety jednak w wypadkach są o połowę bardziej narażone na tragiczne w skutkach urazy.

Nie jest też tajemnicą, że testowanie leków przez lata odbywało się wyłącznie na mężczyznach, bo takie badania były prostsze, ponieważ nie istniało ryzyko, że testowana osoba zajdzie w ciążę, ergo - że pozwie firmę za szkody wyrządzone płodowi. Kobiety jednak, posiadające inny metabolizm i gospodarkę hormonalną, przyjmowały (i przyjmują nadal) leki, które mogły nie działać wcale, mogły nie działać tak, jak powinny, albo wręcz szkodziły. Mało tego - jeśli wstępne badania na mężczyznach nie pokazywały oczekiwanych rezultatów, leku dalej nie badano, bo nie brano pod uwagę faktu, że może działałby on na kobiety. Zrewidowanie badań nad niektórymi lekami, powszechnie już od lat stosowanymi, przynosi ostatnio nieoczekiwane rezultaty, będące zaskoczeniem dla środowisk medycznych (na przykład okazało się ostatnio, że podawanie małych dawek aspiryny, jako środka obniżającego ryzyko zawału, działa jedynie na mężczyzn - aczkolwiek są to póki co badania wstępne; nie zdziwię się, kiedy ponowne przebadanie wielu innych leków i terapii, wyłoni kolejne rewelacje).

Istnieją też badania, które pokazują, że języki, które w swojej budowie zakładają istnienie żeńskich lub męskich rodzajników, wpływają na całe społeczeństwa, które tymi językami mówią (nie jest to dla mnie nowość, ale mam wrażenie, że większość ludzi tego jeszcze nie pojęła). I takie społeczeństwa mają dużo gorsze wyniki, jeśli chodzi o równość płci, bo język określa świadomość. Brak nieszczęsnych feminatywów sprawia, że od dzieciństwa ludzie są formatowani, by wrzucać różne sprawy, rzeczy, zawody, itd. do przegródek jako "męskie" lub "żeńskie" i nie tak łatwo się tego pozbyć. I tak, ja sama parę lat temu uważałam kwestię np. żeńskich nazw zawodów za drugorzędną. Teraz sądzę, że jest absolutnie pierwszorzędna, że nasze uszy, uszy naszych dzieci zwłaszcza, muszą się do tych form przyzwyczaić, żeby zmienić nastawienie całego - mówiąc szumnie - narodu do funkcji kobiet w społeczeństwie.

Bardzo potrzebujemy świadomego, pełnego namysłu pochylania się codziennie nad tym, co robimy i co (oraz jak) mówimy. Czyż nie wydaje się Wam dziwne, że kiedy ktoś np. mówi "reprezentacja Polski w piłce nożnej", to od razu mamy przed oczami MĘSKĄ reprezentację? A przecież istnieje też jej żeński odpowiednik. Świat mężczyzn jest światem domyślnym. Domyślny model człowieka, to biały mężczyzna.



To nie jest książka o tym, że mężczyźni świadomie chcą pognębić kobiety. To tak nie działa. To jest książka o tym, że świat jest dla mężczyzn wygodniejszy, że kobiety nie są brane pod uwagę, a podświadome działania wielu ludzi (obojga płci) tylko ugruntowują status quo.

Jeśli jesteście kobietami, to będzie Wam też łatwiej zrozumieć, czemu sportowe plecaki są dla Was niewygodne (tak, dlatego że projektowane są tak, by były wygodne dla mężczyzn), smartfony za szerokie, a leki przeciwbólowe słabo działają na miesiączkowe bóle. Po przeczytaniu tej książki, powinniśmy wszyscy wpaść w furię i zacząć MIEĆ WYMAGANIA. To nie wystarczy, ale zawsze jest to jakiś początek.
O podręcznikach po raz kolejny. Część druga.

O podręcznikach po raz kolejny. Część druga.

Dzisiaj napiszę trochę inaczej, bo podręcznik jest zdecydowanie mniej oburzający, niż ten, o którym pisałam poprzednio. Aczkolwiek tamten był tak zły, że trudno go przebić i wszystko przy nim wydaje się lepsze.

Dzisiaj zatem skupię się głównie na zestawie tekstów, jakie mają do omówienia siódmoklasiści, a bazować będę na podręczniku "Bliżej słowa" (wydanie z minionego roku szkolnego - tegoroczny podręcznik podobno minimalnie się różni).



Dobór tekstów w podstawie programowej, wydaje się być bardzo staroświecki, ale nie budzi wielkich kontrowersji. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej, okazuje się, że wybór jest bardzo specyficzny i przemyślany tak, by z repertuaru niemal każdego autora, z którym ma się zetknąć młody człowiek, wybrać taki tekst, który jest nacechowany religijnie; choćby ten sam autor napisał tysiąc wierszy o ptakach, to dzieci i tak zapoznają się z tym jednym, który napisał o Jezusie.

Druga rzecz, która rzuca się w oczy w siódmej klasie, to ogromny nacisk na "miłość do ojczyzny", co nie byłoby w żaden sposób naganne, gdyby nie to, że znowu chodzi o tępy, ślepy, bezkrytyczny patriotyzm, oparty na "ojczyznę trzeba kochać i za nią umierać", zamiast nieco bardziej przystającego do współczesności: "dbajmy o kraj, troszczmy się o przyrodę, płaćmy podatki i chodźmy na wybory".

I tak na przykład w podręczniku między stroną 10 a 29 mamy w zasadzie ćwiczenia z analizy modlitw. Jest tam wiersz księdza Twardowskiego (sprawdziłam - każdego roku na polskim są co najmniej trzy wiersze Twardowskiego; nie, żebym uważała, że w ogóle nie należy o nim mówić, ale - CHOLERA JASNA - Szymborskiej prawie nie uświadczycie, a Twardowski był poetą dość przeciętnym i nie widzę powodu, żeby go aż tak eksploatować).

Do tego analiza i ćwiczenia jednego księżowskiego wierszydła zajmują aż CZTERY STRONY, w tym na przykład straszliwie zabawna anegdotka o imionach:



To jest anegdotka, której np. mój syn kompletnie nie zrozumiał, ponieważ - po pierwsze, nie rozumie, czemu jakieś imię miałoby być śmieszne, ani co złego jest w imionach "pogańskich" (WTF???), albowiem nauczony jest przez nas, że ludzie są różni, różnie się nazywają i nie można się śmiać z imion; a po drugie - jako dziecko nie chodzące do kościoła słowa "kyrie eleison" brzmią mu totalnie jak imię i nazwisko. I wcale się nie dziwię. No ale autorzy podręcznika uważają, że wszystkie dzieci chodzą do kościoła i śmieją się z imion innych, niż biblijne. Dobrze wiedzieć.

Dalej mamy wiersz Józefa Barana o rodzinie (jedynym słusznym jej modelu, rzecz jasna), do którego dopasowano cytaty z Tischnera, żeby już był komplet, a potem wiersz Kochanowskiego - oczywiście wybrano modlitwę. I to wszystko na pierwszych kilkunastu stronach podręcznika.

Potem mamy dużo patriotycznego mambo jambo - apoteoza orła, zachwalanie polskiej gościnności (jak wiemy, niezwykłej, nie przyjmującej wojennych uchodźców z Syrii) oraz w miarę neutralny wywiad o polskiej emigracji na Wyspy (jako zapoznanie z formą wywiadu), ale ponieważ wywiad w swej wymowie niekoniecznie mówił, że Polacy tam szaleńczo tęsknią za bigosem, to dorzucono wiersz Wierzyńskiego o cierpiącym emigrancie ("Kufer").

No i gramatyki też uczymy się na stosownych przykładach (wiem, nie ma w tym w sumie wielu kontrowersji - tylko ja prywatnie już tym rzygam, bo marzy mi się coś nowocześniejszego ;)):



Potem mamy rozdział pt. "Biblio, ojczyzno moja...". Tak, taki jest tytuł rozdziału.
O ile nie neguję roli Biblii jako ważnego tekstu kultury (ba, mój dwunastoletni syn z dużą przyjemnością przeczytał "Stary Testament"), o tyle fakt, że nie położono nacisku na przypowieści i fragmenty, z których wywodzą się np. powszechnie używane idiomy czy przysłowia (nie uświadczymy tego tutaj), a na ustęp z dekalogiem jako - i jest to wprost napisane - uniwersalnym zbiorem podstawowych wartości, jest jednak słabym pomysłem.

Po pierwsze dlatego, że "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną" nie jest wartością uniwersalną, podobnie jak biblijne ujęcie kobiety jako własności, której się nie pożąda na równi z cudzym wołem i domem. Pewne rzeczy powinny zostać na religii, a na polskim trzymajmy się miłosiernego Samarytanina, bo - doprawdy - znowu dzieci niewierzące mają mindfuck.

Jakby tego było mało, kolejny rozdział - tak, cały rozdział - jest poświęcony Janowi Pawłowi II. Myślicie, że może uznano, że skoro Karol Wojtyła pisywał wiersze, to dostanie się dzieciakom np. neutralny dość fragment opisu dzieła sztuki, jakim był "Tryptyk rzymski"? BUAHAHA, no pewnie, że nie.
W tym rozdziale jest zacytowane przemówienie papieża do młodzieży o tym, że rozbita rodzina jest zła i nie uczy dobrych zachowań i że tylko "zdrowa rodzina" jest ideałem, który nie krzywdzi młodych. Cóż, dzieci z rozbitych rodzin mogą tę lekcję znieść ciężko.

Celem rozdziału było zapoznanie młodzieży z taką formą wypowiedzi, jaką jest przemówienie. Widać nie dało się wrzucić np. noblowskiego przemówienia Szymborskiej, albo - nie wiem - słynnego przemówienia Wałęsy ze słynnym "My, Naród", skoro już tak lubimy patriotyzm. Nie, lepiej pognębmy dzieci z rodzicami po rozwodach.

A gdzie jest miejsce na wielką polską literaturę? Bo do tego momentu jeszcze takiej tutaj nie było. Same sparciałe ramoty i indoktrynacyjne popierdółki.

Na szczęście przychodzi sensowne kilka rozdziałów - trochę antyku (głównie Sokrates), fragmenty "Stowarzyszenia umarłych poetów" i "Mały książę" (nie znoszę, jest pretensjonalny, ale nieszkodliwy).

Po tym przerywniku od tematyki bogoojczyźnianej wracamy do - TADAM - Biblii. A konkretnie - fragment o wygnaniu z raju. Jeśli chodzi o Stary Testament, to jest to ten kawałek, który uważam za jeden z najgorszych, bo on w europejskiej kulturze zrobił wiele złego, wmawiając wszystkim, że kobiety są winne wszelkiemu złu na świecie. No i nie wiem - nie wystarczy już biblijnych wtrętów jak na jeden rok? Pojawia się też znowu oczywiście Twardowski, gdyby czasem dzieciaki już zdążyły o nim zapomnieć.

Jest tyyyylu lepszych poetów, którzy pisali wiersze, używając motywów biblijnych, ale nieee, po co, lepiej po raz kolejny sięgnąć po księdza T.


Potem jest już nieco lżej, choć nadal prawie nic współczesnego - mamy "Świteziankę" i smrodek dydaktyczny w tekście Onichmowskiej o uzależnieniach. O kulturze popularnej mamy całe cztery strony na przykładzie fragmentu komiksu ze Spidermanem. Dobre i to w tym zalewie trupów.

Potem "Dziady", mity. Władca pierścieni. Gatunki filmowe. "Zemsta", Różewicz, Szymborska, "Pan Tadeusz". Da się z tym żyć, choć ledwie. Gorzej, że nie zabrakło ckliwego i infantylnego fragmentu Terakowskiej o aniołach.

Rozdział poświęcony literaturze wojennej jest - o dziwo - dość sensownie poprowadzony, nie ma tam wiele o wojence jako przygodzie (wyłączając OKROPNY "Dywizjon 303"), ale skupia się na wojnie jako cierpieniu zwykłych ludzi, co się zdecydowanie chwali, bo apoteozy umierania za ojczyznę nie spotkamy tu w dużym natężeniu.

Zestaw tekstów, z jakimi męczy się młodzież klasy siódmej, jest wyjątkowo niezgrabny, nastawiony na nieznośną wzniosłość, modlitwę i nie ma tam żadnej głębszej refleksji nad WSPÓŁCZESNYM światem.

CDN.... Następny będzie podręcznik do historii. :>

Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher.

Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher.

Dziwny to wybór - napisać książkę dla młodych ludzi o tym, jak przeżywa żałobę rodzina, której dziecko zginęło w zamachu bombowym w Londynie. Na dodatek jest to książka, której narratorem jest dziesięciolatek o imieniu Jamie, brat zmarłej, który w zasadzie siostry nie pamięta, ale mierzy się z żałobą, stratą i cierpieniem rodziców. Chłopiec trwa jednocześnie w poczuciu winy, że nie odczuwa smutku, bo przecież w zasadzie nie ma wspomnień o zabitej dziewczynce.


Książka została wydana w Polsce już parę lat temu, była też raz wznawiana. Nie jest to więc pozycja specjalnie nowa, ani taka, o której się dużo mówi czy mówiło. Dlatego postanowiłam o niej napisać, zwłaszcza że w obecnym świecie powieść, która jest wielką lekcją wrażliwości, musi być w cenie. 

To jest książka bolesna i zabawna. Szczera i prostolinijna. Lekka i ciężka jak kamień. Chwilami jak otwarta rana, w której dłubiemy patykiem. 
Oto ojciec wpada w alkoholizm, matka wiąże się z innym mężczyzną, siostra bliźniaczka zmarłej ma zaburzenia odżywiania, a chłopiec, który tkwi w tym wszystkim, najbardziej na świecie pragnie, żeby ktoś go kochał, bo nagle martwa dziewczynka, której prochy mieszkają na kominku, staje się przyczyną wszystkich jego nieszczęść (oczywiście patrząc z perspektywy dziecka); a na dodatek on sam musi udawać, że za nią tęskni, żeby nie zranić rodziców. 

Strasznie to wszystko trudne, smutne i ponure, ale posypane sosem absolutnie szczerej, dziecięcej prostoty, trosk codziennego życia, które też nie jest łatwe - zwłaszcza, że jest to opowieść dziecka, które koniecznie chce żyć w zgodzie ze swoimi cierpiącymi rodzicami, ale zmaga się przy tym z faktem, że nie myśli tak samo jak oni. 

Książka zaczyna się tak. Żeby była jasność, że nie jest to opowieść dla maluchów.

Oto Jamie ma koleżankę muzułmankę, a przecież ojciec nienawidzi muzułmanów, więc dzieciak czuje się winny, lubiąc ją. Oto urodziny chłopca, o których prawie nikt nie pamięta. Oto rocznica zamachów, kiedy Jamie musi być smutny, bo tak wypada. I tak dalej. Strasznie dużo, jak na barki dziesięciolatka. 

Narracja jest wartka, zabawna, wzruszająca, bezpośrednia. Serce pęka z bólu, który czujemy, bo wiemy, co mogą czuć rodzice zamordowanego dziecka, ale też nie możemy przestać myśleć o chłopcu, który nie jest niczemu winien, ale dostaje rykoszetem od własnej rodziny, która nie może się pozbierać (co przecież też zrozumiałe). 

Ta sama historia, która jest w książce, napisana z perspektywy dorosłego, albo ubrana we wzniosłe, ponure słowa, byłaby nieznośna. Uciekałaby w ckliwość, w dramatyzm, w rozdrapywanie ran. Nie dałoby się tego czytać. Jednak dziecięca opowieść, pełna humoru najczarniejszego z czarnych (stąd polecam, by ją czytała dopiero ta grupa wiekowa, która czarny humor już doceni - młodsze nastolatki i starsi), czyta się znakomicie, lekko, możemy się śmiać przez łzy, możemy w tej historii znaleźć coś więcej od tragedii. 

Nie jest to żadne wielkie arcydzieło, ale na pewno jest to książka, jakiej jeszcze nigdy nie czytałam. Opowieść o żałobie, o jej brzydkich stronach, o jej różnych odcieniach i o tym - PRZEDE WSZYSTKIM o tym - że ludzie się od siebie tak bardzo różnią, że nie możemy wymagać, by tak samo coś przeżywali. 

Na dodatek jest to też przy okazji książka o terroryzmie i nietolerancji, która rodzi nienawiść. 

Dla młodzieży, która patrzy na ten szalony świat i próbuje zrozumieć zło, będzie to bardzo dobra pozycja. Ja, będąc w późnej podstawówce, zaczytywałam się w książkach wówczas bardzo modnych, mówiących o problemach ówczesnego świata - "My, dzieci z dworca ZOO", "Panna Nikt" i tym podobne. Potrzeba czytania o sprawach trudnych pojawia się w tym wieku chyba dość naturalnie, bo świat nagle przestaje być pluszowy, kiedy zaczynamy go bardziej rozumieć. "Moja siostra mieszka na kominku" wydaje się być dobrym wyborem dla młodszego (ale starszego też) nastolatka. Polecam.
Parę szkolnych podręczników, czyli coś z zupełnie innej beczki. Część pierwsza.

Parę szkolnych podręczników, czyli coś z zupełnie innej beczki. Część pierwsza.

Parę dni temu moja znajoma nauczycielka (dla jej dobra nie podam żadnych więcej danych ;)) pokazała mi podręcznik, na którym przyszło jej pracować na języku polskim w klasie szóstej. Podręcznik zgodny z nową podstawą programową, oczywiście, więc trudno winić kogokolwiek, poza ministerstwem, choć autorzy podręcznika, państwo Kulesza, też swoje dołożyli. I o ile dobór tekstów niekoniecznie mogli edytować, o tyle zadania do tychże czasami wbijają w fotel.

Oczywiście, nie tylko ich podręcznik jest WYJĄTKOWY, bo podstawa programowa nie daje pola do popisu. Zerknęłam także na podręcznik mojego syna (klasa siódma) i też kwiatki tam znalazłam, ale o tym napiszę w kolejnym wpisie.

I, żeby była jasność, NIE WIŃCIE SZKÓŁ I NAUCZYCIELI, że pracują z tymi podręcznikami. Oni często nie mają wyjścia. Po prostu. Wierzę, że są nauczyciele, którzy spróbują dzieciom umilić absurdalne czytanki, czy nie każą im rozwiązywać zadań żywcem wziętych z religii, ale popatrzcie, jaki przekaz daje nowa podstawa i jak bardzo jest oderwana od realiów współczesnego świata.

Dzisiaj zajmę się podręcznikiem do klasy szóstej państwa Kuleszów. Nazywa się on "Wyspy szczęśliwe" i nie będę się skupiać w ogóle na szacie graficznej, ani nie będę wymieniać tego, co jest w nim dobre (a są tam rzeczy pozytywne, całkiem fajne fragmenty o produkcji filmowej, pozytywne odniesienia do WOŚP, itp.), ale chcę pokazać jaki obraz świata ma przekazać dzieciom program nauczania.


Zacznijmy od tego, że teksty, które zakłada podstawa programowa, w ogromnym procencie mają chwalić boga lub mają do niego bezpośrednie odniesienia. Nie ma tam prawie w ogóle tekstów współczesnych, nowych, pokazujących wzorce zachowań nie umiejscowione w kulturze dawnej (nawet Lema czy Tytusa ciężko nazwać nowoczesnymi, mimo całej mojej do nich sympatii).
Dzieci nie mają szans odnieść się do znanej sobie rzeczywistości i stykają się niemal wyłącznie z językiem archaicznym i często dla nich niezrozumiałym. Mamy tam mnóstwo tekstów, które nie wnoszą nic do kapitału kulturowego dzieci, a utwierdzają szkodliwe stereotypy.

Jakież to ponadczasowe wartości mają nieść np. fragmenty "Pamiętników Adama i Ewy"? To jest tekst głęboko szkodliwy i tak ugruntowujący stereotypy płciowe, że chyba bardziej się nie da. Proszę, oto fragment z podręcznika, przemowa pokornej Ewy o Adamie:


Żeby dzieci utrwaliły sobie, że kobiety myślą o wiele inaczej, niż mężczyźni, muszą napisać tekst, w którym każda płeć myśli inaczej i inaczej patrzy na świat. 



Potem mamy dwie strony ćwiczeń - jedna to "Kobiecy zakątek", a druga strona to "Męska jaskinia". Żeby oddać sprawiedliwość - teoretycznie ma to być lekcja o stereotypach, ale ćwiczenia tam zawarte mają w dzieciach te stereotypowe myślenie utwierdzić i ugruntować. Mamy tam miłe ćwiczenie o dodawaniu żeńskich końcówek do nazw zawodów (brawo), ale też mamy takie kwiatki:




Dziecko ma wiedzieć, że bycie władcą to rzecz męska, podobnie jak bycie złodziejem. No i musi się domyślić, że atrybutem męskości nie może być wrażliwość i schludność, jak sądzę.

Mamy tam też dwa teksty o zalotach - fragment "Bezgrzesznych lat" Makuszyńskiego i piosenkę Czerwonych Gitar "Tak bardzo się starałem", czyli oczywiście - znowu stare ramoty, do których dzieci mają napisać dziwne rozprawki o podrywie i tradycyjnych rolach płciowych:



Jak już dzieci mają ustawione to, jak mają się zachowywać chłopcy, a jak dziewczyny, możemy przejść dalej i przeczytać "Spóźnionego słowika" Tuwima o tym, jak pan Słowik zabawił po nocy, a pani Słowikowa czekała w oknie zmartwiona, jak to w życiu.


Myślicie, że dzieci napiszą, że Pan Słowik nie zarucha za karę i będzie spał na kanapie? Bo chyba taka odpowiedź jest prawidłowa (no wiecie, według klucza).

Podręcznik, naszpikowany tekstami o religijnych odniesieniach, nie dopuszcza możliwości, że ktoś może nie wierzyć w boga. Mamy tam np. takie zadanie:


Wartości są podane, nie ma że boli. :]

Mamy też fragment archaicznego tekstu Jana Kamyczka pt. "Nastolatek w domu". Chwali się nowatorskie ;) w nim założenie, że chłopcy też mogą sprzątać, ale jest tam też mama, która wstaje godzinę wcześniej, żeby wszystkim przygotować śniadanie i to mamę, a nie rodziców się wyręcza w obowiązkach domowych, bo - jak wiadomo - ojcowie (nie łudźmy się, że inny typ rodziny się tu znajdzie) obowiązków domowych nie posiadają.

Absolutnym kuriozum jest jednak tekst Ligonia "Przepisy PKP dla podróżujących". Celem tego tekstu było - chyba - pokazanie gwary. Czemu wybrano tę bzdurę sprzed ponad pół wieku, to jest ponad moje zrozumienie. Proszę kawałeczek, zwróćcie uwagę na wyborny żarcik z głupoty kobiet:


Po fragmencie Kapuścińskiego ("Heban") mamy oczywiście obrazki smutnych czarnoskórych dzieci siedzących nago na ziemi i lichych chat, a zadanie do tekstu nie polega, bynajmniej, na tym, by sprawdzić, w których latach pisano tekst (przy żadnym z tekstów nie zauważyłam, by dawano rok, z którego pochodzi, nawet po to, by epoki literackie wprowadzić), czy coś się zmieniło od tego czasu i jak wygląda obecna Afryka i jej sytuacja polityczna i społeczna w różnych krajach.

Dzieci mają popatrzeć na obrazki, przeczytać fragmencik tekstu o ułamku Afryki sprzed pół wieku (która jest przecież olbrzymim kontynentem pełnym różnych kultur i różnych warunków życia) i porównać Europejczyka ze WSZYSTKIMI Afrykańczykami. Serio.


Potem mamy wiersze i obrazki o aniołach i pochwalny wiersz o Matce Teresie, co wydaje mi się szczególną obrzydliwością, zważywszy na fakt, że już od dość dawna wiadomo, że Matka Teresa taka znowu święta nie była, jej przytułki były umieralniami pełnymi okrucieństwa, w których odmawiano podawania środków przeciwbólowych, bo cierpienie jest rzekomo miłe Jezusowi, a miliony, które płynęły do Matki Teresy od darczyńców, rozpłynęły się i nie były pożytkowane dla dobra chorych biedaków.

Zdjęcie Matki Teresy pojawia się zresztą w podręczniku TRZY razy. Raz jako przykład "słynnej kobiety".

Mamy też oczywiście zadanie pt. "Napisz notkę biograficzną o Matce Teresie z Kalkuty". Noo, ja już bym pomogła napisać. :]

(I tak, zauważam, że są w tym podręczniku czasami nawoływania do tolerancji, także religijnej, a niektóre teksty z podstawy programowej są bardzo sensowne, co nie zmienia faktu, że współczesnej literatury program właściwie nie zauważa, a tekstów bezpośrednio lub pośrednio chwalących boga jest na stronach podręcznika mrowie.)

Dla tych, którzy chcą się pośmiać - w "słowniczku internauty" w tej książce (wydanej w 2019 roku, przypominam) jest wśród najpotrzebniejszych pojęć - komunikator gadu-gadu. ;) I to nie opisany jako relikt, ale jako coś, czego się obecnie używa. :D

W dziale o porach roku mamy kalendaria przypisane do każdej z pór. I są tam najważniejsze święta.
Jesienią, oprócz - co zrozumiałe - Wszystkich Świętych (w Polsce święto bardzo istotne, kulturowo ważne nawet dla niektórych niewierzących), do najważniejszych świąt zaliczają się katarzynki (WTF?) i Barbórka. ;) Czuję, jakbym się cofnęła do mojego dzieciństwa, kiedy było to święto państwowe, huczne, węglowe i wszystkie dzieci robiły w szkołach czarne, czapeczki z piórkiem. :D Kto, do cholery, obecnie obchodzi Barbórkę (poza górnikami)?

Przy omawianiu wiosny kalendarium oczywiście wskazuje Wielkanoc, co jasne, ale też wszelkie inne religijne święta, Boże Ciało, Zielone Świątki, niedzielę palmową, itd., a wiosennym wierszykiem jest "Wielkanoc" Lechonia i radosne zadania do tegoż utworu (niektóre z nich są kuriozalne i ich miejsce jest, w najlepszym wypadku, na religii):


Absolutnym hitem jest umieszczenie w czytankach opowiadania katolickiego pisarza, salezjanina Bruno Ferrero, który pisze naiwne powiastki religijne. Tytuł opowiadania brzmi: "Jak Bóg stworzył mamę" i jest ono w swej słodyczy i pobożności wyjątkowo przegięte, a do tego trudno uznać je klasycznym tekstem kultury, który musi znać każde dziecko (jakim jest np. umieszczony w tym podręczniku Hymn św. Pawła o miłości - nie mam wątpliwości, że warto go znać, bo z cytatami z niego w życiu łatwo się spotkać, choćby na ślubach, i warto wiedzieć, skąd pochodzi).

Tekst Ferrero ma na celu przekonywać dzieci o istnieniu boga i wychowywać do bezrefleksyjnej pobożności. Pytania do tekstu są oczywiście wybitne. Ich treść nie pozostawia nawet cienia wątpliwości, że nie ma miejsca na niewiarę, a do tego trzeba napisać opowiadanie o stwarzaniu taty przez boga. Że nie wspomnę o tym, że pytania są, delikatnie mówiąc, nie pozostawiające miejsca na krytykę:


W letnim kalendarium mamy oczywiście dożynki i Wniebowzięcie Maryi Panny. Trochę zabrakło na przykład - no nie wiem, szalony pomysł - szkolnych wakacji, czyli czegoś, co "obchodzą" wszystkie dzieci. ;)

Taki mamy obrazek w klasie szóstej, do kuriozów z podręczników w klasie siódmej jeszcze dojdę w kolejnych wpisach. Do innych podręczników do polskiego też zajrzę i mam nadzieję, jeszcze Wam o nich napiszę. Jestem ciekawa, jak rozwiązano zadania do tekstów w książkach z innych wydawnictw.

Na dzisiaj tyle. Zaglądajcie dzieciom do szkolnych książek. Warto wiedzieć, czego się uczą i rozmawiać o tym na bieżąco. :)
Copyright © 2014 Na regale , Blogger