Śmierć wisi w powietrzu - Kate Winkler Dawson

Śmierć wisi w powietrzu - Kate Winkler Dawson

Ciekawą książkę przeczytałam i jestem dość zdziwiona, że to była udana pozycja. :)

Po "Śmierć wisi w powietrzu" sięgnęłam bardzo przypadkowo. Kupiłam tę książkę, bo zainteresował mnie opis na okładce, ale wcześniej nie zrobiłam absolutnie żadnego rozeznania, czy czasem nie kupuję totalnej bzdury, której się nie da czytać. ;) 

Autorką jest dziennikarka i producentka telewizyjna, która ma ewidentnie znakomity warsztat, ponieważ z dwóch tematów, które niekoniecznie bezpośrednio się ze sobą łączą, zrobiła świetny reportaż i przeprowadziła rzetelne śledztwo, które opisała w sposób nienużący i bardzo przejrzysty. 


Mamy tutaj dwie sprawy. Obie zmieniły brytyjskie prawodawstwo, obie toczyły się na początku lat 50. XX wieku w Londynie. Z jednej strony mamy słynny smog, "peasouper", który zabija w pięć dni tysiące ludzi (mówi się o dwunastu tysiącach ofiar), z drugiej strony jest seryjny morderca kobiet, którego sprawa odwraca uwagę od problemu palenia trującym węglem (zwłaszcza tzw. nutty slack) i przekierowuje uwagę parlamentu w kierunku modyfikacji prawa dotyczącego kary śmierci.

Przyznaję, że jestem pod wrażeniem tego, jak zgrabnie można zrelacjonować nudne posiedzenia parlamentu, jak sprawnie da się wpleść w opowieść o węglu dzieje ofiar psychopaty. Jestem po prostu mile zaskoczona tym, że da się tak solidnie i rzetelnie napisać książkę, która dość arbitralnie i niekoniecznie w oczywisty sposób łączy ze sobą dwie sprawy. 
Śledzimy osoby, których bliscy umierają z powodu trującego powietrza, śledzimy losy kobiet, które wpadają w sidła gwałciciela i mordercy, śledzimy też jednocześnie polityków, którzy nie chcą słyszeć o ograniczeniu palenia tanim węglem, a także patrzymy na to, co bardziej interesuje w danym momencie prasę - czy tysiące ludzi konających w przepełnionych szpitalach w trakcie wielkiego smogu, czy odkrycie pod podłogą pewnego domu zwłok kilku kobiet. 

Morderstwa nie miały związku ze smogiem, ale udało się te dwie sprawy splatać w sposób spójny i ciekawy. Dziwna to jest książka, ale w tej dziwności znalazłam sporą frajdę. Dobrze jest przeczytać wreszcie coś "innego". A na dodatek - w dobie miłości polskiego rządu do węgla - miło jest utwierdzić się w przekonaniu, że politycy sprzyjający lobby węglowemu nie mogą doprowadzić do niczego dobrego. 

Poczytajcie, jak lubicie się wgryźć głęboko w jakiś temat i skupić na książce. Poczytajcie, jeśli chcecie poczuć atmosferę Londynu sprzed ponad pół wieku. Poczytajcie, jeśli kręci Was czytanie o seryjnych mordercach. Zastrzegam jednak, że nie jest to ekstremalnie lekkie czytadło i trzeba się trochę interesować polityką, smogiem czy historią, żeby czerpać radość z książki pani Dawson. Z pewnością jednak mogę powiedzieć, że to jest warsztatowo bardzo dobra pozycja, w którą autorka włożyła mnóstwo uczciwej pracy. Polecam zainteresowanym tematem. :)
The Radium Girls, Kate Moore

The Radium Girls, Kate Moore

Znowu mam dla Was dobry reportaż. Niestety znowu przerażająco ponury. To jedna ze smutniejszych książek, jakie czytałam.

W latach 20. ubiegłego wieku trwał boom na produkty z radem. Tym radem, który został odkryty przez Skłodowską. Nie znane były jeszcze jego długofalowe skutki uboczne (choć naukowcy - w tym Piotr Curie - przebąkiwali, że należy z nim zachować ostrożność), za to rad był bardzo efektowny, bo świecił. Opatentowano więc farbę, którą malowano na przykład cyferblaty wojskowych zegarków, żeby po ciemku było łatwo je odczytać. Cyferblaty były malowane przez dziewczęta z fabryki zegarków. Malowały małymi, precyzyjnymi pędzelkami, które musiały być cały czas "naostrzone". A najłatwiej robiło się to, oblizując włosie, przy okazji zlizując też drobiny farby z radem. Dziewczęta były młodziutkie, nastolatki, dwudziestolatki. I zarabiały, jak na ówczesne standardy, całkiem dobre pieniądze. I budziły podziw, kiedy wychodziły wieczorem z fabryki i lśniły w ciemności, całe opryskane radową farbą. Jak duchy.

Dziewczyna malująca cyferblat radioaktywną farbą. Źródło: https://www.thevintagenews.com/2018/01/01/radium-girls-2/

Niestety rad kumulował się w kościach młodych kobiet, które po wielu miesiącach, a czasami latach pracy z radioaktywną farbą, zaczynały chorować. I była to droga w jedną stronę, bo pierwiastek czynił postępujące spustoszenia w ich ciałach. Wypadały im wszystkie zęby, kruszyły się kości, gniło ciało. Agonia trwała latami i nie dało się jej zatrzymać, bo nie było sposobu, by wydostać rad z kości. Rad, który cały czas promieniował - nawet po śmierci dziewcząt ich kości zostawały radioaktywne. A była to śmierć w męczarniach - młode kobiety umierały ropiejąc i gnijąc, podczas gdy w fabrykach wciąż pracowały inne, bo firma, która robiła biznes na radowej farbie, nie chciała przyznać, że pierwiastek, którego używa, może być niebezpieczny.



Książka jest historią procesu ujawniania straszliwej prawdy o radzie. To historia kobiet, które - umierając - toczą wielkie sądowe batalie z bogatą firmą. Umierają na oczach ludzi śledzących procesy w gazetach, wiedzą, że każdy ich dzień jest policzony i że tych dni nie zostało wiele, ale mimo tego próbują walczyć o prawdę. I to jest walka, na którą trudno się patrzy. Nierówna, usiana trupami kobiet.

Oglądaliście czasami thrillery sądowe? Takie, w których cała akcja dzieje się na sali sądowej, a my obgryzamy paznokcie, patrząc na słowne przepychanki prawników? To jest tego typu książka. Nie możemy przestać patrzeć na tego ping ponga - przerzucanie się dowodami i argumentami. Wielka korporacja kontra niezłomne dziewczęta świecące w ciemności. I strasznie dużo śmierci.

Bardzo ciekawą decyzją wydawcy (Poradnia K) było nie tłumaczenie tytułu na polski. Długo się zastanawiałam, czy to była dobra decyzja, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej się przekonuję, że tak. Nie mogłam znaleźć dobrego tłumaczenia "The Radium Girls". Takiego, które nie brzmiałoby zbyt lekko, zbyt frywolnie, zbyt niepoważnie. I do tego było wystarczająco znamienne.

Świetna to książka, ale ma olbrzymi ładunek smutku. Trudno się myśli o ogromie cierpienia, jakiego doświadczyły te kobiety. I trudno nie oburzać się, kiedy widzimy, że pracownice radowego imperium nie były długo traktowane poważnie, bo były kobietami (pojedyncza śmierć jednego z męskich pracowników firmy natychmiast wzbudziła o wiele więcej zainteresowania, niż padające jak muchy dziewczyny).

Do tego wszystkiego książka jest porządnie udokumentowana, napisana z wielką pasją i znawstwem,  a autorka poświęca zapomnianym, krótkim życiom pracownic dużo uwagi i troski. Cholernie dobra robota i fascynująca, choć niezaprzeczalnie przykra, historia. Przeczytajcie.
Spacer z psem, czyli co z tego, że nie mam już małych dzieci.

Spacer z psem, czyli co z tego, że nie mam już małych dzieci.

Kupiłam sobie książkę dla dzieci.
I tak bardzo, bardzo się z niej cieszę. :)
To jest jedna z tych książek, które się kupuje, żeby na nie patrzeć.

Kocham Svena Nordvista, a mój syn wychowywał się na Pettsonie i Findusie, o którym pisałam TUTAJ. Znamy te książki na pamięć, stoją u nas na półce i czasami wciąż do nich zaglądam - z nostalgią, zachwytem, czasem ze ściśniętym sercem, bo wciąż mnie wzruszają, a ilustracje mnie cieszą i sprawiają przyjemność.



Jak dowiedziałam się, że Media Rodzina wypuści kolejną książkę Nordqvista, tym razem będącą typowym picture bookiem, bez tekstu, będącym baśnią do oglądania, ucieszyłam się niezmiernie i zdziwiłam, że o niej jeszcze nie słyszałam, bo pewnie dawno już bym ją miała (w końcu tłumaczenie nie jest potrzebne ;)).



Kiedy dostałam "Spacer z psem" w swoje ręce, to - słowo daję - trzęsłam się z ekscytacji. :) Oglądałam zachłannie i w pełni szczęścia. Książka bardzo przypomina inną tego autora - cudowną, poetycką opowieść "Gdzie jest moja siostra?". Kraina jest tak samo oniryczna, a dziecięcy bohater także wyrusza tam w podróż po świecie szalonym, lekko niebezpiecznym, acz ogólnie jednak przyjaznym. Tam poszukiwał siostry (i towarzyszył temu krótki tekst), a tutaj chłopiec wyrusza na spacer ze swoim wielkim, białym psem. Dla małego dziecka, które by dostało tę książkę, pewnie radością byłoby szukanie tegoż psa na wielkich stronach pełnych szczegółów. Przypomina to wtedy trochę książki w stylu "Miasteczko Mamoko" czy "Ulica Czereśniowa", ale dla starszych dzieci jest tam cała historia. Jest miasto, jest wieś, jest morze, są potwory, przygody, szalone kolejki, olbrzymie stwory, a także znane ze świata Pettsona mukle.



Czegóż tam nie ma! Jest baśń i groza. Zabawa, pościg, ucieczka, lekko ponure zoo i zupełnie zwyczajna babcia, która czeka na wnuka w drzwiach domu. Czy on to wszystko na kartach książki przeżył, czy sobie wyobraził, nie ma to znaczenia. Jest cudownie, jest pięknie, jest szczegółowo. Jest tak, jak we wszystkich książkach Nordqvista - przy każdym kolejnym oglądaniu zauważamy coś nowego, coś, czego nie widzieliśmy wcześniej.



Matko, jakie to jest piękne. I tak bardzo kojarzy mi się z czasami, kiedy mój duży syn był przedszkolakiem, któremu po raz osiemdziesiąty czytałam "Minutę koguta". Cacko. "Do mania". :)


Walka kobiet - komiks o feminizmie.

Walka kobiet - komiks o feminizmie.

Od paru miesięcy zbieram się, żeby napisać o tym komiksie, bo jest naprawdę niesamowity. A do tego wydaje się jednym z najgenialniejszych wprowadzeń do zagadnień równościowych - świetna lektura dla młodzieży na etykę albo na historię (gdyby ktoś w polskiej szkole jakimś cudem uczył o historii praw kobiet).



Marta Breen, pisarka, wraz z ilustratorką Jenny Jordahl, postanowiły w zwięzłym ujęciu przedstawić 150 lat walki o prawa kobiet. To nie jest naukowe kompendium, ale bardzo zgrabne, świetnie narysowane zestawienie wybranych kobiecych postaci i wydarzeń, które odcisnęły się na dziejach świata i ruchu feministycznego. Mamy tu nie tylko sufrażystki, ale też kobiety z tzw. kolei podziemnej, które walczyły o prawa niewolników i prawa czarnoskórych kobiet, które to swoją walkę o ludzkie traktowanie musiały prowadzić dłużej, niż czarnoskórzy mężczyźni.

Komiks sprawdza się znakomicie jako medium, które może w atrakcyjny sposób pokazać temat bardzo trudny i przykry, a przy okazji - co jest bardzo ważne, zwłaszcza w Polsce, gdzie zrozumienie, na czym polega feminizm, wciąż jest niewielkie - pokazuje wyjątkowo klarownie, dlaczego nadal walka kobiet o ich prawa nie jest zakończona.

Co więcej, książka jest bardzo aktualna, bo zahacza o współczesne wydarzenia, także o - powiązane z feminizmem - ruchy walczące o prawa osób LGBT. 



Radosna, niefrasobliwa wręcz, kreska Jenny Jordahl kontrastuje z ciężarem tematu. Komiks czyta się lekko, a opowieści układają się gładko i zgrabnie, choć bywają trudne i nie zawsze zakończone zwycięstwem w batalii o którąś ze spraw, o które walczą bohaterki. 

Czytałam dużo książek, które mówiły o feminizmie, ale ta jest pierwszą, przy której się uśmiechałam - mimo wszystko. To chyba dobra rekomendacja, bo dla młodszych czytelników pewne drastyczne tematy niekoniecznie powinny być zbyt dosłowne (choć są zasygnalizowane, bo nie da się od nich uciec), za to pokazanie w kilku kadrach, jak istotne dla kobiet było wynalezienie tabletki antykoncepcyjnej, to mistrzostwo świata. Mogłabym o tym pewnie prowadzić z synem rozmowę przez dobre kilkanaście minut, a tutaj mamy błyskotliwe obrazki, które nagle rozjaśniają temat najbardziej opornemu nastolatkowi. :) 



Kupcie swoim starszym dzieciom, kupcie sobie. Taka mądra, śliczna książka. I zanieście do szkół, niech świat płonie. ;) 

Kwiat paproci, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Kwiat paproci, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Właściwie nie spodziewałam się niczego po tym spektaklu. Wiecie, przedstawienie dla dzieci o Wyspiańskim. Nie dość, że pomysł trudny, to jeszcze przedstawienie dla dzieci (takich starszych nieco, ale zawsze). Uznałam jednak, że i tak musimy na to iść, bo jest bardzo mało przedstawień, na które można pójść z dzieckiem, które jest już za duże na kukiełki dla maluchów, a za małe na spektakle dla dorosłych.

Oferty dla młodszych nastolatków w teatrach prawie nie ma. Owszem, dla przedszkolaków można wybierać i przebierać, ale jak tylko dziecko wyrośnie z Teatru Groteska, to musi poczekać, aż będzie miało tyle lat, żeby ogarnąć dorosły repertuar, bo NIE MA oferty. Tak, w Starym czasami grają CUDOWNEGO "Kopciuszka" dla nastolatków (polecam tak gorąco, jak tylko się da), ale to tylko jeden spektakl; poza tym zostaje nam opera i musicale, no ale ileż można (plus - to jednak nie to samo)...

Kupiłam zatem bilety na ten "Kwiat paproci" (od lat ośmiu według strony www teatru i moim zdaniem słusznie - IMO to spektakl dla dzieciaków od lat co najmniej ośmiu tak do końca podstawówki) i poszliśmy. Kupiłam lożę, bo nie było za bardzo innych miejsc, narażając się na skręt karku, ale tylko przez leciutko ponad godzinę, bo spektakl nie jest długi, więc dało się to znieść.

Oficjalna fotografia promocyjna spektaklu. Źródło: https://teatrwkrakowie.pl/spektakl/kwiat-paproci

Autorką przedstawienia jest Maria Wojtyszko, młoda twórczyni, która co prawda nie ma jeszcze bardzo bogatego dorobku, ale to, co już stworzyła, pokazuje olbrzymi potencjał. Z reżyserem "Kwiatu" - Jakubem Kroftą - współpracowała już wcześniej i najwyraźniej dobrze im się razem pracuje. Krofta ma wielkie doświadczenie w teatrze lalek w Polsce i Czechach, co widać bardzo dobrze w Słowackim - elementy lalkarskie są rozegrane wspaniale, aktorzy lalkarze (zwłaszcza Dorota Wodzień) są świetni, a lalki są nadzwyczajne i absolutnie creepy.

Co do samego przedstawienia - ma ono dwie warstwy. Jedna jest opowieścią o małym Stasiu, który marzy, żeby być nieśmiertelnym, więc szuka kwiatu paproci, który by spełnił jego życzenie. To jest element dla młodszej widowni; bajkowy, bardzo ładny inscenizacyjnie, a teatr mógł się tu pochwalić swoją świeżutko zainstalowaną obrotową sceną i pokazać talent Matyldy Kotlińskiej, która umie w scenografię. ;)

Druga warstwa to dorosły Wyspiański, który - no cóż - ma halucynacje po rtęciowej terapii syfilisu. Radosny temat dla młodej widowni, który ucieszył mnie jak nie wiem. :D Widzimy postępującą chorobę artysty i drogę do napisania "Wesela". Są tam sceny lepiej i gorzej rozegrane, ale nie ma tam nadmiaru patosu, którego nie znoszę, więc koncepcja przedstawienia się broni, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, do jakiej grupy wiekowej jest wszystko kierowane.

Możemy zobaczyć też obie kurtyny w Słowaku - starą - po niedawnej renowacji - kurtynę Siemiradzkiego; i nową, stworzoną na podstawie projektu Wyspiańskiego. Trochę szkoda, że artysta nigdy swojego projektu na żywo nie obejrzał.

Nowa kurtyna Wyspiańskiego. Kiepskie zdjęcie z komórki mojego autorstwa. (Tzn. zdjęcie mojego autorstwa, a nie komórka... :P)

W tej dorosłej warstwie przedstawienia jest mnóstwo mrugnięć okiem do dorosłej widowni. Mamy bardzo subtelne aluzje polityczne (cudowna scena, w której następuje sugestia poprawienia projektu witraża), mamy bardzo ładne, ważne zwłaszcza dla młodej widowni, pokazanie miejsc w Krakowie związanych z Wyspiańskim, mamy uroczo kiczowatą animację kurtyny Siemiradzkiego i kilka innych drobiazgów, które sprawiły, że jako osoba dorosła, do której przecież nie był kierowany ten spektakl, nie nudziłam się i - biorąc uczciwie poprawkę, że nie jestem targetem "Kwiatu paproci" - bawiłam się nieźle.

Oczywiście, spektakl ma wady, bywa nierówny i niezwykle irytowała mnie postać Hermesa (ale też nie jestem wielką fanką Lidii Bogaczówny, która go grała), który prowadzi widownię czasami trochę za bardzo za rączkę. Na szczęście jednak twórcy przedstawienia nie przesłodzili, nie bali się brzydkich wyrazów, mrocznych tematów, śmierci i przerażających lalek; nie traktowali swoich młodych widzów jak niezdolne do samodzielnego myślenia kukiełki. Bardzo chwali się poważne traktowanie dzieci, bardzo lubię, kiedy teatr nie mówi do dorastających ludzi jak do upupionych niemowląt, do których nie można powiedzieć "cholera", czy opowiedzieć o chorobie i śmierci.

Nie ma nic gorszego, niż spektakl dla dzieci starszych, niż przedszkolaki, w którym słodzi się i klepie po główkach, zmiękcza każde słowo i ciurlipirla jak do noworodka. Bardzo dobrze, że udało się tego uniknąć i bardzo dobrze, że mimo trudnego i niewdzięcznego tematu (umówmy się, że młodzi ludzie rzadko fascynują się Wyspiańskim ;)), udało się zrobić spektakl strawny dla starszych dzieci, nie bolący rodziców, nie za długi (1 h 20 minut), a do tego - WIELKIE BRAWA - posiadający napisy po angielsku i ukraińsku, co pozwala uniknąć wykluczenia wśród rosnącej w Krakowie widowni obcojęzycznej.

Słowak w barokowej okazałości. Zdjęcie moje. 

Nie wiem, czy jestem obiektywna, bo od momentu, w którym obejrzałam "Wesele" w reżyserii Jana Klaty, mam na punkcie Wyspiańskiego małą obsesję; prawie wszystko, co z nim związane, budzi we mnie miłą ekscytację. Niemniej jestem absolutnie pewna, że chociaż "Kwiat paproci" nie jest spektaklem bez wad, to jest niezwykle wartościowy. "Kwiat" w bardzo elegancki, atrakcyjny i nieoczywisty sposób pokazuje widowni, która nie ma o podmiocie przedstawienia pojęcia, sylwetkę artysty niesamowicie istotnego dla polskiej kultury, nie uciekając się do mdłego patriotyzmu czy do wyświechtanych formułek i "Wyspiański wielkim artystą był".

Brawo, chyba jest jakby coś dobrego w Słowaku. A już myślałam, że po KOSZMARNIE słabej "Zemście" moja noga tam nie postanie. ;) A tu proszę...
Wstydź się!

Wstydź się!

Grzebiecie czasami w koszu z książkami w Biedronce? Ja bardzo lubię. Zwłaszcza, kiedy książki są w nim poniżej dyszki. I tak wygrzebałam ostatnio pewną książkę autora "Człowieka, który gapił się na kozy".

Jon Ronson napisał bardzo wartościową, chociaż chyba niewystarczająco docenioną książeczkę, która opowiada o internetowym linczu. Opowiada w sposób bardzo rzetelny i ciekawy, bo autor jeździ po świecie i rozmawia z ludźmi, których kariery/reputacja zostały zrujnowane z powodu nagonki w internecie, zazwyczaj spowodowanej pojedynczym głupim tweetem, albo postem na facebooku. Rozmawia zarówno z osobami, które stały się ofiarami, jak i z osobami, które jakąś "nagonkę" nakręciły (i wymknęła się ona spod kontroli, o co bardzo, bardzo łatwo).



Ronson ma talent gawędziarski, a na dodatek nie jest tym typem reportażysty, który nam mówi, co mamy myśleć, więc książka pozwala nam wysnuwać własne wnioski i opinie na podstawie rozmów i przedstawionych faktów. Bardzo lubię nienachalnych autorów, którzy mi nie narzucają swojego zdania. Ma to też tę zaletę, że pojedyncze rozdziały można "wyciąć" jak czytankę i mogą one być przyczynkiem do dyskusji nad odpowiedzialnością za swoje słowa w internecie; gorąco bym polecała nauczycielom, żeby na wiedzy o społeczeństwie pokusili się o taki tekst źródłowy.

Rozpoznacie w tej książce na pewno co najmniej kilka osób, które kojarzycie z internetowych rantów ostatnich lat, w tym np. panią, która w arcygłupi sposób zażartowała, że nie zarazi się AIDS, ponieważ jest biała, co sprowadziło na nią falę nie tylko hejtu, ale też życiowych problemów.

Przy okazji autor wyciąga z historii różne prawa, które polegały na publicznym upokarzaniu w ramach kary za przewinienia, a także odwiedza pewnego amerykańskiego sędziego, który nadal stosuje zawstydzanie jako karę za drobne przestępstwa, uzyskując lepsze efekty, niż gdyby wsadzał drobnych przestępców (nie recydywistów, tu musimy postawić jednak jasną granicę ;)) do więzienia.

Z książki wyłaniają się też opowieści o tym, że jeśli chodzi o zawstydzanie związane z jakąś niestandardową aktywnością seksualną, to uderza ono w zasadzie wyłącznie w kobiety, nawet, jeśli nie robią niczego obiektywnie złego, ale w ogóle ujawniają się z tym, że prowadzą życie erotyczne inne, niż małżeński seks w domowym zaciszu. Męskie seksualne przewiny, nawet moralnie zdrożne, szybko zostają zapomniane, albo są co najwyżej rubasznie obśmiane, a za "sprawcą" nie ciągnie się żadne negatywne odium. Podwójne standardy są czasami wyjątkowo szokujące i warto o nich poczytać.

Dawno nie czytałam czegoś, co tak bardzo chciałabym dać do poczytania starszej młodzieży. Ta nieduża w sumie książka (sporo stron, ale gruby druk) jest bardzo, bardzo wartościową lekturą w sam raz na nasze czasy. Kupcie młodzieży i młodym dorosłym pod choinkę. Nie dość, że będą się świetnie bawić przy czytaniu (to się bardzo łatwo, lekko i przyjemnie czyta), to jeszcze może będą bardziej ważyć słowa na facebooku. A to jest zawsze w cenie... ;)
Skrzat nie śpi

Skrzat nie śpi

Dzisiaj chciałam napisać o książce, która wcale nie jest nowa (choć ostatnio ukazało się wznowienie i ono mnie zainspirowało do napisania posta). Nie jest też długa, nie ma w niej żadnej akcji, a na dodatek jest dla dzieci. I jest właściwie książką poetycką i nie mówię tu o tym, że są to rymowane, głupawe wierszyki. To jest poezja w najbardziej wzniosłym znaczeniu tego słowa.



"Skrzat nie śpi" to krótka książeczka o tym, że czas mija. Książka łagodna, zimowa, ciepła i z refrenem, który wybrzmiewa co drugą stronę. Na dodatek jest to książeczka Astrid Lindgren z nowymi ilustracjami Kitty Crowther, którą mogliście parę razy w różnych skandynawskich książkach dla dzieci już namierzyć.

Dawno nie pisałam o książkach dla dzieci, czy o książkach dobrze czytających się na głos, bo już z takimi pozycjami nie obcuję z braku małych dzieci w domu; tę wyciągnęłam, bo nagle przyszedł listopad. Ale to przyszedł tak na serio, nie tylko w kalendarzu.
Jest zimno, w Krakowie smog dusi tak, że zdrowiej jest pić wódkę, niż oddychać, a ja zaczęłam przegląd czapek. I zobaczyłam, że Zakamarki wznowiły "Skrzata", który chodzi po gospodarstwie, kiedy wszyscy śpią i szepcze do ucha zwierzętom, i opowiada im o upływie czasu, którego przeżył więcej, niż oni wszyscy razem wzięci. Chodzi i powtarza refren o mijaniu pór roku, chodzi i czuwa nad snem zagrody, głaszcze kota, żałuje, że dzieci go nie widzą. I nic się nie dzieje.



Nic się nie dzieje we wspaniały sposób. Usypiający w dobrym znaczeniu tego słowa, kojący, bezpieczny i liryczny. To jest niezwykła książeczka, idealna na prezent dla każdego dziecka, któremu jeszcze czytamy na głos. Zajrzałam do niej i poczułam spokój. To jest tego typu pozycja, którą polecam przed Mikołajkami na prezent, bo nie wyobrażam sobie nikogo, komu mogłaby się nie spodobać w zimny wieczór, kiedy za oknem wieje i pada, zbliża się noc, a my kładziemy dziecko spać i chcemy je przed snem wyciszyć.



Polecam z pewną nostalgią, bo nie mam jej już komu czytać. Ale wciąż mogę ją jeszcze komuś polecić. :)
Lud

Lud

Ilona Wiśniewska napisała trzecią książkę o zimnym miejscu. Tym razem książka jest o Grenlandii; nie o całej Grenlandii, rzecz jasna, ale głównie o Uummannaq, skalistej wysepce, na której jest dom dziecka, w którym przez trzy miesiące autorka pracuje. Rozmawia z ludźmi, łowi ryby i spisuje historie. I wyłania przed nami obraz straszliwie smutny.

Wydaje mi się, że jest to najsmutniejsza z książek autorki.
"Lud" jest głęboko ponury. Są w nim ludzie, którzy kochają swoje trudne życie w trudnym miejscu, ale często są to ludzie skrzywdzeni. Mamy tutaj dużo bardzo potrzebnych historycznych dygresji na temat stosunków między Grenlandią a Danią i nie jest to ładny obraz.
Jest tu ciekawy, zupełnie nieznany mi wątek przymusowego "cywilizowania" przez Danię grenlandzkich dzieci, który wyrył piętno na rzeszy ludzi; jest opowieść o alkoholizmie wśród Grenlandczyków; o uprzedzeniach i różnicach kulturowych, które kładą się cieniem na kontakty między narodami.



Są też oczywiście dzieci z domu dziecka. I trochę po przeczytaniu książki mamy wrażenie, że gdzieś tam, na końcu świata, na zimnej skale, jest grupa dzieci, przed którymi prawdopodobnie nie ma wielu otwartych drzwi. To są dzieci zupełnie zapomniane, choć pracownicy placówki oczywiście robią, co w ich mocy, dysponując bardzo ograniczonymi możliwościami.

To wszystko składa się na obraz głęboko depresyjny. Z jednej strony są wspaniali, dumni ze swojego pochodzenia ludzie na przepięknym, choć niegościnnym kawałku lodu/lądu. Z drugiej jest to świat surowy, ponury, w którym wiosną odmarza olbrzymie, paskudne wysypisko na krańcu wyspy, na którym gniją martwe psy z zaprzęgów, a plastikowe śmieci zanieczyszczają wszystko dookoła i wpadają do pięknego, turkusowego morza, które przy wysypisku zmienia się w żółtą zupę. I nie możemy winić za to miejscowych, bo sami nie są w stanie wywieźć tych śmieci, tak samo jak nie są wstanie zapobiec fali samobójstw wśród młodych mężczyzn, którzy - jak pisze Wiśniewska - są trochę jak szczeniaki rodzone na lodzie - jak przeżyją początek, to może coś z nich będzie.

Bardzo ładna to jest książka, po której widać, że autorka rozwinęła się od czasów "Białego", które było dobrą pozycją, ale chwilami z brakiem balansu między wtrętami encyklopedycznymi, a osobistą narracją. "Lud" to opowieść bardziej osobista, na pewno mniej wnikliwa, niż jej poprzednie książki o Norwegii, bo autorka spędziła w Uummannaq mało czasu, ale dojrzalsza literacko.

Nie można po tak krótkim czasie spędzonym w jakimś miejscu mówić o tym, że ktoś poznał dogłębnie temat, więc nie będę udawać nawet, że uważam, że to jakieś istotne kompendium wiedzy na temat Grenlandii, ale jest tam kilka nadzwyczajnie ciekawych wątków, zupełnie dla mnie nowych, które zachęcają do pogłębiania tematu po przeczytaniu "Ludu".

Książka czyta się znakomicie, więc bardzo polecam. Zwłaszcza komuś, kto o Grenlandii nic nie wie. Solidna pozycja i bardzo zimowa.
Kącik jesiennych nowości i zapowiedzi.

Kącik jesiennych nowości i zapowiedzi.

Okres od października do połowy grudnia to najbogatszy w nowości okres w roku. Zbliżają się święta, ludzie czytają w zimne wieczory więcej, a do tego są w tym okresie najpierw śląskie, a potem krakowskie targi książki. 

1. W tym roku jest nie inaczej. Z nowości i zapowiedzi dla starszych dzieci i młodzieży, mamy prawdziwy wysyp. 

"Mortynka" już się ukazała - jest to pierwszy tom opowieści o dziewczynce-zombie. Idealna bajka na Halloween. ;) 


"Hotel Winterhouse" ukaże się pod koniec listopada w Dwukropku. Okładka jest śliczna, a opis brzmi idealnie dla dzieciaków, które lubią tajemnicze i nieco mroczne opowieści: 

Jedenastoletnia lat Elizabeth Somers mieszka z ciotką i wujem, odkąd jej rodzice zginęli w wypadku, którego Elizabeth nie pamięta. Elizabeth, wbrew jej woli, zostaje wysłana na święta Bożego Narodzenia bez pieniędzy i prawie bez żadnych ubrań do hotelu o nic nie mówiącej nazwie Winterhouse, należącego do osobliwego Norbridge’a Fallsa. Z początku nieufna Elizabeth jest zaintrygowana hotelem i jego gośćmi, zaprzyjaźnia się nawet z 11-letnim Freddym, który podobnie jak ona uwielbia zagadki, łamigłówki i anagramy. Elizabeth szybko odkrywa, że Winterhouse ma wiele uroku, a przede wszystkim ogromną bibliotekę. Wkrótce dziewczyna znajduje magiczną książkę z zagadkami, której w żaden sposób nie można zmusić do powrotu na biblioteczne półki – książka po prostu nie pozwala się odnieść, pomaga za to rozwiązać tajemnicę hotelu, jego właściciela oraz dziwacznych i złowrogich gości. A im bardziej Elizabeth zagłębia się w tajemnice hotelu, tym bardziej zaczyna zdawać sobie sprawę, że w niewyjaśniony sposób sama jest powiązana z tym miejscem i jego mieszkańcami.


"Gobelin" to początek magiczno-przygodowej serii, bardzo popularnej w krajach anglojęzycznych. Podobno fani "Zwiadowców" uważają, że to super seria. ;) Książka już jest dostępna.


"Amelka Kieł" to kolejna opowieść "gotycka" dla dzieci - bardzo modny gatunek w tym sezonie. ;) I może się przyjąć. :) Dostępna będzie pod koniec października, na pewno kupicie ją na krakowskich Targach.



 2. Mam dla Was też kilka zapowiedzi kulinarnych.

Na przykład Czarne snuje opowieść o polskiej kuchni - nie jest to książka kucharska, ale raczej opowieść o tym, czego już nie znamy, a o czym ciekawie wiedzieć. Trochę jest to chyba historia kształtowania się tego, co dziś nazywamy polską kuchnią. Może być bardzo ciekawie i ukaże się w połowie listopada.


"Hazana" to z kolei śliczności o wegetariańskich daniach z kuchni żydowskiej. Wydawnictwo Foksal, premiera czternastego listopada.



"Zielone Boże Narodzenie" to kolejna wegetariańska książka kucharska, ale tym razem skandynawska. Także z pięknymi zdjęciami i chyba świetna na prezent. :) Zostanie wydana w tym samym terminie co dwie powyższe, tylko wydawnictwo inne - Marginesy.


3. Jeśli chodzi o komiksy, to także mamy na co czekać. :)
Nowy Wajrak i nowe (choć stare ;)) kaczki - tym razem autorstwa Carla Banksa. :) Wszystko na przełomie października i listopada. Wajrak od Agory, a kaczki od Egmontu.




4. Dla maluchów też będzie w czym wybierać.

"Cudouszek" o pół-lisie pół-człowieku z sierocińca (!), to przedziwna bajka, pięknie ilustrowana. Po polsku ukaże się nakładem wydawnictwa Czarna Owca pod koniec listopada.


"Pewnego razu w Londynie" już jest do kupienia i jest to picture book dla dzieci w każdym wieku. Nie ma tam słów, ale za to jest dużo treści. Książka była wielokrotnie nagradzana i budzi powszechne zachwyty wszędzie, gdzie się pojawi. Może i w Polsce się spodoba (premiera na początku listopada). :)

Z kolei "Gdzie jest Wally" - kolejna książka bez słów, to coś, co wszyscy na pewno kojarzą, ale polskie wydanie bardzo się przyda. :) Urocza pozycja nawet dla najmłodszych czytelników i już dostępna.



Z całkiem polskiego podwórka dwie świetne pozycje - jedna o zwierzętach, które już wyginęły, ilustrowana przez wspaniałą Nikolę Kucharską (już w księgarniach); a druga to obrazkowa śliczność, także przyrodnicza, ilustrowana przez Emilię Dziubak (będzie można kupić w połowie listopada). Obie książki polecam w ciemno, bo te dwa nazwiska zawsze gwarantują co najmniej estetyczną radość.



Zwyciężczyni Bolonia Ragazzi Award o potędze czytania. :) Wydawnictwo Tekturka, premiera w pierwszym tygodniu listopada.



5. Dla dorosłych Krytyka Polityczna ma dwie książki o dzieciach księży. Na fali "Kleru" na pewno będzie się czytało. ;) Premiera w okolicach krakowskich Targów, na pewno zajrzę na stoisko wydawnictwa, bo zwykle pracują tam fajni ludzie.



6. Na koniec zapowiedzi gwiazdkowe. Kolejny tom Haiga (którego bardzo lubię) i nowa adwentowa książka Zakamarków. Obie książki będą na pewno przyjemnym dodatkiem do przedświątecznych przygotowań.

Haiga będzie można kupić już na Targach, ale Zakamarki mówią, że ich książka przyjedzie z drukarni dopiero 7. listopada. To i tak wcześniej, niż zazwyczaj, bo co roku wydawnictwo spóźnia się z adwentowymi bajkami o kilka dni i książki trafiają do sklepów dopiero w grudniu. Trzymam kciuki, żeby tym razem udało się wyrobić wcześniej. :)



7. Ach, i na koniec jeszcze Martin. Opowieści z dziejów Westeros. Niestety jeszcze nie "Wichry zimy". Idźcie do księgarń 20. listopada. Ja się chyba na Martina obraziłam. ;)


Śmiejąc się w drodze do meczetu

Śmiejąc się w drodze do meczetu

Dzisiaj mam dla Was wpis o książce nienowej.
Nie jest też to książka szczególnie znana czy popularna. Za to jest to lektura ciepła, lekka, czarująca i w sam raz na coraz zimniejsze wieczory.
Tekst nie jest literacko wysmakowany, książka zdobyła parę nagród, ale nie były to nagrody szczególnie prestiżowe. Dlaczego więc o niej piszę? Bo to książka, która poprawiła mi humor. Książka, która mnie wzruszyła i która - mając ledwie 250 stron - zawiera taki ładunek pozytywnych wrażeń, jest tak lekka i zabawna, że uznałam, że należy jej się odrobina reklamy. :)



Zarqua Nawaz jest scenarzystką kanadyjskiego serialu "Little Mosque on the Prairie" ("Mały meczet na prerii"), który doczekał się sześciu sezonów i jest komediową opowieścią o małej muzułmańskiej społeczności w Saskatchewan w Kanadzie. Obejrzałam tylko kilka odcinków, ale wiedząc, że autorka serialu jest praktykującą muzułmanką z tego samego regionu, o którym opowiada jej telewizyjne dzieło, byłam bardzo ciekawa jej wspomnień, bo rzadko możemy zajrzeć w życie umiarkowanych, zwyczajnych wyznawców i wyznawczyń islamu.



Nie zawiodłam się. Opowieść jest czarująca i porusza całe mnóstwo zajmujących tematów z humorem, czułością i zrozumieniem. Zarqua ma cudowne wyczucie absurdu. Jej relacja z pielgrzymki do Mekki jest z jednej strony opowieścią o przeżyciu mistycznym i religijnym (i pokazuje, jak pod wieloma względami muzułmanie się od chrześcijan w ogóle nie różnią), a z drugiej strony to historia o szaleństwie, przesadzie i religijnej paranoi.

Poruszył mnie rozdział o o dorastaniu, kiedy autorka opowiadała o swoim chwilowym radykalizmie, kiedy to jako nastolatka przez chwilę była pod wpływem ortodoksyjnej wychowawczyni na koloniach i sama zaczęła nosić hidżab, choć w jej rodzinie żadna kobieta tego nie robiła. Na szczęście jej ekstremizm szybko się rozmył, ale po przeczytaniu "Dwóch sióstr" miałam ciarki, bo widziałam po raz kolejny, jak łatwo nastolatki wpadają w skrajności, jeśli znajdą się pod niewłaściwym wpływem.

Ogólnie rzecz ujmując jednak to książka o miłości. O kochającej się rodzinie, o karierze w przemyśle filmowym, a także o tym, że - najwyraźniej - można być feministką i muzułmanką (aczkolwiek radykalizm w żadnej religii nie sprzyja kobietom, co też wyraźnie ze "Śmiejąc się" wynika i nie jest to odkrycie wielkie, ale jednak przypomnieć nie zaszkodzi).
Nawaz walczy o to, by w jej meczecie kobiety i mężczyźni modlili się obok siebie, rozważa sens obrzezania swoich synów i sama aranżuje swoje małżeństwo, uważając, że zdroworozsądkowe podejście do znalezienia sobie męża do niej przemawia, a chodzenie na randki ją nudzi, więc sama sobie wybiera partnera, rozpytując znajomych muzułmanów w sprawie kandydatów. Jej rodzice na szczęście są normalnymi, miłymi, kochającymi ludźmi, którzy troszczą się o dobro swoich dzieci bardziej, niż o opinie co bardziej radykalnych krewnych.

(A tu autorka książki czyta jej fragment. :))



Cudowna to opowieść o kobiecie, która jest bardzo zwyczajna i bardzo niesamowita w tej zwyczajności, bo często myślimy o muzułmankach jak o ofiarach ucisku (którymi czasem, oczywiście, są), ale zapominamy, że wśród nich są kobiety, które sama decydują o sobie i są szczęśliwe (ale - ZNOWU - nie czarujmy się, nie mówimy o domach radykałów; ekstremistyczni katolicy też zresztą dla kobiet mili nie są).

Jeśli chcecie się dobrze bawić i dowiedzieć, dlaczego Mekka to świetne miejsce, żeby oglądać penisy (oraz co ma wspólnego bóg z wifi), to bardzo polecam. To jest czytadło, tak, nie ukrywam tego przed Wami, ale czytadło miłe, mądre i zabawne. I na pewno odczaruje islam tym, którym się wydaje, że ma on tylko jedną twarz (w turbanie, z wielbłądem, obłędem w oczach i na okładce "Do Rzeczy" ;)).

Poczytajcie, jeśli szukacie czegoś ultralekkiego, ale co Was nie zabije głupotą. Serdecznie polecam. :)


Copyright © 2014 Na regale , Blogger