O kultowej kanadyjskiej serii książek - Rodzina Whiteoaków.

O kultowej kanadyjskiej serii książek - Rodzina Whiteoaków.

 Muszę zacząć od pewnego historycznego wstępu.

Mazo de la Roche urodziła się w 1879 roku w Kanadzie i zaczynała pisarską karierę od pisania romansów. Kiedy opublikowała pierwszy tom Jalny (polski tytuł, to "Rodzina Whiteoaków"), będący sagą rodzinną o rodzinie brytyjskich osadników w Kanadzie, stał się on natychmiast hitem. Napisała ona najpierw osiem tomów, a potem, po błaganiach czytelników, dopisała kolejnych osiem. Dzieją się one na przestrzeni stu lat - od 1854 do 1954 roku, a łączy je rodzinna posiadłość w Kanadzie, tytułowa Jalna.

Mazo de la Roche

Każdy z tomów można czytać osobno, każdy jest osobną historią i znajomość innych części nie jest konieczna, by wiedzieć, co się dzieje (tak mówi internet ;)). Tomy zresztą nie są pisane w kolejności chronologicznej. 

Seria o Whiteoakach ma w Kanadzie status kultowej, niemal niczym Ania z Zielonego Wzgórza. Książki tłumaczono na dziesiątki języków, były wznawiane niezliczoną ilość razy, a jeśli wejdziecie w recenzje na Amazonie, wylewa się z nich szalona ilość sentymentu i miłości do tej serii.

Dlatego też postanowiłam przeczytać co najmniej pierwszy tom - ot, lubię wiedzieć, o co chodzi z różnymi zjawiskami literackimi. I przeczytałam, ale - łooo paaaanie - co to było za czytanie. I uprzedzam, nie przeczytałam jeszcze żadnej kolejnej części (nie jestem pewna, czy to zrobię, ale kto wie), więc odnoszę się tylko do stylu początków sagi. :)

Od razu zaznaczę, że książka jest pisana i osadzona w czasach galopującego kolonializmu, więc pominę te wątki, bo są niejako oczywiste dla epoki i absurdem byłoby się ich teraz czepiać.

Głównymi bohaterami pierwszego tomu są Adelina i Filip - piękna (opisy ich urody zajmują sporą część z trzystu stron książki ;)), zamożna para, która nada początek rodowi Whiteoaków z Kanady i zbuduje Jalnę, w której będzie się działo potem 16 tomów dobra. 


I tak w ciągu pierwszej połowy (150 stron) książki zdążyło wydarzyć się:

- wyjazd do Indii z Wysp Brytyjskich, powrót z Indii na Wyspy, odwiedzenie wielu członków rodziny tamże, wypłynięcie do Kanady, przeprowadzka w Kanadzie;

- sztorm, dziura w okręcie, minięcie się o włos z górą lodową, jedna martwa indyjska niańka, jeden martwy sąsiad, pogrzeb na morzu, dwa porody;

- jedna koza podróżująca z Indii na Wyspy i do Kanady, jedna dziewica, która uciekła z ukochanym z okrętu, by wziąć ślub, jeden skradziony obraz, jedna kobieta w szale próbująca zawrócić okręt do portu, jeden mężczyzna, który uciekł od żony na drugi koniec globu, bo ta za dużo sprzątała i jedna lalka, której poświęcono więcej uwagi, niż dzieciom.

W ogóle Mazo de la Roche niekoniecznie dzieci lubiła. Pojawiają się one po to, by opisać ich urodę, ale potem są spychane niańkom (niezliczonym wręcz) i znikają z horyzontu, by ich rodzice mogli prowadzić szumne życie bez obciążeń. Dzieci wracają do fabuły dopiero, jak dorosną i mogą robić ciekawsze rzeczy w kolejnych tomach (przeczytałam streszczenia ;)). Póki są małe nie ma z nich żadnego pożytku. 

Autorka lubi opisywać meble, żyrandole, suknie i różowe policzki, ale charaktery bohaterów narysowane są tak grubą kreską, że w zasadzie o każdej osobie można powiedzieć najwyżej jedno zdanie. Nie byłam w stanie polubić żadnej postaci. Adelina jest potworną, zdziecinniałą kretynką, a Filip jest wyniosłym bufonem. 

"Ania z Zielonego Wzgórza" to przy Jalnie wyważona, nieegzaltowana, stonowana opowieść. 

Czy jednak nie rozumiem, czemu w swoich czasach książki te były hitem i czemu ludzie je kochają? Ależ rozumiem. Nie bez powodu telenowele przyciągają tłumy przed telewizory. Nie da się ukryć, że w powieściach Mazo de la Roche jest coś wciągającego. Można z nich kpić, można widzieć wszystkie ich absurdy, patrząc na nie ze stołka w roku 2021, ale przecież to była literatura popularna dla zwykłych ludzi. Oni chcieli czytać o bogatych meblach i pięknych materiałach. Chcieli dramatu, nieślubnych dzieci i omdlewających w chorobie ukochanych, obowiązkowo będących pięknymi i smukłymi aż do osiemdziesiątki. 

Zapoznałam się z tym fenomenem z rozbawieniem i przyjemnością, najbardziej rechocząc, kiedy biedne pierworodne dziecię głównych bohaterów jest wrzucane do drugiej klasy w okręcie, bo tam są te wielkie ciepłe baby, które mają naturalne predyspozycje do brudnej roboty przy pieluchach - nie to co szlachetne, delikatne szlachcianki. Albo kiedy wszelkie proste kobiety zakochują się w okazywanych im nieludzko urodziwych dwulatkach, marząc, by nimi się non stop opiekować, by rodzice mogli wydawać bale. Nie powiem - jak mój syn miał ze dwa-trzy lata, też czasami marzyłam, by rano go oddać bonie, a wieczorem dostać go tylko do ucałowania, kiedy był już nakarmiony, umyty i śpiący. ;) 

Czy polecam "Rodzinę" do czytania? A pewnie, czytajcie. Albo nie, wszystko jedno. :D Ja chciałam Wam tylko opowiedzieć, co kochali Kanadyjczycy. :)

Trzy dobre dzienniki lekarzy, które można było wydać lepiej.

Trzy dobre dzienniki lekarzy, które można było wydać lepiej.

Zacznę od tego, że zawaliłam. Kupiłam książki impulsywnie, kierując się swoimi zainteresowaniami, a nie robiąc należytego researchu. Otóż nie skojarzyłam, że wszystkie te rzeczy już czytałam, ale wiele lat temu. I mam je w domu, ale w pierwotnym wydaniu - wydaniu dzienników lekarzy z tomu konkursowego z 1939 roku. Po prostu nie pamiętałam nazwisk lekarzy, którzy wtedy wygrali konkurs organizowany przez ZUS (sic!). Moja wina, trudno.

Czy to źle, że je wznowiono, ale w ładniejszej formie? Ależ skąd! Niektóre z nich, zwłaszcza pamiętnik Zofii Karaś, są po prostu znakomite i należy im się przypomnienie, ALE ich nowe wydanie, tak przecież o wiele droższe, niż kupienie oryginału w jakimś internetowym antykwariacie, nie wnosi nam nic nowego, bo wydawnictwo Nawias, które je wydało, poszło po linii najmniejszego oporu i nie załączyło ani biogramów lekarzy, ani przypisów do samych tekstów (o które aż się prosi, bo przedwojenna medycyna to jednak zupełnie inny świat, niż medycyna współczesna). Ot, wznowiono suchy tekst, który czasami - pozbawiony tego kontekstu historycznego - może wyrządzić parę szkód (zwłaszcza pamięci o autorach pamiętników). 

Nie zadbano o walor edukacyjny, zadowalając się jedynie tym "sensacyjnym", co sprawia, że kupienie nowszego wydania w ogóle nic nam nie daje, poza ładniejszą okładką. A szkoda. 

I teraz postanowiłam oddać sprawiedliwość tym lekarzom, których wybrano do publikacji, i trochę Wam o nich opowiedzieć, skoro nie zrobiło tego wydawnictwo. 

Najlepszy z pamiętników (moim skromnym zdaniem), to pamiętnik Zofii Karaś. Jest surowy, bezlitosny i dowcipny jednocześnie. Głównie jednak gorzki jak chinina. 

Zofia urodziła się w 1904 roku, a zmarła w 1942, ledwie trzy lata po wygraniu konkursu (krótkie życie będzie łączyło wszystkich autorów tych wspomnień, którym przyszło leczyć w tak paskudnie trudnych czasach). Pracowała w Suchej Beskidzkiej w poradni przeciwgruźliczo-jagliczej, ale - jak wielu lekarzy wtedy - zmuszona była znać się na wszystkim. Odbierać porody, wyrywać zęby i w ogóle leczyć cokolwiek, do czego została wezwana w trudnym, górskim terenie.

Kiedy wybuchła wojna, pomagała Żydom i była wielokrotnie przesłuchiwana przez gestapo. Co się działo na przesłuchaniach, możemy się tylko domyślać, ale musiało to być potworne, ponieważ Zofia, zagrożona kolejnym przesłuchaniem, popełniła samobójstwo w 1942 roku. 

Po wydaniu pamiętników, tak dobrych literacko i tak przenikliwych w swojej prostocie przekazu, zainteresował się nią świat literacki, ale nie zdążyła nic więcej napisać, bo walec historii przetrącił jej drobną postać. A wiemy, że drobną, ze wspomnień Wańkowicza

Wędrowałem tak okiem na chybił trafił po kraju, aż nagle ulica w Suchej powitała mię napisem „ul. dr Z. Karaś”. Przypomniałem to drobne chucherko, „te trzy kosteczki na krzyż”, jak siedząc za naszym stołem bez żadnego patosu, bez żadnego liryzmu mówiła nie lelijami i różami, tylko krwią i żelazem. [...]

Stałem pod tą tabliczką na ulicy w Suchej. Na uliczce, którą tak niedawno przeciągały fury napełnione cierpieniem pod ten dom człowieka bezsilnego, rozszarpywanego przez ludzkie cierpienie. Poszedłem tą drogą, tąż samą drogą, by się zwiedzieć o losie tej, która tu pracowała. Była krótka, jakże „szablonowa”: aresztowana przez gestapo, otruła się.

I takiego wspomnienia zabrakło w wydaniu książki przez Nawias. Serce mi trochę pęka, bo brakuje oddania jej tej czci należnej. Była młodą kobietą, kiedy koszmar nazizmu sprowadził na nią śmierć. Ciekawa jestem także, co stało się z podrzuconym dzieckiem, które w trakcie swojej praktyki adoptowała. To by było cudowne, dowiedzieć się, co było z nim dalej.

Drugi pamiętnik, pamiętnik Czesława Gawareckiego, może z kolei pozostawić niesmak. Niesmak, bo jest wyraźnie i często antysemicki. Bywa odrażający w tym wszystkim, obcesowy, nieprzyjemny, a także typowo męsko mizoginistyczny. Ot, typowy przedwojenny mężczyzna, który uległ antyżydowskiej propagandzie, a kobiety jawią mu się jako marudne, zdziecinniałe i irytujące. I, gdybyśmy nie znali dalszych losów Gawareckiego (a z małej książeczki, cena okładkowa 34,90 zł., nie dowiemy się niczego), to moglibyśmy uznać, że całe życie był nieznośnym gburem. 

A warto wiedzieć, że być może w końcówce życia ten młody radiolog, (urodzony w 1901 roku) weteran pierwszej wojny światowej, niedosłyszący (skutek jakiejś choroby zapalnej), mający szereg sukcesów naukowych (możemy znaleźć 10 publikacji jego autorstwa) został aresztowany w 1941 roku przez gestapo, osadzony na zamku w Lublinie, a potem przewieziony do Auschwitz, gdzie został lekarzem obozowym. I tam być może odrobinę odkupił swoje wcześniejsze paskudne poglądy, bo wiemy z relacji, że wystawiał więźniom fałszywe zaświadczenia zdrowotne, by mogli uniknąć komory gazowej lub dostać lepsze racje żywnościowe. Wiemy to od innego lekarza - Rudolfa Diema - który był tam razem z nim i pożył na tyle długo, by o tym opowiedzieć.

Zdjęcie obozowe doktora Gawareckiego.
Zdjęcie obozowe doktora Gawareckiego.

Doktor Czesław Gawarecki został zastrzelony jako więzień polityczny w 1942 roku. Jego żona również trafiła do obozu, do Ravensbruck. Przetrwała, ale zmarła wkrótce po tym, jak udało jej się wyjechać do Szwecji na leczenie po wyzwoleniu obozu.

I tu dochodzę do trzeciej osoby - lekarki Sabiny Skopińskiej. Urodzona w 1900 roku, zmarła w roku 1943. Jej spostrzeżenia dotyczące ludzkiej nędzy, koszmarnej biedoty, a także parę zabawnych anegdot z życia warszawskich elit, czytają się bardzo dobrze. Pisała sprawnie, dość wartko. Między wierszami jednak widzimy, jak mordercza praca, jaka była jej udziałem, niszczy powoli jej zdrowie, zwłaszcza serce.

Po wydaniu pamiętników w 1939 roku i ją dopada wojna. Sabina działa w konspiracji i wstępuje do AK, którego zebrania przyjmuje we własnym mieszkaniu w Warszawie, prowadząc też szkolenia sanitarne, tak potrzebne w czasie wojny. I to prawdopodobnie sprowadza na nią gestapo, które rozstrzeliwuje ją w 1943 roku. Udaje jej się jeszcze w ostatniej chwili ostrzec syna, który daje radę zbiec. 

Pośmiertnie odznaczono ją Krzyżem Walecznych. Tego też nie dowiecie się z nowego wydania. 

---

I tyle chciałam Wam napisać. Czy macie kupować te trzy książki? Nie wiem, możecie, czemu nie. Chyba że wolicie oryginalne wydanie z 1939 roku - też da się je dostać czasami na Allegro. Szczególnie polecam oczywiście wspomnienia Zofii Karaś, bo są po prostu wyjątkowo dobrze napisane.

Jestem bardzo za tym, by wznawiać niektóre zapomniane pozycje; sama wiele takich staroci mam w domu (w tym naprawdę znakomity pamiętnik lekarki Heleny Kotarskiej-Detloff, ukrywającej się pod pseudonimem Z. Delta, również wydany w 1939 roku - wspaniała lektura, zasługująca na wznowienie!), ale jestem wkurzona na sposób wydania tych trzech książek, o których dziś pisałam.

Należą im się bowiem po latach solidne przypisy, pochylenie się nad historycznymi terapiami, o których mowa, nad losem autorów, nad kontekstem społeczno-kulturowym epoki. Okropnie mnie wydawnictwo Nawias tym niestety zirytowało. Aż mnie ręka czasami świerzbiła, żeby coś dopisać, zajrzeć do innej literatury, zweryfikować sobie różne rzeczy. Wiem, że historia medycyny jest czymś, co jest moją absolutną pasją i mogę podchodzić do tematu bardzo emocjonalnie, ale cóż poradzę. W końcu tak czuję, nie ucieknę od tego (i polecam się na przyszłość wszelkim wydawcom do robienia przypisów - mam cały regał literatury poświęconej wyłącznie historii medycyny, więc mogę szybciutko i merytorycznie skomentować każdą rzecz! :D). 

W każdym razie - czytajcie stare pamiętniki, ale szanujcie historię i ich autorów. ;) I tyle.


O matko, jaką dobrą książkę sensacyjną przeczytałam!

O matko, jaką dobrą książkę sensacyjną przeczytałam!

Kiedy przeczytałam, że "Amerykański brud" okrzyknięto (jak wiele książek przed nim) "jedną z najważniejszych powieści naszych czasów" i "literackim arcydziełem", byłam w zasadzie znużona. ZNOWU? No dajcież spokój, ileż to razy już się nacięłam na takie reklamy i zachwyty. ALE.


Szukałam czegoś, co będzie dobrym czytadłem, jakiejś porządnej sensacji, jakiegoś nowego Dana Browna (który, choć fabularnie żenujący czasami, przynajmniej umie opisywać akcję), wciągającej historii, od której trudno się oderwać. I to wszystko znalazłam!

Temat książki jest poważny. W Meksyku gangi narkotykowe faktycznie trzęsą miastami, korumpują policję i mordują, więc nie dziwi mnie emocjonalne podejście wielu osób do tej powieści. Ja jednak potraktowałam ją jak sensacyjną opowieść drogi. I, szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby trzeba było traktować ją jakoś inaczej. 

Oto matka z dzieckiem ucieka przez cały kraj przed przebiegłym bossem mafii. Ma przytroczoną do nogi maczetę i najbardziej na świecie chce chronić syna. Trochę to przypomina tematem "Drogę" McCarthy'ego, ale jest literacko dużo lepsze. Książka szalenie wciąga, nie ma dłużyzn, nie ma przestojów. Podróż trwa cały czas. Ciągle ktoś może ich rozpoznać, a główny czarny charakter ma swoich ludzi wszędzie. Nie można użyć karty płatniczej, bo będzie wiedział, gdzie są ofiary, nie da się wsiąść do samolotu. Trzeba podróżować szlakiem przemytników i uchodźców. Po kryjomu, w grozie i ciągłym niebezpieczeństwie. 

Książka jest niesamowicie porywająca, trzyma w napięciu od pierwszych stron. Jest też ponura i pełna lęku. Trudno się od niej oderwać. Nie wiem, czy mogę ją bardziej polecić. 

Czy jest to "powieść wszechczasów". No błagam. Nie. Jest tam za to sporo znanych tropów z dobrze skonstruowanej powieści sensacyjnej. I są one rozegrane bardzo dobrze. Gdyby książka była słaba, drażniłyby mnie czasem zbyt ckliwe wspomnienia bohaterki, czy "cudowność" jej dziecka, ale akcja jest tak wartka, że z łatwością to łykam. 

To jest po prostu porządna, wciągająca lektura. Może jestem bez serca, ale nie przypisywałabym jej żadnych więcej nadzwyczajnych cech. Chcecie wciągającej książki, oto macie. Polecam z czystym sumieniem. Można się w niej zatopić, a to mi się zdarza z książkami już coraz rzadziej. 

Kulturalne (i nie tylko) prezenty na ostatnią chwilę - edycja 2020.

Kulturalne (i nie tylko) prezenty na ostatnią chwilę - edycja 2020.

Zgodnie z prośbą tych i owych, jeszcze jeden poradnik prezentowy wcisnę w tym roku. Tym razem poradnik pt. jak kupić fajny prezent, kiedy obudziłam/em się z ręką w nocniku i został mi tydzień do Gwiazdki. Zatem jest to poradnik oparty na przedmiotach, które są łatwo dostępne, oczywiste i zdążą przyjść do paczkomatu w tydzień, albo można je kupić stacjonarnie z niewielkim wysiłkiem. :)

Nie odkrywam Ameryki, ale w panice może ktoś zapomniał o opcjach najłatwiejszych. :)

1. Słodycze związane z ulubioną franczyzą. 

Załóżmy, że siostrzenica lubi jakąś kreskówkę, a jej pokój zasypany jest gadżetami z nią związanymi. Nie chcecie się zdublować, a głupio przyjść z pustymi rękami. Dzieciak lubi słodkie, w święta rodzice nie będą zabraniać jeść. Albo macie szwagra, który wciąga czekoladę nosem, a najbardziej na świecie lubi po pijaku oglądać Harry'ego Pottera. Czy coś w tym stylu. Wchodzicie zatem na serwis aukcyjny (albo do Carrefoura, bo ostatnio tam widziałam półeczkę z obrandowanymi słodkościami) i szukacie słodyczy, które ktoś zapakował fajniej, niż zwykłą milkę. Miłe, uwzględniające upodobania obdarowanego, a do tego praktyczne - czekoladę się zje, nie będzie zawalała w kącie przez 20 lat. 






2. Idźmy dalej. 

Załóżmy, że zięć uwielbia Szkło Kontaktowe, nosi codziennie koszulkę z napisem "KONSTYTUCJA" i najbardziej na świecie marzy mu się upadek rządu i proces pokazowy, podczas którego Ziobro się skurczy, a Kaczyńskiemu odpadnie z wściekłości głowa. 

Tutaj mamy spory wybór. Począwszy od tiszertów (dostępne od ręki na Allegro, które mi nie płaci za reklamę ;)), przez puzzle z rysunkiem Mleczki, po płytę (dla tych, którzy wciąż analogowi) Bukartyka, który śpiewa smutno o tym, jak jest źle. 




3. Skarpetki. Kto nie kocha skarpetek? Mogą mieć wzory dobrane do upodobań. Wedle uznania. Mamy już sporo marek, które robią cudne, wesołe skarpety - Many Mornings, Spox Socks, Happy Socks i tym podobne. Możecie kupić takie, które będą inteligentne, śliczne i dobrej jakości. I kupicie je szybko - firmy skarpetkowe mają stoiska w centrach handlowych, a i online bezpośrednio u producenta też powinno dać się kupić od ręki.

Beatlesi, malarze, kreskówki. Co tylko chcecie.






4. Dekoracje świąteczne, nawiązujące do zainteresowań obdarowywanego. 

Prezent taki ma tę zaletę, że - obdarowany może go od razu powiesić na choince, przyda się przez lata, a na dodatek pokazuje, że dokonaliśmy jakiegoś namysłu przed zakupem. Zatem niech to nie będzie to paczka randomowych bombek, kupionych na ostatnią chwilę w Pepco. Na litość - nawet prezent kupowany na ostatnią chwilę (za co nikogo nie potępiam, po prostu tak bywa) powinien pokazywać minimum uczucia. 

Tak więc - dziecku, które wyje rodzicom "MAAAAM TĘ MOOOOC!" od rana do wieczora, można kupić bombkę z Elsą. Teściowi, który tęskni za jazdą na nartach (a otwarte stoki nie przekonują go, że można narażać życie), kupcie zawieszkę z nartami, a osobie, która ma już wszystko - bombkę z maseczką. W zasadzie - bombkę z maseczką w tym roku można kupić każdemu. Jaki rok, takie święta.







5. Coś, co przypomni nam wszystkim, że jeszcze będzie normalnie. Może to być przewodnik turystyczny, a może - wspomagając kulturę - voucher do teatru, ważny co najmniej rok, żeby pójść jak już się zaczniemy szczepić, a teatry otworzą. :) Przy okazji wspomożemy kulturę, która ledwo zipie.



6. Kosmetyki codziennego użytku (przy czym specjalistyczne kremy do twarzy i inne tym podobne kupujmy jednak tylko tym, których znamy bardzo dobrze i wiemy, co lubią). Rossmann ma ostatnio cudowny wybór popularnych kosmetyków - także wegańskich i dla dzieci. Niezobowiązujące, przydatne, ładne i praktyczne. :)

Możemy kupić pomadkę do spierzchniętych ust, kulę do kąpieli, czy inne tego typu neutralne przedmioty, nie wymagające znajomości szczegółowej osoby, którą obdarowujemy. Chociaż - w przypadku tej kuli - warto wiedzieć, czy dana osoba ma wannę... ;)

Jest to fajna opcja zwłaszcza dla dzieci. Dorosłym trudniej dogodzić. ;) 








6. Cokolwiek, byle było z ciepłą myślą o obdarowywanym. Ten rok jest taki okropny, że przede wszystkim kupcie coś sobie. Książkę, krem droższy, niż zwykle, dobre jedzenie, ciepły koc. Nie jest ważne, czy kupicie coś we Flying Tigerze za pięć złotych, czy stać Was na drogą elektronikę. Przede wszystkim - zróbmy sobie wszyscy w tym roku dobrze. Należy nam się. Przeżyliśmy. Udało się, ten rok dobiega końca, od stycznia dążymy ku wiośnie. I ku szczepionce.

Zadbajmy o siebie, nie kupujmy innym nic na siłę. Może nawet umówmy się, że w tym roku kupujemy sobie prezenty sami (no, wyłączając dzieci, wiadomo ;)). Bardzo lubię opcję dogadzania sobie bez wyrzutów sumienia - są święta, jest wymówka, żeby trochę więcej wydać na siebie. Robimy tak od lat. A potem, w Wigilię, wystarczy to rozpakować i cieszyć się idealnie trafionym prezentem. :D

Bawcie się dobrze, zdrowo i ostrożnie. Nie róbcie wielkich spędów, skorzystajcie z okazji, że nie będzie całej rodziny przy stole, spędźcie święta w dresie, czytając książki i oglądając filmy. Zadbajcie tylko o dobre jedzenie, kochajcie się i bądźcie cierpliwi. Jeszcze tylko parę miesięcy i - mam nadzieję - zaczniemy zmierzać ku normalności.

Wesołych! 


Boże Narodzenie to święto uchodźców.

Boże Narodzenie to święto uchodźców.

 Bardzo lubię stos książek w TkMaxx. Czasami można w nim znaleźć róże fajności, których nie dostaniemy po polsku. I tak, kupując ostatnio makaron z peperoncino, który w domu uwielbiamy, a który można dostać niemal wyłącznie w TkMaxx, zawędrowałam do półki książkowej i za kilkanaście złotych kupiłam książeczkę dla dzieci. Pomyślałam, że może dam komuś, kto ma małe dzieci, w prezencie (zawsze mam w domu zapas różnych okazyjnie kupionych drobiazgów, które są znakomitymi prezentami "w razie czego"), a tymczasem Wam ją pokażę.

Czasami zapominamy, że opowieść o narodzinach Jezusa, to opowieść o uchodźcach i ta książka ten temat wyciąga na wierzch w kilku prostych słowach, w kilku ładnych, sugestywnych obrazkach. 

Oczywiście, może Was zachęcić też fakt, że część dochodu z książki wydawca przeznacza na organizację, która pomaga dzieciom dotkniętym skutkami wojny, albo rekomendacja Chrisa Riddella,

Książka ma tak mało tekstu, że spokojnie wystarczy podstawowa znajomość języka, żeby ją przedszkolakowi przetłumaczyć. 


Kiedy cała historia zostaje nakierowana na fakt, że rodzina z małym dzieckiem musi uciekać przed złem, które je ściga, nagle dostrzegamy grozę, która stoi za historią, którą wyśpiewuje się w kolędach i ustawia w błyszczących szopkach. I nie trzeba wierzyć, że to wydarzyło się naprawdę, by zrozumieć, że to się wydarza naprawdę codziennie w różnych miejscach na świecie. 


Książka ma tę zaletę, że nie obrazi żadnego wierzącego rodzica, bo nikt nie przeinacza chrześcijańskiej opowieści, a dla osób, dla których jest to tylko symboliczna bajka, będzie to opowieść moralizująca, przypominająca o tym, że spokój jest nietrwały, nienawiść niszczy, a empatia ratuje życia.


Jeśli szukacie książki na prezent na ostatnią chwilę - może będzie w Waszym TkMaxx, a może mieszkacie na Wyspach, gdzie można ją dostać być może w księgarniach (jeśli akurat są otwarte). Po świętach jednakowoż książka nie traci aktualności.

Wesołych! Mimo wszystko.



Książki dla dzieci i młodzieży o inności i tolerancji - zestawienie kolejne.

Książki dla dzieci i młodzieży o inności i tolerancji - zestawienie kolejne.

 Pisałam już o wątkach LGBT w literaturze dziecięcej, ale i o szeroko rozumianej tolerancji. Książek na ten temat na szczęście przybywa, albo ja odkrywam te już istniejące, więc co jakiś czas będę Wam tutaj uzupełniać listę. 

Na dzisiaj mam dla Was jedną bardzo nową książkę (ukaże się na dniach, ale można ją kupić w przedsprzedaży) i kilka innych, już dość starych.

1. Lenka autorstwa Katalin Szegedi to chyba jedyna książka dla dzieci (z tych, które znam), która porusza temat prześladowań z powodu wagi. Lenka jest pulchnym dzieckiem i w szkole jest przez to wyśmiewana. Lenka jest smutna, samotna i odrzucona, a rodzice nie dostrzegają jej problemów. Ilustracje są niepokojące, pogłębiają współodczuwanie przez czytelnika Lenkowych emocji. 

Bardzo inna, wyjątkowa książka. Nie tylko o bullyingu, ale też o standardach piękna i o sile, jaką niesie akceptacja inności. 




2. Jedyna nowość na dzisiejszej liście - książka tak fajna, że nie mogłam się doczekać, aż ją Wam polecę. Na dodatek tak prosta, że aż dziw, że wyszła dopiero teraz. Mamy tu klasyczne baśnie, nie przerobione w żaden sposób, poza jednym - następuje zamiana płci. Książniczki stają się królewiczami, a rycerze rycerkami. Oto królewicz kłuje się wrzecionem, oto rycerka ratuje śpiącego kawalera. Wspaniałość. Strasznie miesza w mózgu schematy. Kupcie pod choinkę! 




3. "Tęczowa książeczka" to już klasyk Krytyki Politycznej. Jest to poradnik dla młodzieży LBGT+ - trochę o biologii, trochę o prawie, polityce i psychologii. Kompendium dla zagubionego nastolatka, ale i dla osoby bliskiej takiego młodego człowieka. 


4. Kolejna książka jest raczej "z tych dziwnych". Jej autor - Uri Orlev - to izraelski prozaik, który urodził się w Warszawie przed drugą wojną światową, a obecnie mieszka w Jerozolimie. Książka, o której tu piszę, ukazała się w Polsce 11 lat temu i przeszła chyba bez echa. Wpadła mi w ręce niedawno przypadkiem i bardzo mnie zadziwiła.

"Babcia robi na drutach" to opowieść o inności, samotności, starości. Jest dziwna. Oto babcia wprowadza się do nowego miejsca i nie ma tam nikogo. Jest samotna i ma jedynie swoje szydełka i druty, na których robi sobie świat, w tym dwoje wnucząt. Wnuczęta z wełny, niczym Pinokio, stają się żywymi towarzyszami, ale w końcu muszą iść do szkoły, gdzie są prześladowane za bycie - cóż - z włóczki. Można tą książką obskoczyć masę ponurych tematów. ;) Ciekawa, unikalna pozycja.



5. A teraz nieco bardziej konwencjonalna książka - pozycja zapoznająca polskie dzieciaki i młodzież z tym, kim są ci straszni muzułmanie, którymi straszyła nas swego czasu prawica (teraz ma nowego wroga, ale dajcie jej chwilę, zaraz pewnie temat znowu wróci).



6. Jest też coś klasycznego dla przedszkolaków - tom Basi o nowym koledze z Haiti. Prosto, uroczo i na temat. W przedszkolu jest nowy kolega o innym kolorze skóry, który nie mówi po polsku. Dzieci muszą go włączyć do swojej grupy, choć na początku się tego obawiają, bo wszystko, co nieznane, jest trochę straszne. Ot, potrzebny banał. :)



7. A na koniec "Igor i lalki" - bo zabawki są dla dzieci niezależnie od tego, jakiej są płci. Chłopcy mogą się bawić lalkami, a dziewczyny piłką. Można też lubić jedno i drugie. 



Copyright © 2014 Na regale , Blogger