czwartek, 13 kwietnia 2017

Lekarz z Lampedusy

Tak sobie pomyślałam, że jak już piszę o jakiejś książce dla dorosłych, to zwykle jest to książka, po której człowiek chce umrzeć. Albo przynajmniej umrzeć pół świata i na to umieranie patrzeć z wysokiej góry, rechocząc demonicznie.

To dzisiaj też będzie źle. A na dodatek na temat, który zajmuje moje myśli równie mocno, co śmierć polskiego państwa prawa. O uchodźcach będzie, usiądźcie wygodnie, bo potem może już Wam przestać być tak miło.


Pietro Bartolo to lekarz, który pochodzi z Lampedusy, małej włoskiej wysepki, słabo skomunikowanej z resztą świata. Mieszka tam 6 tysięcy osób, żyjących głównie z rybołówstwa. Lampedusa jest też położona na szlaku, którym z Syrii i Afryki subsaharyjskiej uciekają ludzie - w stronę świata, w którym panuje jako taki pokój, bo u siebie - no u siebie już nie mają tak miło. I często nie przeżywają.
A tych, którzy dobili do brzegów wyspy, żywych lub martwych, opatruje doktor Bartolo razem ze swoją ekipą (choć okresowo bywał tam jedynym lekarzem, ponieważ wyspa, oddalona od "wielkiego" świata, nie zachęca do długich pobytów, zwłaszcza zimą; nie ma nawet przyzwoitego szpitala, na poważniejsze zabiegi ludzie są transportowani helikopterami do szpitali na kontynencie lub na większych wyspach).

Często uważa się, że dla uchodźców największą trudnością jest samo przeprawienie się przez morze. A to jest tylko ostatni etap. Długimi godzinami słuchałem ich opowiadań. Najpierw decyzja o wyjeździe, o opuszczeniu własnej ziemi. Potem pustynia. Pustynia to piekło, mówią, i nie możesz tego zrozumieć, jeśli przez to nie przeszedłeś. Brakuje wody, ludzie tłoczą się na pickupie, a jeśli siądziesz na złym miejscu, to cię wyrzucą na zewnątrz i umierasz. Kiedy kończy się woda, aby przetrwać, pozostaje ci tylko pić własną urynę. Docierasz do Libii, myślisz, że koszmar się skończył, a tymczasem tu zaczynają się kolejne męczarnie: więzienie, tortury, znęcanie się. Dopiero jeśli uda ci się stawić czoła temu wszystkiemu, wytrzymać te wszystkie okrucieństwa, wsiadasz na statek. I jeśli nie umrzesz na morzu, wreszcie docierasz na miejsce i masz nadzieję, że twoje życie może się zacząć na nowo.

Przepłakałam całą książkę. Od pierwszych stron, do ostatniej. Płakałam z żalu i wściekłości. Czasem patrzyłam na moje dziecko, śpiące obok pod kołdrą i nie mogłam przestać myśleć o tych wszystkich dzieciakach, które straciły rodziców po drodze, które umarły w ładowniach kutrów, które dotarły kalekie, poranione i osierocone.

Ludzie, którzy nienawidzą uchodźców, lubią o nich myśleć jak o jakimś innym gatunku człowieka, który mniej czuje, mniej przeżywa i więcej zniesie. To takie myślenie, które towarzyszyło niewolnictwu.

Prawie nigdy nie poruszamy kwestii słabości emocjonalnej, nie myślimy o traumach, które przeżyły osoby przybywające do naszego kraju w poszukiwaniu wsparcia. To jest tak, jakbyśmy uważali je - być może nieświadomie - za ludzi, których psychika jest inna niż nasza, w mniejszym stopniu zasługująca na uwagę.

Poczytajcie jak Pietro Bartolo opowiada o łodzi pełnej syryjskich lekarzy, którzy uciekali przed groźbą śmierci. Łodzi, która z nimi zatonęła. Poczytajcie o rodzicach, którzy dobijają do brzegu w ostatniej chwili, bo ich łódź także zatonęła, ale po drodze musieli wybrać, które z dzieci ocalić. Poczytajcie o tym, że po przybiciu do brzegu nie są w stanie mówić, ani płakać. Proszę, popatrzcie na tych ludzi i spójrzcie im w oczy.
Hej, mój kraj nie da Wam domu, mój kraj nie chce nawet garstki Czeczenów, którzy koczują przy granicy z małymi dziećmi. Mnie jest wstyd. A najbardziej, bo nie mam żadnej mocy, żeby wpłynąć na ludzi, którzy teraz nami rządzą.

Ale wróćmy do Pietro na Lampedusie. Swoje opowieści o uchodźcach, o ich cierpieniach, o przemytnikach, śmierci i wojnie, lekarz Bartolo przeplata opowieścią o swoim życiu. Dzieciństwie i młodości, w biedzie i trudach, które - gdyby je czytać w osobnej książce, byłyby historią o ciężkim starcie w życiu. W zestawieniu jednak z losem przybyszy z Syrii, to jest opowieść o sielance. I chyba taki ma być właśnie efekt - pokazać, że nam jest tak dobrze, tak dobrze, nawet, jeśli ciężko czasami związać koniec z końcem. Bo nikt nas nie zbombarduje, bo mamy jakichś przyjaciół, jakąś rodzinę, jakieś wsparcie, jakąś pomoc społeczną. I możemy spać bezpiecznie, a nasze dzieci pójdą do szkoły.

Można by pomyśleć, że mieszkańcy wyspy tak często "nawiedzanej" przez uchodźców, będą na nich wściekli. Będą wrogo nastawieni, będą agresywni. Och, nie mierzmy wszystkiego polską miarą. Na pewno na Lampedusie są ludzie, którzy mają tego dość, ale spójrzmy - wielu rybaków używa swoich kutrów, żeby pomagać na morzu w wyławianiu rozbitków. Ludzie, którzy przybywają na wyspę, są słabi, zdruzgotani, nieszczęśliwi i bez sił. Często mieszkańcy są proszeni o "przetrzymanie" niektórych z nich, aż przybędzie transport do europejskich ośrodków dla uchodźców i - tak, tak - mieszkańcy biorą przybyszy do swoich domów. Pomagają też na nabrzeżu; znoszą to od co najmniej dwudziestu lat (napływ uchodźców teraz się zwiększył, ale on był zawsze - z Afryki przybywali ludzie na Lampedusę już dużo wcześniej, wraz z falami klęsk głodu i wojen).

A Polska? Polska wytacza procesy ludziom, który zamieniają kilka słów w hymnie tak, by mówił o uchodźcach. I każe ich za śpiewanie o zapraszaniu przybyszów "z ziemi włoskiej do Polski". Polska także deportuje legalnie przebywających na naszym terenie cudzoziemców, na dodatek wbrew prawu i w haniebny sposób. Czy ktoś dzięki temu czuje się bezpiecznie?
Śmiem twierdzić, że wręcz przeciwnie.


Poczytajcie o przybyszach na Lampedusę, jeśli macie odwagę. Wyślijcie parę egzemplarzy do naszego sejmu. Wyplakatujcie świat słowami lekarza Bartolo. Niech wszyscy zobaczą, niech wszyscy usłyszą. Nie dajcie się szaleństwu, słowom o stadach agresywnych młodych mężczyzn, którzy - jak jeden mąż - chcą tylko gwałcić i rabować. Bo wiecie - źli ludzie są wszędzie, wśród Polaków, Niemców, Syryjczyków i zakonnic. A stada agresywnych młodych mężczyzn znajdziecie na polskich ulicach po każdym większym meczu. Za to setki umierających rodzin,także dorastających chłopców (oni są często najsilniejsi i tylko oni są w stanie przetrwać trudy podróży), którzy nie chcieli zabijać i być zabitymi, można by spróbować ocalić. Wystarczyłoby tylko trochę tego, czym bardzo lubią sobie wycierać gębę świętoszkowaci mądrale - miłosierdzia.

I tego miłosierdzia Wam życzę na nadchodzące święta, nawet jeśli ich nie obchodzicie. A jeśli obchodzicie, to tym bardziej. Nie zapominajcie, jaka teoria leży u podwalin Waszych Kościołów. I czy nie należałoby za tymi ideami podążyć; oraz przypomnieć o nich tym, którzy stanowią prawo.

piątek, 7 kwietnia 2017

Książkowe pomoce naukowe.

Mój syn jest w czwartej klasie. Nagle poziom skomplikowania wiedzy, która jest potrzebna w szkole, znacznie się zwiększył, w porównaniu z banalnymi klasami 1-3. Starsze dziecko wymaga też większego poziomu szczegółowości, jeśli chodzi o tematy, które go interesują i które próbuje zrozumieć.

Dzisiaj pokażę Wam kilka ulubionych pomocy naukowych, które będą nam służyć jeszcze przez kilka lat.

Na początek historia. To nie jest wielka książka i wygląda dość infantylnie, ale jest świetną pomocą przy porządkowaniu wiadomości. Atlas historyczny Polski przydał nam się już w tym roku bardzo mocno. W czwartej klasie program zaczyna się od Piastów, więc dziecko, ucząc się do sprawdzianu, może ogarnąć najważniejsze symbole i postacie epoki patrząc na mapę. Więcej na tym etapie nie trzeba. Bardzo pożyteczna rzecz.


Druga rzecz w moim zestawieniu, to chyba już klasyka wśród pomocy naukowych. Książki Carol Vorderman są bardzo popularne i bardzo dobre. Poziom szczegółowości jest akurat taki, jaki potrzebny jest przeciętnemu uczniowi starszych klas podstawówki. Być może czasami to jest za mało, jeśli dziecko chce wiedzieć coś więcej, niż podstawy, ale  - wyjaśnienia pojęć, wprowadzenie do programowania, czy opisy zasad działań matematycznych są przejrzyste i bardzo "lekkostrawne". Świetna pomoc przy powtórkach i porządkowaniu wiedzy.






Jeśli chodzi o kompetencje językowe, to tylko dwie książki ostatnio są w użyciu. Mały słownik ortograficzny Rzeszutek, Sobczak i Zgółkowej, oraz - ponieważ drugi język wszedł na poważnie do nauki - mały słowniczek hiszpańskiego. 

Słownik ortograficzny jest ciągle grany, bo w tej wersji w części teoretycznej bardzo przejrzyście opisane są wszystkie najważniejsze zasady pisowni, które powtarzane są w części słownikowej. Jako że w czwartej klasie gramatyki i ortografii jest dość dużo, książka jest też sporo używana.



Ilustrowany słownik hiszpańskiego jest świetny na początek nauki. Nie ma co deprecjonować jego nieco dziecinnej formy, bo obrazki po prostu pomagają. Podstawowe zwroty i słownictwo w sam raz na pierwsze lata nauki języka.



Na koniec dwie książki, które wykraczają poza zakres wiedzy szkolnej i podstawowej, ale cieszą się u mnie w domu sporym powodzeniem. 

Komiksowe wprowadzenie do filozofii prezentuje najważniejszych filozofów i ich sztandarowe hasła w formie krótkich historyjek obrazkowych. Sama czytałam z wielkim zainteresowaniem, a mój syn cieszy się, że może zaimponować na etyce. ;)




"Magia rzeczywistości" Dawkinsa to książka, która opowiada o wszystkim, co podstawowe na Ziemi - o ewolucji, grawitacji, cząsteczkach, genetyce, trzęsieniach ziemi, ruchu planet, itd., dając przy okazji historyczny rys wiedzy na te tematy; wyjaśnienia, dlaczego ludzie, nie mając dostatecznej wiedzy, tworzyli różne absurdalne teorie związane z tym, co mogli zaobserwować, ale czego nie rozumieli. Bardzo pożyteczna książka, ucząca tego, że tzw. "chłopski rozum" - pozornie logiczne przyczyny różnych zjawisk - niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością. 






A Wy? Macie jakieś fajne pomoce naukowe, z których chętnie korzystacie?

niedziela, 26 marca 2017

Słowa, słowa, słowa...

Kluczowe, konkretnie.

Co jakiś czas zerkam, jak ludzie trafiali na mojego bloga. Zazwyczaj są to tytuły książek, czasami jednak ścieżki Google'a są niezbadane. Na przykład:

co znaczy przewrocic się wigilię

To znaczy mieć poobijane gnaty przez całe święta. Odradzam.

plagat na divadelne predstavenie

Errrmmm... No właśnie.

jednorożec uzdrawia chorą dziewczynę

Dobry jednorożec. Popieram uzdrawianie chorych dziewczyn. I chorych chłopców. I chorych na umyśle parlamentarzystów. Posłać im tam jednorożca!

czy babcia moze pozyczac skuter

Nawet powinna. Jak sobie babcia na skuterze pojeździ, to od razu się lepiej poczuje i nie będzie trzeba szukać jednorożca. I może nie przewróci się w Wigilię.

imię dorotą jest śliczne

Ok.

jak narysować wielkiego grzmota

Na przykład kredkami. Na dużym kartonie. Farby też będą ok.

skojarzenia do słowa księżniczka

Karoca, zamek, książę, ślub, dzieci, nieprzespane noce, pierdolić zmianę czasu, nienawidzę zmian czasu.

----

Muszę popracować nad tym, o czym piszę, bo słowa kluczowe mam zdecydowanie mało klikalne. Czas na recenzje słabej literatury erotycznej, albo chociaż streszczenia szkolnych lektur... ;)



środa, 8 marca 2017

Kobiety i mężczyźni.

Chcecie zrobić komuś prezent na Dzień Kobiet? Uczcie dzieci, że ludzie są równi.
Na początek dobra literatura. Ze wspaniałego wydawnictwa TAKO można kupić na przykład to:


Książka, która w kilku zdaniach wyjaśnia pułapki nierównościowego wychowania, uwrażliwia na stereotypowe traktowanie, pomaga nauczyć zauważania ograniczeń kulturowych.


Tak, ludzie różnią się płcią, ale ta różnica nie determinuje tak wiele, jak się niektórym wydaje. I tej wiedzy życzę wszystkim ludziom z okazji Dnia Kobiet.



Tego Wam życzę. Idźcie dzisiaj na marsz.

Ruda Na Regale

sobota, 25 lutego 2017

Wiosenny kącik zapowiedzi.

Kilka drobiazgów, które nadchodzą. :)

1. Przede wszystkim nowy Gaiman! Pierwszego marca pojawi się w księgarniach i będę piszczeć z ekscytacji.


2. Dwa razy nowy Sanderson. 15. marca, wydawnictwo MAG. "Biały piasek" to komiks.



3. A dla dzieci mariaż znakomitego Widmarka z polską ilustratorką - Emilią Dziubak. Będzie z tego coś dobrego. Mamania, 15. marca.


4. A Media Rodzina powiększy nam Potterową rodzinę na półkach. Wznowienie (w rozszerzonych wydaniach) trzech książek z uniwersum (15. marca) i polskie tłumaczenie scenariusza "Fantastycznych bestii" (29. marca). Scenariusz kupiłam sobie w oryginale, bo mnie kusił na lotnisku w Londynie, więc nie potrzebuję polskiej wersji (i obawiam się o dobre tłumaczenie, prawdę mówiąc), ale jeśli ktoś bardzo pragnie posiadać, to proszę. ;)





5. "Sekretne życie drzew" Wam się podobało? To proszę, tym razem o zwierzątkach. Ten sam autor. 
Wydawnictwo Otwarte, 3. kwietnia.


6. A na koniec - dla miłośników serii "Spirit Animals". Wilga, 29. marca.



środa, 22 lutego 2017

Na dnie

Theodore Dalrymple (to jego pseudonim, ale - biorąc pod uwagę to, o czym pisze i że przytacza historie pacjentów - ujawnienie prawdziwego nazwiska byłoby dość ryzykowne) "pracował przy slumsach, w więzieniu oraz w ubogich krajach Afryki Subsaharyjskiej", ale także w zwykłych szpitalach Anglii - jest lekarzem psychiatrą. I teraz moja uwaga na początek: ten facet przez dziesięciolecia obracał się w trudnych środowiskach, więc gdy słyszy tętent, to myśli o zebrach, a nie o koniach. I trzeba to wziąć pod uwagę przy czytaniu.


To, o czym jest ta książka, to analiza białej tzw. underclass. Tych wszystkich ludzi, o których my w zasadzie nie myślimy, bo nie żyją w skrajnej nędzy, utrzymują się z państwowych świadczeń i nie chcą w zasadzie tego zmieniać. Nie mówimy tu o samotnych matkach, które pracują na trzy etaty i ledwo wiążą koniec z końcem, ale o ludziach, których życie opiera się często na regularnym piciu lub/i braniu narkotyków, byciu bitym lub/i biciu, spędzaniu całych dni na libacjach, tępym gapieniu się w telewizor i popełnianiu mniejszych lub większych przestępstw.
Tak jak łatwiej jest rozpoznać zły stan zdrowia kogoś, kogo nie widziało się od dłuższego czasu niż kogoś, kogo widuje się codziennie, tak gość, przybywający do społeczeństwa z innych stron świata często lepiej widzi jego naturę niż ci, którzy mieszkają w nim cały czas. Co kilka miesięcy nowi lekarze z krajów, takich jak Filipiny czy Indie, przyjeżdżają z lotniska, aby pracować przez rok w moim szpitalu. Obserwacja ich zmieniających się reakcji na brytyjską nędzę jest fascynująca.
Na początku wszyscy w takim samym stopniu okazują entuzjazm w stosunku do opieki, której nie szczędzimy nikomu, i którą obdarzamy wszystkich bez wahania, niezależnie od statusu ekonomicznego. Pochodzą oni z miast – Manili, Bombaju, Madrasu – gdzie wiele z przypadków, którymi zajmujemy się w naszym szpitalu, zostałoby po prostu pozostawionych samym sobie w oczekiwaniu na śmierć, często bez udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Są pod wrażeniem tego, że nasza opieka wykracza poza aspekty czysto medyczne: że nikt nie odchodzi głodny, bez ubrania i schronienia, a nawet rozrywki. Wydaje się, że publiczna instytucja radzi sobie z każdym możliwym problemem. Przez kilka pierwszych tygodni wydaje im się, że wszystko to stanowi szczytowe osiągnięcie cywilizacji, zwłaszcza, gdy przypominają sobie okropności, jakie oglądali tam, skąd pochodzą. Ubóstwo – takie jakie znają – zostało zlikwidowane.
Jednak po niedługim czasie zaczynają czuć mglisty niepokój. Na przykład pewien filipiński lekarz zapytał mnie, dlaczego tak niewiele osób zdawało się wyrażać wdzięczność za to, co dla nich zrobiono. [...] 
Praktykujący u mnie lekarze z Bombaju, Madrasu czy Manili obserwowali tego typu zachowania z otwartymi ustami. Początkowo zakładali, że te przypadki to statystyczne dziwactwa, rodzaj błędu w próbie i że z czasem spotkają się z lepszym, bardziej reprezentatywnym przekrojem populacji. Jednak stopniowo zaczynali zdawać sobie sprawę, że właśnie to, co widzą jest reprezentatywne. Kiedy każde otrzymane świadczenie jest prawem, nie ma miejsca na dobre obyczaje, nie mówiąc już o wdzięczności.
Dalrymple po tysiącach rozmów z pacjentami próbuje wysnuć jakieś wnioski i dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami.
Ludzie, o których mowa, żyją w świecie, w którym publiczne szkoły, w których niektórym z nich udało się dotrwać do poziomu brytyjskiej "matury", muszą płacić uczniom, by odebrali dyplomy, bo posiadanie wykształcenia jest w środowisku underclass godnym napiętnowania obciachem i nikt nie chce się z tym "obnosić".

Poza tym ludzie wychowani w - było nie było - liberalnym świecie, znają wszystkie jego postulaty, wolnościowe hasła, znają też swoje prawa (gorzej z obowiązkami), ale używają tego wszystkiego w sposób karykaturalny, dosłowny i niemożliwie wynaturzony. I trudno ich winić, po prostu niczego nie rozumieją, bo brakuje im wykształcenia, którego nie zdobędą nawet, kiedy dostaną je za darmo.
Tuż przed przedawkowaniem jej były chłopak, ojciec jej najmłodszego ośmiomiesięcznego dziecka (obecnie przebywającego pod opieką matki byłego chłopaka), włamał się do jej mieszkania, wyważając drzwi wejściowe. Zniszczył wewnątrz wiele sprzętów, wybił każde okno, ukradł 60 funtów w gotówce i zabrał telefon.
– Jest bardzo brutalny, panie doktorze – powiedziała. Złamał jej kciuk, żebra i szczękę w ciągu czterech lat, kiedy z nim była, a jej twarz wielokrotnie potrzebowała szycia. – W zeszłym roku musiałam wzywać do niego policję.
– I co się stało?
– Cofnęłam pozew. Jego matka powiedziała, że się zmieni. [...]
Nieco później, tego samego dnia, czując się nieco samotna, zadzwoniła do swego byłego chłopaka, a on ją odwiedził.
Omówiłem sprawę z lekarzem, który niedawno przybył z Madrasu i który właśnie odkrywał, że znalazł się w szalonym świecie. [...] Zapytał mnie, co się teraz stanie z tą szczęśliwą parą.
– Znajdą jej nowe mieszkanie. Kupią nowe meble, telewizor, lodówkę, ponieważ w dzisiejszych czasach życie bez nich stanowi ubóstwo nie do przyjęcia. Nie obciążą jej w żaden sposób za zniszczenie starego mieszkania, bo i tak nie może zapłacić i to nie ona je zniszczyła. On wyjdzie z tego bez szwanku. Kiedy ona urządzi się już w nowym mieszkaniu, żeby przed nim uciec, po jakimś czasie znów go zaprosi, a on ponownie je zniszczy, a następnie będą jej szukać nowego miejsca. Właściwie nie ma rzeczy, którą musiałaby zrobić, żeby stracić gwarantowane przez państwo prawo do domu, jedzenia i rozrywki.
Zapytałem lekarza z Madrasu, czy na opisanie sytuacji tej kobiety użyłby słowa ubóstwo. Powiedział, że nie i że jej problemem było to, że nie akceptowała żadnych ograniczeń dla swego zachowania, że nie obawiała się możliwości głodu, potępienia rodziców, sąsiadów ani Boga. Innymi słowy nędza w Anglii nie miała natury ekonomicznej, ale duchową, moralną i kulturową. 

I tą moralną i kulturową nędzę opisuje autor dokładnie i na przykładach, chociaż czasami - tak jak mówiłam - wszędzie widzi oznaki degeneracji. Oburza się np. na tatuaże u ludzi z "lepszych" klas, bo ta moda przyszła z półświatka, więc jest to dla niego równanie w dół. Zapomniał tylko, że ludziom z wykształceniem, wsparciem, pieniędzmi, pochodzącym z bezpiecznego świata, żaden tatuaż nie zamiesza w głowie i nie ściągnie ich do rynsztoka. To tak nie działa. Trudno jednak winić Theodore'a za to, że po całym dniu spędzonym w więziennej przychodni wszędzie widzi potencjalnych kryminalistów.

Winą za produkowanie całych pokoleń ludzi bez perspektyw obarcza autor nadopiekuńczość państwa. Sprawa nie jest na pewno jednoznaczna i czarno-biała, ale trudno mu nie przyznać pewnej dozy racji. Ilość świadczeń, jakie można uzyskać w Wielkiej Brytanii, jest nadzwyczajna. To może rozleniwiać.
– Dlaczego nie posprzątają swoich ogródków? – pyta lekarz z Bombaju.
Dobre pytanie. W końcu w większości domów mieszka przynajmniej jedna osoba z nadmiarem wolnego czasu. Ilekroć udało mi się o to zapytać, odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: „mówiłem o tym radzie, ale nikt nie przyszedł”. Jako najemcy uznają, że do obowiązków wynajmującego należy utrzymanie ich podwórek w czystości i nie są gotowi wyręczyć rady w tym zadaniu, nawet jeśli oznacza to brodzenie w śmieciach – co właśnie dosłownie ma miejsce. Z jednej strony władza nie może im mówić, co mają robić; z drugiej – jej obowiązki wobec nich nie mają granic.
Przy czym wyraźnie wyróżnia się na tym tle biała ludność. Imigranci cierpią na inne problemy i choć i wśród nich są uzależnieni od świadczeń, to jednak obserwacje Dalrymple'a są takie, że przyjezdni - pomijając to, że przybyli do Anglii po lepsze życie, więc pragną edukacji i innych atrybutów zamożności - nawet jedzą lepiej, niż biali "underclassowcy".
Mówię lekarzom, że podczas wszystkich moich wizyt domowych u białej ludności (a odbyłem takich wizyt setki) nigdy – ani razu – nie natknąłem się na jakiekolwiek ślady gotowania. Najbliższą tej aktywności czynnością, którą widziałem, było odgrzewanie gotowego i pakowanego jedzenia, zazwyczaj w kuchence mikrofalowej. Tym bardziej nigdy nie widziałem żadnych oznak wspólnie jedzonych posiłków jako aktywności społecznej – chyba, ze uznamy za taką jedzenie hamburgerów przez dwie osoby idące razem ulicą. [...] 
Poprosiłem lekarzy o porównanie sklepów znajdujących się w obszarach zamieszkałych przez białą biedotę ze sklepami w miejscach, gdzie żyją biedni imigranci z Indii. To pouczające porównanie. Sklepy hinduskie zazwyczaj zawalone są wszelkiego rodzaju atrakcyjnymi świeżymi produktami, zaskakująco tanimi wedle standardów wyznaczonych przez supermarkety. Kobiety poświęcają zakupom wiele uwagi i bardzo ostrożnie podejmują decyzje. Brakuje tam gotowych dań. Natomiast sklep dla białej biedoty protekcjonalnie oferuje ograniczony wybór, głównie stosunkowo drogich przetworów spożywczych, które w większości wymagają tylko dodania gorącej wody. 
Różnic między tymi dwiema grupami nie można wyjaśnić różnicami w dochodach, gdyż są one nieistotne. To nie ubóstwo stanowi problem. Dbałość Hindusów o to, co jedzą i traktowanie posiłków jako ważnych okazji społecznych, które wiążą się z pewnymi obowiązkami, a czasem wymagają poświęcenia swych osobistych pragnień, jest wskaźnikiem pewnej postawy wobec życia, która często pozwala im, pomimo aktualnie niskich dochodów, wspiąć się w górę drabiny społecznej. 
Fast-foodowe podejście do wszystkiego, co w życiu białej biedoty brytyjskiej wydaje się być dominującym schematem. Ludzie rozleniwieni i niechętni do podjęcia jakiegokolwiek wysiłku nie dadzą rady wyrwać się z miejsca, w którym się znajdują. W "Na dnie" państwo opiekuńcze jest "wyziewem dotowanej apatii". To jednostronne spojrzenie na problem, owszem, ale bardzo interesujące. W jakim kierunku powinna iść opieka państwa nad ludźmi, którym się generalnie nie chce?
Bogactwo, które pozwala wszystkim bez wysiłku zdobyć wystarczająco dużo żywności, powinno wyzwalać, a nie stawać się więzieniem. Niestety, zamiast wyzwalać, w rezultacie stworzyło dużą kastę ludzi, dla których życie stało się otchłanią, w której nie ma już nadziei, nie ma czego się bać, nie ma nic do zyskania, ani nic do stracenia. To życie pozbawione sensu.
Ta książka to spojrzenie na świat czasem dość histeryczne, ale trudno nie znaleźć w tym wszystkim przekonującej argumentacji. Autor nie daje recept, ale wskazuje winnych i pokazuje sprawy, nad którymi my na co dzień w ogóle nie myślimy.

Przygnębiająca lektura dla lubiących się zdołować. Dobrze napisana, pan doktor ma lekkie pióro, a tłumaczenie jest bardzo solidne. Jedna z tych książek, które pokazują, jak NIE robić państwa opiekuńczego. I faktycznie - zgodnie z okładką - autor niekoniecznie bawi się w eufemizmy. To może przeszkadzać (mnie nie przeszkadzało, bo nie przekraczał granicy dobrego smaku).

Polecam zainteresowanym tematem.

niedziela, 19 lutego 2017

Brunatna kołysanka

Himmler stworzył Lebensborn, żeby dopilnować czystości rasy. Role tej instytucji były wielorakie, ale wszystkie kręciły się wokół dzieci i nie wszystkie te działania są dobrze udokumentowane. Lebensborn opiekował się np. niezamężnymi ciężarnymi, żeby bezpiecznie urodziły aryjskie dzieci, które potem szły do adopcji (to nie były czasy, w których samotne macierzyństwo wchodziło w grę), ale też zniemczano tu dzieci, które miały odpowiednie cechy rasowe, ale rodzice nie należeli do "odpowiedniego" narodu (ponurym paradoksem jest to, że czasami to ratowało tym dzieciom życie).

Dzieci często porywano, jeśli rodzice nie chcieli współpracować. Maluchy karano za używanie polskiego, a po skutecznym praniu mózgu wysyłano do ośrodków adopcyjnych na terenie Rzeszy, skąd szły do nowych rodzin. Dzieci dostawały nowe imiona, nazwiska, nawet nowe daty urodzenia. Adopcyjni rodzice często nie wiedzieli, że to dzieci polskie, czy żydowskie.

To tak słowem wprowadzenia.


"Brunatna kołysanka" opowiada o losach niektórych z tych uprowadzonych dzieci, których odzyskaniem zajmował się po wojnie pewien bardzo oddany prawnik - Roman Hrabar. I wokół niego toczy się cała opowieść. Był człowiekiem niezwykle wykształconym, wybitnym humanistą, oddanym sprawie. Oddanym tak bardzo, że autorka książki - Anna Malinowska - która zrobiła znakomity research i przez większość książki starała się być znakomicie bezstronna, pod koniec sama nie mogła powstrzymać się od nasuwającej się chyba każdemu refleksji - czy warto było odzyskiwać dzieci za wszelką cenę?

To nie jest miła książka o dobrych zakończeniach. Tak, w większości przypadków udaje się odzyskać dzieci. W ogromnej części przypadków jednak są to dzieci wyrywane ponownie z kochających domów, nie mówiące już po polsku, czasem nawet nie bardzo mające do kogo w Polsce wracać, nie pamiętające wczesnego dzieciństwa, trafiające do polskich szkół (ale też sierocińców!!!) tuż po wojnie, gdzie za każdą oznakę "niemieckości" można było dostać w zęby.

Inaczej wygląda sprawa w przypadku dorosłych szukających źródeł swojego pochodzenia. Tutaj sprawa jest moralnie prosta - dorośli ludzie mogą sami zdecydować, czy chcą się poznać, spotkać, połączyć swoje losy, a wiedza o pochodzeniu jest dla większości ludzi bardzo ważna i często sama informacja wystarcza, żeby ludzie poczuli się lepiej.
Jednak czy zasadne było wyrywanie dzieci z domów, w których czuły się kochane?

O ile nie jest jasne dla mnie, czyje dobro powinno się stawiać wyżej (rodzica czy dziecka), kiedy matki i ojcowie latami szukają swojego porwanego dziecka i wreszcie je znajdują (też bym szukała), o tyle odzyskiwanie dzieci, które nie mają w Polsce nikogo, kto by je przesadnie poszukiwał...

Po wojnie tłumaczono to tym, że Polska jest taka wykrwawiona, że każdy Polak jest potrzebny, bo - tu cytat - "Polska wstaje z kolan". No tak. Ale ta sama wstająca z kolan Polska całe lata nie chciała uznać obywatelstwa tych Ślązaków, którzy podpisali Volkslistę, chociaż większość z nich zrobiła to, bo inaczej zostaliby wywiezieni z całymi rodzinami do obozów koncentracyjnych, albo - właśnie - zabrano by im dzieci. Łatwo jest być bohaterem w cudzym imieniu, łatwo ferować wyroki, chociaż przecież wojna nie pozwala na łatwe i jasne rozwiązania.

To wszystko wyziera spomiędzy tych poruszających historii odzyskanych dzieci (lub dorosłych, bo do dzisiaj niektórzy szukają, w którym miejscu urwała się nitka ich genealogicznego drzewa). I to, co nie wprost, było dla mnie bardzo istotne. Zwłaszcza w świecie, w którym rząd nie chce oddawać dzieci do adopcji za granicę, kierując się niejasnym dla mnie "dobrem narodowym". Brzydko mi się to kojarzy z Himmlerowskim maniakalnym dążeniem do zachowania czystości rasy.

Żeby było jasne - to oczywiste, że siłowe odbieranie dzieci rodzicom, żeby je przekazać do adopcji ludziom "rasowo lepszym" było zbrodnią wojenną, nie ma dla tego żadnego usprawiedliwienia. Czy jednak przy poszukiwaniach po wojnie za każdym razem nie powinno się było jednak kierować nieco silniej dobrem konkretnego dziecka?

Anna Malinowska zebrała szczegółowe historie wielu ludzi, którzy - teraz to wiemy, bo psychologia już to opisała - mają ogromne zaburzenia więzi, problemy z bliskością, żal w sercu i losy pogmatwane tak bardzo, że czasem trudno uwierzyć, że jakieś dziecko może przetrwać to wszystko, co niektórzy z nich przeżyli. Są też historie dość szczęśliwe, choć trudno tu o jednoznacznie pozytywne opowieści o życiu kogoś, kto jako dziecko został porwany.

Nie jest to łatwa książka, ale bardzo ważna, bo większość tych odebranych dzieci to już ludzie bardzo starzy (niektórzy bohaterowie "Brunatnej kołysanki" umarli przed wydaniem książki), więc trzeba ich historie ocalić, trzeba je poznać. Trzeba nauczyć się na błędach, które popełnili dorośli, kiedy oni byli dziećmi.

Czy jednak się uczymy?