Invisible Woman - książka, którą wszyscy powinniście przeczytać.

Invisible Woman - książka, którą wszyscy powinniście przeczytać.

Słuchajcie, koniecznie musicie przeczytać pewną książkę. Książka ta jest póki co dostępna tylko po angielsku, ale wiem skądinąd, że w 2020 roku ukaże się po polsku. I jest to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie w tym roku czytałam.

Caroline Criado Perez, autorka "Invisible woman" wykonała tytaniczną pracę, zbierając rzetelnie wszelkie badania, które pokazują, że świat jest zaprojektowany dla mężczyzn i że to - dosłownie - zabija kobiety. Książka jest doskonale udokumentowana, ze wspaniałą bibliografią, i powoduje nieustające okrzyki niedowierzania. I tak bardzo, bardzo, bardzo pomaga zrozumieć, że np. znienawidzone przez niektóre polskie środowiska feminatywy mają kolosalne znaczenie.



O części tych spraw na pewno słyszeliście - parę lat temu czytałam artykuł o tym, że testy zderzeniowe samochodów są robione z manekinami, które mają budowę i gabaryty przeciętnego mężczyzny. Kiedy nagle świat wymusił na producentach zbudowanie manekinów, które są kobietami, wyniki crash testów okazały się o niemal połowę gorsze. Co oznacza, że samochody są zaprojektowane tak, by nie zabijać mężczyzn. Kobiety jednak w wypadkach są o połowę bardziej narażone na tragiczne w skutkach urazy.

Nie jest też tajemnicą, że testowanie leków przez lata odbywało się wyłącznie na mężczyznach, bo takie badania były prostsze, ponieważ nie istniało ryzyko, że testowana osoba zajdzie w ciążę, ergo - że pozwie firmę za szkody wyrządzone płodowi. Kobiety jednak, posiadające inny metabolizm i gospodarkę hormonalną, przyjmowały (i przyjmują nadal) leki, które mogły nie działać wcale, mogły nie działać tak, jak powinny, albo wręcz szkodziły. Mało tego - jeśli wstępne badania na mężczyznach nie pokazywały oczekiwanych rezultatów, leku dalej nie badano, bo nie brano pod uwagę faktu, że może działałby on na kobiety. Zrewidowanie badań nad niektórymi lekami, powszechnie już od lat stosowanymi, przynosi ostatnio nieoczekiwane rezultaty, będące zaskoczeniem dla środowisk medycznych (na przykład okazało się ostatnio, że podawanie małych dawek aspiryny, jako środka obniżającego ryzyko zawału, działa jedynie na mężczyzn - aczkolwiek są to póki co badania wstępne; nie zdziwię się, kiedy ponowne przebadanie wielu innych leków i terapii, wyłoni kolejne rewelacje).

Istnieją też badania, które pokazują, że języki, które w swojej budowie zakładają istnienie żeńskich lub męskich rodzajników, wpływają na całe społeczeństwa, które tymi językami mówią (nie jest to dla mnie nowość, ale mam wrażenie, że większość ludzi tego jeszcze nie pojęła). I takie społeczeństwa mają dużo gorsze wyniki, jeśli chodzi o równość płci, bo język określa świadomość. Brak nieszczęsnych feminatywów sprawia, że od dzieciństwa ludzie są formatowani, by wrzucać różne sprawy, rzeczy, zawody, itd. do przegródek jako "męskie" lub "żeńskie" i nie tak łatwo się tego pozbyć. I tak, ja sama parę lat temu uważałam kwestię np. żeńskich nazw zawodów za drugorzędną. Teraz sądzę, że jest absolutnie pierwszorzędna, że nasze uszy, uszy naszych dzieci zwłaszcza, muszą się do tych form przyzwyczaić, żeby zmienić nastawienie całego - mówiąc szumnie - narodu do funkcji kobiet w społeczeństwie.

Bardzo potrzebujemy świadomego, pełnego namysłu pochylania się codziennie nad tym, co robimy i co (oraz jak) mówimy. Czyż nie wydaje się Wam dziwne, że kiedy ktoś np. mówi "reprezentacja Polski w piłce nożnej", to od razu mamy przed oczami MĘSKĄ reprezentację? A przecież istnieje też jej żeński odpowiednik. Świat mężczyzn jest światem domyślnym. Domyślny model człowieka, to biały mężczyzna.



To nie jest książka o tym, że mężczyźni świadomie chcą pognębić kobiety. To tak nie działa. To jest książka o tym, że świat jest dla mężczyzn wygodniejszy, że kobiety nie są brane pod uwagę, a podświadome działania wielu ludzi (obojga płci) tylko ugruntowują status quo.

Jeśli jesteście kobietami, to będzie Wam też łatwiej zrozumieć, czemu sportowe plecaki są dla Was niewygodne (tak, dlatego że projektowane są tak, by były wygodne dla mężczyzn), smartfony za szerokie, a leki przeciwbólowe słabo działają na miesiączkowe bóle. Po przeczytaniu tej książki, powinniśmy wszyscy wpaść w furię i zacząć MIEĆ WYMAGANIA. To nie wystarczy, ale zawsze jest to jakiś początek.
O podręcznikach po raz kolejny. Część druga.

O podręcznikach po raz kolejny. Część druga.

Dzisiaj napiszę trochę inaczej, bo podręcznik jest zdecydowanie mniej oburzający, niż ten, o którym pisałam poprzednio. Aczkolwiek tamten był tak zły, że trudno go przebić i wszystko przy nim wydaje się lepsze.

Dzisiaj zatem skupię się głównie na zestawie tekstów, jakie mają do omówienia siódmoklasiści, a bazować będę na podręczniku "Bliżej słowa" (wydanie z minionego roku szkolnego - tegoroczny podręcznik podobno minimalnie się różni).



Dobór tekstów w podstawie programowej, wydaje się być bardzo staroświecki, ale nie budzi wielkich kontrowersji. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej, okazuje się, że wybór jest bardzo specyficzny i przemyślany tak, by z repertuaru niemal każdego autora, z którym ma się zetknąć młody człowiek, wybrać taki tekst, który jest nacechowany religijnie; choćby ten sam autor napisał tysiąc wierszy o ptakach, to dzieci i tak zapoznają się z tym jednym, który napisał o Jezusie.

Druga rzecz, która rzuca się w oczy w siódmej klasie, to ogromny nacisk na "miłość do ojczyzny", co nie byłoby w żaden sposób naganne, gdyby nie to, że znowu chodzi o tępy, ślepy, bezkrytyczny patriotyzm, oparty na "ojczyznę trzeba kochać i za nią umierać", zamiast nieco bardziej przystającego do współczesności: "dbajmy o kraj, troszczmy się o przyrodę, płaćmy podatki i chodźmy na wybory".

I tak na przykład w podręczniku między stroną 10 a 29 mamy w zasadzie ćwiczenia z analizy modlitw. Jest tam wiersz księdza Twardowskiego (sprawdziłam - każdego roku na polskim są co najmniej trzy wiersze Twardowskiego; nie, żebym uważała, że w ogóle nie należy o nim mówić, ale - CHOLERA JASNA - Szymborskiej prawie nie uświadczycie, a Twardowski był poetą dość przeciętnym i nie widzę powodu, żeby go aż tak eksploatować).

Do tego analiza i ćwiczenia jednego księżowskiego wierszydła zajmują aż CZTERY STRONY, w tym na przykład straszliwie zabawna anegdotka o imionach:



To jest anegdotka, której np. mój syn kompletnie nie zrozumiał, ponieważ - po pierwsze, nie rozumie, czemu jakieś imię miałoby być śmieszne, ani co złego jest w imionach "pogańskich" (WTF???), albowiem nauczony jest przez nas, że ludzie są różni, różnie się nazywają i nie można się śmiać z imion; a po drugie - jako dziecko nie chodzące do kościoła słowa "kyrie eleison" brzmią mu totalnie jak imię i nazwisko. I wcale się nie dziwię. No ale autorzy podręcznika uważają, że wszystkie dzieci chodzą do kościoła i śmieją się z imion innych, niż biblijne. Dobrze wiedzieć.

Dalej mamy wiersz Józefa Barana o rodzinie (jedynym słusznym jej modelu, rzecz jasna), do którego dopasowano cytaty z Tischnera, żeby już był komplet, a potem wiersz Kochanowskiego - oczywiście wybrano modlitwę. I to wszystko na pierwszych kilkunastu stronach podręcznika.

Potem mamy dużo patriotycznego mambo jambo - apoteoza orła, zachwalanie polskiej gościnności (jak wiemy, niezwykłej, nie przyjmującej wojennych uchodźców z Syrii) oraz w miarę neutralny wywiad o polskiej emigracji na Wyspy (jako zapoznanie z formą wywiadu), ale ponieważ wywiad w swej wymowie niekoniecznie mówił, że Polacy tam szaleńczo tęsknią za bigosem, to dorzucono wiersz Wierzyńskiego o cierpiącym emigrancie ("Kufer").

No i gramatyki też uczymy się na stosownych przykładach (wiem, nie ma w tym w sumie wielu kontrowersji - tylko ja prywatnie już tym rzygam, bo marzy mi się coś nowocześniejszego ;)):



Potem mamy rozdział pt. "Biblio, ojczyzno moja...". Tak, taki jest tytuł rozdziału.
O ile nie neguję roli Biblii jako ważnego tekstu kultury (ba, mój dwunastoletni syn z dużą przyjemnością przeczytał "Stary Testament"), o tyle fakt, że nie położono nacisku na przypowieści i fragmenty, z których wywodzą się np. powszechnie używane idiomy czy przysłowia (nie uświadczymy tego tutaj), a na ustęp z dekalogiem jako - i jest to wprost napisane - uniwersalnym zbiorem podstawowych wartości, jest jednak słabym pomysłem.

Po pierwsze dlatego, że "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną" nie jest wartością uniwersalną, podobnie jak biblijne ujęcie kobiety jako własności, której się nie pożąda na równi z cudzym wołem i domem. Pewne rzeczy powinny zostać na religii, a na polskim trzymajmy się miłosiernego Samarytanina, bo - doprawdy - znowu dzieci niewierzące mają mindfuck.

Jakby tego było mało, kolejny rozdział - tak, cały rozdział - jest poświęcony Janowi Pawłowi II. Myślicie, że może uznano, że skoro Karol Wojtyła pisywał wiersze, to dostanie się dzieciakom np. neutralny dość fragment opisu dzieła sztuki, jakim był "Tryptyk rzymski"? BUAHAHA, no pewnie, że nie.
W tym rozdziale jest zacytowane przemówienie papieża do młodzieży o tym, że rozbita rodzina jest zła i nie uczy dobrych zachowań i że tylko "zdrowa rodzina" jest ideałem, który nie krzywdzi młodych. Cóż, dzieci z rozbitych rodzin mogą tę lekcję znieść ciężko.

Celem rozdziału było zapoznanie młodzieży z taką formą wypowiedzi, jaką jest przemówienie. Widać nie dało się wrzucić np. noblowskiego przemówienia Szymborskiej, albo - nie wiem - słynnego przemówienia Wałęsy ze słynnym "My, Naród", skoro już tak lubimy patriotyzm. Nie, lepiej pognębmy dzieci z rodzicami po rozwodach.

A gdzie jest miejsce na wielką polską literaturę? Bo do tego momentu jeszcze takiej tutaj nie było. Same sparciałe ramoty i indoktrynacyjne popierdółki.

Na szczęście przychodzi sensowne kilka rozdziałów - trochę antyku (głównie Sokrates), fragmenty "Stowarzyszenia umarłych poetów" i "Mały książę" (nie znoszę, jest pretensjonalny, ale nieszkodliwy).

Po tym przerywniku od tematyki bogoojczyźnianej wracamy do - TADAM - Biblii. A konkretnie - fragment o wygnaniu z raju. Jeśli chodzi o Stary Testament, to jest to ten kawałek, który uważam za jeden z najgorszych, bo on w europejskiej kulturze zrobił wiele złego, wmawiając wszystkim, że kobiety są winne wszelkiemu złu na świecie. No i nie wiem - nie wystarczy już biblijnych wtrętów jak na jeden rok? Pojawia się też znowu oczywiście Twardowski, gdyby czasem dzieciaki już zdążyły o nim zapomnieć.

Jest tyyyylu lepszych poetów, którzy pisali wiersze, używając motywów biblijnych, ale nieee, po co, lepiej po raz kolejny sięgnąć po księdza T.


Potem jest już nieco lżej, choć nadal prawie nic współczesnego - mamy "Świteziankę" i smrodek dydaktyczny w tekście Onichmowskiej o uzależnieniach. O kulturze popularnej mamy całe cztery strony na przykładzie fragmentu komiksu ze Spidermanem. Dobre i to w tym zalewie trupów.

Potem "Dziady", mity. Władca pierścieni. Gatunki filmowe. "Zemsta", Różewicz, Szymborska, "Pan Tadeusz". Da się z tym żyć, choć ledwie. Gorzej, że nie zabrakło ckliwego i infantylnego fragmentu Terakowskiej o aniołach.

Rozdział poświęcony literaturze wojennej jest - o dziwo - dość sensownie poprowadzony, nie ma tam wiele o wojence jako przygodzie (wyłączając OKROPNY "Dywizjon 303"), ale skupia się na wojnie jako cierpieniu zwykłych ludzi, co się zdecydowanie chwali, bo apoteozy umierania za ojczyznę nie spotkamy tu w dużym natężeniu.

Zestaw tekstów, z jakimi męczy się młodzież klasy siódmej, jest wyjątkowo niezgrabny, nastawiony na nieznośną wzniosłość, modlitwę i nie ma tam żadnej głębszej refleksji nad WSPÓŁCZESNYM światem.

CDN.... Następny będzie podręcznik do historii. :>

Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher.

Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher.

Dziwny to wybór - napisać książkę dla młodych ludzi o tym, jak przeżywa żałobę rodzina, której dziecko zginęło w zamachu bombowym w Londynie. Na dodatek jest to książka, której narratorem jest dziesięciolatek o imieniu Jamie, brat zmarłej, który w zasadzie siostry nie pamięta, ale mierzy się z żałobą, stratą i cierpieniem rodziców. Chłopiec trwa jednocześnie w poczuciu winy, że nie odczuwa smutku, bo przecież w zasadzie nie ma wspomnień o zabitej dziewczynce.


Książka została wydana w Polsce już parę lat temu, była też raz wznawiana. Nie jest to więc pozycja specjalnie nowa, ani taka, o której się dużo mówi czy mówiło. Dlatego postanowiłam o niej napisać, zwłaszcza że w obecnym świecie powieść, która jest wielką lekcją wrażliwości, musi być w cenie. 

To jest książka bolesna i zabawna. Szczera i prostolinijna. Lekka i ciężka jak kamień. Chwilami jak otwarta rana, w której dłubiemy patykiem. 
Oto ojciec wpada w alkoholizm, matka wiąże się z innym mężczyzną, siostra bliźniaczka zmarłej ma zaburzenia odżywiania, a chłopiec, który tkwi w tym wszystkim, najbardziej na świecie pragnie, żeby ktoś go kochał, bo nagle martwa dziewczynka, której prochy mieszkają na kominku, staje się przyczyną wszystkich jego nieszczęść (oczywiście patrząc z perspektywy dziecka); a na dodatek on sam musi udawać, że za nią tęskni, żeby nie zranić rodziców. 

Strasznie to wszystko trudne, smutne i ponure, ale posypane sosem absolutnie szczerej, dziecięcej prostoty, trosk codziennego życia, które też nie jest łatwe - zwłaszcza, że jest to opowieść dziecka, które koniecznie chce żyć w zgodzie ze swoimi cierpiącymi rodzicami, ale zmaga się przy tym z faktem, że nie myśli tak samo jak oni. 

Książka zaczyna się tak. Żeby była jasność, że nie jest to opowieść dla maluchów.

Oto Jamie ma koleżankę muzułmankę, a przecież ojciec nienawidzi muzułmanów, więc dzieciak czuje się winny, lubiąc ją. Oto urodziny chłopca, o których prawie nikt nie pamięta. Oto rocznica zamachów, kiedy Jamie musi być smutny, bo tak wypada. I tak dalej. Strasznie dużo, jak na barki dziesięciolatka. 

Narracja jest wartka, zabawna, wzruszająca, bezpośrednia. Serce pęka z bólu, który czujemy, bo wiemy, co mogą czuć rodzice zamordowanego dziecka, ale też nie możemy przestać myśleć o chłopcu, który nie jest niczemu winien, ale dostaje rykoszetem od własnej rodziny, która nie może się pozbierać (co przecież też zrozumiałe). 

Ta sama historia, która jest w książce, napisana z perspektywy dorosłego, albo ubrana we wzniosłe, ponure słowa, byłaby nieznośna. Uciekałaby w ckliwość, w dramatyzm, w rozdrapywanie ran. Nie dałoby się tego czytać. Jednak dziecięca opowieść, pełna humoru najczarniejszego z czarnych (stąd polecam, by ją czytała dopiero ta grupa wiekowa, która czarny humor już doceni - młodsze nastolatki i starsi), czyta się znakomicie, lekko, możemy się śmiać przez łzy, możemy w tej historii znaleźć coś więcej od tragedii. 

Nie jest to żadne wielkie arcydzieło, ale na pewno jest to książka, jakiej jeszcze nigdy nie czytałam. Opowieść o żałobie, o jej brzydkich stronach, o jej różnych odcieniach i o tym - PRZEDE WSZYSTKIM o tym - że ludzie się od siebie tak bardzo różnią, że nie możemy wymagać, by tak samo coś przeżywali. 

Na dodatek jest to też przy okazji książka o terroryzmie i nietolerancji, która rodzi nienawiść. 

Dla młodzieży, która patrzy na ten szalony świat i próbuje zrozumieć zło, będzie to bardzo dobra pozycja. Ja, będąc w późnej podstawówce, zaczytywałam się w książkach wówczas bardzo modnych, mówiących o problemach ówczesnego świata - "My, dzieci z dworca ZOO", "Panna Nikt" i tym podobne. Potrzeba czytania o sprawach trudnych pojawia się w tym wieku chyba dość naturalnie, bo świat nagle przestaje być pluszowy, kiedy zaczynamy go bardziej rozumieć. "Moja siostra mieszka na kominku" wydaje się być dobrym wyborem dla młodszego (ale starszego też) nastolatka. Polecam.
Parę szkolnych podręczników, czyli coś z zupełnie innej beczki. Część pierwsza.

Parę szkolnych podręczników, czyli coś z zupełnie innej beczki. Część pierwsza.

Parę dni temu moja znajoma nauczycielka (dla jej dobra nie podam żadnych więcej danych ;)) pokazała mi podręcznik, na którym przyszło jej pracować na języku polskim w klasie szóstej. Podręcznik zgodny z nową podstawą programową, oczywiście, więc trudno winić kogokolwiek, poza ministerstwem, choć autorzy podręcznika, państwo Kulesza, też swoje dołożyli. I o ile dobór tekstów niekoniecznie mogli edytować, o tyle zadania do tychże czasami wbijają w fotel.

Oczywiście, nie tylko ich podręcznik jest WYJĄTKOWY, bo podstawa programowa nie daje pola do popisu. Zerknęłam także na podręcznik mojego syna (klasa siódma) i też kwiatki tam znalazłam, ale o tym napiszę w kolejnym wpisie.

I, żeby była jasność, NIE WIŃCIE SZKÓŁ I NAUCZYCIELI, że pracują z tymi podręcznikami. Oni często nie mają wyjścia. Po prostu. Wierzę, że są nauczyciele, którzy spróbują dzieciom umilić absurdalne czytanki, czy nie każą im rozwiązywać zadań żywcem wziętych z religii, ale popatrzcie, jaki przekaz daje nowa podstawa i jak bardzo jest oderwana od realiów współczesnego świata.

Dzisiaj zajmę się podręcznikiem do klasy szóstej państwa Kuleszów. Nazywa się on "Wyspy szczęśliwe" i nie będę się skupiać w ogóle na szacie graficznej, ani nie będę wymieniać tego, co jest w nim dobre (a są tam rzeczy pozytywne, całkiem fajne fragmenty o produkcji filmowej, pozytywne odniesienia do WOŚP, itp.), ale chcę pokazać jaki obraz świata ma przekazać dzieciom program nauczania.


Zacznijmy od tego, że teksty, które zakłada podstawa programowa, w ogromnym procencie mają chwalić boga lub mają do niego bezpośrednie odniesienia. Nie ma tam prawie w ogóle tekstów współczesnych, nowych, pokazujących wzorce zachowań nie umiejscowione w kulturze dawnej (nawet Lema czy Tytusa ciężko nazwać nowoczesnymi, mimo całej mojej do nich sympatii).
Dzieci nie mają szans odnieść się do znanej sobie rzeczywistości i stykają się niemal wyłącznie z językiem archaicznym i często dla nich niezrozumiałym. Mamy tam mnóstwo tekstów, które nie wnoszą nic do kapitału kulturowego dzieci, a utwierdzają szkodliwe stereotypy.

Jakież to ponadczasowe wartości mają nieść np. fragmenty "Pamiętników Adama i Ewy"? To jest tekst głęboko szkodliwy i tak ugruntowujący stereotypy płciowe, że chyba bardziej się nie da. Proszę, oto fragment z podręcznika, przemowa pokornej Ewy o Adamie:


Żeby dzieci utrwaliły sobie, że kobiety myślą o wiele inaczej, niż mężczyźni, muszą napisać tekst, w którym każda płeć myśli inaczej i inaczej patrzy na świat. 



Potem mamy dwie strony ćwiczeń - jedna to "Kobiecy zakątek", a druga strona to "Męska jaskinia". Żeby oddać sprawiedliwość - teoretycznie ma to być lekcja o stereotypach, ale ćwiczenia tam zawarte mają w dzieciach te stereotypowe myślenie utwierdzić i ugruntować. Mamy tam miłe ćwiczenie o dodawaniu żeńskich końcówek do nazw zawodów (brawo), ale też mamy takie kwiatki:




Dziecko ma wiedzieć, że bycie władcą to rzecz męska, podobnie jak bycie złodziejem. No i musi się domyślić, że atrybutem męskości nie może być wrażliwość i schludność, jak sądzę.

Mamy tam też dwa teksty o zalotach - fragment "Bezgrzesznych lat" Makuszyńskiego i piosenkę Czerwonych Gitar "Tak bardzo się starałem", czyli oczywiście - znowu stare ramoty, do których dzieci mają napisać dziwne rozprawki o podrywie i tradycyjnych rolach płciowych:



Jak już dzieci mają ustawione to, jak mają się zachowywać chłopcy, a jak dziewczyny, możemy przejść dalej i przeczytać "Spóźnionego słowika" Tuwima o tym, jak pan Słowik zabawił po nocy, a pani Słowikowa czekała w oknie zmartwiona, jak to w życiu.


Myślicie, że dzieci napiszą, że Pan Słowik nie zarucha za karę i będzie spał na kanapie? Bo chyba taka odpowiedź jest prawidłowa (no wiecie, według klucza).

Podręcznik, naszpikowany tekstami o religijnych odniesieniach, nie dopuszcza możliwości, że ktoś może nie wierzyć w boga. Mamy tam np. takie zadanie:


Wartości są podane, nie ma że boli. :]

Mamy też fragment archaicznego tekstu Jana Kamyczka pt. "Nastolatek w domu". Chwali się nowatorskie ;) w nim założenie, że chłopcy też mogą sprzątać, ale jest tam też mama, która wstaje godzinę wcześniej, żeby wszystkim przygotować śniadanie i to mamę, a nie rodziców się wyręcza w obowiązkach domowych, bo - jak wiadomo - ojcowie (nie łudźmy się, że inny typ rodziny się tu znajdzie) obowiązków domowych nie posiadają.

Absolutnym kuriozum jest jednak tekst Ligonia "Przepisy PKP dla podróżujących". Celem tego tekstu było - chyba - pokazanie gwary. Czemu wybrano tę bzdurę sprzed ponad pół wieku, to jest ponad moje zrozumienie. Proszę kawałeczek, zwróćcie uwagę na wyborny żarcik z głupoty kobiet:


Po fragmencie Kapuścińskiego ("Heban") mamy oczywiście obrazki smutnych czarnoskórych dzieci siedzących nago na ziemi i lichych chat, a zadanie do tekstu nie polega, bynajmniej, na tym, by sprawdzić, w których latach pisano tekst (przy żadnym z tekstów nie zauważyłam, by dawano rok, z którego pochodzi, nawet po to, by epoki literackie wprowadzić), czy coś się zmieniło od tego czasu i jak wygląda obecna Afryka i jej sytuacja polityczna i społeczna w różnych krajach.

Dzieci mają popatrzeć na obrazki, przeczytać fragmencik tekstu o ułamku Afryki sprzed pół wieku (która jest przecież olbrzymim kontynentem pełnym różnych kultur i różnych warunków życia) i porównać Europejczyka ze WSZYSTKIMI Afrykańczykami. Serio.


Potem mamy wiersze i obrazki o aniołach i pochwalny wiersz o Matce Teresie, co wydaje mi się szczególną obrzydliwością, zważywszy na fakt, że już od dość dawna wiadomo, że Matka Teresa taka znowu święta nie była, jej przytułki były umieralniami pełnymi okrucieństwa, w których odmawiano podawania środków przeciwbólowych, bo cierpienie jest rzekomo miłe Jezusowi, a miliony, które płynęły do Matki Teresy od darczyńców, rozpłynęły się i nie były pożytkowane dla dobra chorych biedaków.

Zdjęcie Matki Teresy pojawia się zresztą w podręczniku TRZY razy. Raz jako przykład "słynnej kobiety".

Mamy też oczywiście zadanie pt. "Napisz notkę biograficzną o Matce Teresie z Kalkuty". Noo, ja już bym pomogła napisać. :]

(I tak, zauważam, że są w tym podręczniku czasami nawoływania do tolerancji, także religijnej, a niektóre teksty z podstawy programowej są bardzo sensowne, co nie zmienia faktu, że współczesnej literatury program właściwie nie zauważa, a tekstów bezpośrednio lub pośrednio chwalących boga jest na stronach podręcznika mrowie.)

Dla tych, którzy chcą się pośmiać - w "słowniczku internauty" w tej książce (wydanej w 2019 roku, przypominam) jest wśród najpotrzebniejszych pojęć - komunikator gadu-gadu. ;) I to nie opisany jako relikt, ale jako coś, czego się obecnie używa. :D

W dziale o porach roku mamy kalendaria przypisane do każdej z pór. I są tam najważniejsze święta.
Jesienią, oprócz - co zrozumiałe - Wszystkich Świętych (w Polsce święto bardzo istotne, kulturowo ważne nawet dla niektórych niewierzących), do najważniejszych świąt zaliczają się katarzynki (WTF?) i Barbórka. ;) Czuję, jakbym się cofnęła do mojego dzieciństwa, kiedy było to święto państwowe, huczne, węglowe i wszystkie dzieci robiły w szkołach czarne, czapeczki z piórkiem. :D Kto, do cholery, obecnie obchodzi Barbórkę (poza górnikami)?

Przy omawianiu wiosny kalendarium oczywiście wskazuje Wielkanoc, co jasne, ale też wszelkie inne religijne święta, Boże Ciało, Zielone Świątki, niedzielę palmową, itd., a wiosennym wierszykiem jest "Wielkanoc" Lechonia i radosne zadania do tegoż utworu (niektóre z nich są kuriozalne i ich miejsce jest, w najlepszym wypadku, na religii):


Absolutnym hitem jest umieszczenie w czytankach opowiadania katolickiego pisarza, salezjanina Bruno Ferrero, który pisze naiwne powiastki religijne. Tytuł opowiadania brzmi: "Jak Bóg stworzył mamę" i jest ono w swej słodyczy i pobożności wyjątkowo przegięte, a do tego trudno uznać je klasycznym tekstem kultury, który musi znać każde dziecko (jakim jest np. umieszczony w tym podręczniku Hymn św. Pawła o miłości - nie mam wątpliwości, że warto go znać, bo z cytatami z niego w życiu łatwo się spotkać, choćby na ślubach, i warto wiedzieć, skąd pochodzi).

Tekst Ferrero ma na celu przekonywać dzieci o istnieniu boga i wychowywać do bezrefleksyjnej pobożności. Pytania do tekstu są oczywiście wybitne. Ich treść nie pozostawia nawet cienia wątpliwości, że nie ma miejsca na niewiarę, a do tego trzeba napisać opowiadanie o stwarzaniu taty przez boga. Że nie wspomnę o tym, że pytania są, delikatnie mówiąc, nie pozostawiające miejsca na krytykę:


W letnim kalendarium mamy oczywiście dożynki i Wniebowzięcie Maryi Panny. Trochę zabrakło na przykład - no nie wiem, szalony pomysł - szkolnych wakacji, czyli czegoś, co "obchodzą" wszystkie dzieci. ;)

Taki mamy obrazek w klasie szóstej, do kuriozów z podręczników w klasie siódmej jeszcze dojdę w kolejnych wpisach. Do innych podręczników do polskiego też zajrzę i mam nadzieję, jeszcze Wam o nich napiszę. Jestem ciekawa, jak rozwiązano zadania do tekstów w książkach z innych wydawnictw.

Na dzisiaj tyle. Zaglądajcie dzieciom do szkolnych książek. Warto wiedzieć, czego się uczą i rozmawiać o tym na bieżąco. :)
Uwolniona Tary Westover, czyli jak Obama polecił mi książkę.

Uwolniona Tary Westover, czyli jak Obama polecił mi książkę.

Czasami czytam rekomendacje czytelnicze Baracka Obamy. :) To jest ciekawy wgląd w to, co akurat w USA ukazuje się w księgarniach i jest to na dodatek wybór wyselekcjonowany przez inteligentnego człowieka. Niekoniecznie się z nim we wszystkim politycznie zawsze zgadzałam, ale nie mogłam mu nigdy odmówić tego, że miał całkiem niezły gust literacki.

"Uwolniona" wydała mi się wyborem dziwnym. Okładkowe peany o tym, jak to dziewczę z fundamentalistycznej rodziny zdobywa wybitne wykształcenie, wydawały mi się raczej odstręczające. Spodziewałam się łzawej opowieści w stylu "od pucybuta do milionera", american dream i te sprawy. I bardzo, bardzo się zdziwiłam, że w tej książce jest o wiele więcej. I że porwała mnie całkowicie.



Tara Westover wychowała się w ultrasowym środowisku mormońskim, ale jej rodzice, zwłaszcza ojciec, nie byli typowymi ortodoksyjnymi mormonami, jakich znamy z różnych dokumentów i opowieści, ubranych w zgrzebne szaty poligamistów, uczących gromadkę dzieci w domu. Jej rodzina nie uczyła swoich dzieci w ogóle. Mieszkali w domu, który przygotowywał się na walkę z rządem, na potyczkę na śmierć i życie ze światem, który zaraz się skończy. Nigdy nie rejestrowali swoich dzieci, nie uczyli, dzieci nigdy nie były u lekarza, niezależnie od tego, jak poważna choroba czy wypadek wydarzyły się w ich życiu. Nawet mycie rąk po skorzystaniu z toalety było uważane za śmieszne i zbyt postępowe. To było ekstremum tak wielkie, że trudno je ogarnąć rozumem.

I to jest punkt wyjściowy opowieści, która jednak nie jest tym, czego możecie się spodziewać. Nie ma tam nagłego zwrotu akcji, w którym dziecko żądne wiedzy odkrywa świat i wywraca swoje życie do góry nogami. Nie. To jest gorzka opowieść o tym, że tak się zwykle nie da. Że życie, które wiedziecie w dzieciństwie, będzie w Was tkwić przez dekady i nigdy całkiem od Was nie ucieknie.

To nie jest książka, w której ktoś się nad sobą użala. To nie jest książka, w której odkrywacie czyjś samozachwyt. To jest raczej surowa, szczera relacja z tego, jak było się ślepym przez większość życia, mimo tego, że miało się już aparat myślowy, żeby dostrzec, że coś jest nie tak. Literacko jest to zupełnie przyzwoite, nie ma bólu przy czytaniu, tłumaczenie wydaje się bardzo sprawne i nie musicie się obawiać żadnej naiwności, żadnych żenujących zabiegów literackich, mających na celu wzbudzenie współczucia.

(Poniżej rozmowa z autorką u Ellen.)



"Uwolnioną" przeczytałam niemal na raz. Nie mogłam się oderwać, chociaż czasami miałam ochotę wrzeszczeć na autorkę/bohaterkę, bo z mojego bezpiecznego dystansu widziałam, jak bardzo dysfunkcyjne są jej relacje z rodziną, zwłaszcza z jednym z braci, klasycznym przemocowcem.
Tara wydaje się przy pomocy książki układać sobie w głowie to, co wydarzyło się w jej życiu. Sięga do swoich pamiętników z dzieciństwa, do wspomnień rodzeństwa, by odtworzyć najważniejsze momenty. Wydaje się, że jej to pomaga zamknąć jakiś rozdział i przestać do niego wracać.

To jest porywająca opowieść o dorastaniu, o współczesnej Ameryce, o chorobach psychicznych i niebezpieczeństwach radykalizmu. Wygląda niepozornie, może nie sięgnęlibyście po nią w księgarni, ale ja uważam, że powinniście. Bardzo polecam.


Powakacyjny kącik zapowiedzi 2019

Powakacyjny kącik zapowiedzi 2019

Po wakacjach zacznie się złoty czas w świecie wydawniczym. Najwięcej nowości ukaże się, jak zwykle, w październiku i listopadzie, w okolicy krakowskich Targów i przed Gwiazdką.
Kilka wybrałam, może bliżej października zrobię jeszcze jeden kącik. A tymczasem zapraszam do obejrzenia tego, co subiektywnie chcę Wam pokazać z ciekawych nadchodzących nowości.
(P.S. Żadne wydawnictwo, niestety, nie płaci mi za reklamę, więc jest to moja bezinteresowna troska o polskiego czytelnika. ;))


1. Na początek dla maluchów. Jako że uważam, że uwrażliwianie na przyrodę jest bardzo istotne, wybrałam książeczki o ekologii i o polskiej faunie. Jedna, o śmieciach, jest z wydawnictwa Papilon i ukaże się 18. września. Druga, o Bałtyku - z Dwukropka - będzie do kupienia w połowie października.



Ponadto ciekawe wznowienie - idealne pod choinkę - "Ekspres Polarny", będący kanwą świetnej animacji i książeczką uroczą, zimową i świąteczną. (Tekturka, 18 października) Polecam gorąco, bo to już w zasadzie klasyk.


Dwie Siostry wypuszczą we wrześniu ciekawie wyglądający, polski picture book. Nieco straszno, nieco magicznie. Jestem tej pozycji bardzo ciekawa:



I dwa kolejne klasyki od Media Rodzina. Ilustrowana "Czara ognia" (przedstawiać nie muszę ;)) i ilustrowany wybitnie Puszkin. Obie rzeczy totalnie must have dla mnie. :) Obie rzeczy ukażą się w drugiej połowie października.



I ostatnia dziecięca gratka - książka adwentowa. Każdego roku to Zakamarki wypuszczały adwentowe książeczki. Tym razem nic mi o Zakamarkowych planach nie wiadomo, ale za to Wydawnictwo Literackie wypuści w październiku adwentową Mają Lundę (tę od "Błękitu" i "Historii pszczół"). Spodziewam się najlepszego. :)


2. Polskie wydania książek mocno docenionych za granicą. Potencjalnie wybitne.

Na przykład taki "Lanny" Maxa Portera, nominowany do tegorocznego Bookera, tak jest opisywany przez wydawcę:

O godzinę drogi od Londynu znajduje się wioska, w niczym nieróżniąca się od wielu innych: pub, kościół, domy z czerwonej cegły, kilka budynków urzędowych, na obrzeżach parę większych posiadłości. Wszędzie — co normalne — posłyszeć można ludzi mówiących o miłości, trudach dnia codziennego, pracy, umieraniu i wyprowadzaniu psów. Wioska należy do swych mieszkańców, a także do okolicy i jej przeszłości.
Należy również do Praszczura Łuskiewnika, mitycznej postaci, którą dzieci w szkole zwykły rysować jako zieloną i liściastą, z wyrastającymi z ust wiciami. Łuskiewnik budzi się z błogiej drzemki. Wsłuchuje się we współczesną wioskę, w symfonię jej rozmów, na którą składają się pijackie wyznania, uliczne plotki, poirytowane czy płaczliwe rozmowy w rodzinnych domach. Najbardziej zaś wsłuchuje się w twórczego i żyjącego w swoim świecie chłopca, którego rodzice niedawno sprowadzili się do wioski: Lanny’ego.

Ukaże się w Zysku we wrześniu.

Druga pozycja, która przykuła moją uwagę, to Pulitzer z 2017 roku (mam słabość do tej nagrody). O biedzie w USA. Książka, nad którą zachwycają się wszyscy. Przeczytam na pewno. Premiera polska w Marginesach, we wrześniu.



3. Polskie podwórko. Dwa nowe Pilchy, jeden Zagajewski. Wszystko we wrześniu.




4. Jeśli ktoś myślał, że Sandman się skończył, to się właśnie zdziwi (i podjara, jak ja ;)) - Gaiman wypluł z siebie nowe komiksy z uniwersum. 2. października będzie trzeba zainwestować. :)



5. Na koniec pomysł podchoinkowy - Dobble Harry Potter. :) Do kupienia od 10. listopada.


27 śmierci Toby'ego Obeda, czyli Kanada odczarowana.

27 śmierci Toby'ego Obeda, czyli Kanada odczarowana.

Kanada to, w powszechnym mniemaniu, kraj marzenie dla liberalnego człowieka, który śni o równościowym rządzie. Kanada ma premiera, którego wszyscy kochają. Jest wielka, piękna i daleko. To wszystko prawda. Na dodatek - w porównaniu z naszymi polskimi tuzami sejmowej praworządności - jest to raj na ziemi. ALE - nie ma, że boli. W Kanadzie mrok rozlał się po rubieżach, po terenach rdzennej ludności, po ludziach tak bardzo wykluczonych, że - pod wieloma względami - dużo gorzej być nie może.


Wszyscy wiemy (a raczej - powinniśmy wiedzieć), że w Stanach Zjednoczonych Kolumb i jego następcy zgotowali rzeź ludziom, którzy tam mieszkali "od początku". Trochę tylko zapominamy, że Kanada tworzy z USA jeden kontynent i historia nie obeszła się z rdzennymi mieszkańcami obecnej Kanady łagodniej, niż z ich południowymi braćmi.

Książka Joanny Gierak-Onoszko jest wybitna. Warsztatowo znakomita, staranna, wyważona, pozwalająca czytelnikowi wyciągać własne wnioski, nienachalna w stawianiu tez. I wstrząsająca. A opowiada o dzieciach, które odbierano inuickiej ludności i umieszczano przymusowo w szkołach z internatem, opłacanych przez państwo, a prowadzonych w większości przez duchownych kościoła katolickiego. Powodem odbierania dzieci była - teoretycznie - chęć zrobienia z nich obywateli zachodniego świata, co było założeniem na wielu poziomach okropnym, ale efektem było zabicie licznych kultur, robicie rodzin, zniszczenie wrażliwości około 150 tysięcy dzieci, które były tam masowo molestowane, bite i dręczone. A te, które przeżyły (bardzo wiele z nich nie przeżywało), były często ludźmi złamanymi, powielającymi przemocowe wzorce, nie mogącymi się dogadać w języku swoich rodziców, co wykorzeniało ich z własnej rodziny (o ile ktoś im jeszcze został) i kultury.

Tytułowy Toby Obed to jeden z ocaleńców. Jeden z tych, którzy odważyli się mówić. Jest on symbolem, ale książka nie jest tylko o nim. Ona jest o wszystkich tych dzieciach, o ich krewnych, o kulturze, której już prawie - z powodu działań kanadyjskiego rządu - nie ma. To jest też książka o tym, jak Kanada próbuje zadośćuczynić. O pustych gestach, o odszkodowaniach, o głośnych procesach sądowych i o przepraszaniu.

Różnie to wychodzi, Kanada nie jest kryształowa, choć jest już innym, pewnie lepszym krajem, niż 20, 40, 60 lat temu. Trwa proces burzenia pomników ludzi, którzy byli uwikłani w zbrodniczy proceder; dawni bohaterowie, politycy, księża, możni dawnego świata, okazują się wielkimi sukinsynami. Słodkie zakonnice okazują się sadystkami, perwersyjnymi krzywdzicielkami czteroletnich dzieci, moczących się w nocy z tęsknoty za rodzicami. Kanada miała też swoje siostry Bernadetty, które, podobnie jak w Polsce, pewnie wywiną się prawu.

Toby Obed z Justinem Trudeau. Źródło: cbc.ca

Bardzo to ważna, dobra, mocna książka. Aż trudno uwierzyć, że autorka nią debiutuje, bo "27 śmierci" jest napisana przez reporterkę dojrzałą i zdolną.

Jeden z najlepszych reportaży, jakie czytałam, a czytam reportaży dużo, dziesiątki rocznie. Spokojnie może się mierzyć z Justyną Kopińską.

Polecam. Ale uważajcie, bo boli.
To nie deszcz, to ludzie. Halina Birenbaum

To nie deszcz, to ludzie. Halina Birenbaum

Bardzo trudno mi czytać książki o Holocauście. Trudno je znoszę, jestem zawsze potem przybita i wściekła. Ale i tak je czytam. Rzadko, dawkuję je sobie, ale czytam. Czasem nie wiem, czemu sobie to robię, ale czuję, że powinnam. Że ktoś powinien o tym wszystkim wiedzieć. I przekazywać dalej.



Halina Birenbaum urodziła się w Warszawie w 1929 roku. Po wybuchu wojny wciąż mieszkała w stolicy, wylądowała w gettcie, potem w Majdanku, Oświęcimiu, Ravensbruck i Neustadt. Jej wspomnienia z likwidacji getta, z pobytu w obozach, jej wspomnienia o ludziach, których spotkała (czasem to jedyne, co po tych ludziach pozostało), jej opowieść o "wyzwoleniu" przez radziecką armię, o powojennym, koszmarnym antysemityzmie, który ją wygnał z Polski, o syjonistycznych marzeniach, o niechętnym, nie mogącym uwierzyć w Auschwitz Izraelu lat 50. (też pogrążonym w wojnie), to coś absolutnie niesamowitego i ważnego.

Droga Haliny Birenbaum na pewno była ponurą drogą wielu Żydów jej pokolenia, ale dawno nie czytałam równie klarownego obrazu rozpadu całej grupy etnicznej (jaką byli polscy Żydzi). Niby wszyscy znamy historię warszawskiego getta, wszyscy wiemy o tym, jakim koszmarem były obozy koncentracyjne, wiemy to z relacji setek ludzi, którym udało się przeżyć. Wiemy o gwałcących kobiety radzieckich żołnierzach, którzy "ratowali" Polskę, wiemy też o tym, że Izrael długo nie patrzył przychylnie na powojennych uciekinierów z Europy, ale sposób, w jaki opowiada o tym pani Birenbaum, jest nadzwyczajny. I - wydaje mi się - może być bardzo przystępny dla osób, które wciąż jeszcze sobie wszystkiego nie ułożyły w głowie, także dla starszej młodzieży. Zwłaszcza, że talent gawędziarski pani Haliny pozwala czytać mimo bólu i żalu, bo opowieść płynie wartko i lekko (o ile można tak powiedzieć w tym przypadku).

Dla mnie zawsze trudne do zrozumienia były syjonistyczne powojenne szalone ideały Ocalałych. Żydzi porzucali ledwie odzyskane życie w powojennej Europie i przeprawiali się do nowo powstającego państwa Izrael w sposób ryzykowny, urągający godności, a na miejscu często spotykali się z kolejnymi problemami, szykanami i spartańskimi warunkami. I chociaż nadal trudno mi to objąć rozumem, to opowieść Haliny Birenbaum rozjaśnia mi trochę motywacje i desperację.

Wywiad rzeka, którym jest "To nie deszcz", jest bardzo dobrze poprowadzony, czyta się znakomicie, szybko, nie da się od niego oderwać. Monika Tutak-Goll nie przytłacza rozmówczyni, nie narzuca się, jedynie naprowadza. Jest przezroczysta, nieirytująca i dobrze zorientowana w temacie. Jeśli chcecie maleńką próbkę wywiadu, to możecie przeczytać ją TUTAJ.

Bardzo dobra książka, na dodatek na tyle świeża, że odnosi się także do współczesnych wydarzeń na świecie, które są alarmujące - zwłaszcza dla kogoś, kto już takie nastroje raz już widział. Gorąco polecam.

P.S. Spotkanie autorskie też warto obejrzeć:


Becoming. Michelle Obama

Becoming. Michelle Obama

Michelle Obama ma 55 lat, więc jest jeszcze dość młoda i chociaż bycie żoną prezydenta USA przyniosło jej życiu na pewno mnóstwo interesujących wydarzeń, o których chętnie byśmy posłuchali, to o czym jeszcze moglibyśmy chcieć wiedzieć?



Wiem, że "Becoming" zostało przyjęte z zachwytem, ale ja tę książkę męczyłam miesiącami, stąd dopiero teraz o niej piszę. Omijałam całe akapity. Skanowałam strony. Zatrzymałam się na dłużej na rozdziale o studiach i prezydenturze Baracka i to tyle. Ta książka jest nadmuchana. Nie mówię, że jest zbędna, czy że nie ma w niej nic ciekawego, ale jest niemożliwie rozdęta, choć gdyby skrócono ją do opowieści o byciu Pierwszą Damą, to wszyscy byśmy przeczytali ją pewnie z przyjemnością. Tylko że wyszłaby z tego niezbyt gruba broszurka.

Kogo obchodzi, kto uczył Michelle grać na pianinie, jak była dzieckiem, albo z jakimi ciotkami się lubiła? Michelle nie jest na łożu śmierci, jest bardzo ciekawą, pozytywną postacią; kobietą w sile wieku, mającą przed sobą prawdopodobnie dziesięciolecia, w których może wykorzystać swoje doświadczenie życiowe i polityczne, o którym być może kiedyś będzie się chętnie czytało. Nie umniejszam jej doświadczeniu i uważam, że było niezwykłe, bo jednak niedostępne większości śmiertelników, ale żeby od razu pisać biografię? W połowie życia? Nie mam co do tego przekonania.

Owszem, ciekawe były jej spostrzeżenia dotyczące bycia jedną z nielicznych czarnych kobiet na prestiżowym uniwersytecie, ciekawe były relacje z okresu prezydentury jej męża, ale - jeśli mam być szczera - ta książka to laurka. I nie ma się czemu dziwić, bo większość ludzi, o których Michelle opowiada, wciąż żyje i do tego - jako że przed autorką jest jeszcze wiele lat życia - nie ma sensu robić sobie wrogów. ;) Nie znajdziecie tam skandali, a wszelkie nieprzyjemności są bardziej zasygnalizowane między wierszami, niż opisane wprost (z niewielkimi wyjątkami).

Chcecie poczytać książkę, która jest bardzo miła, której pierwsza połowa jest zbędna (chyba że faktycznie chcecie wiedzieć, jak Michelle zerwała z jakimś chłopakiem, którego nie znacie), która porusza parę problemów tylko powierzchownie, a poza dostarczeniem kilku anegdot, nie wnosi tak znowu wiele (no chyba że żyjecie pod kamieniem, to wtedy spoko, pewnie Was olśni), to jasne, poczytajcie. Dla mnie jednak "Becoming" jest książką, która powinna powstać za 30 lat.

Oczywiście nikt nie broni pisać autobiografii nawet dwudziestoletnim piłkarzom (znamy takie przypadki ;)), a jeśli dla wielu osób opowieść Obamy jest ważną życiową inspiracją, to pozostaje się tylko cieszyć, ale dla takiej cynicznej jędzy jak ja - nie jest to szczególnie wartościowa pozycja. Poczekam cierpliwie na jej przeredagowanie, kiedy Michelle przejdzie na późną emeryturę. A może - kto wie - zaliczy jeszcze własną prezydenturę. ;)

Póki co "Becoming" pozostaje dla mnie miłą książką na kocyk, książką dla młodych ludzi (zwłaszcza dziewcząt), szukających inspiracji (to też ważne, więc nie będę tego deprecjonować) i tyle. Poczytajcie albo nie. Nie ma parcia. A Michelle jest bardzo fajna i bez tego. Śledźcie jej losy, bo chyba warto. :)
Tupeciary - niezwykły komiks o kobietach.

Tupeciary - niezwykły komiks o kobietach.

Pisałam już jednym feministycznym komiksie, a dzisiaj czas na kolejny, ale nieco starszy. "Tupeciary" to zbiór krótkich opowieści o kobiecych postaciach historycznych. Brzmi przeciętnie i niezbyt odkrywczo, dopóki nie spojrzymy na to, jakie to są postacie. Nie znajdziecie tam Marii Curie (która jest super, ale wiecie, o niej wszyscy już słyszeli), czy Królowej Bony. Tutaj znajdziecie postacie, o których niewiele (lub nic) słyszeliście. Na dodatek nie są to postacie tylko europejskie bądź północnoamerykańskie.



Kogo więc tutaj mamy? Mamy szesnastowieczną księżniczkę Ndongo i Matamby, niezwykłą aktorkę, która grała wiedźmę z Oz, młode rebeliantki z Dominikany, kobietę z brodą, dumną ze swojej brody, i tak dalej. Wszystkie te kobiety łączy to, że na pewnym etapie życia działają wbrew oczekiwaniom społecznym. Margaret Hamilton zostaje aktorką, choć wszyscy jej mówią, że jest na to zbyt brzydka i powinna zoperować nos. Clementine Delait przestaje golić brodę i robi z niej atut. Minerwa Mirabal, molestowana przez dyktatora, aresztowana za sprzeciw, po wyjściu z więzienia zostaje rewolucjonistką (a także szczęśliwą matką) oraz pierwszą w historii Dominikany kobietą z doktoratem. I tak dalej.



To jest absolutnie inspirująca książka, bo nadzwyczajnie poszerza horyzonty. Poznajemy postacie, o których dzieci nie mogą nauczyć się w szkołach, bo ich w książkach do historii nie ma (w ogóle w książkach do historii jest świat, w którym nie ma kobiet; no, może poza rozpłodowymi księżniczkami). Na dodatek - co ważne - kobiety z tej książki są bardzo niejednoznaczne, a każda z nich jest inna w wyjątkowy, czasem absolutnie szalony sposób. Do tego pochodzą z różnych zakątków świata, różnych epok, są fantastycznie od siebie odmienne i każda jest wspaniała (lub przerażająca, bo nie wszystkie się super pozytywnymi postaciami!) na swój wyjątkowy sposób.



Oto galeria bohaterek na miarę Marvela. Oto kobieta, która pływa niczym ryba. Oto rdzenna Amerykanka, która walczy z najeźdźcami jak największy badass z filmowych westernów. Oto lekarka kobiet, która działa w czasach starożytnych. Mój zachwyt nad doborem postaci nie ma końca.

Komiks narysowała i napisała Penelope Bagieu, Francuzka. I narysowała go bardzo zgrabnie i lekko, choć niektóre historie, które opisała, nie są lekkie. Tutaj mam więc kolejną uwagę - pamiętajcie, że droga kobiet, które wyłamywały się z wytyczonych przez ich otoczenie ścieżek, bywała wyboista. Zdarzają się opisy strasznych śmierci. Zdarzają się rzeczy przykre i smutne. Zdecydowanie nie dla przedszkolaków.

Komiks, moim zdaniem, jest znakomity zarówno dla dorosłych, jak i dla młodzieży, czy bardziej "otrzaskanych" dzieci w wieku szkolnym. Jeśli uda Wam się go kupić (nakład jest już wyczerpany, o ile wiem), to będziecie zachwyceni, ale przeczytajcie go, zanim zdecydujecie, czy nada się dla Waszego dziecka. Młodzieży dawajcie w ciemno. A ja sama nie mogłam się od niego oderwać i jestem szalenie zainspirowana. Książka skłoniła mnie do pogłębiania wiedzy na temat niektórych postaci, które tam zobaczyłam.



WYBITNA pozycja wydana przez malutkie wydawnictwo Fundacji Bęc Zmiana. Szkoda by było, gdyby o tej książce prawie nikt nie wiedział. I mam nadzieję, że ktoś dodrukuje ten komiks. Powinien trafić pod strzechy. :)
Copyright © 2014 Na regale , Blogger