Niektórzy lubią poezję i dlaczego antologie są najlepsze.

Niektórzy lubią poezję i dlaczego antologie są najlepsze.

Kiedy zapytałam na Facebooku, czy ktoś chce poczytać o poezji, było nawet kilka chętnych osób. Zdziwiłam się, bo - wiecie, poezja wydaje się być w odwrocie. Polski rynek wydawniczy promuje obecnie kilka "starych" nazwisk poetów, którzy albo są bardzo popularni (Szymborska - wspaniała, ale też noblistka i do tego pisząca bardzo przystępnie, więc wciąż jest czytana), albo po prostu wciąż żywi. ;) 

I tak wydaje się czasami nowe tomy wspaniałych, ale starzejących się poetów, które to tomy czasami robią im więcej złego, niż dobrego. Moim skromnym i nieistotnym zdaniem ostatnie tomy Kulmowej i Zagajewskiego to nie są wybitne pozycje. Chyba lepiej poczytać ich wcześniejsze wiersze, niż te najnowsze, żeby się nie zniechęcić do znakomitych poetów, którzy jednak - jak wielu przed nimi, z wiekiem (i wszystkich nas to niestety czeka) stracili nieco na ostrości krytycznego spojrzenia na swoje wiersze. Nie wszystkie powinny ujrzeć światło dzienne. 

Jeśli chodzi o młodych poetów, moje próby poczytania ich poezji nie były najbardziej udane - albo poezja była niemalże niedostępna, albo nie byłam w stanie jej czytać bez znużenia. Oczywiście trafiają się poeci zdolni, chwilowo nawet czytani nieco powszechniej, ale nadal - nie mają szansy na przebicie się do świadomości "ludu", bo "lud" poezję ma w poważaniu, wydawcy poezję mają w poważaniu, poezja się nie sprzedaje, nie reklamuje, nie trafia już do nikogo. Dla polskiej poezji złotym czasem był PRL, jakkolwiek ponuro by to nie brzmiało. Wydawało się wiele, debiutowało każdego roku poetów na pęczki, a ci dobrzy mieli szansę trafić do szerokiej publiczności. 

Oczywiście mamy też liczne prowincjonalne konkursy poetyckie, organizowane zwykle przez biblioteki i domy kultury, gdzie spływa masa grafomanii (głównie młodzieżowej), z której jury - mniej lub bardziej prestiżowe (zwykle jednak mniej) musi wybrać coś, co jako tako się obroni. Aczkolwiek uważam, że (mimo zwykle wątpliwej wartości artystycznej) to niezwykle ważne - to, że zachęca się w ten sposób ludzi do pochylenia się nad słowem. Pokłosiem tych konkursów nie są jednak nowi, wydawani i wysławiani poeci, ale zadowoleni młodzi ludzie, którzy zobaczą swój wiersz w regionalnej gazecie. Wspaniale, jednak potem nikt nie śledzi ich dalszych losów, a wydawcy nie biją się o ich tomiki. Poezja zostaje uwięziona w szufladach na zawsze. 

Są naturalnie bardziej prestiżowe konkursy poetyckie, ale można je policzyć na palcach jednej ręki i nawet po konkursie połączonym z Festiwalem Miłosza nie wysypują się na nas z mediów nowi poeci, otoczeni blaskiem jupiterów. I to się raczej prędko nie zmieni. 

---

Ja - co dałam wyraz w tytule posta - najbardziej lubię antologie. Jasne, zbiorcze tomiki jednego poety są świetne, jeśli już wiecie, że danego poetę lubicie wystarczająco mocno, by go przyjąć w dużych dawkach. Jednak czasami człowiek po prostu sam nie wie, czego chce, i potrzebuje, żeby los wybrał za niego. Dlatego dzisiaj, zamiast pochylać się nad pojedynczymi poetami, pochylę się głównie nad antologiami, w których każdy może odnaleźć coś, co trafi akurat do niego.


I tak na przykład ze znakomitych przekładów Barańczaka dowiedziałam się, że klasyczna anglosaska poezja do mnie w ogóle nie trafia. Nie dla mnie Hardy, Frost, Larkin czy Heaney. Wielcy mężczyźni, których nazwiska najpierw poznałam, słysząc je wypowiadane przez bohaterów amerykańskich i brytyjskich filmów, nie umieli się odnaleźć w moim sercu. Oczywiście przekłady Barańczaka są znakomite, a niektóre frazy błyskotliwe. Naturalnie - są pojedyncze wiersze, które układają się na zawsze w mojej głowie, ale większość mnie niezmiernie męczy. Także - mówcie mi profanie, bo Dylan Thomas nie umie mnie do siebie przekonać.

Nieco inaczej ma się sprawa z przekładami Miłosza, bo - chociaż samego Miłosza nie lubię (i tu znowu ujawniam moją ponurą tajemnicę), to przekładał on wiersze nie tylko z angielskiego, więc zbiór poezji, którą tłumaczył, jest o wiele bardziej różnorodny. I okazuje się także, że najbardziej trafiają do mnie poeci żydowscy (ale też arabscy i wschodnioeuropejscy - o czym później). To dzięki Miłoszowi poznałam np. Nuchima Bomse - a konkretnie dzięki temu wierszowi: 


W zbiorze przekładów Miłosza jest też spory dział na przekłady poetów chińskich. Miłosz jednak przekładał ich wiersze z angielskiego, więc odmawiam ich czytania, bo - wiedząc o wspaniałej wieloznaczności słów/znaków w języku chińskim - uważam, że efekt końcowy, będący tłumaczeniem tłumaczenia - nie ma już nic wspólnego z oryginałem. Lost in translation. Nie będę sobie tego robić. :P

Poza tym wśród wierszy tłumaczonych przez Miłosza są też wiersze kobiet, więc nawet anglosaska poezja nagle zaczyna się dla mnie bronić ustami poetek. 


Jeśli chodzi o poezję żydowską i poezję blisko i dalekowschodnią, mam dwie antologie, które otworzyły przede mną nowe światy. 



Antologia poetek jidysz jest pozycją WYBITNĄ. Nazwiska, których nigdy nie słyszeliście, tłumaczone głównie przez kobiety, których nazwisk też wcześniej pewnie nie słyszeliście (co jest cholernie smutne i jest nieprawdopodobnie niesprawiedliwe), a niektóre z wierszy są tak absolutnie znakomite, że skłaniają mnie do ponurych, historycznych konstatacji, pełnych systemowej mizoginii. 




Dużo tam jest ciała, cielesności, są wiersze kobiet kochających inne kobiety, jest mnóstwo wierszy o Holocauście, które rozrywają serce. Jest tam wielu okrutnych mężczyzn i wiele doświadczenia niewidzialności, spowodowanej byciem kobietą. I - co najważniejsze - w Polsce pewnie nigdzie indziej wielu z tych poetek nie przeczytacie. Jeśli jest tam poezja o wojnie, to nie jest to siedzenie z szabelką na barykadzie. Jest tam bohaterstwo, ale nie ubrane w słowa o honorze i szlachetności, ale w słowa o bezsensownie przelewanej krwi i o bezsensie cierpienia. To jest poezja, która może być odtrutką dla wielu "męskich" poematów, które znamy ze szkoły, które mają w sobie wiele słów o ojczyźnie i o obowiązku wzniosłego konania za nią. 

"Dywan wschodni" to z kolei ciekawostka - są tam wiersze, przypowieści, opowiadania, legendy, poematy i inne dziwności. Wszystko ze wschodniej, nieznanej szeroko w Polsce perspektywy. Teksty arabskie czy indyjskie, to jest coś bardzo odmiennego od naszego kręgu kulturowego. O ile twórczość żydowska jest nam kulturowo bliska, choć możemy sobie z tego w pełni nie zdawać sprawy (przez stulecia - do drugiej wojny światowej - kultura polska i żydowska przenikały się i łączyły bardzo ściśle), to kultura arabska czy dalekowschodnia są tak inne, że wkraczamy do świata niemal bajkowego, kiedy się z nią zderzamy. Ciekawe to wszystko i czasami mózg się przed tym broni, bo nie obejmujemy zapewne wielu podtekstów i kontekstów. Ale warto się z tym zderzyć.


---

Jeśli chodzi o poezję rozrywkową z kolei, to oczywiście mamy z czego wybierać. Mamy Tuwima, mamy Przyborę, mamy Szymborską i jej wszelkie moskaliki, limeryki czy lepieje. Jest kilka takich pozycji, które są dla mnie zabawne za każdym razem, kiedy do nich zaglądam. :)




Nie będę się rozpisywać na ten temat, bo nie ma tu za bardzo nad czym - poza tym, że jeśli chcecie sami lub ze starszymi dziećmi (i nastolatkami) pobawić się przednio, pośmiać, zachwycić błyskotliwością, to nie znajdziecie nic lepszego w poezji. :D





---

A  na koniec wpisu kilka słów o samych książkach - poezje rzadko są wydawane w szczególnie widowiskowy, miły dla oka sposób. "Z natury" jest to sztuka minimalistyczna, rzadko ktoś robi do nich nawet ilustracje (chyba że chodzi o wiersze dla dzieci). Dlatego tak cieszy oko (i uwiera, jeśli zna się trochę historię) wydanie tomów Baczyńskiego, które on sam zaprojektował (a raczej narysował), zanim zginął.

Reprint rękopisów, pisanych szkolnym pismem, kredkami, jest po prostu piękny. I przypomina o tym, jak wiele straciliśmy, kiedy Baczyński został zabity w Powstaniu Warszawskim, mając tak mało lat i tak olbrzymi talent. Jakie jeszcze wiersze mógłby napisać, gdyby nie pieprzona wojna i cholerne powstanie?




---

Na tym póki co zakończę. Nie będę się rozwodzić nad poezjami, które wszyscy znamy ze szkół, nad poetami i poetkami, których nazwiska i wiersze każdy kiedyś spotkał. Chciałam dzisiaj wspomnieć o tych rzeczach nieco mniej oczywistych i mniej szkolnych. Może kiedyś jeszcze rozwinę temat. Ale jak na posta na blogu, to i tak napisałam za wiele. Ciekawe, czy pokonam barierę kilkunastu odsłon, bo może i niektórzy lubią poezję, ale większość nie aż tak, żeby ją i o niej czytać. :D


Dziewczyny, do boju! - Poradnik młodej aktywistki

Dziewczyny, do boju! - Poradnik młodej aktywistki

Dziś jest ósmy sierpnia roku 2020. Wczoraj w Polsce policja użyła nadmiernej siły wobec aktywistów i aktywistek broniących praw osób LGBT i nieuzasadnionego aresztowania Margot, niebinarnej działaczki na rzecz praw mniejszości seksualnych.


Praw człowieka bronią dziś głównie kobiety i osoby LGBT, czyli te grupy, które są obecnie najbardziej tłamszone przez patriarchalną, przemocową władzę, chcącą wypowiedzieć konwencję stambulską, ograniczającą prawa reprodukcyjne i dbającą bardziej o dobro pomników, niż o dobro ludzi.

Musimy wychować kolejne pokolenia, które nie kupią nienawistnej narracji i będą umiały poruszać się w świecie mądrego aktywizmu. Do takich spraw przyda się literatura. Pisałam już (i jeszcze będę pisać!) o książkach dla dzieci, które pomagają zobaczyć świat bardziej różnorodnym, niż biało-czerwona pocztówka propagandowa, a dzisiaj pokażę Wam książkę kierowaną do nastolatek i młodych kobiet, choć będącą poradnikiem dla każdego człowieka, dowolnej płci, który chce podejść poważnie do tematu zmieniania świata swoimi działaniami.


Książkę dostałam od wydawnictwa Nowa Baśń, za co bardzo dziękuję, ale nie napisałabym o niej, gdyby nie wpisywała się w to, czym zajmuję się na tej stronie. A wszyscy stali czytelnicy już chyba wiedzą, że jestem całym sercem za literaturą, która uwrażliwia na zło i promuje równość.

"Poradnik młodej aktywistki" to książka, która jest instruktażem dla tworzenia grup wsparcia. Tłumaczy, czym jest aktywizm, opowiada skąd się biorą nierówności i dlaczego kobiety wciąż muszą walczyć o lepszy świat dla siebie i swoich dzieci. Jest parę słów o postaciach historycznych (tutaj wydawca zadbał, by polskie czytelniczki i czytelnicy dowiedzieli się też czegoś z naszego podwórka - wspomina np. o pierwszych polskich posłankach), o stereotypach płciowych i o tym, że język ma znaczenie i że czasami warto powiedzieć "drodzy goście", zamiast "panie i panowie", bo osoby niebinarne też istnieją.



Z książki dowiemy o się braku kobiet w rządach różnych krajów, o kulturze gwałtu i o tym, jak ważne jest porządne wychowanie seksualne - ale to dopiero wstęp. Wstęp do poradnika tworzenia własnych postulatów, określania celów i potrzeb, sposobów zdobywania pieniędzy na swoją działalność, metod pisania petycji i rodzajów protestów. Tutaj jest WSZYSTKO, czego potrzebuje świadoma obywatelka (i obywatel).

Młoda osoba dowie się z tej książki, jak organizować demonstracje i wiece, jak lobbować, agitować i jak komunikować się z mediami. 


Nie sposób wymienić całej znakomitej, uporządkowanej wiedzy, jaką da się znaleźć w "Poradniku". To książka wyjątkowa i unikatowa na polskim rynku. I tak bardzo potrzebna! Przydałoby się tam tylko dorzucić listę polskich organizacji, do których można się zwracać z różnymi sprawami, także z prośbą o pomoc prawną w razie aresztowania przez zdegenerowane władze.

Nastolatki, które teraz siedzą w domu i patrzą z bezsilnością na to, co się dzieje, mogą znaleźć w tej książce siłę do działania. Młode kobiety i młodzi mężczyźni, którzy nie wiedzieli, jak zabrać się do organizowania własnego ruchu obywatelskiego mogą zacząć od przeczytania "Dziewczyn" i znalezienia w nich czegoś, co odpowiada ich możliwościom działania.

Aktywizm jest ważny. Bez niego wkrótce staniemy się Białorusią.
Książki dla dzieci, w których nie wszystko jest takie, jakby chciała ultraprawica. ;)

Książki dla dzieci, w których nie wszystko jest takie, jakby chciała ultraprawica. ;)

Będzie się działo. Wiecie zapewne, że nie każdy żyje w domu, w którym jest mama i tata, w którym mama zajmuje się domem, w którym wszystko jest tak, jak wyobraża sobie świat pewien smutny pan z Żoliborza. 

Dzisiaj chciałam wybrać parę książek - tych dostępnych po polsku i tych, których jeszcze po polsku nie ma (drodzy wydawcy, chętnie Wam je ładnie przetłumaczę, zapraszam!), a w których świat jest nieco mniej heteronormatywny. Ot, żeby można było zapoznać młodych ludzi z faktem, że rodziny nie dzielą się na "normalne" i "nienormalne". Jeśli wszyscy się kochają i szanują, to znaczy, że rodzina jest wystarczająco dobra. Kwestia tego, kto jakie posiada genitalia, powinna jednak pozostać nieistotna, bo genitalia nie służą do wychowywania dzieci (a jeśli służą, to ja pierdolę, zadzwońcie po policję). 

I tak na początek wydane po polsku książki dla przedszkolaków i dzieci wczesnoszkolnych:


1. Książka o Zlatance to książka, w której głównym problemem jest zazdrość, a fakt istnienia osób, które zakochują się w kimś tej samej płci, jest jedynie tłem opowieści. Otóż Zlatanka ma ukochanego wujka, który związuje się ze swoim partnerem, o którego dziewczynka jest zazdrosna. Kwestia płci partnera nie jest tu istotna (tak jak nie powinna być istotna w codziennym życiu w takiej sytuacji). 


2. Książka o prawdziwych pingwinach. :) Chyba jedna z najpopularniejszych na świecie, oparta na historii dwóch pingwinów, samców, z nowojorskiego zoo, które przez sześć lat żyły w stałym związku i - obserwując inne pary pingwinów - zaczęły wysiadywać kamień, który przypominał jajko. Opiekunowie podrzucili więc im prawdziwe jajo, by mogły się nim zająć. Oba pingwiny wysiadywały je na zmianę i doczekały się pingwiniej córeczki. :) Arcyciepła opowieść, chwytająca za serce. :) Na dodatek na faktach!


3. Książka o ślimaku przez jakiś czas paliła w oczy polską prawicę, bo ślimak jest tam - tak samo jak w naturze - obojnakiem. Tutaj ślimak chodzi do szkoły i trochę się wstydzi, że nie umie się zdecydować, czy jest chłopcem, czy dziewczynką. Dowiaduje się jednak, że tak też się czasem zdarza i że nie może zmienić na siłę tego, kim jest, skoro urodził się taki, a nie inny. Urocza bajka, Frondzie od niej z wściekłości prawie wypadła wątroba.


4. Wilczek to jedna z tych subtelnych bajek o wielu warstwach znaczeniowych. Na dodatek zilustrował ją po mistrzowsku sam Józef Wilkoń. Książka opowiada o wilczku, który różni się od wszystkich innych wilków w swoim otoczeniu. Nie chce polować na króliki, bo woli się z nimi bawić i w ogóle nie je mięsa. Jego otoczenie a to się o niego martwi, a to go wyśmiewa, a on jest bardzo nieszczęśliwy, że "nie pasuje" do nikogo. Próbuje udawać, próbuje się przebierać, by się dostosować, ale nie czuje się z tym dobrze. W końcu wyprowadza się z domu i zaczyna żyć w zgodzie ze sobą, ze swoją "nienaturalną" osobowością, a jego rodzina zaczyna go w końcu akceptować. 
Pod "inność" Wilczka można podstawić niemal każdą cechę, jaka możecie w danym momencie sobie wyobrazić - historia jest cudownie uniwersalna, wzruszająca i piękna.

---

Dla nastolatków powstała z kolei doskonała książka z serii Bez Tabu. "Mała książka o homofobii" obala mity na temat homoseksualizmu, próbuje wytłumaczyć, skąd się bierze homofobia i jak traktować innych, by ich nie ranić. Fajna rzecz na godzinę wychowawczą w starszych klasach podstawówki i na początku liceum.


---

Jeśli chodzi o książki anglojęzyczne, to wybór jest oczywiście znakomicie większy. Z tych, które byłam w stanie przejrzeć online lub mieć w ręce kiedykolwiek, wybrałam kilka ciekawych dla tych z Was, którym różnice językowe nie przeszkadzają, lub wychowują dzieci anglojęzyczne (niestety nie jestem w stanie pomóc z innymi językami, ale jestem pewna, że znajdziecie poradniki dotyczące książek tego typu gdzie indziej):

1. Picture book na temat tego, co wydarzyło się w klubie Stonewall. Mało tekstu, dużo sugestywnych ilustracji. Trudny temat o prześladowaniach społeczności LGBT - bardzo ważny teraz, kiedy w Polsce takie nastroje narastają.



2. Książeczka o księżniczce, która nie zakochuje się księciu, ale w jego siostrze. Czasami nie wszystko idzie tak, jak chce otoczenie, a tego, kogo pokochamy, nie może za nas wybrać świat.



3. "I am Jazz" to książka, która opowiada o dziewczynce, która urodziła się w chłopięcym ciele. Autorka opisuje swoje własne doświadczenia, więc wie wiele na temat tego, jak trudno dorasta się osobom takim jak ona. 


4. Stella ma dwóch tatusiów, a w szkole będzie obchodzony dzień mamy. Jak rozwiązać ten problem i co powinna zrobić Stella, jej rodzice i szkoła? Ciepła opowiastka o tym, że problemy tego typu mają proste rozwiązania, o ile wszyscy chcą być dla siebie życzliwi i mili. 


5. Na koniec moja ulubiona, którą bardzo bym chciała zobaczyć w języku polskim - o Julianie, który kocha syrenki, kocha się przebierać, kocha brokat, pióra i cudownie się czuje, ubrany w błyszczący ogon. Nadzwyczajnie ciepła, zabawna, lekka opowieść o tym, że możemy lubić wszystko, a nie tylko to, co "wypada" lubić, kiedy jest się np. małym chłopcem.




I to by było na tyle na dziś. Bądźcie dla siebie mili. Uczcie dzieci, że nie można kogoś nienawidzić za to, że urodził się inny, niż większość. Trzymajcie się!
Lekarz wojenny, David Nott

Lekarz wojenny, David Nott

Dzisiaj chciałam polecić książkę, która nie jest dobrze napisana. Której autor nie jest szczególnie charyzmatyczny i w zasadzie literacko to nie jest w ogóle coś godnego uwagi. Godne uwagi jest jednak unikalne doświadczenie autora, który - chyba z dość chorobliwą czasami gorliwością - krążył całe życie po wielu krajach, w których akurat toczyły się wojny, i zatrudniał się tam jako lekarz. 


Dwadzieścia lat przebywania w różnych strefach wojennych, widok nie z linii frontu, ale ze szpitala polowego. Oto obraz, którego nie wymażecie. I który rzadko widać. Na dodatek jest to obraz, który skutecznie mógłby młodzieży i młodym dorosłym, marzącym o wojence, przygodzie na froncie i tym podobnych bzdurach, wybić z głowy pewien obraz romantycznej walki o kraj (tak popularny w szkolnych podręcznikach i wśród niektórych środowisk prawicowych). 



Na dodatek książka Notta, szczera, prostolinijna i pozbawiona ozdobników, to historia wojen XXI wieku. Autor był w Afganistanie, w Sierra Leone, Liberii, Darfurze, w Kongu, Iraku, Jemenie, Libii, Strefie Gazy i - oczywiście, niestety - w Syrii. Trudno o kogoś, kto ma takie doświadczenie i kto miał wgląd w każdy z tych konfliktów. I kto - na dodatek - nie robi z siebie bohatera - raczej szaleńca z obsesją pomocy pod olbrzymią presją. David Nott ma pewnie w sobie coś, co wymaga terapii. ;) Ale my, dzięki niemu, możemy rozerwać sobie serce na kawałki, patrząc na cierpienie cywili, poćwiczyć współczucie nawet do chłopców z Al-Kaidy, którzy trafili w machinę ideologiczną. 

Autor stara się za każdym razem przedstawić choćby pobieżny rys konfliktu, który pomagał mi uporządkować sobie historię najnowszą w krajach, o których historii na co dzień nie myślę. 

Polecam, bo nie znajdziecie wiele podobnych pozycji. Poza tym jestem z frakcji, że TRZEBA WIEDZIEĆ. Nie tylko "wyobrażać sobie" i "no domyślam się, że różowo nie jest", ale trzeba się skonfrontować ze okropieństwami tego świata. Tylko tak nie oderwiemy się od rzeczywistości i nie podryfujemy w kierunku obojętności na zło.
Książki dla dzieci o tolerancji i różnorodności.

Książki dla dzieci o tolerancji i różnorodności.

Trudne mamy czasy. I nie, nie mówię teraz o pandemii (chociaż ona nie pomaga...). Nastroje ksenofobiczne, rasistowskie i homofobiczne narastają. Nie jest dobrze być trochę mniej typowym, niż otoczenie, w którym żyjemy, bo w kraju, w którym rząd jest otwarcie homofobiczny, w świecie, w którym masowe zamieszki są spowodowane morderstwem na tle rasowym, można poczuć się smutno, źle, i strasznie. 

Lekarstwem na zło jest EDUKACJA. Nie jestem tu szczególnie odkrywcza, ale ciągle wydaje mi się, że za rzadko mówimy o tym, że nadzieja leży tam, gdzie dzieci są wychowywane na ludzi, którzy nie nienawidzą kogoś tylko dlatego, że ma inny kolor, orientację seksualną czy zielone oczy. Bo na żadną z tych rzeczy człowiek w momencie swojego urodzenia nie ma żadnego wpływu i nie może być za to potępiany. 

Drogą do wykształcenia w dzieciach otwartości na inność i tolerancji może być literatura. Mam dla Was subiektywne zestawienie książek kształtujących ludzi, którzy nie będą kogoś nienawidzić tylko dlatego, że urodził się w innym kraju, wygląda inaczej, albo dlatego, że z jakiegokolwiek powodu jest troszeczkę inny, niż większość. 

Na początek książki o tolerancji i różnorodności pojmowanej ogólnie.



"Ludzie" Petera Spiera, podobnie jak "My, ludzie" Elizy Piotrowskiej czy "Różni, ale tacy sami" Pernilli Stalfelt, to książki, które nadadzą się już dla przedszkolaków. Podkreślają różnorodność świata i fakt, że wszyscy, mimo różnic, jesteśmy do siebie bardzo podobni.

Żeby ułatwić Wam rozeznanie, mam dla Was zdjęcia z kilku stron z każdej z tych książek. Poniżej - "Ludzie" Petera Spiera:


A tutaj zobaczcie, jak wygląda książka "My, ludzie"




A tak przedstawia się książka "Różni, ale tacy sami":




Z kolei "Mała książka o tolerancji" przeznaczona jest dla nieco starszego odbiorcy - dzieci w wieku szkolnym i młodszych nastolatków:




Istnieją też książki wprost opowiadające głównie o rasizmie i niosące go w tytule. Na polskim rynku książek dla dzieci głównie wyróżniają się dwie pozycje:



"Mała książka o rasizmie" jest skierowana do dzieci w wieku wczesnoszkolnym i przedstawia się mniej więcej tak:



Z kolei "Rasizm i nietolerancja NIE!" to książka dla przedszkolaków:




Istnieje też literatura o różnorodności religijnej, nastawiona na edukowanie na temat tego, jak w praktyce funkcjonują wyznawcy różnych religii. Tutaj bardzo ciekawą pozycją jest "Jest wiele wiar", która jest książką - wywiadem przeprowadzonym przez dzieci z przedstawicielami różnych religii. Skierowana jest do dzieci w wieku wczesnoszkolnym, ewentualnie młodszych nastolatków.


Jeśli chodzi o książki fabularne, przedstawiające jakąkolwiek mniejszość, można znaleźć całkiem sporo pozycji. Na potrzeby tego posta przedstawię Wam dwie.

"Inny, niż wszyscy", to książka o chłopcu z zespołem Aspergera. To jedna z części serii kilku książek o tych samych bohaterach - książki te mówią o uczuciach - o zakochaniu, kłótniach z kolegami i szeroko pojętym życiu szkolnym. Wydaje mi się, że są skierowane głównie do dzieci w wieku 7-10 lat.



Na koniec przypomnę książkę, o której JUŻ TUTAJ PISAŁAM - książka o ciotce z zespołem Downa. Znakomita książka - ciekawa, pełna przygód i pełna ciepła, a przy okazji normalizująca fakt istnienia ludzi opóźnionych w rozwoju umysłowym. 




To tyle na dzisiaj. Jeśli chcecie, żeby napisać ciąg dalszy tego posta, dajcie znać. I czytajcie dzieciom dobre książki, żeby nie wyrosły na Trumpa. ;)



Copyright © 2014 Na regale , Blogger