środa, 16 sierpnia 2017

Helisa

Kiedyś przeczytałam "Blackout" Elsberga i uznałam, że co prawda to była kiepska książka, ale w sumie sprawiła mi pewną frajdę, więc zaryzykuję "Helisę"; no i akurat czytam dwie duże księgi o genetyce ("Gen" i "Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli"), to się jakoś wpasuje. Guilty pleasure.
Nie powiem, zaważył też fakt, że mogłam ją mieć za 10 zł.. I to, że w czasie ostatnich upałów zwyczajnie nie mogłam się skupić na czytaniu niczego trudnego.

I tak o.
Jeśli myślałam, że "Blackout" miał przynajmniej bazę w postaci niezłego researchu, więc można było się przy nim umiarkowanie rozerwać, to tutaj brak umiejętności pisarskich autora nie miał już żadnego oparcia w ciekawostkach i wiedzy. Tutaj całkiem nie taki zły pomysł został rozwleczony jak trup po asfalcie i zmiażdżony brakiem pomysłu na postacie oraz chęcią napisania Bardzo Grubej Książki.

UWAGA SPOILERY!



Książka ma 669 stron, ale dokonam cudu i opowiem Wam, co się tam wydarzyło, w jednym akapicie. Otóż ktoś produkuje super inteligentne, zmodyfikowane genetycznie dzieci, a te dzieci wymykają się spod kontroli - jedno z nich chce ratować ludzkość, produkując po kryjomu rośliny i zwierzęta GMO odporne na choroby, suszę i wszystko, żeby wyżywić np. Afrykę, a drugie chce zawładnąć światem, morduje ważnego polityka i chce, żeby świat zapełniły kopie jego samego. BUAHAHA, evil plan, źli ludzie, złe koncerny, biedne bezdzietne małżeństwa, itd.... Over.

A to wszystko upchnięte w jakąś dziwną intrygę bez rozumu, z koszmarnymi dialogami, z postaciami bez wyrazu. Akcja ciągnie się jak mordoklejka, większość czasu autor opisuje jak ludzie się przemieszczają z kontynentu na kontynent oraz knują półsłówkami, które mają zaciekawić, ale sprowadzają się do tego, że głównie nużą, bo ileż można czekać, aż stanie się coś konkretnego?

Rozstrzygnięcie to kilkadziesiąt stron, na których nie dowiadujemy się niczego konkretnego. Mimo że ja nie mam nic do otwartych zakończeń, to tym razem sprowadza się to do tego, że po przebrnięciu przez prawie 700 stron pierdololo bez ładu i składu, nadal nie wiemy, jaki jest finał eksperymentu i co będzie dalej. NO TO PO CO W OGÓLE ZACZYNAĆ TEMAT???

Nie czytajcie, to już "Blackout" lepszy. W sumie teraz to mi się nawet całkiem dobry wydaje. W porównaniu z.

A teraz chłodniej, to wracam do lektury "Genu".



wtorek, 15 sierpnia 2017

Pikantne historie dla pendżabskich wdów.

Kupiłam tę książkę z kilku niepoważnych powodów - pierwszy to taki, że bardzo mnie rozbawił tytuł (coraz trudniej o dobry tytuł ;)). Drugi to taki, że okładka jest bardzo ładna, a trzeci, bo akurat była wyprzedaż w księgarni.

Na początek ostrzeżenie - ja bardzo, bardzo źle znoszę tzw. obyczajowe powieści, bo zbyt rzadko są one dobrze napisane, za często w trakcie zmieniają się w romans i nużą mnie okropnie. Poza tym, jako olbrzymia fanka Alice Munro, mam wysokie wymagania. ;) Bierzcie więc na to poprawkę, bo mogę utyskiwać na niektóre rzeczy wyłącznie dlatego, że zupełnie nie trafiają w mój gust. 

Kot jest dorosły, więc może już czytać pikantne historie.

Nikki mieszka w Londynie, a jej rodzice urodzili się w Indiach. Ona sama stoi w rozkroku między dwoma kulturami, choć wyprowadziła się z domu, a jej siostra marzy o dobrze zaaranżowanym małżeństwie. 

Southall, Małe Indie (i Singapur) Londynu, to dzielnica, w której Nikki znajduje pracę jako nauczycielka pisania dla dojrzałych kobiet, a konkretnie wdów chodzących do miejscowej świątyni. 
Lekcje szybko przekształcają się w miejsce snucia erotycznych opowieści przez samotne, słabo mówiące po angielsku i często znudzone monotonnym życiem kobiety. Pod długimi sukniami, pod kolorowymi chustami, pod ortodoksyjną otoczką, kryją się pragnienia i doświadczenia, o których mówi się wyłącznie w towarzystwie innych kobiet o podobnym pochodzeniu i przeżyciach.

W tle są oczywiście mroczne porachunki, radykalne religijne oszołomy i opresyjna kultura. Oraz mężczyźni, którzy chyba przynoszą więcej kłopotu niż pożytku. Na pierwszym planie są opowieści wdów - krótkie erotyczne opowiadania pełne pobrzękujących bransolet, zakazanych romansów, bollywoodkich fantazji i niesfornych służących (oraz męskie narządy płciowe o imponujących rozmiarach). 

Książka nie jest wybitnym arcydziełem, ale nie można jej odmówić pewnej oryginalności. Ciekawe jest środowisko, w którym rozgrywa się akcja, ale nie mam pojęcia, ile z jego szczegółów to fantazja autorki, a na ile jej wiedza, ale pragnę wierzyć, że jednak całość ma jakieś zakorzenienie w rzeczywistości, bo Balli Kaur Jaswal pochodzi z Singapuru. 



Najlepsze językowo są tytułowe pikantne historie. Są pisane surowym, niewyszukanym językiem, ale z orientalnym "kiksem", który przywodzi na myśl baśnie tysiąca i jednej nocy. Cała reszta jest poprawna, czyta się lekko i nada się w sam raz na leżaczek w słońcu. Choć nie wydaje mi się, żeby to była książka, która przejdzie do historii czymś więcej, niż świetnym tytułem, nie jest to lektura głupia ani męcząca. Nic mnie w niej szczególnie nie drażniło (może poza cukierkowym zakończeniem, ale to chyba taki gatunek po prostu), a jej siła leży w feminizmie - bohaterkami są tam bowiem kobiety w sile wieku; tak zwane starsze panie, które nadal mają prawo do życia erotycznego, do uczuć w kulturze przynależnych młodym ludziom. To jedna z największych zalet tej książki.

- Jadąc autobusem, rozmawiałyśmy o naszych opowiadaniach - odezwała się Manjeet.
- W autobusie? Czy ktoś mógł was usłyszeć? - zapytała Tarampal.
- Nikt nie podsłuchuje starszych pań. Nasze rozmowy są według innych monotonnym bzyczeniem. Wydaje im się, że rozmawiamy o bólu kolan lub planach pogrzebowych - rzuciła Arvinder.

Jeśli szukacie lekkiej książki, która nie obrazi waszego rozumu, to jest pozycja w sam raz. Ostrzegam - to na pewno książka dla dorosłych. ;) 

niedziela, 6 sierpnia 2017

Nowe obrazki.

Nasza rodzina powiększyła się o kilka książek z obrazkami. :) Mam dla Was krótkie streszczenie.

Na początek steampunk - "Niezwykła podróż" od mało znanego wydawnictwa Kurc.
Francuski komiks o kuzynostwie z bogatej rodziny, które zostaje wplątane w Verne'owską przygodę. Rysunki Silvio Camboniego są prześliczne i wizualnie ten komiks ma bardzo wiele do zaoferowania, ale fabularnie mnie nie porwał.
Intryga jest niejasna, wątki pourywane (pewnie wyjaśnią się w kolejnych tomach, ale jednak - za wiele tych niewiadomych jak na 48 stron), relacje między bohaterami bardzo niedookreślone.
Nie wciągnęłam się, nie tęsknię za kolejnym tomem, ale obrazki oglądam z przyjemnością.
Można podsunąć dziecku w wieku wczesnoszkolnym, bo to bardzo niewinny tomik.




Kolejna zdobycz, to opowieść z baśni tysiąca i jednej nocy - "Hasib i królowa węży" Davida B.
Komiks (także francuski), wydany przez Kulturę Gniewu, to orientalna opowieść o młodym drwalu Hasibie, który - uwięziony w studni po miodzie - spotyka królową węży, która opowiada mu swoją historię - pełną pościgów, walk z mitycznymi stworami i kapryśnych bóstw.

Dużo akcji, klimat mocno arabski i egzotyczny, a wszystko narysowana w bardzo charakterystyczny, wyrazisty sposób.
Spokojnie można dać do poczytania już siedmiolatkowi, ale prawdziwą radochę przyniesie jednak starszym. :)




W Polskim wydaniu książka łączy oba oryginalne tomy w jeden zbiór. We Francji są to dwa woluminy - okładka drugiego wygląda tak ślicznie w oryginale:


Trzecie cudeńko (znowu Francja!), to komiks ewidentnie dla dzieci (nawet pięciolatek da radę), ale mnie oczarował i kupił w całości. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów (a jest ich kilka).

"Hotel dziwny" dwojga Ferrierów to bajka o zaginionym panu Wiośnie w świecie pełnym chochlików, trolli i stworków jakby żywcem wyjętych z Muminków, Miyazakiego albo Hildy (tej od trolla ;)).
To prześliczna wizualnie i fabularnie opowiastka dla najmłodszych z cudowną, bezpieczną atmosferą, gdzie, co prawda, krążą złośliwe potwory, których lepiej unikać, ale grupka ekscentrycznych przyjaciół (na co dzień pracujących w hotelu dla podobnych sobie) jest w stanie rozwiązać każdy problem (lepiej lub gorzej). Brzmi niewinnie i nieciekawie, ale to po prostu przesłodka rzecz (aż się chce powiedzieć, że "cute"). :)




A na koniec nieco bardziej ponuro - picture book z polskiego podwórka, od wydawnictwa Austeria (które bardzo lubię).

"Wędrówka Nabu" to bajka o uchodźctwie dla dzieci, które jeszcze są za małe, żeby czytać "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo".

Jarosław Mikołajewski napisał opowieść bardzo metaforyczną i dającą szerokie pole do interpretacji. W połączeniu z niepokojącymi, oszczędnymi ilustracjami Joanny Rusinek całość tworzy bardzo niezwykłą książkę o małej dziewczynce, której dom płonie, a ona szuka ucieczki, ale odbija się od niewidzialnych murów, od ludzkiej nieżyczliwości; rani się o niewidzialne druty, a po długiej podróży wciąż nie wie, czy zostanie w bezpiecznym miejscu, czy zostanie odesłana do płonącego domu.

Książka nawet dla starszego przedszkolaka. Ma mało tekstu, ale dużo treści. Dobra na początek dyskusji o pomaganiu ludziom, którzy uciekają przed złem.





piątek, 28 lipca 2017

Środkowoletni kącik zapowiedzi.

Wydawnictwa zaczynają się budzić, sezon ogórkowy za miesiąc się kończy, więc posypały się zapowiedzi na koniec wakacji i wczesną jesień. Popatrzmy:

1. Czarne ma dla nas trzy duże biografie. 2. sierpnia - Lem, 30. sierpnia - Gombrowicz, oraz Sendlerowa (zgubiłam zdjęcie i nie mogę go znaleźć), ale nie mam dokładnej daty wydania. :)



2. Media Rodzina dla maluchów trzy nowe żubry we wrześniu:




3. Dwie śliczne książki do cieszenia oczu (dla dzieci, albo i nie ;)). Z Naszej Księgarni 16. sierpnia "wyszukajka" o czerwonym smoku, przepięknie ilustrowana. A z Tekturki 1. września steampunkowa "Mechanica" (zdjęcie wnętrza z zagranicznej wersji, jak widać ;)).




4. Kolejny tom świetnych "Czasodziejów" już jest do kupienia u wydawcy (Eneduerabe), ale w innych księgarniach pojawi się dopiero 17. sierpnia. 
Z kolei drugi tom "Jak wytresować Cthulu" (książka-gra, bardzo lubiany typ przez moje dziecko) od Tadam do kupienia 15. września.



5. Nowy Dan Brown 3. października od Sonia Draga. :D 


6. Dwa wznowienia książek sprzed wielu lat - Wydawnictwo Literackie wyda 30. sierpnia ponownie pewną starą książkę Thornwalda (mam w domu wydanie z 1990, wtedy przez Ossolineum), a Znak - och i ach - wyda Kornela (2.08). 



7. Ponadto parę innych nowości - Pascal 13. września wypuści kolejną książkę kucharską autorki "Jadalnych kwiatów" (dla tych, którzy - tak jak ja - lubią jeść dziwne rzeczy), Znak wyda nową Zadie Smith (11. października) oraz Gretkowską (14. sierpnia).




8. A na koniec przypomnienie, że Znak konsekwentnie tłumaczy na polski kolejne książki Dahla (mój syn się w nich zakochał), więc tylko nadmienię, że jeszcze jedna ukaże się 27. września.



Zebrałam dla Was zapowiedzi bardzo skrupulatnie i mam nadzieję, że nie przepuścicie całej kasy na wczasach, bo za co potem kupić książeczki? :)

P.S. Tak, wiem, dużo Znaku w tym odcinku zapowiedzi, ale zapewniam, że - niestety - Znak mi za to nie płaci. ;)

(Piszą się dwa nowe wpisy, ciekawe, czy się napiszą...)

niedziela, 23 lipca 2017

Życie pasterza.

Mam słabość do książek o wiejskim życiu - ale tym prawdziwym. Do wspomnień, pamiętników, opisów hodowli kur i zmagań z gradem na polu pełnym dojrzałego zboża. 
Uwielbiam serię o weterynarzu Herriota, kocham "Jajko i ja" Betty MacDonald i "Brudną robotę" Kristin Kimball. To, że sięgnęłam po "Życie pasterza" było oczywiste. Poleciła mi tę książkę znajoma, która kupiła ją skuszona jej pozycją na liście bestsellerów New York Timesa. I jestem jej bardzo wdzięczna. :)



James Rebanks pochodzi z rodziny, która od pokoleń wypasała owce na brytyjskich wyżynach Krainy Jezior. Od kiedy pamięta, chodził z dziadkiem i ojcem po wzgórzach, zajmował się owcami i - chociaż to praca nadzwyczajnie ciężka - pokochał zarówno ziemię, na której gospodarowała jego rodzina, jak i pracę przy zwierzętach. 
Bardzo długo nie interesował się szkołą, a szkoła - znakomicie opisana w książce jako instytucja nieprzystosowana do prawdziwego życia ;) - kompletnie nie miała pomysłu na dzieci pasterzy. Traktowała młodzież z góry, z pobłażaniem, zakładając, że życie człowieka, który "utknął" na gospodarstwie, jest mniej wartościowe niż tego, który skończył studia i pracuje w mieście. To zniechęcało nawet najzdolniejsze dzieci. 

Sam Rebanks już jako dorosły człowiek odkrywa, że mógłby skończyć studia, odkrywa literaturę i historię. Kończy Oxford i wraca wypasać owce. Zakłada rodzinę i gospodaruje na tych samych pastwiskach, na których pracowali jego przodkowie. A przy okazji opisuje - z ogromną czułością, oddaniem i pasją - świat pasterzy w Krainie Jezior. Ciężką pracę, ścisły związek człowieka z ziemią i zwierzętami. Fascynującą i niemal mistyczną współpracę z psami. Ciężar długiej zimy i wyczerpującej pracy fizycznej. Przede wszystkim jednak - mądrość ludzi, którzy - choć może nie pokończyli prestiżowych szkół - mają nadzwyczajną wiedzę o świecie, który ich otacza i serce do tego, co robią i co ich uszczęśliwia, choć "miastowemu" trudno dostrzec w codziennej harówce źródło zadowolenia. 

"Życie pasterza" to jedna z tych książek, które przynoszą czystą przyjemność. Opowieść Rebanksa skrzy subtelnym, podskórnym humorem, ale też pełna jest gorzkich historii o niepowodzeniach, które są nieuniknione, kiedy cała praca zależy od kaprysów pogody. 

To jest książka na niespokojne czasy. Wyłączmy się, poczytajmy, spędźmy miłe 300 stron na wyżynach z owcami. Wszystkim nam potrzebna jest jakaś odskocznia. Chociaż na chwilę.

sobota, 15 lipca 2017

Kącik z cytatem. Julia Hartwig

Zmarła wczoraj Julia Hartwig.
Nigdy nie zaczytywałam się w jej poezji. Niekoniecznie nadawałam na tych samych falach, ale szanowałam ją, jak szanuje się mądrych ludzi i cieszyłam się, że jest, bo - uważam - potrzebujemy więcej poetów.
Na pożegnanie więc marny kącik z cytatem. Ale może ktoś zacznie czytać potem poezję, a to nikomu chyba jeszcze nie zaszkodziło.

Gdzie są te listy, w których ktoś napisze:  
Czekamy na ciebie, a przy nas łagodność, spokój i ogród szumiący drzewami. 
Tutaj milczenie nie będzie przymusem, ani nie będzie przymusem rozmowa. 
Gdzie są te sny, w których znajdziemy pokrzepienie, 
gdzie tarasy pochmurnych zamków nad brzegami rzek 
i gdzie niewytłumaczone szczęście kołyszące nas jak rytm pociągu 
w drodze do bezpiecznego schronienia, w którym nie mieszka potwarz ani nóż. 
I gdzie jest miejsce dla szaleńca, który wzgardził zdrowiem, 
dla wszystkiego, co nagłe, 
dla błyskawicy, burzy, lecącego meteorytu. 
Gdzie schron dla wygnańców i ich wyobrażeń o ty, czym może być świat i oni sami. 
Gdzie jest miejsce dla drzewa, które pamięta dawne losy drzew, 
dla zwierzęcia, które nie zapomniało o swoim dawnym królestwie 
i dla małych rybek, które łowiliśmy rękami jako dzieci na piaszczystym brzegu morza. 
Gdzie jest miejsce dla skargi i odmowy, dla godności i lojalnej przyjaźni, 
gdzie są nie wydeptane ścieżki w lesie i prosta droga do nieba. 
Gdzie jest wiara płynąca nie z uciemiężenia, ale z siły i nielekceważenia rozumu. 
Gdzie jest świadectwo pełne i wiarogodne, 
które nie boi się śmiechu ani szyderstwa. 

Żródło: Instytut Książki

Źródło: Culture.pl

Źródło: Polskie Radio

czwartek, 15 czerwca 2017

Można oszaleć.

Wiedziałam, że kupię tę książkę w momencie, w którym się o niej dowiedziałam. Historia krakowskiego szpitala psychiatrycznego, który właśnie kończy sto lat, to gratka dla kogoś, kto - jak ja - ma kręćka na punkcie historii medycyny (rozważam nawet założenie bloga na ten temat, ale ponieważ notki pojawiałyby się w nim jeszcze rzadziej, niż tutaj, to chyba bez sensu ;)). 

Szpital im. Babińskiego, potocznie zwany Kobierzynem, to nie jest zwykła placówka. Kiedy powstawał, zbudowano go wedle najwspanialszych koncepcji architektonicznych i humanistycznych. Rozmach przedsięwzięcia, zwłaszcza zważywszy na fakt, że było ono poświęcone ludziom, którymi wszyscy wtedy gardzili, był nieprawdopodobny. Szpital z własnym teatrem, ogrodem warzywnym, kolejką do rozwożenia posiłków, oczyszczalnią ścieków, ogrzewaniem - to było coś wielkiego na początku XX wieku. Ba, pod wieloma względami to było też niesamowite patrząc na to, jak sprawy wyglądają teraz (hektary terenu należące do szpitala są ciągle wyrywane chorym pod inne, bardziej opłacalne cele).



Krystyna Rożnowska pisała o szpitalu reportaż w okresie późnego PRL-u i zgromadzone wtedy materiały pomogły jej w pisaniu o tym okresie istnienia placówki. O najstarszych dziejach opowiedziała jej z kolei kiedyś jedna z pielęgniarek, która - będąc już u kresu swego życia - zrelacjonowała jej długie dziesięciolecia pracy w szpitalu, w tym koszmarne czasy drugiej wojny światowej. I to jest dla mnie najciekawsza opowieść w książce - najbardziej niesamowita relacja, opowiadana przez osobę o niezwykłej wrażliwości:

[Po wojnie] Szpital był zdewastowany, zniszczona zieleń, kanalizacja, popękały kaloryfery, brakowało wody. Wszystkie budynki jednak stały. Wojna przypomina mi chorobę psychiczną, której ulegają miliony, psychozę całych społeczeństw prowadzącą do zagłady. Bo czy normalnie myślący człowiek mógłby zamieniać swoje otoczenie w ruinę, a zdrowych ludzi w kaleki? [...] Ludzie boją się chorych psychicznie, a ja uważam, że ci, którzy prowadzą do wojny, są nieporównywalnie bardziej niebezpieczni.

Bardzo interesujące są w "Można oszaleć" także rozmowy z pacjentami - obraz nie tyle obłędu chorych, ale świata, w którym przyszło im żyć. Jest to też najlepsza literacko część książki, bo najsłabszą stroną opowieści są niestety komentarze odautorskie. Dla mnie, lubiącej konkret i ciężko znoszącej egzaltację i wzniosłość, niektóre fragmenty są wręcz nie do zniesienia. Np.:

Przy powitaniu uśmiechnął się ujmująco, lecz w jego spojrzeniu, życzliwym i zaciekawionym, pozostał melancholijny smutek, jakaś myśl nieodgadniona, cierpienie niewyrażone, może nawet nie do końca uświadomione, jakie czai się w oczach większości osób, które długo chorowały psychicznie.

Itd. No błagam! Do rzeczy. Opis tego spojrzenia trwa jeszcze jeden akapit i jest tam sporo o "tajemnicach duszy" i innych tego typu wynurzeń godnych nastolatki. Halo, autorko, to nie jest fabuła, ale reportaż, a moje serce z kamienia nie wzrusza się na takich opisach. Wiele stron zmarnowanych na poetyckie mniemania. To jednak może wyłącznie moje skrzywienie. Nie wykluczam, że dla kogoś innego to może być ujmujące.

Do tego wszystkiego poraża pewna, mimo wszystko, naiwność pani Krystyny, która nie chce za bardzo uwierzyć i jest autentycznie zszokowana (do takiego poziomu, że próbuje wręcz umniejszać treści, które jej nie odpowiadają), że w szpitalu na przestrzeni lat mogło dochodzić do nadużyć i znęcania się nad pacjentami. To jej zdziwienie wygląda tak, jakby nigdy nie słyszała o tym, że i dzisiaj wybuchają czasami afery, że w tej czy innej placówce opiekuńczej ktoś wykorzysta osobę słabszą i podległą. 



Autorka wyraźnie chce pisać o szpitalu wyłącznie dobrze, ma do niego wielki sentyment, wszak na przestrzeni lat poświęciła temu tematowi sporo czasu. Wydaje mi się, że z tego powodu obraz Kobierzyna jest bardzo fragmentaryczny. 
Nie, żebym potrzebowała sensacji, czy "mięsa", ale jednak - Krystyna Rożnowska opiera się tutaj wyłącznie na własnych rozmowach z pracownikami i pacjentami (ale, jak już pisałam, prowadzonymi od lat, co się chwali), kompletnie omijając inne źródła. 
Książka nie ma żadnej bibliografii, bo autorka nie korzystała z żadnej dodatkowej literatury, żeby uzupełnić swój obraz. Szkoda, bo na pewno istnieją jakieś inne źródła. Niewielkie, bo niewielkie, ale sama mam niektóre w domu (no ale pamiętajcie, że ja jestem walnięta i skupuję wszystko, co mogę dostać o historii medycyny ;)). Z tych okruchów dałoby się poskładać widok o wiele pełniejszy. 

Poza tym wszystkim, choć sporo ponarzekałam, to jest dobra książka na rzadki temat. Autorka ma lekkie pióro (mimo skłonności do patosu) i dużo oddania tematowi, na który się porwała. Chociaż osobiście pragnęłam jakiejś obszerniejszej monografii, nie jestem szczególnie zawiedziona, bo "Można oszaleć" wspaniale robi jedną, bardzo, bardzo ważną rzecz - odczarowuje chorobę psychiczną. Nie piętnuje chorych, pokazuje dolegliwości umysłu tak, jak pokazuje się choroby ciała, które po prostu się zdarzają - każdemu, niezależnie od pochodzenia i wykształcenia. Pani Rożnowska ma wiele ciepłych uczuć względem pacjentów szpitala, co widać w rozmowach. A pacjenci to postacie tragiczne, a nie komiczne, chorzy ludzie o ciekawych życiorysach. Zbiór ludzkich tragedii, równie dobrze moglibyśmy czytać o chorych na nowotwory. 

Podsumowując - przeczytać warto, bo to bardzo zacny zbiór ludzkich opowieści. Jeśli chodzi o część historyczną - aż się prosi o dodatkowe źródła i uzupełnienie. Może ktoś, kiedyś... :)