czwartek, 15 czerwca 2017

Można oszaleć.

Wiedziałam, że kupię tę książkę w momencie, w którym się o niej dowiedziałam. Historia krakowskiego szpitala psychiatrycznego, który właśnie kończy sto lat, to gratka dla kogoś, kto - jak ja - ma kręćka na punkcie historii medycyny (rozważam nawet założenie bloga na ten temat, ale ponieważ notki pojawiałyby się w nim jeszcze rzadziej, niż tutaj, to chyba bez sensu ;)). 

Szpital im. Babińskiego, potocznie zwany Kobierzynem, to nie jest zwykła placówka. Kiedy powstawał, zbudowano go wedle najwspanialszych koncepcji architektonicznych i humanistycznych. Rozmach przedsięwzięcia, zwłaszcza zważywszy na fakt, że było ono poświęcone ludziom, którymi wszyscy wtedy gardzili, był nieprawdopodobny. Szpital z własnym teatrem, ogrodem warzywnym, kolejką do rozwożenia posiłków, oczyszczalnią ścieków, ogrzewaniem - to było coś wielkiego na początku XX wieku. Ba, pod wieloma względami to było też niesamowite patrząc na to, jak sprawy wyglądają teraz (hektary terenu należące do szpitala są ciągle wyrywane chorym pod inne, bardziej opłacalne cele).



Krystyna Rożnowska pisała o szpitalu reportaż w okresie późnego PRL-u i zgromadzone wtedy materiały pomogły jej w pisaniu o tym okresie istnienia placówki. O najstarszych dziejach opowiedziała jej z kolei kiedyś jedna z pielęgniarek, która - będąc już u kresu swego życia - zrelacjonowała jej długie dziesięciolecia pracy w szpitalu, w tym koszmarne czasy drugiej wojny światowej. I to jest dla mnie najciekawsza opowieść w książce - najbardziej niesamowita relacja, opowiadana przez osobę o niezwykłej wrażliwości:

[Po wojnie] Szpital był zdewastowany, zniszczona zieleń, kanalizacja, popękały kaloryfery, brakowało wody. Wszystkie budynki jednak stały. Wojna przypomina mi chorobę psychiczną, której ulegają miliony, psychozę całych społeczeństw prowadzącą do zagłady. Bo czy normalnie myślący człowiek mógłby zamieniać swoje otoczenie w ruinę, a zdrowych ludzi w kaleki? [...] Ludzie boją się chorych psychicznie, a ja uważam, że ci, którzy prowadzą do wojny, są nieporównywalnie bardziej niebezpieczni.

Bardzo interesujące są w "Można oszaleć" także rozmowy z pacjentami - obraz nie tyle obłędu chorych, ale świata, w którym przyszło im żyć. Jest to też najlepsza literacko część książki, bo najsłabszą stroną opowieści są niestety komentarze odautorskie. Dla mnie, lubiącej konkret i ciężko znoszącej egzaltację i wzniosłość, niektóre fragmenty są wręcz nie do zniesienia. Np.:

Przy powitaniu uśmiechnął się ujmująco, lecz w jego spojrzeniu, życzliwym i zaciekawionym, pozostał melancholijny smutek, jakaś myśl nieodgadniona, cierpienie niewyrażone, może nawet nie do końca uświadomione, jakie czai się w oczach większości osób, które długo chorowały psychicznie.

Itd. No błagam! Do rzeczy. Opis tego spojrzenia trwa jeszcze jeden akapit i jest tam sporo o "tajemnicach duszy" i innych tego typu wynurzeń godnych nastolatki. Halo, autorko, to nie jest fabuła, ale reportaż, a moje serce z kamienia nie wzrusza się na takich opisach. Wiele stron zmarnowanych na poetyckie mniemania. To jednak może wyłącznie moje skrzywienie. Nie wykluczam, że dla kogoś innego to może być ujmujące.

Do tego wszystkiego poraża pewna, mimo wszystko, naiwność pani Krystyny, która nie chce za bardzo uwierzyć i jest autentycznie zszokowana (do takiego poziomu, że próbuje wręcz umniejszać treści, które jej nie odpowiadają), że w szpitalu na przestrzeni lat mogło dochodzić do nadużyć i znęcania się nad pacjentami. To jej zdziwienie wygląda tak, jakby nigdy nie słyszała o tym, że i dzisiaj wybuchają czasami afery, że w tej czy innej placówce opiekuńczej ktoś wykorzysta osobę słabszą i podległą. 



Autorka wyraźnie chce pisać o szpitalu wyłącznie dobrze, ma do niego wielki sentyment, wszak na przestrzeni lat poświęciła temu tematowi sporo czasu. Wydaje mi się, że z tego powodu obraz Kobierzyna jest bardzo fragmentaryczny. 
Nie, żebym potrzebowała sensacji, czy "mięsa", ale jednak - Krystyna Rożnowska opiera się tutaj wyłącznie na własnych rozmowach z pracownikami i pacjentami (ale, jak już pisałam, prowadzonymi od lat, co się chwali), kompletnie omijając inne źródła. 
Książka nie ma żadnej bibliografii, bo autorka nie korzystała z żadnej dodatkowej literatury, żeby uzupełnić swój obraz. Szkoda, bo na pewno istnieją jakieś inne źródła. Niewielkie, bo niewielkie, ale sama mam niektóre w domu (no ale pamiętajcie, że ja jestem walnięta i skupuję wszystko, co mogę dostać o historii medycyny ;)). Z tych okruchów dałoby się poskładać widok o wiele pełniejszy. 

Poza tym wszystkim, choć sporo ponarzekałam, to jest dobra książka na rzadki temat. Autorka ma lekkie pióro (mimo skłonności do patosu) i dużo oddania tematowi, na który się porwała. Chociaż osobiście pragnęłam jakiejś obszerniejszej monografii, nie jestem szczególnie zawiedziona, bo "Można oszaleć" wspaniale robi jedną, bardzo, bardzo ważną rzecz - odczarowuje chorobę psychiczną. Nie piętnuje chorych, pokazuje dolegliwości umysłu tak, jak pokazuje się choroby ciała, które po prostu się zdarzają - każdemu, niezależnie od pochodzenia i wykształcenia. Pani Rożnowska ma wiele ciepłych uczuć względem pacjentów szpitala, co widać w rozmowach. A pacjenci to postacie tragiczne, a nie komiczne, chorzy ludzie o ciekawych życiorysach. Zbiór ludzkich tragedii, równie dobrze moglibyśmy czytać o chorych na nowotwory. 

Podsumowując - przeczytać warto, bo to bardzo zacny zbiór ludzkich opowieści. Jeśli chodzi o część historyczną - aż się prosi o dodatkowe źródła i uzupełnienie. Może ktoś, kiedyś... :)

wtorek, 6 czerwca 2017

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

To będzie post o tym, jak pękło mi serce.

Grzegorz Gortat napisał książkę. Zyski z jej sprzedaży idą na pomoc dla Syrii (przez PAH).

To jest książka dla każdego od - moim zdaniem - siódmego roku wzwyż. Powiedziałabym wręcz, że jest to lektura obowiązkowa, że powinna być włączona do kanonu, rozdawana z każdej okazji, przesyłana do rządzących, cały kraj powinien być nią oplakatowany. Tak, tak, tak. Tak sądzę i będę bronić tej opinii własną piersią.



"Moje cudowne dzieciństwo" to opowieść o rodzinie, która żyje w ruinach Aleppo. W domu z oknami zabitymi dyktą, domu w połowie zburzonym, otoczonym gruzem i śmiercią. Bombardowania miasta są częścią ich życia. Inny świat dla młodszych dzieci w ogóle nie istnieje, ale to nie znaczy, że jest mniej strasznie - do tego nie można się przyzwyczaić. Najmłodszy Tarik płacze za każdym razem, kiedy słyszy samoloty; Jasmina, będąca narratorką, jest najstarsza i pamięta jeszcze okruchy normalnego świata, w którym jej tata pracował na uczelni, a dzieci chodziły do szkoły.

Od pierwszej do ostatniej strony serce waliło mi tak, jakbym była na krawędzi paniki. Opowieść dziecka o świecie, w którym wujek jest islamistą, bandyci podkładają bomby-zabawki, żeby zabijać dzieci, które w chwilach rzadkiego spokoju organizują mecze piłki nożnej dla jednonogich chłopców.

To jest świat, w którym dorastają tysiące dzieci. W którym umierają tysiące dzieci i tysiące rodziców.

W chwili kilkudniowego rozejmu miasto próbuje zmartwychwstać, ludzie się cieszą, zaczynają wychodzić na przysypane gruzem ulice, rozmawiać ze sobą, by po chwili usłyszeć o zerwaniu rozejmu i musieć znowu uciekać do piwnic. Pomoc humanitarna jest rozkradana i niszczona. Tak trudno dotrzeć do tych wszystkich ludzi tam, na miejscu (cwaniaki z polskiego rządu uważają, że ach, pomagajmy im TAM; ciekawe jak...), bo po drodze tyle złego może się wydarzyć.

Reżim nienawidzi wykształcenia i kultury. Prześladuje nauczycieli, prześladuje wszystko, co ma znamiona wolności. Także starego, schorowanego nauczyciela, którego cała rodzina zginęła w nalocie, ale on - mimo tego - próbuje jeszcze po kryjomu uczyć dzieci.

Na przykład, że przez wiele stuleci nasz kraj był prawdziwą potęgą i wrogowie nie próbowali z nami zadzierać. Dlaczego byliśmy potęgą? Bo jako naród nigdy się nie kłóciliśmy. Nie daliśmy się nikomu podzielić. 
Nawet w czasie kilkudniowego rozejmu widać te podziały. Religijni radykałowie chcieliby nawet wtedy rządzić i zniewalać. Prześladować już prześladowanych. Nie potrafią zaakceptować tego, że można żyć po swojemu. I te podziały sprawiają, że nie da się tam żyć nawet, kiedy opada na chwilę bitewny pył.

Przeżyć cztery lata bez choćby promyka nadziei, to jak być pochowanym za życia w grobowcu. Pamiętacie, jak prezydent Ameryki narysował czerwoną linię? I zapowiedział, że jeśli reżim syryjski ją przekroczy, to będzie to koniec reżimu? Już on zrobi wszystko dla odsunięcia prezydenta Syrii od władzy! I co? Wkrótce syryjskie władze użyły broni chemicznej przeciwko własnym obywatelom, a Ameryka nawet nie kiwnęła palcem, żeby kogoś ukarać. [...] Prezydent Ameryki, ten, który tak straszył ukaraniem złoczyńców, zakończył swoją kadencję i odszedł jakby nigdy nic, a nasz wciąż rządzi. Dla utrzymania się u władzy będzie nadal zabijał.
Rodzina Jasminy wegetuje. Rodzice próbują dzieciom zapewnić namiastki normalności, pójść na spacer, kiedy samoloty akurat odlecą, zrobić zabawki z puszek, uczyć, opowiadać bajki, ale ileż to wymaga heroizmu! Żeby nie płakać przy każdej opowieści, która mówi o normalnym życiu, żeby nie umierać ze strachu, kiedy dziecko wychodzi na chwilę pobawić się w ruinach.



Cierpiałam czytając. I chciałabym, żeby wszyscy to poczuli. Chciałabym, żeby wszyscy to poczuli i przypomnieli sobie historię Polski, polskich uchodźców, hołubionego małego powstańca, polskie sieroty, ludzkie dzieci, ludzi, człowieczeństwo, miłosierdzie.

Kupcie tę książkę. Wykupcie cały nakład, a potem następny i następny! I nie zgadzajcie się na mowę nienawiści. I zapłaczcie nad Syrią. Nie przyjęcie uchodźców za parę lat stanie się wielkim wstydem Polski. A może nawet - jeśli jakiś rozszalały radykał w rządzie zacznie prześladować własnych obywateli i będziecie próbowali uciec - odbije nam się czkawką, bo nikt nas nie przyjmie, jak będziemy chcieli poszukać schronienia. Łatwo jest siedzieć cicho i udawać, że nic się nie dzieje. Nie poddawajcie się tej pokusie.

Fajnie jest przytulać własne dziecko w bezpiecznym, spokojnym domu. Mam tak bardzo w nosie, czy podłogi są dobrze umyte, czy trawnik jest dobrze skoszony, czy jest porządek w szafie. Może być, ale nie musi, bo i tak mam tak dużo szczęścia, chociaż coraz częściej, patrząc na jad lejący się z ust naszej większości rządzącej, zaczynam się lękać, że dosięgnie on i mnie. I że będę musiała uciekać przed bojówkami obrony terytorialnej, która będzie chciała wyrównać wszystkich do pisowskiej foremki. Nie pozwólmy na to, jeszcze jest szansa. A kiedy to nam się uda, będzie łatwiej pomóc innym.

I tego wszystkim życzę z okazji minionego Dnia Dziecka. I z okazji wakacji, które wciąż jeszcze są dla nas, dzieci Europy, beztroskie. Chociaż sumienie powinno nas gryźć całkiem mocno, bo gdzieś tam, całkiem niedaleko, w ruinach siedzą przerażone dzieci.



Josif Brodski - "Piosenka o Bośni"

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek
na kanapie, łykasz wino -
ludzie giną.

W miastach o dziwacznych nazwach
grad ołowiu, grzmot żelaza:
nieświadomi, co ich winą,
ludzie giną.

W wioskach, których nie wyśledzi
wzrok - bez krzyku, bez spowiedzi,
bez żegnania się z rodziną
ludzie giną.

Ludzie giną, gdy do urny
wrzucasz głos na nowych durni
z ich nie nową już doktryną:
"Nie tu giną".

W stronach zbyt dalekich, by nas
przejąć mógł czyjś bólu grymas,
gdzie strach lecieć cherubinom -
ludzie giną.

Wbrew posągom i muzeom -
jako opał służy dziejom
przez stulecia po Kainie
ten, kto ginie.

W chwili, kiedy mecz oglądasz,
czytasz, co wykazał sondaż,
bawisz dziecko śmieszną miną -
ludzie giną.

Czas dzielący ludzkie byty
na zabójców i zabitych
zmieści cię w rubryce szerszej
tak, w tej pierwszej.

poniedziałek, 29 maja 2017

Przedwakacyjny kącik zapowiedzi.

Koniec roku szkolnego to w wydawnictwach zazwyczaj dość nudny okres. Mniej się wydaje, ludzie szykują się już na wakacje. Jeśli coś nowego się ukazuje, to zazwyczaj lekkie czytadła na kocyk (żeby nie było, nie mam nic do lekkich czytadeł na kocyk ;)).

Aczkolwiek jak pogrzebałam, to znalazłam parę rzeczy (głównie dla dzieci), które niedługo będą cieszyć na półkach księgarń.

1. 11. lipca Rebis przetłumaczy "Phantom Atlas". Świetną książkę o nieistniejących lądach, które jednakowoż trafiły na mapy. Książka była wielkim hitem wszędzie, gdzie się ukazała. Mam nadzieję, że Rebis sprosta zadaniu i wydanie będzie piękne. :)


2. 14. czerwca Nasza Księgarnia wyda trzy świetne pozycje dla dzieci. Dwa cudeńka dla miłośników świetnych polskich ilustratorów i kolejny tom o szalonym domku na drzewie, który jest absolutnie uwielbiany przez chyba każde dziecko, które do tej książki zajrzy. :)




3. Dla miłośników Pani Peregrine - bajki dla osobliwych dzieci. 16. czerwca od Media Rodzina.


4. A na koniec coś dla rodziców - historia polskiej edukacji seksualnej od Czarnego (premiera 21. czerwca).
Ostatnio Czarne wypuściło wywiady z ludźmi związanymi z polskim szkolnictwem - o tym, co w polskiej szkole jest nie tak. Teraz ukaże się kolejna książka z tej serii. Czekam niecierpliwie.


I to by było na tyle. Tak, wiem, niedużo, ale chwilowo przestój. Można czytać to, co się zgromadziło przez cały rok i nie miało czasu do tego zajrzeć. :)

poniedziałek, 15 maja 2017

Nowy Stary Teatr w Krakowie - analiza nieobiektywna i rozżalona.

Tak, to jest blog o szeroko pojętej literaturze. Ale teatr to zasadniczo sztuka pokrewna. Na dodatek, jako że kocham Stary Teatr w Krakowie (choć nie chodzę do niego tak często, jak bym chciała, najwyżej kilka razy w roku), a wstawienie w miejsce Jana Klaty pana Mikosa wydaje mi się pomysłem, który zarżnie najlepszy, moim skromnym zdaniem, teatr pod Wawelem, to postanowiłam przeanalizować dzisiaj przed Wami program, jaki zaplanował dla Starego jego nowy dyrektor. 

Dla niezorientowanych (czyli pewnie większości ludzi spoza Krakowa) - Stary Teatr to teatr podobny do świętej pamięci Teatru Polskiego we Wrocławiu. Współczesny, z repertuarem, który był często niełatwy i chyba nigdy czysto rozrywkowy. Oczywiście, były w Starym sztuki lepsze i gorsze, mniej i bardziej udane eksperymenty. Można się było przyczepiać do tego czy tamtego, ale jedno jest pewne - Stary nie spoczywał na laurach i w każdym sezonie było coś wyjątkowego do obejrzenia (moi ulubieńcy to "Wróg ludu" i "Kopciuszek" - ale nie dajcie się zwieść tytułom, bo w Starym nic nie jest takie, jakim się wydaje - to nie był zwykły Ibsen i zwykła bajeczka).

Mamy w Krakowie różne sceny, każdy znajdzie coś dla siebie. I to jest w porządku. Kto chce lekką, erotyczną komedyjkę idzie do Bagateli, kto woli poromansować z wprost i elegancko podaną klasyką, idzie do Słowackiego. Maluchy mają swoje miejsce w Grotesce. Jest też opera, jest i filharmonia, itd.. Kto jednak miał potrzebę, żeby teatr się trochę bardziej zaangażował w aktualne problemy świata i dokonał jakiejś dekonstrukcji tego, co dobrze znamy, szedł do Starego. 
Niestety, jeśli Stary Teatr w obecnej formie upadnie, zostaną nam w Krakowie wyłącznie teatry czysto rozrywkowe. Nie zrozumcie mnie źle, nie ma nic złego w rozrywkowym teatrze, sama chodzę i do Opery Krakowskiej i na musicale, ale - choć doceniam rolę Łaźni Nowej (bardzo chcę wybrać się na "Wieloryba" z Globiszem) i Teatr Ludowy - Starego mi nic nie zastąpi, bo to był (?) po prostu teatr jedyny w swoim rodzaju. 


I teraz wszystko wskazuje na to, że "dobra zmiana" nam Starego zarżnie. 
Przed Wami wyimki z "Koncepcji kierowania Starym Teatrem" przedstawione przez pana Mikosa (i jego "wspólnika" - pana Gieletę). Omijam wszystkie sprawy administracyjne i pomysły techniczne, bo niektóre są dobre, a większość neutralna. Nie będę o nich pisać, choć wiele z nich można pochwalić. Może pan Mikos byłby sprawnym administratorem, nie wiem. Dzisiaj będzie tylko o sztuce.

To kwestie artystyczne są dla mnie najważniejsze, bo to one tworzą charakter teatru, a tutaj plany nowego dyrektora, niestety, dają odczuć, że to będzie teatr, który dorobek Jana Klaty wrzuci do kosza i przydepcze ciężkim butem.

Otóż duet nowych włodarzy chce, by Stary teatr był teatrem:

"nastawionym na poszukiwanie i budowanie, w opozycji do gloryfikowania pustki i burzenia."

A także teatrem, który:

"wyciąga z mroków niepamięci wybitne dzieła literatury dawnej, w tym staropolskiej."

Tłumacząc z Mikosowego na nasze - Klata, słynący z dekonstruowania klasyki (choćby ostatnio "Wesela"), wyciągania z niej drugiego dna, szukania współczesnych znaczeń w starych dziełach (tak, także bardzo starych, na deskach Starego można zobaczyć także np. "Edwarda II" Ch. Marlowe'a), najwyraźniej gloryfikował pustkę (???) i burzył. 
Władza się takiej sztuki boi.

Wyciąganie starych tekstów nie jest samo w sobie niczym złym, ale jeśli będą one grane "jeden do jednego", bo dekonstrukcją nowy dyrektor się brzydzi (wypływa to w dalszej części jego programu), to nie będzie zwyczajnie nic, co mogłoby współczesnego widza zainteresować.

"Z pewnością wraz z Michałem Gieletą pragniemy kontynuować więź z teatrem niemieckim, choć jednocześnie widzimy dziś niedobre skutki mało efektywnego twórczo poddania się jego jednemu nurtowi."

Więc zamienimy ten nurt na nasz nurt i już będzie spoko. I po bożemu.


W całym tekście padają też wyraźnie obraźliwe słowa w kierunku teatru Jana Klaty. Pan Mikos pisze np. że dziś w Starym BRAKUJE profesjonalizmu, szacunku do pracy innych i do słowa. Że "nasz teatr" jest ostatnio ZAGUBIONY, że PRZYWRÓCIMY mu to "na co zasłużył" i - najlepsze: 

"WPROWADZIMY TEŻ DO NIEGO NA POWRÓT wielki polski, europejski i światowy repertuar oraz szacunek do niego [...]"

Najwyraźniej nowy dyrektor nie zauważył, że w Starym grany jest wielki polski, europejski i światowy repertuar". No, chyba że nie lubi Ibsena, Wyspiańskiego, Marlowa, Szekspira, Gombrowicza, Czechowa, itd..

"Wbrew jednostronnej, pokazującej tylko jakiś wycinek możliwości teatru modzie, najważniejszym warunkiem ich powstania [spektakli] nie jest dekonstrukcja, ale budowanie."

Nie wiem, o budowanie czego chodzi tutaj autorowi, ale od razu widać, że obrzydzenie w nim budzi teatr nowoczesny, który nie ogranicza się do wyrycia przez aktorów na pamięć tekstu.

"Obecność Starego Teatru na międzynarodowej arenie rozumiemy też jako zainteresowanie nim krytyki i prasy zagranicznej."

Ooo, niewykluczone, że prasa zagraniczna będzie wkrótce o Starym pisać. Tak, jak pisała o Polskim we Wrocławiu


Pan Mikos stawia też interesującą diagnozę obecnej formy Starego - w formie zarzutu.
Zacytuję tutaj obszerny fragment, bo z niego wynika, że teatr panów Mikosa i Gielety będzie tego antytezą. Otóż Stary Teatr:
Nastawiony na polityczną i społeczną doraźność oraz na ewokowanie w artystycznej formie przekonania o braku nadrzędnego porządku, który rządzi światem, 
Czyli precz z teatrem, który mówi o aktualnych zjawiskach. A nadrzędny porządek ustalimy my.
teatr ten przedkłada emocję nad refleksją, [te, ktoś z tych panów w ogóle był na jakimś spektaklu w Starym?] obraz ponad słowo, [???] defragmentację ponad kompozycję, zderzenie ze sobą tekstów kulturowych ponad ich odczytywanie. [należy nauczyć się na pamięć, odczytać, ukłonić się i sobie pójść] Wszechobecne są multimedialność i transmedialność, [to strrrraszne!] a także cytaty z kultury popularnej poddawane nieustannemu recyklingowi i remiksowi. [mhhhrok, mhhhrok i degrengolada!] Techniki wideo i projekcje stosowane są kosztem bezpośredniego kontaktu aktora z widzem. [nie mam BLADEGO pojęcia, o co chodzi, bo - podsumowując kilka ostatnich sztuk, na których byłam w Starym, nie dopatrzyłam się tam ani jednej projekcji, czy użycia "technik wideo"; no ale technika w ogóle chyba jest jakaś podejrzana; chyba że chodzi o wyświetlanie z rzutnika tekstu po angielsku...] Aktorstwo skłania się z jednej strony ku fizycznej izolacji względem widza (projekcje, gra z ekranem, mikroporty, mikrofony), z drugiej ku nadużywaniu bezpośrednich zwrotów do niego, utrzymanych w formie pouczających pogadanek.
Czyli co? Aktor ma albo fizycznie widzowi siedzieć na kolanach, albo/i się do niego nie odzywać; bezpośredni zwrot do widowni jest nadużywany? Eee, no na "Wrogu ludu" był przerywnik na dyskusję aktora z widzami - okropne, nie? - to jest JEDNA sztuka, a poza tym nic takiego nie zauważyłam, ale fakt, nie byłam na wszystkich spektaklach. :]



Potem zaczyna się interesujący zarzut do obecnych porządków w Starym. Jako skandaliczne ukazuje się to:

Władza reżysera nie jest czymkolwiek ograniczona - ma prawo do wszelkich przekształceń materii teatralnej, którą wykorzystuje, a jego działania w myśl panującego w tym ujęciu relatywizmu nie mogą być poddane jakiejkolwiek zobiektywizowanej ocenie.

No dobra. Tu wymiękłam. Panowie! Sztuka NA TYM POLEGA. W teatrze "przekształca się materię teatralną". Reżyser ma do tego nieskrępowane prawo, bo sztuka nie podlega ograniczeniom, jakie by panowie chcieli na nią nałożyć. To widzowie potem decydują, czy eksperymenty były udane.

Co to jest "zobiektywizowana ocena" sztuki? KaOwiec, który mówi, co wolno, a czego nie? Co ładne, a co brzydkie OBIEKTYWNIE? A może jakiś nadzorca, który będzie wypełniał ankietę, czy w sztuce reżyser umieścił np. odpowiednią ilość odwołań do miłości do ojczyzny?


W efekcie takich działań nie ma faktycznie repertuaru, [??? !!! ???] ani żadnych stałych punktów odniesienia, bo każda pozycja repertuarowa może być i często jest efektem daleko posuniętej dekonstrukcji. Nie ma wzorców sztuki aktorskiej, [co to jest "wzorzec sztuki aktorskiej"?] gdyż aktorstwo miesza się tu z działaniem performatywnym i estradowym. [czyli że co właściwie? aktor nie może zaśpiewać piosenki? czy zaimprowizować?]
Problemem też jest to, że "nie ma miejsca na żadną w miarę stabilną definicję powinności sceny narodowej". Pan Mikos biurokrata będzie miał definicję wszystkiego. I obiektywną ocenę. Będą definicje sztuki aktorskiej, powinności sceny narodowej, tego, co wolno reżyserowi i - najważniejsze - nie wolno dekonstruować. NIGDY. Dekonstrukcja jest zła. Teatr ma być przewidywalny, bo - mój ulubiony cytat z tego programu - "Argument, że sztuka z natury swej powinna być nieprzewidywalna, brzmi demagogicznie." Otóż sztuka ma być jak msza święta. Wiesz, co się stanie, nic Cię nie zestresuje, na koniec wszyscy mówią "Amen". Kojące i miłe. Teatr będzie jak dla małych dzieci, które lubią czytać 20 razy tę samą książeczkę.


A tutaj wrzucam akapit, którego nie umiem przetłumaczyć, więc mały konkursik dla Was - o co chodzi z tym zarzutem do teatru Klaty:

"Bunt przeciwko nieakceptowanemu przez twórców systemowi wartości wiąże się jednocześnie z deklaratywnym narzuceniem innego systemu, a myślenie społeczne łączy odrzucenie konsumpcyjnego świata z radosnym propagowaniem jego zdobyczy."

Konia (kucyponka) z rzędem temu, kto to wyjaśni.



Projekt sezonu inauguracyjnego potwierdził wszelkie moje obawy. 
Jest tam dużo o tym, że w związku ze stuleciem odzyskania niepodległości "obowiązki sceny narodowej są oczywiste" (więc Mikos ich nie definiuje ;)), że trzeba wyciągnąć dużo literatury staropolskiej, także tej nigdy nie granej (świetnie to wróży, świetnie), itd. Potem wymienionych jest mnóstwo nazwisk, złych, średnich i znakomitych, które pan Mikos chce ściągnąć do Starego (w tym Krystiana Lupę), ale jakoś nie pisze, jak ma zamiar to zrobić i czy np. pan Lupa też będzie musiał poddać się "zobiektywizowanej ocenie", tudzież ingerencji w proces twórczy.

Budzi się tu ciągle biurokratyczna natura, mówienie o tworzeniu spisów, baz, definicji i kanonów. Wszystko musi być pod linijkę, wszystko musi być pod kontrolą, jak to w sztuce. ;)


Są też obietnice bez pokrycia, w których padają propozycje zorganizowania jubileuszu z udziałem najsłynniejszych aktorów i reżyserów ze Starego (padają bardzo znane nazwiska). Ciekawe, czy pan Mikos zapytał ich przez napisaniem tego programu, czy w razie czego jest cień szansy, że wezmą w tym udział? 

A na koniec kilka uwag do projektu premier wg Gielety na 2018 rok. 

Jest w projekcie np. "Balladyna", czy sztuki Szekspira. Jest też kilka starych sztuk wyciągniętych z lamusa i kilka takich, które nie budzą żadnych emocji. Niemniej tutaj nie czepiam się, bo wiecie, mądry reżyser da sobie radę z każdym tekstem. Niestety obawiam się, że zapowiedzi odejścia od wszelkiej nowoczesności w teatrze dadzą efekt szkolnego przedstawienia.

Bardziej oburza mnie zapowiadany "Projekt legionowy". 
Jako antyteza kobiecego doświadczania wojny [???], projekt legionowy oparty jest na piosenkach, które w popularnej kulturze polskiej poprzednich pokoleń zostawiły głębokie znamiona tożsamości.
[...] Nostalgia, niewinność i poczucie ulotności życia wśród tamtego pokolenia, nigdzie nie znalazły tak pięknego wyrazu jak w żołnierskich piosenkach tamtego okresu.

Czyli PiS dostanie to, co lubi - apoteozę wojenki, jako romantycznej przygody. Nowi włodarze znienawidzili nowoczesne Muzeum II Wojny Światowej, bo nie gloryfikowało ono umierania za ojczyznę. Pokazywało, że wojna nie jest zabawą. Że nie jest przeznaczeniem każdego "dzielnego chłopca" umrzeć za swój kraj. Należy to czym prędzej zmienić.


Cóż, chciałabym mieć więcej nadziei. O ile nie mam żadnych dobrych przeczuć dotyczących pana Mikosa (przeczytałam chyba wszystko, co mogłam o nim znaleźć w internecie i nie podoba mi się ten obraz), to pan Gieleta ma potencjał, bo opinie o nim są dość pozytywne i chyba ma pewien zmysł artystyczny, który ma szansę wydać dobre owoce. 
Pytanie - czy da się stłamsić wizji "teatru pod linijkę" według dyrektora Mikosa? I czy będzie umiał dogadać się z zespołem, który tak bardzo zgrał się z Janem Klatą i tak bardzo liczył, że "jeśli nie Klata, to może chociaż Miśkiewicz"?

Trzymam kciuki za pana Gieletę. I za to, żeby pan Mikos nie szedł drogą wrocławską. Niech realizuje swoje wizje teatru ekologicznego, niech dostosowuje go lepiej dla niepełnosprawnych, niech administruje do woli, proszę uprzejmie. Ale niech też schowa do kieszeni swój paniczny lęk przed teatrem nowoczesnym, teatrem, który nie boi się współczesnych problemów i aktualnych tematów. Teatrem multimedialnym i zaskakującym. Bo sztuka MA zaskakiwać. Oby ta wiedza jednak spłynęła na nowego dyrektora. Bo jeśli nie, to Stary jest ugotowany. Przynajmniej na kilka lat...


piątek, 12 maja 2017

Anne with an E - serial.

UWAGA SPOILERY! (starałam się, żeby minimalne, ale i tak są)

Och, jak czekałam na tę ekranizację. Jak tylko zobaczyłam Amybeth McNulty, poczułam że wreszcie ktoś pokaże "prawdziwą" Anię. Nigdy nie lubiłam tej uwielbianej przez większość ekranizacji z Megan Follows. Nie znosiłam jej niekanoniczności, nie znosiłam tej cukierkowej wersji rzeczywistości, a sama aktorka była za ładna, za mało wychudzona, za mało ruda.


Przez pierwszy odcinek netflixowej "Ani" łkałam ze wzruszenia. Serio.

Ania ma traumatyczne wspomnienia. Jest dziwnym dzieckiem, takim jakim Montgomery ją stworzyła. Nie po prostu uroczo egzaltowanym, ale dziwacznym i nieco pokracznym. To autentycznie wspaniałe i ogląda się z przyjemnością; i ze ściśniętym sercem.

Kiedy Ania dowiaduje się, że spodziewano się przybycia chłopca, a ona nie jest chciana, rozpacz tego odrzuconego dziecka nie jest komediowa; Ania cierpi naprawdę, to nie jest komiczna scena z zabawną dziewczynką, jak zwykło się ją przedstawiać (a widziałam kilka ekranizacji i jedną sztukę teatralną).

Ania, w swojej rozpaczy, w swojej słabości dziecka przepychanego z kąta w kąt, jest silna i ma nadzwyczajnie wyrazisty charakter. Mówi, w bólu swojego dziecięcego serca, że może być równie dobra, co chłopiec i tu budzi się jej siła, jej feminizm (to słowo pada w filmie, ale nie zdradzę szczegółów, żeby nie psuć zabawy).
Płakałam razem z Anią, kiedy kładła się spać w pierwszą noc na Zielonym Wzgórzu sądząc, że rano znowu zostanie odrzucona, mimo że wiedziałam z książek, że Maryla postanowi ją zatrzymać.


Wyobraźnia Ani nabiera nowego znaczenia - dziewczynka latami uciekała w mrzonki i zmyślone historie przed koszmarną rzeczywistością, która była jej udziałem. Inaczej pewnie wrażliwość tego biednego, chudego dziecka zostałaby kompletnie zmiażdżona. Ponure przebłyski jej smutnych wspomnień mają znamiona PTSD. Dziecko się wtedy wyłącza, "zawiesza", rozpamiętuje koszmary. Jej agresywne wybuchy, jej dziwne zachowania, zamknięcie we własnym świecie - to jest film o dziecku z traumą, które nie radzi sobie z emocjami, z życiem, ze stanięciem na nogi.

Film jakby urealnia scenariusz pt. adoptujemy skrzywdzoną sierotę. Sierota nie jest czystą kartką, ma przeszłość, która nie jest piękna. Anna zetknęła się z przemocą, złem, alkoholizmem, prześladowaniem, seksualnością. Opowiada o tym koleżankom z dobrych domów, bo to jedyne, co zna; i budzi oburzenie. Łatwo sobie to wyobrazić, podobnie jak niechęć mieszkańców Avonlea do takiej "niebezpiecznej sieroty", która może tak okropnie wpłynąć na ich grzeczne dzieci.


Maryla nie jest najczulszą istotą we wszechświecie, może nie rozumieć do końca uczuć dziecka, które los postawił na jej drodze, ale nie jest okrutnicą, na pewno nie skrzywdziłaby Ani świadomie. Nie chce niczyjego bólu, choć jej szorstkość może ranić. Jest wspaniale zagrana i jej zaangażowanie w życie Ani, w próbę przywrócenia światu tego skrzywdzonego, koszmarnie poranionego dziecka, jest o wiele bardziej widoczne, niż w książkach.

Mateusz, grany przez Thomsona, jest cichym, miłym mężczyzną. Rozkosznie miękkim w obejściu, powściągliwym, dokładnie takim, jakim go wyobrażałam sobie przy czytaniu. Niezbyt aktywnym, choć kochającym Anię z całego serca od pierwszego wejrzenia miłością łagodną, bezkrytyczną i gorącą.

Jednym z poważnych zgrzytów był dla mnie drugi odcinek - dosłownie zalała mnie wściekłość. Są zabiegi, które twórcy serialu zastosowali, żeby dodramatyzować fabułę. I w tym momencie odeszli od książek za daleko. Nie będę zdradzać wszystkiego, ale początek drugiego odcinka przynosi pewne zawirowanie w fabule, którego nie było u Montgomery, a którego zdecydowanie nie powinno tam być, bo zwyczajnie nie pasuje. Pierwsze 20 minut drugiego odcinka najchętniej bym wycięła, ominęła, wyrzuciła, zmieliła. Ja rozumiem, że film rządzi się innymi prawami, niż książka, ale to było zwyczajnie złe, bo skazywało Anię na dodatkowe cierpienie, którego w książce nikt z Cuthbertów by jej nie zadał.


Pojawiają się też inne "duże" wydarzenia, których nie znajdziecie w książkach, ale nie są tak rażące i zazwyczaj pasują do świata stworzonego przez Montgomery (wątek pożaru jest całkiem ok).

Chyba najgorszy w serialu jest mocno rozdmuchany wątek bankructwa (był obecny w książce, ale niedokładnie zarysowany). Zwłaszcza krótki odpał Mateusza z rewolwerem; to kolejna rzecz do wycięcia, autor scenariusza pojechał zdecydowanie za daleko i powinien zostać za to surowo ukarany.
Niestety końcówka sezonu zapowiada, że scenarzyści będą majstrować i przekombinowywać dalej (jakby im brakowało materiału w wielotomowym dziele Montgomery), ale staram się nie myśleć o tym póki co. Pożyjemy, zobaczymy.

Wspaniała jest afirmacja kobiecości w tym serialu - rozmowy Małgorzaty i Maryli (która ma urocze, subtelne poczucie humoru, zupełnie jak w książkach), rozmowy dziewcząt na przerwach, problemy z dojrzewaniem, huśtawki nastrojów ujmująco obojętnie odbierane przez Marylę, a z pewnym zabawnym zakłopotaniem przez Mateusza. No i oczywiście niewypowiedziana do końca, potencjalnie skandalizująca przeszłość ciotki Józefiny. Wszystko to jest bardzo, bardzo czarujące, ale przy tym nie ckliwe, nie przesłodzone, nie tęczowo-jednorożcowe.


Och, jak bardzo podoba mi się ten serial. Potrafiłabym się, oczywiście, przyczepić do paru drobiazgów; nie mam też wciąż przekonania do aktora (Lucas Zumann), który gra Gilberta (wydaje się trochę mdły, a nawet niesympatyczny, ale może się rozkręci w kolejnych sezonach). Niemniej - hej, wreszcie Ania, na którą czekałam. Ania, która nie jest tylko rudą maskotką, wreszcie nie skupianie się na love story, ale Ania - sierota z trudną przeszłością, mieszkająca ze starzejącym się rodzeństwem, które ma jakąś przeszłość (tak, pojawiają się wątki dotyczące młodości Cuthbertów), jakieś życie osadzone w większej całości, jakąś historię.

Przyznaję, że bardzo chciałabym wreszcie zobaczyć ekranizację wszystkich tomów, zwłaszcza Rilli, która jest moją ulubioną częścią. Nie wiem, czy Netflixowi starczy zapału na tyle sezonów, ale trzymam kciuki. A Wam gorąco polecam "Anne". WITH AN E.

Za to scenarzystom życzę, żeby nie szli drogą ekranizacji Sullivana, który wysłał Anię na front. Książki Wam wystarczą, serio, nie spieprzcie tego, bo zatłukę. ;)


czwartek, 13 kwietnia 2017

Lekarz z Lampedusy

Tak sobie pomyślałam, że jak już piszę o jakiejś książce dla dorosłych, to zwykle jest to książka, po której człowiek chce umrzeć. Albo przynajmniej umrzeć pół świata i na to umieranie patrzeć z wysokiej góry, rechocząc demonicznie.

To dzisiaj też będzie źle. A na dodatek na temat, który zajmuje moje myśli równie mocno, co śmierć polskiego państwa prawa. O uchodźcach będzie, usiądźcie wygodnie, bo potem może już Wam przestać być tak miło.


Pietro Bartolo to lekarz, który pochodzi z Lampedusy, małej włoskiej wysepki, słabo skomunikowanej z resztą świata. Mieszka tam 6 tysięcy osób, żyjących głównie z rybołówstwa. Lampedusa jest też położona na szlaku, którym z Syrii i Afryki subsaharyjskiej uciekają ludzie - w stronę świata, w którym panuje jako taki pokój, bo u siebie - no u siebie już nie mają tak miło. I często nie przeżywają.
A tych, którzy dobili do brzegów wyspy, żywych lub martwych, opatruje doktor Bartolo razem ze swoją ekipą (choć okresowo bywał tam jedynym lekarzem, ponieważ wyspa, oddalona od "wielkiego" świata, nie zachęca do długich pobytów, zwłaszcza zimą; nie ma nawet przyzwoitego szpitala, na poważniejsze zabiegi ludzie są transportowani helikopterami do szpitali na kontynencie lub na większych wyspach).

Często uważa się, że dla uchodźców największą trudnością jest samo przeprawienie się przez morze. A to jest tylko ostatni etap. Długimi godzinami słuchałem ich opowiadań. Najpierw decyzja o wyjeździe, o opuszczeniu własnej ziemi. Potem pustynia. Pustynia to piekło, mówią, i nie możesz tego zrozumieć, jeśli przez to nie przeszedłeś. Brakuje wody, ludzie tłoczą się na pickupie, a jeśli siądziesz na złym miejscu, to cię wyrzucą na zewnątrz i umierasz. Kiedy kończy się woda, aby przetrwać, pozostaje ci tylko pić własną urynę. Docierasz do Libii, myślisz, że koszmar się skończył, a tymczasem tu zaczynają się kolejne męczarnie: więzienie, tortury, znęcanie się. Dopiero jeśli uda ci się stawić czoła temu wszystkiemu, wytrzymać te wszystkie okrucieństwa, wsiadasz na statek. I jeśli nie umrzesz na morzu, wreszcie docierasz na miejsce i masz nadzieję, że twoje życie może się zacząć na nowo.

Przepłakałam całą książkę. Od pierwszych stron, do ostatniej. Płakałam z żalu i wściekłości. Czasem patrzyłam na moje dziecko, śpiące obok pod kołdrą i nie mogłam przestać myśleć o tych wszystkich dzieciakach, które straciły rodziców po drodze, które umarły w ładowniach kutrów, które dotarły kalekie, poranione i osierocone.

Ludzie, którzy nienawidzą uchodźców, lubią o nich myśleć jak o jakimś innym gatunku człowieka, który mniej czuje, mniej przeżywa i więcej zniesie. To takie myślenie, które towarzyszyło niewolnictwu.

Prawie nigdy nie poruszamy kwestii słabości emocjonalnej, nie myślimy o traumach, które przeżyły osoby przybywające do naszego kraju w poszukiwaniu wsparcia. To jest tak, jakbyśmy uważali je - być może nieświadomie - za ludzi, których psychika jest inna niż nasza, w mniejszym stopniu zasługująca na uwagę.

Poczytajcie jak Pietro Bartolo opowiada o łodzi pełnej syryjskich lekarzy, którzy uciekali przed groźbą śmierci. Łodzi, która z nimi zatonęła. Poczytajcie o rodzicach, którzy dobijają do brzegu w ostatniej chwili, bo ich łódź także zatonęła, ale po drodze musieli wybrać, które z dzieci ocalić. Poczytajcie o tym, że po przybiciu do brzegu nie są w stanie mówić, ani płakać. Proszę, popatrzcie na tych ludzi i spójrzcie im w oczy.
Hej, mój kraj nie da Wam domu, mój kraj nie chce nawet garstki Czeczenów, którzy koczują przy granicy z małymi dziećmi. Mnie jest wstyd. A najbardziej, bo nie mam żadnej mocy, żeby wpłynąć na ludzi, którzy teraz nami rządzą.

Ale wróćmy do Pietro na Lampedusie. Swoje opowieści o uchodźcach, o ich cierpieniach, o przemytnikach, śmierci i wojnie, lekarz Bartolo przeplata opowieścią o swoim życiu. Dzieciństwie i młodości, w biedzie i trudach, które - gdyby je czytać w osobnej książce, byłyby historią o ciężkim starcie w życiu. W zestawieniu jednak z losem przybyszy z Syrii, to jest opowieść o sielance. I chyba taki ma być właśnie efekt - pokazać, że nam jest tak dobrze, tak dobrze, nawet, jeśli ciężko czasami związać koniec z końcem. Bo nikt nas nie zbombarduje, bo mamy jakichś przyjaciół, jakąś rodzinę, jakieś wsparcie, jakąś pomoc społeczną. I możemy spać bezpiecznie, a nasze dzieci pójdą do szkoły.

Można by pomyśleć, że mieszkańcy wyspy tak często "nawiedzanej" przez uchodźców, będą na nich wściekli. Będą wrogo nastawieni, będą agresywni. Och, nie mierzmy wszystkiego polską miarą. Na pewno na Lampedusie są ludzie, którzy mają tego dość, ale spójrzmy - wielu rybaków używa swoich kutrów, żeby pomagać na morzu w wyławianiu rozbitków. Ludzie, którzy przybywają na wyspę, są słabi, zdruzgotani, nieszczęśliwi i bez sił. Często mieszkańcy są proszeni o "przetrzymanie" niektórych z nich, aż przybędzie transport do europejskich ośrodków dla uchodźców i - tak, tak - mieszkańcy biorą przybyszy do swoich domów. Pomagają też na nabrzeżu; znoszą to od co najmniej dwudziestu lat (napływ uchodźców teraz się zwiększył, ale on był zawsze - z Afryki przybywali ludzie na Lampedusę już dużo wcześniej, wraz z falami klęsk głodu i wojen).

A Polska? Polska wytacza procesy ludziom, który zamieniają kilka słów w hymnie tak, by mówił o uchodźcach. I każe ich za śpiewanie o zapraszaniu przybyszów "z ziemi włoskiej do Polski". Polska także deportuje legalnie przebywających na naszym terenie cudzoziemców, na dodatek wbrew prawu i w haniebny sposób. Czy ktoś dzięki temu czuje się bezpiecznie?
Śmiem twierdzić, że wręcz przeciwnie.


Poczytajcie o przybyszach na Lampedusę, jeśli macie odwagę. Wyślijcie parę egzemplarzy do naszego sejmu. Wyplakatujcie świat słowami lekarza Bartolo. Niech wszyscy zobaczą, niech wszyscy usłyszą. Nie dajcie się szaleństwu, słowom o stadach agresywnych młodych mężczyzn, którzy - jak jeden mąż - chcą tylko gwałcić i rabować. Bo wiecie - źli ludzie są wszędzie, wśród Polaków, Niemców, Syryjczyków i zakonnic. A stada agresywnych młodych mężczyzn znajdziecie na polskich ulicach po każdym większym meczu. Za to setki umierających rodzin,także dorastających chłopców (oni są często najsilniejsi i tylko oni są w stanie przetrwać trudy podróży), którzy nie chcieli zabijać i być zabitymi, można by spróbować ocalić. Wystarczyłoby tylko trochę tego, czym bardzo lubią sobie wycierać gębę świętoszkowaci mądrale - miłosierdzia.

I tego miłosierdzia Wam życzę na nadchodzące święta, nawet jeśli ich nie obchodzicie. A jeśli obchodzicie, to tym bardziej. Nie zapominajcie, jaka teoria leży u podwalin Waszych Kościołów. I czy nie należałoby za tymi ideami podążyć; oraz przypomnieć o nich tym, którzy stanowią prawo.

piątek, 7 kwietnia 2017

Książkowe pomoce naukowe.

Mój syn jest w czwartej klasie. Nagle poziom skomplikowania wiedzy, która jest potrzebna w szkole, znacznie się zwiększył, w porównaniu z banalnymi klasami 1-3. Starsze dziecko wymaga też większego poziomu szczegółowości, jeśli chodzi o tematy, które go interesują i które próbuje zrozumieć.

Dzisiaj pokażę Wam kilka ulubionych pomocy naukowych, które będą nam służyć jeszcze przez kilka lat.

Na początek historia. To nie jest wielka książka i wygląda dość infantylnie, ale jest świetną pomocą przy porządkowaniu wiadomości. Atlas historyczny Polski przydał nam się już w tym roku bardzo mocno. W czwartej klasie program zaczyna się od Piastów, więc dziecko, ucząc się do sprawdzianu, może ogarnąć najważniejsze symbole i postacie epoki patrząc na mapę. Więcej na tym etapie nie trzeba. Bardzo pożyteczna rzecz.


Druga rzecz w moim zestawieniu, to chyba już klasyka wśród pomocy naukowych. Książki Carol Vorderman są bardzo popularne i bardzo dobre. Poziom szczegółowości jest akurat taki, jaki potrzebny jest przeciętnemu uczniowi starszych klas podstawówki. Być może czasami to jest za mało, jeśli dziecko chce wiedzieć coś więcej, niż podstawy, ale  - wyjaśnienia pojęć, wprowadzenie do programowania, czy opisy zasad działań matematycznych są przejrzyste i bardzo "lekkostrawne". Świetna pomoc przy powtórkach i porządkowaniu wiedzy.






Jeśli chodzi o kompetencje językowe, to tylko dwie książki ostatnio są w użyciu. Mały słownik ortograficzny Rzeszutek, Sobczak i Zgółkowej, oraz - ponieważ drugi język wszedł na poważnie do nauki - mały słowniczek hiszpańskiego. 

Słownik ortograficzny jest ciągle grany, bo w tej wersji w części teoretycznej bardzo przejrzyście opisane są wszystkie najważniejsze zasady pisowni, które powtarzane są w części słownikowej. Jako że w czwartej klasie gramatyki i ortografii jest dość dużo, książka jest też sporo używana.



Ilustrowany słownik hiszpańskiego jest świetny na początek nauki. Nie ma co deprecjonować jego nieco dziecinnej formy, bo obrazki po prostu pomagają. Podstawowe zwroty i słownictwo w sam raz na pierwsze lata nauki języka.



Na koniec dwie książki, które wykraczają poza zakres wiedzy szkolnej i podstawowej, ale cieszą się u mnie w domu sporym powodzeniem. 

Komiksowe wprowadzenie do filozofii prezentuje najważniejszych filozofów i ich sztandarowe hasła w formie krótkich historyjek obrazkowych. Sama czytałam z wielkim zainteresowaniem, a mój syn cieszy się, że może zaimponować na etyce. ;)




"Magia rzeczywistości" Dawkinsa to książka, która opowiada o wszystkim, co podstawowe na Ziemi - o ewolucji, grawitacji, cząsteczkach, genetyce, trzęsieniach ziemi, ruchu planet, itd., dając przy okazji historyczny rys wiedzy na te tematy; wyjaśnienia, dlaczego ludzie, nie mając dostatecznej wiedzy, tworzyli różne absurdalne teorie związane z tym, co mogli zaobserwować, ale czego nie rozumieli. Bardzo pożyteczna książka, ucząca tego, że tzw. "chłopski rozum" - pozornie logiczne przyczyny różnych zjawisk - niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością. 






A Wy? Macie jakieś fajne pomoce naukowe, z których chętnie korzystacie?