środa, 10 sierpnia 2016

Zapowiedzi na koniec lata i początek jesieni.

Zapowiedzi nie było od maja, więc najwyższy czas zerknąć, co szykują nam wydawnictwa na najbliższe miesiące.

1. Na początek kilka kontynuacji znanych serii. Finałowy tom "Opiekunów Tajemnic" wyjdzie w ostatni dzień sierpnia. Ukaże się też kolejny tom serii "Pax" (ale nie wiem dokładnie, kiedy, bo brak informacji na stronie Media Rodzina) oraz - 19. września - następna część "Domu Tajemnic".




2. W kategorii "bo śliczne" też jest kilka zapowiedzi. Dla maluchów (według wydawcy od trzeciego roku życia) ukaże się jeszcze w tym miesiącu śliczna książka-gra "Binek" (wydawnictwo Dwie Siostry) z ilustracjami Adama Wójcickiego.



Dla nieco starszych coś o roślinach ("Botanicum" w październiku) i o historii świata ("Rzeka czasu" we wrześniu).







3. A żeby nie tylko dzieci miały się z czego cieszyć - Czarne szykuje książkę o słynnym Barnevernet (5 października):


15. września będzie można także kupić książkę człowieka, który wiele lat mieszkał i pracował w Islandii (a Islandia jest ładna i ciekawa, więc):


A dla świrów takich jak ja - Thorwald (18. sierpnia):


Na uwagę zasługuje też dość głośne i podobno znakomite "Sekretne życie drzew" (5. września):


4. Gdyby ktoś przez ostatnie tygodnie mieszkał w jaskini i jeszcze nie wiedział, to polska wersja "Przeklętego dziecka" dopiero 22. października.


I tak o. :)

niedziela, 31 lipca 2016

Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Nie chcę nikomu psuć zabawy, więc o fabule napiszę tak mało, jak się da, ale muszę chociaż kilka słów o sztuce Jacka Thorne'a i J. K. Rowling. Będzie lakonicznie i pobieżnie, ale za to na świeżo.


Dzisiaj ukazała się wersja papierowa i kindlowa (w urodziny Rowling i Harrego Pottera), a wczoraj była premiera na deskach teatru w Londynie.

Ósma historia, 19 lat po wydarzeniach z ostatniego tomu (wyłączając epilog), Harry i Hermiona pracują w ministerstwie, Ron rozwija dalej prężny biznes magicznych dowcipów, Ginny pisuje sportowe artykuły do prasy, a ich dzieci chodzą do Hogwartu.

Albus, syn Harrego i Ginny, oraz Scorpius, syn Dracona Malfoya, przyjaźnią się i wpadają w bardzo istotne kłopoty, w które zaplątany jest także stary, oszalały z rozpaczy ojciec Cedrika Diggory'ego.

Scorpius jest cudowną postacią, inteligentnym geekiem z poczuciem humoru, Albus jest smutnym, złym na cały świat dzieciakiem, głęboko skonfliktowanym z ojcem, co popycha go do pakowania się w tarapaty (eliksir wielosokowy i zmieniacz czasu pojawiają się także na chwilę), a poza tym w magicznym świecie zaczyna dziać się wiele niepokojących rzeczy, które martwią walczących z czarną magią czarodziejów.

Więcej Wam nie napiszę, żeby nie psuć zabawy (polska wersja wyjdzie dopiero pod koniec października, więc i tak długo będziecie musieli się bardzo bronić przed spoilerami w internecie, jeśli nie czytacie w oryginale), ale powiem, że czytając czułam się, jakbym po długiej wędrówce wróciła do domu. I przyznaję - "Przeklęte Dziecko" ma o wiele mniej niejasności, niż oryginalna saga. Fabuła jest porywająca od samego początku do ostatniego słowa. Na dodatek wydaje mi się, że Rowling przy okazji chciała tą sztuką wyjaśnić te kilka rzeczy, które nie dawały spokoju co bardziej dociekliwym fanom serii.

Jasne, to jest, nie zapominajmy, sztuka teatralna, więc brakuje nieco obrazu tła (choć i tak sporo się dzieje) i wielu rzeczy trzeba się domyślać, ale ta forma wymusza konkret, nie owijanie w bawełnę i wyrazistość. Ma to swoje zalety. Są też sceny (jedna dzieje się na dachu pędzącego pociągu), które muszą być niesamowitym wyzwaniem dla teatru i zobaczenie ich na żywo stało się moim marzeniem (ale nie ma już biletów do połowy 2017 roku, sprawdzałam - a dalej nie sprzedają, więc moooże za parę lat...).

Na dodatek za kilka miesięcy będą w kinach "Fantastyczne bestie" - to najlepszy rok dla potteromaniaków od czasu premiery ostatniego filmu o Harrym. :D

środa, 13 lipca 2016

Tru

Czasami książki kupuję kompulsywnie. Bo ładne, bo o nich głośno, bo mam zły dzień. "Tru" kupiłam jakiś czas temu, bo była wyprzedaż w Bonito, a ja uwielbiam ilustracje Emilii Dziubak.


Nie spodziewałam się absolutnie niczego. Byłam pewna jedynie ładnych obrazków. Nie zawiodłam się, ale przy okazji odkryłam, że to bardzo niezwykła książeczka, bo jest to bajka o - nie umiem tego lepiej nazwać - nierównościach społecznych.


Oczywiście, jest to także bajka o zajączku Tru, który ma duszę wynalazcy i dobre serce, ale w tle mamy samotną matkę - feministkę, która chodzi na manifestacje (i tak, pada słowo "feministka"), dzielnice biednych i bogatych, mamy zające bezdomne, które kiedyś mieszkały w bogatej dzielnicy, ale powinęły im się łapy; są małe podupadające biznesy staroświeckich rzemieślników, dzieciaki, które szpanują drogimi futrami oraz zające uciekające ze swoich domów przed czystkami.


Te wszystkie poboczne wątki to jedynie tło, czasem wyłącznie wzmianki. Głównym wątkiem jest opowieść zajęczego chłopca o tym, jakie rzeczy wynalazł i jak one zmieniły jego okolicę (a także zajęcze umysły), ale dorosły cały czas czuje zgrzyt. Dzieciak opowiada o nartach i jakby mimochodem o strzelaniu do swoich krewnych w odległym mieście. Albo o kosiarce do trawy i o wątku miłosnym między zajęczym kloszardem a dziewczyną ze straganu z kapustą.



Dziwna to książka i pełna niełatwych tematów do omówienia - jeśli ktoś chce, bo jeśli nie, to można pozostać przy wierzchniej warstwie - bajeczce o dobrym dzieciaku z głową pełną pomysłów.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to jest to język - styl mnie nie powala i nie zachwyca. Jest poprawny, nijaki, przezroczysty. Owszem, wiem, że musi być prosty, bo książka jest dziennikiem dziecka, ale jednak - czegoś tam brakuje. Jakiegoś polotu i lekkości.

Być może to sprawia, że mimo wszystko nie uważam, że jest to jakieś nadzwyczajne arcydzieło. Zwłaszcza, że rynek książki dziecięcej od paru lat kwitnie wspaniale i moje wymagania są z roku na rok coraz większe.

Nie jest to jednakowoż wielki zarzut, bo książka jest króciutka, a i tak oferuje całkiem sporo. Nie jest banalna i miałka, ale gdybyż jeszcze miała jakąś iskrę, to by dopiero było... :)


czwartek, 23 czerwca 2016

Popularnonaukowe dla dzieci. :)

Dzisiaj parę słów o książkach popularnonaukowych, ale trochę nietuzinkowych. Prawie wszystkie z małych wydawnictw, perełki takie. Diamenciki. ;)

Najpierw dwa słowniki dość do siebie podobne.
Pierwszy z nich, to słownik Małgorzaty Strzałkowskiej, wydany przez wydawnictwo Bajka. "Dawniej, czyli drzewiej" z ilustracjami Adama Pękalskiego, to słownik wyrazów (i zjawisk z nimi związanych) już trochę lub bardzo zapomnianych. Opis zwrotów, których już nikt (lub prawie nikt) nie używa wraz z historią ich powstania. Fascynująca to książeczka, która i mnie wprowadziła w tajniki pociotów, przerzucinóżek, misternie rzeźbionych królewskich stolców i cycowych sukni. Książka jest zabawna, pięknie zilustrowana i błyskotliwa. Sama się przy niej dobrze bawiłam.

Polecam miłośnikom historii od piątego roku życia wzwyż. Dorośli też będą z niej czerpać radość.






Drugi słownik, kręcący się wokół znaczeń różnych wyrazów, to "Słowa do rzeczy", wydany przez Muzeum Etnograficzne w Krakowie. Do niedawna był do kupienia wyłącznie tam (i w ich sklepie internetowym), ale ostatnio pojawił się też w niektórych "zwykłych" księgarniach.


Tutaj autorzy nie zajmują się słowami zapomnianymi, ale dobrze znanymi związkami frazeologicznymi i śledzą ich pochodzenie. Dorosły wie, czym jest ćwiek w "zabić ćwieka", albo czym był "języczek u wagi", ale dzieci niekoniecznie są zorientowane w takich zawiłościach. Aczkolwiek znalazło się tam kilka rzeczy, o których nie wiedziałam. :) Bardzo fajna książeczka, przeznaczona, moim zdaniem, dla dzieci między piątym a dziesiątym rokiem życia.


Kolejna pozycja to też słowniczek, ale już z innej beczki - słownik chorób. Opisy są dość zdawkowe i niewyszukane, ale to ciekawe, że dzieci mogą zapoznać się trochę z tym, czym jest np. anoreksja, migrena, czy jak powstaje próchnica. A do tego - i to jest największy hit, mój syn zaśmiewał się w głos - prawie każda choroba ma swój wierszyk. ;) Chcecie, żeby wasze dziecko mówiło wierszyki o tasiemcach i połamanych nóżkach? Jeśli tak, to jest książka dla was - od wydawnictwa Poradni K. :]
Polecam dla dzieci od piątego do dziesiątego roku życia.



A na koniec coś zupełnie innego, zdecydowanie bardziej znanego i "mainstreamowego" ;), ale to nowość, więc dorzucę, bo kto mi zabroni. :) Nowiutki komiks pana Samojlika.
Jakość sama w sobie. Jak zwykle mądrze, jak zwykle zabawnie. W lesie zabrakło wilków i rządzą w nim przebiegłe borsuki. Intryga snuje się jednak w tle, bo na pierwszym miejscu są rozważania o równowadze w przyrodzie i - uwaga - wykłady matematyczne starego dżdżownicy. Tak tak. Są też zające Fibonacciego i fraktale. Świetna książka dla dzieci - według mnie - od siódmego roku życia.




poniedziałek, 30 maja 2016

Przedwakacyjny kącik zapowiedzi.

Trochę martwy sezon. 
Przed wakacjami najwięcej wychodzi plażowych czytadeł. Nic do nich nie mam, każdemu według potrzeb, ale akurat mnie nieszczególnie interesują. Romanse też nie są w zakresie moich upodobań, a tych także o tej porze roku nie brakuje. 
Znalazłam jednak kilka rzeczy, głównie dla dzieci, które wydają mi się godne uwagi.

1. Z okazji setnych urodzin Dahla Znak wydaje trzy nieznane w Polsce pozycje tego autora. W sprzedaży od 20. czerwca:




2. Jako że lubię ciekawe książki kucharskie, cieszy mnie, że ukaże się polska wersja książki autorki bloga Forest Feast. I nawet nie o przepisy chodzi, ale o przyjemność z obcowania z czymś urodziwym. 
Książka do kupienia od 15. czerwca. 
Wrzucam kilka zdjęć ze środka oryginalnego wydania.






3. Dwie książki pana Samojlika. Dla maluchów nowy Żubr Pompik z Media Rodzina, a dla każdego - Pikotek z wydawnictwa Widnokrąg. Pikotek miał premierę na Targach Książki w Warszawie kilka dni temu (ale w księgarniach go jeszcze nie widzę), a Żubr ukaże się - nie wiem, na stronie wydawnictwa daty nie ma, ale pewnie wkrótce.



4. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć coś o życiu autora Tytusa, to może już za kilka dni przeczytać:


5. Przed letnią wycieczką z dzieciakami w góry, można od Dwóch Sióstr w czerwcu kupić przewodnik po tychże. Zadania związane z tematem, najważniejsze pojęcia, te sprawy. Podobno fajne, raczej dla starszaków. :)


6. A teraz coś dla dorosłych. Yaa Gyasi napisała książkę, której opis mnie, przyznaję, zaintrygował. To może być wielki hit, albo olbrzymia klapa. Będę pilnie obserwować recenzje. Do kupienia już za trzy dni.

XVIII wiek, Ghana, zachodnie wybrzeże Afryki. Dwie przyrodnie siostry mieszkają w odległych wioskach, nigdy się nie spotkały, nie wiedzą nawet o swoim istnieniu.
Pierwsza z nich, Effia, poślubia angielskiego kolonizatora, dowódcę twierdzy Cape Coast Castle i żyje u boku kochającego męża. Druga, Esi, trafia do twierdzy w dramatycznych okolicznościach. Uprowadzona, wrzucona do lochu, zostaje następnie wysłana za ocean i sprzedana jako niewolnica.
Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Mroczne czasy niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka czarnych Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość - Droga do domu to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji. Powieść bardzo amerykańska, a jednocześnie pełna afrykańskiej magii.
Droga do domu to debiut literacki Yaa Gyasi . Na pomysł napisania książki wpadła, gdy szukała swych korzeni w Afryce. Podczas podróży po Ghanie odwiedziła Cape Coast Castle i jak później wyznała, od razu wiedziała, że to złowrogie miejsce stanie się centrum jej opowieści. Książka wzbudziła prawdziwą sensację na Targach Książki w Londynie – prawa do wydania na podstawie samego zarysu książki zakupiło kilkanaście krajów.


7. A na koniec kolejne tomy pewnych serii, które czytuje mój syn. Wrzucam, żeby nie zapomnieć. ;)
"Skrzydła" już za kilka dni, "Opiekunowie" dopiero w sierpniu.



poniedziałek, 23 maja 2016

Książki kucharskie. Część druga.

Część pierwsza TUTAJ.

Tę notkę miałam gotową już od dawna, brakowało tylko wrzucenia kilku szczegółów. Ponieważ jestem ostatnio ciągle głodna, to wydaje się znakomitym pomysłem dokończenie jej wreszcie.

Tym razem zestaw nieco bardziej wytrawny.

Na początek jedna z moich ulubionych książek. Korzystam z niej często, kiedy mam standardowy dylemat - "o rany, co dzisiaj zrobić na obiad". Przepisy są proste, udane i smaczne. Wypróbowałam (no dobra, mój mąż, bo on głównie gotuje rzeczy tego typu w naszym domu ;)) już całkiem sporo przepisów i wszystkie były dobre. Niektóre bym za drugim razem nieco zmodyfikowała (bo lubię pikantniej po prostu), ale generalnie - świetna książka.




"Mamuszka" to mój nowy nabytek i jeszcze zupełnie dziewiczy, bo nie zrobiłam ani jednego dania z tej książki. Mnóstwo w niej jednak przepisów prostych, z niewydumanych składników (to wschodnia kuchnia, więc z jednej strony "bieda placki" i ciasto topielec, a z drugiej bakłażany, feta i orzechy). Przepisy o różnym stopniu skomplikowania, ale mnie zawsze najbardziej ujmują te najprostsze (i desery, no ale). Sporo tu też rzeczy dobrze znanych - kiszona kapusta, proste dżemy, rosół z kluskami kładzionymi, wódka z porzeczkami. Kresy. Mnie się podoba. I ma śliczną, śliiiczną okładkę. :D




Na koniec dwie książki, które są konsekwencją mojej nowej pasji - żarcia trawnika. ;)

Zaczęło się niewinnie - ponieważ w ogrodzie w ubiegłym roku miałam nadmiar winogron, to pomyślałam, że muszę w kolejnym roku zrobić z nich wino. Ponieważ jednak najpierw chciałam na czymś wypróbować i zaobserwować procesy, które tym rządzą (działanie drożdży winnych i tak dalej), to nastawiałam w pękatym wazonie (tak, a co!) wino z mniszka lekarskiego.
A potem - potem pieląc wokół choinki pomyślałam, że przecież pokrzywy są jadalne, prawda? Wielu ludzi robi z nich np. zupę. Toż to prawie szpinak, a ja przecież żadnej chemii w ogrodzie nie używam, więc...

I tak, po nitce do kłębka, zaczęłam zgłębiać temat.


"Pyszne chwasty" to zdecydowanie dla mnie ciekawsza pozycja, niż "Jadalne kwiaty". Sporo tam prostoty i przepisów w zasadzie niekoniecznie nowatorskich, ale pokazujących, że do tego, co w sumie dobrze znamy w kuchni, można dodać nieco fantazji w postaci np. liści mniszka, albo babki lancetowatej. Do tego lista jadalnych RODZIMYCH chwastów, opis ich właściwości, sposobu zbierania i przechowywania. Pożyteczne (ale, uprzedzam, jak nie macie skąd wziąć czystego zielska, to pewnie dla Was będzie zupełnie bezużyteczna książka - obok drogi, czy na osiedlowym trawniku lepiej jedzenia nie zbierać).



"Jadalne kwiaty" z kolei traktuję jak encyklopedię łąkowych kwiatów jadalnych, bo przepisy są często dość wydumane (nie wszystkie, nie wszystkie), albo opierają się głównie na tym, że jakieś zwykłe danie się kwiatami po prostu dekoruje. Niemniej bardzo mi się ta książka przydaje jako kompendium roślin (kwitnących), które mogę zebrać i zjeść. Przepisy są dużo mniej inspirujące, niż w "Pysznych chwastach".

Obie pozycje polecam ludziom, którzy mają własne ogrody, działeczki, albo dostęp do łąk w pewnym oddaleniu od ruchliwych dróg i opryskiwanych trawników.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...