Wiosenny kącik zapowiedzi 2019.

Wiosenny kącik zapowiedzi 2019.

Dawno nie było kącika z zapowiedziami, a wiem, że "dobrze się klika", czyli chyba lubicie go przeglądać. :)

Sporo ostatnio ukazało się rzeczy dobrych i ciekawych, a późna wiosna zapowiada się także całkiem nieźle na rynku wydawniczym.

Do rzeczy jednak.

1. Nowe komiksy.

Doczekamy się kolejnego tomu Kaczora Donalda Carla Barksa (23. maja, Egmont):


A także znakomitej komiksowej biografii Audubona (taki ornitolog :)), komiksu nominowanego do paru ważnych nagród (w Polsce wydadzą ten komiks Marginesy, które wchodzą na rynek obrazkowy z całkiem niezłym przytupem; spodziewajcie się tej nowości 22 maja):



Ukaże się też całkiem ciekawa rzecz - komiksowa opowieść o twórcy gry Tetris (także Marginesy, także 22 maja). :)




2. Nowe książki autorów, którzy nie piszą tak znowu wiele, ale za to jak już piszą, to na serio. ;)

Nowa książka Dukaja to refleksja nad współczesnością. Wydawca opisuje tak:

Koniec pisma i człowiek tracący podmiotowość w nowym dziele Jacka Dukaja. Intelektualna podróż wokół najbardziej fascynujących zagadnień współczesnej cywilizacji – aż do jej kresu i do kresu człowieka.
Przez ostatnich kilka tysięcy lat pismo, książki i biblioteki były nośnikami i skarbnicami wiedzy. Technologia pisma stworzyła cywilizację człowieka. Myślenie pismem oznacza myślenie symbolami, ideami i kategoriami. Daje bezpośredni dostęp do wnętrza innych: ich emocji, przeżyć i poczucia „ja”. Wyniósłszy tę umiejętność na wyżyny sztuki, w istocie tworzy nasze życie duchowe.
W Po piśmie Dukaj pokazuje ludzkość u progu nowej ery. Kolejne technologie bezpośredniego transferu przeżyć – od fonografu do telewizji, internetu i virtual reality – wyprowadzają nas z domeny pisma. Stopniowo, niezauważalnie odzwyczajamy się od człowieka, jakiego znaliśmy z literatury – od podmiotowego „ja”.
„Mechanizm «wyzwalania z pisma» napędzają miliardy codziennych wyborów producentów i konsumentów kultury. Nie napiszę listu – zadzwonię. Nie przeczytam powieści – obejrzę serial. Nie wyrażę politycznego sprzeciwu w postaci artykułu – nagram filmik i wrzucę go na jutjuba. Nie spędzam nocy na lekturze poezji – gram w gry. Nie czytam autobiografii – żyję celebów na Instagramie. Nie czytam wywiadów – słucham, oglądam wywiady. Nie notuję – nagrywam. Nie opisuję – fotografuję”.
Literatura, filozofia, popkultura, neuronauka i fizyka – zaglądamy za kulisy cywilizacji i odkrywamy, że to nie człowiek posługuje się stworzonymi przez siebie narzędziami, ale to one coraz częściej posługują się człowiekiem.
Nadchodzą czasy postpiśmienne, gdy miejsce człowieka-podmiotu i jego „ja” zajmują bezpośrednio przekazywane przeżycia.
„Czy mogę powiedzieć o sobie: «jestem oglądaniem serialu», «jestem śledzeniem celebów na Instagramie»?”
Człowiek staje się maszyną do przeżywania.
Książka ukaże się, jak to Dukaj, w Literackim. Piętnastego maja.


Do tego autor "Angielskiego pacjenta" znowu napisał coś o wojnie i świecie powojennym. I to napisał podobno nieźle (nominacja do Bookera).

Opis wydawcy:

Rok 1945. Londyn odbudowuje się po latach wojny. Rodzice czternastoletniego Nathaniela i jego starszej siostry, Rachel, wyjeżdżają do Singapuru i pozostawiają rodzeństwo pod opieką tajemniczego mężczyzny, którego ci nazywają Ćmą. Rachel i Nathaniel podejrzewają, że jest on kryminalistą, a każdy dzień utwierdza ich w tym przekonaniu – zwłaszcza kiedy zaczynają poznawać jego ekscentrycznych przyjaciół… Każda z galerii postaci, z którymi zapozna ich Ćma, zdaje się wiedzieć, jak najlepiej ochronić Nathaniela i Rachel – i jak najlepiej ich wychować, czasem w zupełnie niezwyczajny sposób.
Dziesiątki lat później Nathaniel zaczyna odkrywać wszystko, czego nie wiedział lub nie rozumiał w latach po wojnie. Ta właśnie podróż – przez rzeczywistość, wspomnienia i imaginacje – jest opisana w tej wspaniałej powieści Michaela Ondaatjego.
Książkę wyda Albatros, 15 maja.


Ukaże się też nowa książka Houellebecqa. Na pewno depresyjna, a główny bohater będzie antypatyczny. ;) (WAB, 15 maja).



3. Dla dzieci też kilka fajności.

Obrazkowe cudeńko, które po rozłożeniu staje się miarką wzrostu, ale poza tym jest kolorowym cackiem. Mamania, 15 maja.



Oprócz tego świetnie zapowiada się książka o ważnych postaciach kobiecych. Moje feministyczne serduszko raduje się. ;) Rzecz zostanie wydana 15 maja przez Wydawnictwo Kobiece.


I oczywiście nowiutka Mama Mu! Na pewno sobie kupię, bo kocham Mamę Mu. I nie szkodzi, że mój syn ma 12 lat. Ja w tym momencie mam cztery lata i nie chcę wstać rano do przedszkola. ;) 
Wydawnictwo Zakamarki, 15 maja.


4. Jeśli podobała Wam się książeczka "Mężczyźni objaśniają mi świat", to ta sama autorka napisała coś nowego. Tym razem trochę o czymś innym:

„Nadzieja tkwi w założeniu, że nie sposób przewidzieć, co się stanie w przyszłości, i że w tej szczelinie niepewności powstaje przestrzeń do działania” – twierdzi Rebecca Solnit. Nie zawsze jesteśmy świadomi tego, jak wielki wpływ na bieg historii mogą mieć drobne zdarzenia i nasze jednostkowe postawy. Zmiana rodzi się długo, ale czasem wystarczy iskra, by dokonała się w jednej chwili. Książka jest kroniką takich właśnie, zakończonych częściowym lub całkowitym sukcesem, przedsięwzięć podejmowanych przez mniejsze i większe grupy ludzi, którzy chcieli zburzyć istniejący porządek i zmienić świat na lepszy – od upadku muru berlińskiego i rewolucji zapatystów, poprzez marsze alterglobalistów, jaśminową rewolucję, aż po niebywałe akty solidarności i pomocy okazywanej w sytuacji klęsk żywiołowych lub nieoczekiwane zwycięstwa ekologów w walce o czystą energię.
„Wspólnie jesteśmy nad wyraz potężne i potężni i mamy za sobą rzadko wspominaną, rzadko pamiętaną historię zwycięstw i przeobrażeń, która może dodać nam otuchy i wiary w siebie, w to, że owszem, możemy zmienić świat, gdyż nieraz już nam się to wcześniej udało. (…) Trzeba nam litanii, różańca, sutry, mantry, wojennych pieśni na cześć naszych zwycięstw. Przeszłość odsłania się w blasku dnia i przemienić się może w pochodnię, którą nieść będziemy w noc, jaką jest dla nas przyszłość”.
Karakter, 6 czerwca.


5. Nowy tom serii amerykańskiej z Czarnego. Bo uwielbiam serię amerykańską z Czarnego. Tym razem będzie o lądowaniu na księżycu i o losie astronautów, którzy brali w tym udział (mam skojarzenia z "Przystankiem Alaska"; kto widział, ten wie).

12 czerwca.


6. A na koniec na smutno. Bo czasy takie niespokojne. Przytoczę Wam opis wydawcy:

Powieść odkryta po 80 latach. List w butelce z nazistowskich Niemiec.
Trzymający w napięciu jak thriller, wstrząsający obraz czasu zapowiadającego Zagładę
Berlin, listopad 1938 roku, tuż po nocy kryształowej. Ktoś wali do drzwi kupca Otto Silbermanna. W całym mieście trwają aresztowania. Otto ucieka tylnymi schodami. W gazecie czyta, że Żydzi wypowiedzieli wojnę narodowi niemieckiemu. Silbermann nie jest już kupcem i obywatelem – stał się wyjętym spod prawa. Czy będzie mógł komukolwiek zaufać? I czy ludzie, których spotka na swojej drodze, nie wydali już na niego wyroku? Zadziwiająco aktualna, choć napisana w 1938 roku, opowieść o tym, jak bierność staje się siostrą przemocy.
Chyba przeczytam. Choć trochę się boję. Znak, 19 czerwca.



Panie z Cranford, czyli czytajmy powieści wiktoriańskie. :)

Panie z Cranford, czyli czytajmy powieści wiktoriańskie. :)

Czasami, kiedy jestem zmęczona, znużona i nie wiem, co czytać, sięgam po powieści wiktoriańskie. Dają mi one dużo spokoju, czerpię z nich radość, jakiej nie daje mi żadna inna literatura. Próbowałam szukać obyczajowych czytadeł we współczesnej literaturze, ale większość mnie drażni, męczy i żenuje. Oczywiście są wyjątki, ale jednak wiktoriańskim bajaniom pozostaję wierna.

Można by uznać, że pisanie o książce z XIX wieku pewnie nikogo nie zainteresuje, ale postanowiłam zaryzykować. :) Hej, i tak na blogu nie zarabiam, więc nie muszę dbać o kliki. ;)

Z "Paniami z Cranford" zetknęłam się najpierw w formie serialowej. Znakomity to serial, z cudownymi charakterami oparty (choć niezbyt ortodoksyjnie) na powieści Gaskell.



"Panie z Cranford" to opowiastki o kilku paniach z małego miasteczka. Panie nie są zamożne, choć nie wypada o tym mówić. Plotkują zdrowo i kochają konwenanse. A najbardziej je ekscytuje, kiedy ktoś te konwenanse łamie. Och, wtedy dopiero jest powód do spotkania.

"Jakby nie dość już tego, że był rodzaju męskiego, że związał się z tą obrzydłą koleją, posiadał jeszcze tyle bezczelności, że mówił o swojej biedzie! Doprawdy, należałoby zerwać z nim wszelkie stosunki! Śmierć jest równie prawdziwa i powszechna jak ubóstwo, a przecież nie rozprawia się o niej głośno na ulicy."

Mamy tu świat, który jest pełen postaci żywych i krwistych, choć zawieszonych w rzeczywistości tragicznej i komicznej jednocześnie. Ludzie umierają jakby tylko dlatego, że, dajmy na to, odwiedzili Paryż. Albo ratując niewiasty z opresji, albo po prostu dlatego, że tak postanowili. Bywają tu historie dramatyczne, ale opowiedziane ze spokojem i w pogodzeniu z kolejami losu. Cudowne to jest i wiktoriańskie na wskroś.

A do tego Gaskell miała znakomite poczucie humoru i umiała w kilku zdaniach wspaniale opisać np. zmagania pań z posiadaniem nowego dywanu, który należy okrywać gazetami, by słońce go nie odbarwiło. Brzmi nudno? Pewnie takie trochę jest, ale niewiele rzeczy pozwala tak bardzo się zrelaksować. :)



Niektórzy mówią, że Austen jest lepsza. Ja sądzę, że nie ma sensu porównywać. Gaskell ma inne poczucie humoru. A w "Paniach z Cranford" nie ma wielkiej fabuły, nie ma żadnej intrygi, romanse są raczej niewielkie, panie są już wiekowe, a ich życie kręci wokół oszczędzania świec i odwiedzania przyjaciółek. Nie czytamy tej książki, żeby dowiedzieć się, która z bohaterek wyląduje na końcu z przystojnym amantem na ślubnym kobiercu. Czytamy ją, bo panie z Cranford są miłymi kobietami, a nam jest miło z nimi przebywać.

Polecam na wiosnę. Bo mogę. ;)
Wagina. Sekretna historia kobiecej siły. Blackledge

Wagina. Sekretna historia kobiecej siły. Blackledge

"Wagina" nie jest książką szczególnie nową, bo po raz pierwszy została wydana w 2003 roku. Po polsku też doczekała się kilku wydań. Sama kupiłam ją sobie teraz, bo została w tym roku wznowiona w ślicznej, różowiutkiej okładce, ale czytałam ją już wcześniej. Wróciłam jednak do niej, bo to świetna, bardzo rzetelna i bardzo pozytywna książka, która fantastycznie przekazuje specjalistyczną wiedzę na temat funkcji waginy w świecie ludzi i zwierząt.



Blackledge daje nam także lekcję (pobieżną, ale uczciwą) na temat roli waginy w różnych kulturach (byłych i obecnych), zaczynając od dającego siłę opisu wiary w moc kobiecego sromu, zdolnego odstraszać sztormy i przeganiać wrogów. Tak, moi drodzy. Ja nie wiem, czemu wciąż mówi się, że do czegoś "trzeba mieć jaja". Jaja są delikatne i łatwo je uszkodzić. To wagina znosi w życiu prawdziwy łomot. :P



To nie jest książka, która jest lekkim czytadłem. Dla kogoś, kto spodziewa się pełnej sensacji, pikantnej, skandalizującej pozycji, będzie rozczarowaniem. To jest porządnie udokumentowane (bibliografia!) kompendium wiedzy o cipkach. :) Tekst jest wyjątkowo staranny i tkwiący w nurcie "women empowerment". Może upewniać kobiety, zwłaszcza młode i wychowane w kulturze pełnej wstydu i uprzedzeń, że z tym, jak wyglądają ich narządy płciowe jest wszystko w porządku (tak, są zdjęcia), że ich ciało nie jest brudne, grzeszne, czy obrzydliwe tylko dlatego, że jest kobiece.



Pamiętam, jak pierwszy raz czytałam "Waginę" w 2004 roku. Nie miałam jeszcze dzieci, a moja relacja ze swoim - wtedy wciąż młodym - ciałem była nadal oparta na pewnym niedowierzaniu w jego możliwości. ;)  Wtedy była to dla mnie lektura, która zdjęła ze mnie wiele uprzedzeń, pozwoliła spojrzeć na siebie w lustrze jak na kogoś, kto nie nosi między nogami źródła wszelkich kłopotów, ale jak na kobietę, którą w zasadzie dopiero uczyłam się być.



Specjalnie kupiłam sobie to nowe wydanie, bo mam olbrzymi sentyment do tej książki. Przeczytałam ją ponownie, postawiłam na półce i zaczynam się powoli zastanawiać, czy nie powinnam jej znaleźć - razem z resztą moich feministycznych książek - miejsca bardziej eksponowanego. Takiego, które będzie straszyć gości jak tylko wejdą w progi mojego domu. Oto WAGINA, a tuż obok - znakomita - "Sztuka obsługi penisa". Zapraszamy.

Jako i wy zaproście "Waginę" na swoje półki. ;)

(I cieszcie się, że nie jesteście hienami - ich waginy mają przerąbane. O czym też przeczytacie u Blackledge.)


Głosy. Co się wydarzyło na wyspie Jersey?

Głosy. Co się wydarzyło na wyspie Jersey?

W 2011 roku wszystkie europejskie media przez jakiś czas żyły potworną zbrodnią, jakiej dokonał na swojej rodzinie (i rodzinie sąsiadów) pewien polski imigrant. Mężczyzna zamordował 6 osób przy pomocy dwóch noży. Swoją żonę, dzieci, żonę sąsiada i jego małe dziecko. Morderca nazywał się Damian Rzeszowski i mieszkał na wyspie Jersey, która jest jedną z Wysp Normandzkich, zależną od Wielkiej Brytanii.



Jersey to dziwne miejsce. Bardzo spokojne, niewiele znaczące, o niskiej przestępczości, trzymające się z dala od wielkiej polityki. Formalnie nie należy do Unii Europejskiej, a królowa brytyjska ma tam status księcia Normandii (nie przejęzyczyłam się). Jersey ma powierzchnię 116 km kwadratowych, więc nie jest to też największy kawałek lądu na świecie.
Dla świata Jersey ma jednak do zaoferowania znakomite ustawodawstwo, które sprawia, że wyspa jest jednym z rajów podatkowych. Na dodatek bezrobocie wynosi tam 1% i ciągle brakuje rąk do prostych prac (zwłaszcza uprawy lokalnej odmiany ziemniaka) - stąd sporo tam imigrantów m.in. z Polski.

Autorzy "Głosów" - Ewa Winnicka (autorka kilku niezłych reportaży) i Dionisos Sturis (grecko-polski reportażysta, który specjalizuje się w tematyce ludzkich migracji) postanowili tutaj połączyć dwa tematy: opowieść o zbrodni i opowieść o wyspie, a zwłaszcza historię Polaków na Jersey. Koncept przypomina trochę książkę, o której pisałam niedawno - "Śmierć wisi w powietrzu", a dusznawy klimacik małej wyspy - trochę (ale tylko trochę) niesamowitą książkę o Pitcairn.

Pobieżnie zrelacjonowana historia Jersey przeplata się z opisami procesu sądowego i badań psychiatrycznych Damiana Rzeszowskiego. Autorzy mieli dostęp do akt sprawy, więc przytaczają dosłownie treść niektórych przesłuchań na sali sądowej. Proces w zasadzie nie skupia się na zdecydowaniu, czy Damian jest winny (byli świadkowie), ale na tym, czy był poczytalny, bo od tego zależała wysokość wyroku. Mamy więc tutaj głównie opinie licznych psychiatrów, często sprzeczne ze sobą i pozostaje nam (tak jak przysięgłym) samemu wyrobić sobie opinię.

Źródło: mentalfloss.com

To jest dość dziwny reportaż, nie jest to typowe "true crime", a dla mnie chyba najbardziej wartościowy był wgląd w życie niektórych emigrantów zarobkowych na wyspie. Ich problemy prawne, poczucie osamotnienia, beznadziejne warunki bytowe. Opis tego świata był najbardziej cenny, zwłaszcza w połączeniu z opisem historii wyspy, o której istnieniu co prawda wiedziałam, ale nigdy się nią nie interesowałam.

Daleka jestem od zachwytu, ale to solidna reporterska robota. I czyta się dobrze.
Śmierć wisi w powietrzu - Kate Winkler Dawson

Śmierć wisi w powietrzu - Kate Winkler Dawson

Ciekawą książkę przeczytałam i jestem dość zdziwiona, że to była udana pozycja. :)

Po "Śmierć wisi w powietrzu" sięgnęłam bardzo przypadkowo. Kupiłam tę książkę, bo zainteresował mnie opis na okładce, ale wcześniej nie zrobiłam absolutnie żadnego rozeznania, czy czasem nie kupuję totalnej bzdury, której się nie da czytać. ;) 

Autorką jest dziennikarka i producentka telewizyjna, która ma ewidentnie znakomity warsztat, ponieważ z dwóch tematów, które niekoniecznie bezpośrednio się ze sobą łączą, zrobiła świetny reportaż i przeprowadziła rzetelne śledztwo, które opisała w sposób nienużący i bardzo przejrzysty. 


Mamy tutaj dwie sprawy. Obie zmieniły brytyjskie prawodawstwo, obie toczyły się na początku lat 50. XX wieku w Londynie. Z jednej strony mamy słynny smog, "peasouper", który zabija w pięć dni tysiące ludzi (mówi się o dwunastu tysiącach ofiar), z drugiej strony jest seryjny morderca kobiet, którego sprawa odwraca uwagę od problemu palenia trującym węglem (zwłaszcza tzw. nutty slack) i przekierowuje uwagę parlamentu w kierunku modyfikacji prawa dotyczącego kary śmierci.

Przyznaję, że jestem pod wrażeniem tego, jak zgrabnie można zrelacjonować nudne posiedzenia parlamentu, jak sprawnie da się wpleść w opowieść o węglu dzieje ofiar psychopaty. Jestem po prostu mile zaskoczona tym, że da się tak solidnie i rzetelnie napisać książkę, która dość arbitralnie i niekoniecznie w oczywisty sposób łączy ze sobą dwie sprawy. 
Śledzimy osoby, których bliscy umierają z powodu trującego powietrza, śledzimy losy kobiet, które wpadają w sidła gwałciciela i mordercy, śledzimy też jednocześnie polityków, którzy nie chcą słyszeć o ograniczeniu palenia tanim węglem, a także patrzymy na to, co bardziej interesuje w danym momencie prasę - czy tysiące ludzi konających w przepełnionych szpitalach w trakcie wielkiego smogu, czy odkrycie pod podłogą pewnego domu zwłok kilku kobiet. 

Morderstwa nie miały związku ze smogiem, ale udało się te dwie sprawy splatać w sposób spójny i ciekawy. Dziwna to jest książka, ale w tej dziwności znalazłam sporą frajdę. Dobrze jest przeczytać wreszcie coś "innego". A na dodatek - w dobie miłości polskiego rządu do węgla - miło jest utwierdzić się w przekonaniu, że politycy sprzyjający lobby węglowemu nie mogą doprowadzić do niczego dobrego. 

Poczytajcie, jak lubicie się wgryźć głęboko w jakiś temat i skupić na książce. Poczytajcie, jeśli chcecie poczuć atmosferę Londynu sprzed ponad pół wieku. Poczytajcie, jeśli kręci Was czytanie o seryjnych mordercach. Zastrzegam jednak, że nie jest to ekstremalnie lekkie czytadło i trzeba się trochę interesować polityką, smogiem czy historią, żeby czerpać radość z książki pani Dawson. Z pewnością jednak mogę powiedzieć, że to jest warsztatowo bardzo dobra pozycja, w którą autorka włożyła mnóstwo uczciwej pracy. Polecam zainteresowanym tematem. :)
The Radium Girls, Kate Moore

The Radium Girls, Kate Moore

Znowu mam dla Was dobry reportaż. Niestety znowu przerażająco ponury. To jedna ze smutniejszych książek, jakie czytałam.

W latach 20. ubiegłego wieku trwał boom na produkty z radem. Tym radem, który został odkryty przez Skłodowską. Nie znane były jeszcze jego długofalowe skutki uboczne (choć naukowcy - w tym Piotr Curie - przebąkiwali, że należy z nim zachować ostrożność), za to rad był bardzo efektowny, bo świecił. Opatentowano więc farbę, którą malowano na przykład cyferblaty wojskowych zegarków, żeby po ciemku było łatwo je odczytać. Cyferblaty były malowane przez dziewczęta z fabryki zegarków. Malowały małymi, precyzyjnymi pędzelkami, które musiały być cały czas "naostrzone". A najłatwiej robiło się to, oblizując włosie, przy okazji zlizując też drobiny farby z radem. Dziewczęta były młodziutkie, nastolatki, dwudziestolatki. I zarabiały, jak na ówczesne standardy, całkiem dobre pieniądze. I budziły podziw, kiedy wychodziły wieczorem z fabryki i lśniły w ciemności, całe opryskane radową farbą. Jak duchy.

Dziewczyna malująca cyferblat radioaktywną farbą. Źródło: https://www.thevintagenews.com/2018/01/01/radium-girls-2/

Niestety rad kumulował się w kościach młodych kobiet, które po wielu miesiącach, a czasami latach pracy z radioaktywną farbą, zaczynały chorować. I była to droga w jedną stronę, bo pierwiastek czynił postępujące spustoszenia w ich ciałach. Wypadały im wszystkie zęby, kruszyły się kości, gniło ciało. Agonia trwała latami i nie dało się jej zatrzymać, bo nie było sposobu, by wydostać rad z kości. Rad, który cały czas promieniował - nawet po śmierci dziewcząt ich kości zostawały radioaktywne. A była to śmierć w męczarniach - młode kobiety umierały ropiejąc i gnijąc, podczas gdy w fabrykach wciąż pracowały inne, bo firma, która robiła biznes na radowej farbie, nie chciała przyznać, że pierwiastek, którego używa, może być niebezpieczny.



Książka jest historią procesu ujawniania straszliwej prawdy o radzie. To historia kobiet, które - umierając - toczą wielkie sądowe batalie z bogatą firmą. Umierają na oczach ludzi śledzących procesy w gazetach, wiedzą, że każdy ich dzień jest policzony i że tych dni nie zostało wiele, ale mimo tego próbują walczyć o prawdę. I to jest walka, na którą trudno się patrzy. Nierówna, usiana trupami kobiet.

Oglądaliście czasami thrillery sądowe? Takie, w których cała akcja dzieje się na sali sądowej, a my obgryzamy paznokcie, patrząc na słowne przepychanki prawników? To jest tego typu książka. Nie możemy przestać patrzeć na tego ping ponga - przerzucanie się dowodami i argumentami. Wielka korporacja kontra niezłomne dziewczęta świecące w ciemności. I strasznie dużo śmierci.

Bardzo ciekawą decyzją wydawcy (Poradnia K) było nie tłumaczenie tytułu na polski. Długo się zastanawiałam, czy to była dobra decyzja, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej się przekonuję, że tak. Nie mogłam znaleźć dobrego tłumaczenia "The Radium Girls". Takiego, które nie brzmiałoby zbyt lekko, zbyt frywolnie, zbyt niepoważnie. I do tego było wystarczająco znamienne.

Świetna to książka, ale ma olbrzymi ładunek smutku. Trudno się myśli o ogromie cierpienia, jakiego doświadczyły te kobiety. I trudno nie oburzać się, kiedy widzimy, że pracownice radowego imperium nie były długo traktowane poważnie, bo były kobietami (pojedyncza śmierć jednego z męskich pracowników firmy natychmiast wzbudziła o wiele więcej zainteresowania, niż padające jak muchy dziewczyny).

Do tego wszystkiego książka jest porządnie udokumentowana, napisana z wielką pasją i znawstwem,  a autorka poświęca zapomnianym, krótkim życiom pracownic dużo uwagi i troski. Cholernie dobra robota i fascynująca, choć niezaprzeczalnie przykra, historia. Przeczytajcie.
Spacer z psem, czyli co z tego, że nie mam już małych dzieci.

Spacer z psem, czyli co z tego, że nie mam już małych dzieci.

Kupiłam sobie książkę dla dzieci.
I tak bardzo, bardzo się z niej cieszę. :)
To jest jedna z tych książek, które się kupuje, żeby na nie patrzeć.

Kocham Svena Nordvista, a mój syn wychowywał się na Pettsonie i Findusie, o którym pisałam TUTAJ. Znamy te książki na pamięć, stoją u nas na półce i czasami wciąż do nich zaglądam - z nostalgią, zachwytem, czasem ze ściśniętym sercem, bo wciąż mnie wzruszają, a ilustracje mnie cieszą i sprawiają przyjemność.



Jak dowiedziałam się, że Media Rodzina wypuści kolejną książkę Nordqvista, tym razem będącą typowym picture bookiem, bez tekstu, będącym baśnią do oglądania, ucieszyłam się niezmiernie i zdziwiłam, że o niej jeszcze nie słyszałam, bo pewnie dawno już bym ją miała (w końcu tłumaczenie nie jest potrzebne ;)).



Kiedy dostałam "Spacer z psem" w swoje ręce, to - słowo daję - trzęsłam się z ekscytacji. :) Oglądałam zachłannie i w pełni szczęścia. Książka bardzo przypomina inną tego autora - cudowną, poetycką opowieść "Gdzie jest moja siostra?". Kraina jest tak samo oniryczna, a dziecięcy bohater także wyrusza tam w podróż po świecie szalonym, lekko niebezpiecznym, acz ogólnie jednak przyjaznym. Tam poszukiwał siostry (i towarzyszył temu krótki tekst), a tutaj chłopiec wyrusza na spacer ze swoim wielkim, białym psem. Dla małego dziecka, które by dostało tę książkę, pewnie radością byłoby szukanie tegoż psa na wielkich stronach pełnych szczegółów. Przypomina to wtedy trochę książki w stylu "Miasteczko Mamoko" czy "Ulica Czereśniowa", ale dla starszych dzieci jest tam cała historia. Jest miasto, jest wieś, jest morze, są potwory, przygody, szalone kolejki, olbrzymie stwory, a także znane ze świata Pettsona mukle.



Czegóż tam nie ma! Jest baśń i groza. Zabawa, pościg, ucieczka, lekko ponure zoo i zupełnie zwyczajna babcia, która czeka na wnuka w drzwiach domu. Czy on to wszystko na kartach książki przeżył, czy sobie wyobraził, nie ma to znaczenia. Jest cudownie, jest pięknie, jest szczegółowo. Jest tak, jak we wszystkich książkach Nordqvista - przy każdym kolejnym oglądaniu zauważamy coś nowego, coś, czego nie widzieliśmy wcześniej.



Matko, jakie to jest piękne. I tak bardzo kojarzy mi się z czasami, kiedy mój duży syn był przedszkolakiem, któremu po raz osiemdziesiąty czytałam "Minutę koguta". Cacko. "Do mania". :)


Walka kobiet - komiks o feminizmie.

Walka kobiet - komiks o feminizmie.

Od paru miesięcy zbieram się, żeby napisać o tym komiksie, bo jest naprawdę niesamowity. A do tego wydaje się jednym z najgenialniejszych wprowadzeń do zagadnień równościowych - świetna lektura dla młodzieży na etykę albo na historię (gdyby ktoś w polskiej szkole jakimś cudem uczył o historii praw kobiet).



Marta Breen, pisarka, wraz z ilustratorką Jenny Jordahl, postanowiły w zwięzłym ujęciu przedstawić 150 lat walki o prawa kobiet. To nie jest naukowe kompendium, ale bardzo zgrabne, świetnie narysowane zestawienie wybranych kobiecych postaci i wydarzeń, które odcisnęły się na dziejach świata i ruchu feministycznego. Mamy tu nie tylko sufrażystki, ale też kobiety z tzw. kolei podziemnej, które walczyły o prawa niewolników i prawa czarnoskórych kobiet, które to swoją walkę o ludzkie traktowanie musiały prowadzić dłużej, niż czarnoskórzy mężczyźni.

Komiks sprawdza się znakomicie jako medium, które może w atrakcyjny sposób pokazać temat bardzo trudny i przykry, a przy okazji - co jest bardzo ważne, zwłaszcza w Polsce, gdzie zrozumienie, na czym polega feminizm, wciąż jest niewielkie - pokazuje wyjątkowo klarownie, dlaczego nadal walka kobiet o ich prawa nie jest zakończona.

Co więcej, książka jest bardzo aktualna, bo zahacza o współczesne wydarzenia, także o - powiązane z feminizmem - ruchy walczące o prawa osób LGBT. 



Radosna, niefrasobliwa wręcz, kreska Jenny Jordahl kontrastuje z ciężarem tematu. Komiks czyta się lekko, a opowieści układają się gładko i zgrabnie, choć bywają trudne i nie zawsze zakończone zwycięstwem w batalii o którąś ze spraw, o które walczą bohaterki. 

Czytałam dużo książek, które mówiły o feminizmie, ale ta jest pierwszą, przy której się uśmiechałam - mimo wszystko. To chyba dobra rekomendacja, bo dla młodszych czytelników pewne drastyczne tematy niekoniecznie powinny być zbyt dosłowne (choć są zasygnalizowane, bo nie da się od nich uciec), za to pokazanie w kilku kadrach, jak istotne dla kobiet było wynalezienie tabletki antykoncepcyjnej, to mistrzostwo świata. Mogłabym o tym pewnie prowadzić z synem rozmowę przez dobre kilkanaście minut, a tutaj mamy błyskotliwe obrazki, które nagle rozjaśniają temat najbardziej opornemu nastolatkowi. :) 



Kupcie swoim starszym dzieciom, kupcie sobie. Taka mądra, śliczna książka. I zanieście do szkół, niech świat płonie. ;) 

Kwiat paproci, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Kwiat paproci, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Właściwie nie spodziewałam się niczego po tym spektaklu. Wiecie, przedstawienie dla dzieci o Wyspiańskim. Nie dość, że pomysł trudny, to jeszcze przedstawienie dla dzieci (takich starszych nieco, ale zawsze). Uznałam jednak, że i tak musimy na to iść, bo jest bardzo mało przedstawień, na które można pójść z dzieckiem, które jest już za duże na kukiełki dla maluchów, a za małe na spektakle dla dorosłych.

Oferty dla młodszych nastolatków w teatrach prawie nie ma. Owszem, dla przedszkolaków można wybierać i przebierać, ale jak tylko dziecko wyrośnie z Teatru Groteska, to musi poczekać, aż będzie miało tyle lat, żeby ogarnąć dorosły repertuar, bo NIE MA oferty. Tak, w Starym czasami grają CUDOWNEGO "Kopciuszka" dla nastolatków (polecam tak gorąco, jak tylko się da), ale to tylko jeden spektakl; poza tym zostaje nam opera i musicale, no ale ileż można (plus - to jednak nie to samo)...

Kupiłam zatem bilety na ten "Kwiat paproci" (od lat ośmiu według strony www teatru i moim zdaniem słusznie - IMO to spektakl dla dzieciaków od lat co najmniej ośmiu tak do końca podstawówki) i poszliśmy. Kupiłam lożę, bo nie było za bardzo innych miejsc, narażając się na skręt karku, ale tylko przez leciutko ponad godzinę, bo spektakl nie jest długi, więc dało się to znieść.

Oficjalna fotografia promocyjna spektaklu. Źródło: https://teatrwkrakowie.pl/spektakl/kwiat-paproci

Autorką przedstawienia jest Maria Wojtyszko, młoda twórczyni, która co prawda nie ma jeszcze bardzo bogatego dorobku, ale to, co już stworzyła, pokazuje olbrzymi potencjał. Z reżyserem "Kwiatu" - Jakubem Kroftą - współpracowała już wcześniej i najwyraźniej dobrze im się razem pracuje. Krofta ma wielkie doświadczenie w teatrze lalek w Polsce i Czechach, co widać bardzo dobrze w Słowackim - elementy lalkarskie są rozegrane wspaniale, aktorzy lalkarze (zwłaszcza Dorota Wodzień) są świetni, a lalki są nadzwyczajne i absolutnie creepy.

Co do samego przedstawienia - ma ono dwie warstwy. Jedna jest opowieścią o małym Stasiu, który marzy, żeby być nieśmiertelnym, więc szuka kwiatu paproci, który by spełnił jego życzenie. To jest element dla młodszej widowni; bajkowy, bardzo ładny inscenizacyjnie, a teatr mógł się tu pochwalić swoją świeżutko zainstalowaną obrotową sceną i pokazać talent Matyldy Kotlińskiej, która umie w scenografię. ;)

Druga warstwa to dorosły Wyspiański, który - no cóż - ma halucynacje po rtęciowej terapii syfilisu. Radosny temat dla młodej widowni, który ucieszył mnie jak nie wiem. :D Widzimy postępującą chorobę artysty i drogę do napisania "Wesela". Są tam sceny lepiej i gorzej rozegrane, ale nie ma tam nadmiaru patosu, którego nie znoszę, więc koncepcja przedstawienia się broni, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, do jakiej grupy wiekowej jest wszystko kierowane.

Możemy zobaczyć też obie kurtyny w Słowaku - starą - po niedawnej renowacji - kurtynę Siemiradzkiego; i nową, stworzoną na podstawie projektu Wyspiańskiego. Trochę szkoda, że artysta nigdy swojego projektu na żywo nie obejrzał.

Nowa kurtyna Wyspiańskiego. Kiepskie zdjęcie z komórki mojego autorstwa. (Tzn. zdjęcie mojego autorstwa, a nie komórka... :P)

W tej dorosłej warstwie przedstawienia jest mnóstwo mrugnięć okiem do dorosłej widowni. Mamy bardzo subtelne aluzje polityczne (cudowna scena, w której następuje sugestia poprawienia projektu witraża), mamy bardzo ładne, ważne zwłaszcza dla młodej widowni, pokazanie miejsc w Krakowie związanych z Wyspiańskim, mamy uroczo kiczowatą animację kurtyny Siemiradzkiego i kilka innych drobiazgów, które sprawiły, że jako osoba dorosła, do której przecież nie był kierowany ten spektakl, nie nudziłam się i - biorąc uczciwie poprawkę, że nie jestem targetem "Kwiatu paproci" - bawiłam się nieźle.

Oczywiście, spektakl ma wady, bywa nierówny i niezwykle irytowała mnie postać Hermesa (ale też nie jestem wielką fanką Lidii Bogaczówny, która go grała), który prowadzi widownię czasami trochę za bardzo za rączkę. Na szczęście jednak twórcy przedstawienia nie przesłodzili, nie bali się brzydkich wyrazów, mrocznych tematów, śmierci i przerażających lalek; nie traktowali swoich młodych widzów jak niezdolne do samodzielnego myślenia kukiełki. Bardzo chwali się poważne traktowanie dzieci, bardzo lubię, kiedy teatr nie mówi do dorastających ludzi jak do upupionych niemowląt, do których nie można powiedzieć "cholera", czy opowiedzieć o chorobie i śmierci.

Nie ma nic gorszego, niż spektakl dla dzieci starszych, niż przedszkolaki, w którym słodzi się i klepie po główkach, zmiękcza każde słowo i ciurlipirla jak do noworodka. Bardzo dobrze, że udało się tego uniknąć i bardzo dobrze, że mimo trudnego i niewdzięcznego tematu (umówmy się, że młodzi ludzie rzadko fascynują się Wyspiańskim ;)), udało się zrobić spektakl strawny dla starszych dzieci, nie bolący rodziców, nie za długi (1 h 20 minut), a do tego - WIELKIE BRAWA - posiadający napisy po angielsku i ukraińsku, co pozwala uniknąć wykluczenia wśród rosnącej w Krakowie widowni obcojęzycznej.

Słowak w barokowej okazałości. Zdjęcie moje. 

Nie wiem, czy jestem obiektywna, bo od momentu, w którym obejrzałam "Wesele" w reżyserii Jana Klaty, mam na punkcie Wyspiańskiego małą obsesję; prawie wszystko, co z nim związane, budzi we mnie miłą ekscytację. Niemniej jestem absolutnie pewna, że chociaż "Kwiat paproci" nie jest spektaklem bez wad, to jest niezwykle wartościowy. "Kwiat" w bardzo elegancki, atrakcyjny i nieoczywisty sposób pokazuje widowni, która nie ma o podmiocie przedstawienia pojęcia, sylwetkę artysty niesamowicie istotnego dla polskiej kultury, nie uciekając się do mdłego patriotyzmu czy do wyświechtanych formułek i "Wyspiański wielkim artystą był".

Brawo, chyba jest jakby coś dobrego w Słowaku. A już myślałam, że po KOSZMARNIE słabej "Zemście" moja noga tam nie postanie. ;) A tu proszę...
Wstydź się!

Wstydź się!

Grzebiecie czasami w koszu z książkami w Biedronce? Ja bardzo lubię. Zwłaszcza, kiedy książki są w nim poniżej dyszki. I tak wygrzebałam ostatnio pewną książkę autora "Człowieka, który gapił się na kozy".

Jon Ronson napisał bardzo wartościową, chociaż chyba niewystarczająco docenioną książeczkę, która opowiada o internetowym linczu. Opowiada w sposób bardzo rzetelny i ciekawy, bo autor jeździ po świecie i rozmawia z ludźmi, których kariery/reputacja zostały zrujnowane z powodu nagonki w internecie, zazwyczaj spowodowanej pojedynczym głupim tweetem, albo postem na facebooku. Rozmawia zarówno z osobami, które stały się ofiarami, jak i z osobami, które jakąś "nagonkę" nakręciły (i wymknęła się ona spod kontroli, o co bardzo, bardzo łatwo).



Ronson ma talent gawędziarski, a na dodatek nie jest tym typem reportażysty, który nam mówi, co mamy myśleć, więc książka pozwala nam wysnuwać własne wnioski i opinie na podstawie rozmów i przedstawionych faktów. Bardzo lubię nienachalnych autorów, którzy mi nie narzucają swojego zdania. Ma to też tę zaletę, że pojedyncze rozdziały można "wyciąć" jak czytankę i mogą one być przyczynkiem do dyskusji nad odpowiedzialnością za swoje słowa w internecie; gorąco bym polecała nauczycielom, żeby na wiedzy o społeczeństwie pokusili się o taki tekst źródłowy.

Rozpoznacie w tej książce na pewno co najmniej kilka osób, które kojarzycie z internetowych rantów ostatnich lat, w tym np. panią, która w arcygłupi sposób zażartowała, że nie zarazi się AIDS, ponieważ jest biała, co sprowadziło na nią falę nie tylko hejtu, ale też życiowych problemów.

Przy okazji autor wyciąga z historii różne prawa, które polegały na publicznym upokarzaniu w ramach kary za przewinienia, a także odwiedza pewnego amerykańskiego sędziego, który nadal stosuje zawstydzanie jako karę za drobne przestępstwa, uzyskując lepsze efekty, niż gdyby wsadzał drobnych przestępców (nie recydywistów, tu musimy postawić jednak jasną granicę ;)) do więzienia.

Z książki wyłaniają się też opowieści o tym, że jeśli chodzi o zawstydzanie związane z jakąś niestandardową aktywnością seksualną, to uderza ono w zasadzie wyłącznie w kobiety, nawet, jeśli nie robią niczego obiektywnie złego, ale w ogóle ujawniają się z tym, że prowadzą życie erotyczne inne, niż małżeński seks w domowym zaciszu. Męskie seksualne przewiny, nawet moralnie zdrożne, szybko zostają zapomniane, albo są co najwyżej rubasznie obśmiane, a za "sprawcą" nie ciągnie się żadne negatywne odium. Podwójne standardy są czasami wyjątkowo szokujące i warto o nich poczytać.

Dawno nie czytałam czegoś, co tak bardzo chciałabym dać do poczytania starszej młodzieży. Ta nieduża w sumie książka (sporo stron, ale gruby druk) jest bardzo, bardzo wartościową lekturą w sam raz na nasze czasy. Kupcie młodzieży i młodym dorosłym pod choinkę. Nie dość, że będą się świetnie bawić przy czytaniu (to się bardzo łatwo, lekko i przyjemnie czyta), to jeszcze może będą bardziej ważyć słowa na facebooku. A to jest zawsze w cenie... ;)
Copyright © 2014 Na regale , Blogger