Początek.

Początek.

Oh, boy.
Od czego tu zacząć. Może od tego, że ponieważ czytałam "Inferno", to już wiedziałam, że lepiej nie będzie, ale nie mogłam się powstrzymać. :D Brown uzależnia.
Ale do rzeczy.

SPOILERY!!! Takie bez rozwiązania głównej intrygi, ale jednak.

Tym razem zaczynamy akcję w Montserrat i w Bilbao (BTW - zawsze chciałam pojechać do Bilbao, do muzeum).

Muzeum w Bilbao - zdjęcie z Wikipedii.

Na samym początku pojawia się uczeń profesora Langdona - genialny człowiek, który odkrywa sens życia i wiedzę o wszechświecie, a także całą prawdę o bogach. Ma zamiar wkrótce ogłosić Wielkie Coś, które ma zlikwidować wszystkie religie - serio, jedno odkrycie naukowe ma uświadomić nagle całemu światu, że religie to bzdura i wszyscy dostąpią olśnienia, pokajają się, powiedzą: "Aaa, to sorka, pomyłeczka, ja już mordować i lżyć w imieniu mojego boga nie będę, skoro nie istnieje; jadę w Bieszczady i założę sklep z bezglutenowymi ciastkami, howgh!".
Nastąpi pokój oraz jednorożce. Tylko że najpierw sporo ludzi z różnych kościołów się zdrowo wkurwi.

Zdjęłam obwolutę, bo obwoluty mnie denerwują. :]


Szkoda tylko, że rzeczony odkrywca wypaplał wszystko kilku duchownym, zanim zrobił wielkie wejście na absurdalnie przebajerzonej konferencji (zdziwicie się, co może zrobić audioprzewodnik po muzeum, sterowany sztuczną inteligencją), bo narobił sobie wrogów, zanim w ogóle miał szansę zabłysnąć i ruszyć z posad bryłę świata.
Jak się taka głupota kończy, to możecie się domyślać.

No i tutaj wkracza Langdon, wciąż będący Mary Sue, przystojny, mądry i w ogóle, który musi teraz dowiedzieć się, co chciał ogłosić jego uczeń (i kto zabił biedaka). Pis of kejk. Na szczęście profesor jest taki niesamowity, że możemy być spokojni o losy ludzkości:

Jego smoking liczył prawie trzydzieści lat i pochodził z czasów, gdy Langdon należał do Ivy Club w Uniwersytecie Princeton, ale dzięki ścisłemu przestrzeganiu ścisłego reżimu codziennych wizyt na basenie ubiór nadal dobrze na nim leżał.

Skurwysyn, a ja tyję od samego patrzenia na czekoladę. Teraz trochę życzę mu śmierci.

Dan Brown wciąż nie pozbył się kwiecistego stylu:

Gwardzista był wysoki, [...] miał ogoloną głowę i mięśnie, które ledwie mieściły się pod służbową marynarką. Na jego bladej, opanowanej twarzy uwagę zwracały przede wszystkim oczy, które teraz świdrowały Langdona jak lasery.

Jak lasery. No ale ok, w końcu w tej książce Langdon trochę idzie w sci-fi, więc może to pasuje.

Tłumacz czasami też dawał ciała, nie likwidując bzdur takich jak np.:

Przez lata przystojny czterdziestodwulatek umawiał się z wieloma odpowiednimi dla siebie kobietami.

To musiało być frustrujące, mieć 42 lata przez lata. A może nie? W sumie 42 lata to nie taki zły wiek i jakby tak w nim trwać do końca życia, to chyba byłoby ok?

Poza tym autor książki nauczył się nowego słowa, które uwielbił, więc postanowił powtarzać je przynajmniej raz na dwa rozdziały - kiedy profesor L. przypomina sobie coś szczegółowego, Brown pisze: "ejdetyczna pamięć Langdona przywołała obraz". Jak przeczytałam to po raz piąty, to miałam ochotę podkreślić to na czerwono i na marginesie napisać: "powtórzenie".

Do tego - jak każdy superbohater - prof. Robert ma jedną słabość (tutaj klaustrofobia; a taki np. Indiana Jones bał się węży). Wszystko trzyma się gatunkowego schematu i w porządku. Kupuję to, chociaż - panie Brown - nie trzeba czytelnikowi każdej cechy bohatera przypominać co kilka stron. Jakoś dajemy radę i bez tego (aczkolwiek może lepiej tak, niż takie akcje, jak pakowanie Bondowi do łapy piwska - nigdy im tego nie wybaczę, nigdy...).


No i patos. Są sceny, które są tak patetyczne i wzniosłe, że stają się odrealnione nawet bardziej, niż wymyślony przez Browna komputer, który ma wyrzuty sumienia. :] Po scenie, w której monarcha na łożu śmierci dziękuje swojemu ulubionemu kapłanowi, musiałam nieco odpocząć. Styl był tak kwiecisty i pełen wzniosłych sformułowań, że kartki się gięły przy czytaniu.

Pojawia się też piękna młoda kobieta (jak zwykle u Browna), groźny monarcha, całe stado duchownych, tajne organizacje i wielka ucieczka przed tymi złymi. Oraz spodziewanie niespodziewane zwroty akcji. Wszystko jest na swoim miejscu. :)

Przyznaję, że nie wciągnęłam się w "Początek" jakoś bez reszty, ale to i tak jest chyba trochę lepsza książka, niż "Inferno". Przynajmniej intryga jest całkiem trzymająca w napięciu, chociaż bullshit overload jest taki, jak zazwyczaj. ;)


Ogólnie - nie jest bardzo źle, a Sonia Draga wydała książkę ładnie, na cieniutkim papierze, ze złoceniami na okładce z - chyba - imitacji płótna. Obwoluta mi przeszkadza, ale to prywatne skrzywienie - po prostu nie znoszę obwolut. Na szczęście po zdjęciu zbędnego papieru "Początek" prezentuje się bardzo elegancko (i tutaj wtręt - Rebis wydał nowe - i niestety ostatnie - felietony Eco także w obwolucie; niestety po jej zdjęciu wypadają oczy, bo okładka pod spodem jest zwyczajnie mdła i brzydka; a fu, Rebis!).

I tyle. :) Idę czytać "Berek" Szczygielskiego. Zapowiada się nieźle. :)
W królestwie monszatana.

W królestwie monszatana.

Historia obłędu i głupoty zwolenników "natury", to wspaniały temat na książkę, która odczarowuje "to straszne GMO", szczepionki czy - cóż - gluten. :]



Marcin Rotkiewicz daje nam książkę, która pomaga usystematyzować wiedzę o genetycznie modyfikowanych roślinach (i nie tylko o nich) i pokazuje, jak lęk powodowany niewiedzą, klapki na oczach i brak zaufania do nauki, mogą zmienić losy świata.

Brzmi to górnolotnie, ale nie da się uniknąć tego stwierdzenia w świecie, w którym człowiek od tysięcy lat modyfikuje rośliny i zwierzęta dla swoich potrzeb (wiele roślin uprawnych nie przetrwałoby już bez człowieka, bo są tak zmodyfikowane - nie w laboratorium, wierzcie mi - że np. ich ziarna same nie wypadają z kłosów, więc nie mogą się rozmnażać bez pomocy), a grupa spanikowanych ignorantów nie pozwala na uprawę np. złotego ryżu, który może uratować wiele istnień, choć nie wpływa on na środowisko bardziej, niż inne odmiany.

Kiedy wreszcie zrozumiemy, że wszystkie rośliny uprawne, całe rolnictwo, to z definicji inwazyjność i zwalczanie bioróżnorodności, może wreszcie zaczniemy inaczej patrzeć nie tylko na starannie przebadane rośliny GMO, ale i na masowo produkowaną żywność w ogóle.

Książka daje do ręki rzeczowe, usystematyzowane i dobrze udokumentowane argumenty dla tych, którym się chce dyskutować z histerykami, choć nie unika tematu zagrożeń, aczkolwiek są one zupełnie inne, niż mogłoby się wydawać "obrońcom przyrody".

Bardzo ciekawe jest to, że wszelkie modyfikacje, które nie są "przekładaniem genów ręcznie", a będące również modyfikacjami genetycznymi, nie budzą w ogóle obaw oszołomów walczących z GMO.
Podczas gdy UE mocno ograniczyła - pod wpływem głośno krzyczących "ekologów" - dostęp do wszelkich upraw GMO, w USA czy Kanadzie "podejście opiera się na ocenie produktu, a nie procesu. [...] Przepisy koncentrują się na analizie ryzyka danej rośliny i jej nowej cechy (np. odporności na szkodniki). Nie ma znaczenia, czy nowa odmiana, dajmy na to soi, została uzyskana tradycyjnymi krzyżówkami, za pomocą mutagenezy czy inżynierii genetycznej. Ważne jest bowiem, czy stwarza ona jakieś zagrożenie dla zdrowia ludzi, środowiska naturalnego czy rolnictwa." 

Za to u nas wystarczy, że metoda jakaś taka nie-po-bożemu, a już larum grają. Efekt nikogo nie obchodzi, wyłażą ludziom z głowy lęki, uprzedzenia i niewiedza.

https://www.facebook.com/shapespl/

Widać, że autor jest pod ogromnym wrażeniem "Głodu" Caparrosa, choć nie umieszcza go w bibliografii (ale ja wychwytuję całe frazy wzięte stamtąd, co nie jest zarzutem - pan Rotkiewicz musiał być wstrząśnięty tym, co przeczytał i na fali tego wstrząsu chyba pisał).

Książka do przeczytania niemal przymusowo, powinni ją dawać w liceum do czytania na biologii. Jest w niej też znakomity rozdział o ściemie diety bezglutenowej u ludzi bez celiakii i o - jakże by inaczej - o antyszczepionkowcach. Niechże ją wszyscy przeczytają, to może zmniejszy się w Polsce liczba ludzi, którzy robią krzywdę sobie i innym z powodu zwykłej niewiedzy.

Dziękuję, Czarne, znowu dobra robota! :)
Jesienny kącik zapowiedzi.

Jesienny kącik zapowiedzi.

Za parę tygodni Targi Książki, a w księgarniach coraz milej. :) Kilka zapowiedzi na jesień:

1. Najpierw przyrodniczo, bo takie fajne dziwne rzeczy się ukażą (zaczęło się od "Sekretnego życia drzew", a potem już pooooszło, wydawcy poszaleli ;)). Czarna Owca wyda książkę o krowach (11.10.), co mnie trochę bawi, a poza tym ja lubię krowy (i kury).

Za to Czwarta Strona (też 11.10.) zapowiada coś, co ma strasznie zabawny opis wydawcy:

Charles Foster chciał wiedzieć, jak naprawdę wygląda życie z perspektywy borsuka, wydry, jelenia, lisa i jerzyka. Postanowił doświadczyć tego na własnej skórze.
Przez kilka tygodni niczym borsuk mieszkał w norze i odżywiał się dżdżownicami. Jako wydra pływał nocą w rzekach północnej części hrabstwa Devon. Wzorem żyjącego w mieście lisa szukał jedzenia w kontenerach na śmieci londyńskiego East Endu, a jako jeleń szlachetny stał się przedmiotem polowania, jakie mogłoby się odbyć w górzystej części Szkocji. Podążając trasą migracyjną jerzyka, odbył podróż z Oksfordu do Afryki Zachodniej.
„Jak zwierzę” to nowe podejście do literatury przyrodniczej i kameralne spojrzenie na życie dzikich zwierząt.
Emocjonująca, błyskotliwa, zwariowana… zaskakujące arcydzieło: coś na kształt pieśni satyra albo potraktowania przyrodoznawstwa jako sportu ekstremalnego – „Financial Times”
Śmiała, intrygująca próba zrozumienia innych istot zamieszkujących Ziemię – „Nature”
Bogata, wesoła, inspirująca książka, która przypomina, że istoty, z którymi wspólnie zamieszkujemy tę planetę, są co najmniej równie ważne i niezwykłe jak my – „Independent”



2. Media Rodzina zapowiada ilustrowane "Fantastyczne zwierzęta" (ale nie podaje daty wydania), co mnie straszliwie wkurza, bo mam już dwa egzemplarze - angielski i polski rozszerzony (ten najnowszy). A tu znowu. Gnojki. ;)


3. Od Media Rodzina i Znaku kolejne tomy bardzo lubianych serii. Pax bez konkretnej daty i Magiczne drzewo 23. października.



4. Mała Kurka w tym miesiącu zapowiedziała nowego Walliamsa. Mój syn o niczym innym nie mówi od paru dni. Niechże się już ukaże, bo wszyscy w domu zwariujemy:


5. A Wałkuski znowu o Ameryce. Lubię Wałkuskiego, przypomina mi czasy, kiedy jeszcze dało się słuchać nieodżałowanej Trójki. Od Editio (25.10.).


6. Trzy nowości dla dzieci. O smogu od Znaku (16.10.), o gryzoniach od Tadam (6.10.) i o ludzkim ciele - z widowiskowymi filtrami rodem z Piżamoramy - od Dwóch Sióstr (październik).





7. Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak pisze Tom Hanks, to Wielka Litera nam pokaże (25.10.).


8. A na koniec coś dla mnie - wybór przekładów Barańczaka. Trochę wzdycham już, bo dopiero teraz czuję, jak bardzo potrzebowałam tej książki. Od Znaku (23.10.).


Bawcie się dobrze w księgarniach. Ja się będę bawić dobrze na Targach Książki. :P
Czerwone wilczątko.

Czerwone wilczątko.

Witam po ponad miesięcznej przerwie!
Przepraszam, ale dziecko w szkole, w domu a to piec się psuje, a to dach przecieka, a to ktoś chory. Trudno złapać nastrój na pisanie. :)

----

A co jeśli wszystko było inaczej?
A jeśli nic nie jest czarno-białe, jak w bajkach?



Wariacje na temat Czerwonego Kapturka to bardzo popularny motyw w ostatnich latach, zwłaszcza wśród twórców komiksów. Sama pisałam o co najmniej jednej takiej książce.

Tym razem mamy malarsko przepiękny picture book Amelie Flechais, który odwraca role.
Wilczątko idzie odwiedzić babcię z truchłem zająca na obiad (jeśli uważacie, że Wasze dzieci nie powinny czytać o jedzeniu puchatych króliczków, to komiks nie jest dla nich ;)). Nie może zboczyć z drogi do miejsca, w którym mieszka myśliwy.

Tak się zaczyna, ale rozwinięcie nie jest już oczywiste, więc nie będę go zdradzać. Powiem tylko, że jestem oczarowana. Zarówno olśniewającymi rysunkami, jak i magiczno-onirycznym klimatem opowieści.

Jest straszno i ponuro; i żadna postać nie jest jednoznaczna (z wyjątkiem wilczątka, ale wilczątko jest małym dzieckiem, więc kto wie, co z niego wyrośnie ;)).


Trudno mi wskazać, dla kogo to jest książka. Ja, ze swoim niefrasobliwym podejściem, dałabym ją już sześciolatkowi, ale jeśli macie dzieci strachliwe i łatwo się emocjonujące, to poczekajcie jeszcze ze dwa lata.

Tekstu jest bardzo mało, najwięcej "robią" ilustracje, obrazy właściwie. Nie można się na nie napatrzeć. Ewidentnie jest to książka "do mania". Do podziwiania, wąchania, głaskania i cieszenia się, że jest taka śliczna i niezwykła. Dla kolekcjonerów. :) Dla dzieci i dorosłych; i nie jest to apoteoza dzielnego myśliwego, co dobrze się wpisuje w nurt sprzeciwiający się działaniom ministra Szyszki. ;)



Polecam gorąco. :)
Helisa

Helisa

Kiedyś przeczytałam "Blackout" Elsberga i uznałam, że co prawda to była kiepska książka, ale w sumie sprawiła mi pewną frajdę, więc zaryzykuję "Helisę"; no i akurat czytam dwie duże księgi o genetyce ("Gen" i "Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli"), to się jakoś wpasuje. Guilty pleasure.
Nie powiem, zaważył też fakt, że mogłam ją mieć za 10 zł.. I to, że w czasie ostatnich upałów zwyczajnie nie mogłam się skupić na czytaniu niczego trudnego.

I tak o.
Jeśli myślałam, że "Blackout" miał przynajmniej bazę w postaci niezłego researchu, więc można było się przy nim umiarkowanie rozerwać, to tutaj brak umiejętności pisarskich autora nie miał już żadnego oparcia w ciekawostkach i wiedzy. Tutaj całkiem nie taki zły pomysł został rozwleczony jak trup po asfalcie i zmiażdżony brakiem pomysłu na postacie oraz chęcią napisania Bardzo Grubej Książki.

UWAGA SPOILERY!



Książka ma 669 stron, ale dokonam cudu i opowiem Wam, co się tam wydarzyło, w jednym akapicie. Otóż ktoś produkuje super inteligentne, zmodyfikowane genetycznie dzieci, a te dzieci wymykają się spod kontroli - jedno z nich chce ratować ludzkość, produkując po kryjomu rośliny i zwierzęta GMO odporne na choroby, suszę i wszystko, żeby wyżywić np. Afrykę, a drugie chce zawładnąć światem, morduje ważnego polityka i chce, żeby świat zapełniły kopie jego samego. BUAHAHA, evil plan, źli ludzie, złe koncerny, biedne bezdzietne małżeństwa, itd.... Over.

A to wszystko upchnięte w jakąś dziwną intrygę bez rozumu, z koszmarnymi dialogami, z postaciami bez wyrazu. Akcja ciągnie się jak mordoklejka, większość czasu autor opisuje jak ludzie się przemieszczają z kontynentu na kontynent oraz knują półsłówkami, które mają zaciekawić, ale sprowadzają się do tego, że głównie nużą, bo ileż można czekać, aż stanie się coś konkretnego?

Rozstrzygnięcie to kilkadziesiąt stron, na których nie dowiadujemy się niczego konkretnego. Mimo że ja nie mam nic do otwartych zakończeń, to tym razem sprowadza się to do tego, że po przebrnięciu przez prawie 700 stron pierdololo bez ładu i składu, nadal nie wiemy, jaki jest finał eksperymentu i co będzie dalej. NO TO PO CO W OGÓLE ZACZYNAĆ TEMAT???

Nie czytajcie, to już "Blackout" lepszy. W sumie teraz to mi się nawet całkiem dobry wydaje. W porównaniu z.

A teraz chłodniej, to wracam do lektury "Genu".



Pikantne historie dla pendżabskich wdów.

Pikantne historie dla pendżabskich wdów.

Kupiłam tę książkę z kilku niepoważnych powodów - pierwszy to taki, że bardzo mnie rozbawił tytuł (coraz trudniej o dobry tytuł ;)). Drugi to taki, że okładka jest bardzo ładna, a trzeci, bo akurat była wyprzedaż w księgarni.

Na początek ostrzeżenie - ja bardzo, bardzo źle znoszę tzw. obyczajowe powieści, bo zbyt rzadko są one dobrze napisane, za często w trakcie zmieniają się w romans i nużą mnie okropnie. Poza tym, jako olbrzymia fanka Alice Munro, mam wysokie wymagania. ;) Bierzcie więc na to poprawkę, bo mogę utyskiwać na niektóre rzeczy wyłącznie dlatego, że zupełnie nie trafiają w mój gust. 

Kot jest dorosły, więc może już czytać pikantne historie.

Nikki mieszka w Londynie, a jej rodzice urodzili się w Indiach. Ona sama stoi w rozkroku między dwoma kulturami, choć wyprowadziła się z domu, a jej siostra marzy o dobrze zaaranżowanym małżeństwie. 

Southall, Małe Indie (i Singapur) Londynu, to dzielnica, w której Nikki znajduje pracę jako nauczycielka pisania dla dojrzałych kobiet, a konkretnie wdów chodzących do miejscowej świątyni. 
Lekcje szybko przekształcają się w miejsce snucia erotycznych opowieści przez samotne, słabo mówiące po angielsku i często znudzone monotonnym życiem kobiety. Pod długimi sukniami, pod kolorowymi chustami, pod ortodoksyjną otoczką, kryją się pragnienia i doświadczenia, o których mówi się wyłącznie w towarzystwie innych kobiet o podobnym pochodzeniu i przeżyciach.

W tle są oczywiście mroczne porachunki, radykalne religijne oszołomy i opresyjna kultura. Oraz mężczyźni, którzy chyba przynoszą więcej kłopotu niż pożytku. Na pierwszym planie są opowieści wdów - krótkie erotyczne opowiadania pełne pobrzękujących bransolet, zakazanych romansów, bollywoodkich fantazji i niesfornych służących (oraz męskie narządy płciowe o imponujących rozmiarach). 

Książka nie jest wybitnym arcydziełem, ale nie można jej odmówić pewnej oryginalności. Ciekawe jest środowisko, w którym rozgrywa się akcja, ale nie mam pojęcia, ile z jego szczegółów to fantazja autorki, a na ile jej wiedza, ale pragnę wierzyć, że jednak całość ma jakieś zakorzenienie w rzeczywistości, bo Balli Kaur Jaswal pochodzi z Singapuru. 



Najlepsze językowo są tytułowe pikantne historie. Są pisane surowym, niewyszukanym językiem, ale z orientalnym "kiksem", który przywodzi na myśl baśnie tysiąca i jednej nocy. Cała reszta jest poprawna, czyta się lekko i nada się w sam raz na leżaczek w słońcu. Choć nie wydaje mi się, żeby to była książka, która przejdzie do historii czymś więcej, niż świetnym tytułem, nie jest to lektura głupia ani męcząca. Nic mnie w niej szczególnie nie drażniło (może poza cukierkowym zakończeniem, ale to chyba taki gatunek po prostu), a jej siła leży w feminizmie - bohaterkami są tam bowiem kobiety w sile wieku; tak zwane starsze panie, które nadal mają prawo do życia erotycznego, do uczuć w kulturze przynależnych młodym ludziom. To jedna z największych zalet tej książki.

- Jadąc autobusem, rozmawiałyśmy o naszych opowiadaniach - odezwała się Manjeet.
- W autobusie? Czy ktoś mógł was usłyszeć? - zapytała Tarampal.
- Nikt nie podsłuchuje starszych pań. Nasze rozmowy są według innych monotonnym bzyczeniem. Wydaje im się, że rozmawiamy o bólu kolan lub planach pogrzebowych - rzuciła Arvinder.

Jeśli szukacie lekkiej książki, która nie obrazi waszego rozumu, to jest pozycja w sam raz. Ostrzegam - to na pewno książka dla dorosłych. ;) 

Nowe obrazki.

Nowe obrazki.

Nasza rodzina powiększyła się o kilka książek z obrazkami. :) Mam dla Was krótkie streszczenie.

Na początek steampunk - "Niezwykła podróż" od mało znanego wydawnictwa Kurc.
Francuski komiks o kuzynostwie z bogatej rodziny, które zostaje wplątane w Verne'owską przygodę. Rysunki Silvio Camboniego są prześliczne i wizualnie ten komiks ma bardzo wiele do zaoferowania, ale fabularnie mnie nie porwał.
Intryga jest niejasna, wątki pourywane (pewnie wyjaśnią się w kolejnych tomach, ale jednak - za wiele tych niewiadomych jak na 48 stron), relacje między bohaterami bardzo niedookreślone.
Nie wciągnęłam się, nie tęsknię za kolejnym tomem, ale obrazki oglądam z przyjemnością.
Można podsunąć dziecku w wieku wczesnoszkolnym, bo to bardzo niewinny tomik.




Kolejna zdobycz, to opowieść z baśni tysiąca i jednej nocy - "Hasib i królowa węży" Davida B.
Komiks (także francuski), wydany przez Kulturę Gniewu, to orientalna opowieść o młodym drwalu Hasibie, który - uwięziony w studni po miodzie - spotyka królową węży, która opowiada mu swoją historię - pełną pościgów, walk z mitycznymi stworami i kapryśnych bóstw.

Dużo akcji, klimat mocno arabski i egzotyczny, a wszystko narysowana w bardzo charakterystyczny, wyrazisty sposób.
Spokojnie można dać do poczytania już siedmiolatkowi, ale prawdziwą radochę przyniesie jednak starszym. :)




W Polskim wydaniu książka łączy oba oryginalne tomy w jeden zbiór. We Francji są to dwa woluminy - okładka drugiego wygląda tak ślicznie w oryginale:


Trzecie cudeńko (znowu Francja!), to komiks ewidentnie dla dzieci (nawet pięciolatek da radę), ale mnie oczarował i kupił w całości. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów (a jest ich kilka).

"Hotel dziwny" dwojga Ferrierów to bajka o zaginionym panu Wiośnie w świecie pełnym chochlików, trolli i stworków jakby żywcem wyjętych z Muminków, Miyazakiego albo Hildy (tej od trolla ;)).
To prześliczna wizualnie i fabularnie opowiastka dla najmłodszych z cudowną, bezpieczną atmosferą, gdzie, co prawda, krążą złośliwe potwory, których lepiej unikać, ale grupka ekscentrycznych przyjaciół (na co dzień pracujących w hotelu dla podobnych sobie) jest w stanie rozwiązać każdy problem (lepiej lub gorzej). Brzmi niewinnie i nieciekawie, ale to po prostu przesłodka rzecz (aż się chce powiedzieć, że "cute"). :)




A na koniec nieco bardziej ponuro - picture book z polskiego podwórka, od wydawnictwa Austeria (które bardzo lubię).

"Wędrówka Nabu" to bajka o uchodźctwie dla dzieci, które jeszcze są za małe, żeby czytać "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo".

Jarosław Mikołajewski napisał opowieść bardzo metaforyczną i dającą szerokie pole do interpretacji. W połączeniu z niepokojącymi, oszczędnymi ilustracjami Joanny Rusinek całość tworzy bardzo niezwykłą książkę o małej dziewczynce, której dom płonie, a ona szuka ucieczki, ale odbija się od niewidzialnych murów, od ludzkiej nieżyczliwości; rani się o niewidzialne druty, a po długiej podróży wciąż nie wie, czy zostanie w bezpiecznym miejscu, czy zostanie odesłana do płonącego domu.

Książka nawet dla starszego przedszkolaka. Ma mało tekstu, ale dużo treści. Dobra na początek dyskusji o pomaganiu ludziom, którzy uciekają przed złem.





Środkowoletni kącik zapowiedzi.

Środkowoletni kącik zapowiedzi.

Wydawnictwa zaczynają się budzić, sezon ogórkowy za miesiąc się kończy, więc posypały się zapowiedzi na koniec wakacji i wczesną jesień. Popatrzmy:

1. Czarne ma dla nas trzy duże biografie. 2. sierpnia - Lem, 30. sierpnia - Gombrowicz, oraz Sendlerowa (zgubiłam zdjęcie i nie mogę go znaleźć), ale nie mam dokładnej daty wydania. :)



2. Media Rodzina dla maluchów trzy nowe żubry we wrześniu:




3. Dwie śliczne książki do cieszenia oczu (dla dzieci, albo i nie ;)). Z Naszej Księgarni 16. sierpnia "wyszukajka" o czerwonym smoku, przepięknie ilustrowana. A z Tekturki 1. września steampunkowa "Mechanica" (zdjęcie wnętrza z zagranicznej wersji, jak widać ;)).




4. Kolejny tom świetnych "Czasodziejów" już jest do kupienia u wydawcy (Eneduerabe), ale w innych księgarniach pojawi się dopiero 17. sierpnia. 
Z kolei drugi tom "Jak wytresować Cthulu" (książka-gra, bardzo lubiany typ przez moje dziecko) od Tadam do kupienia 15. września.



5. Nowy Dan Brown 3. października od Sonia Draga. :D 


6. Dwa wznowienia książek sprzed wielu lat - Wydawnictwo Literackie wyda 30. sierpnia ponownie pewną starą książkę Thornwalda (mam w domu wydanie z 1990, wtedy przez Ossolineum), a Znak - och i ach - wyda Kornela (2.08). 



7. Ponadto parę innych nowości - Pascal 13. września wypuści kolejną książkę kucharską autorki "Jadalnych kwiatów" (dla tych, którzy - tak jak ja - lubią jeść dziwne rzeczy), Znak wyda nową Zadie Smith (11. października) oraz Gretkowską (14. sierpnia).




8. A na koniec przypomnienie, że Znak konsekwentnie tłumaczy na polski kolejne książki Dahla (mój syn się w nich zakochał), więc tylko nadmienię, że jeszcze jedna ukaże się 27. września.



Zebrałam dla Was zapowiedzi bardzo skrupulatnie i mam nadzieję, że nie przepuścicie całej kasy na wczasach, bo za co potem kupić książeczki? :)

P.S. Tak, wiem, dużo Znaku w tym odcinku zapowiedzi, ale zapewniam, że - niestety - Znak mi za to nie płaci. ;)

(Piszą się dwa nowe wpisy, ciekawe, czy się napiszą...)
Copyright © 2014 Na regale , Blogger