czwartek, 6 marca 2014

Pamiętnik jasnowidza.

Może dzisiaj wreszcie będzie dłużej i składniej, bo ostatnio, przyznaję, pisałam recenzje w biegu, mając na głowie spiętrzenie spraw różnych.
A teraz, martwiąc się Ukrainą, szukałam książki, która by się jakoś z Ukrainą wiązała, i jedyne, co mi przyszło do głowy, to totalnie absurdalna pozycja, której autor na Ukrainie spędził dzieciństwo i o tym dzieciństwie sporo w swojej jedynej książce pisze.
Marnie to świadczy o moich literackich skojarzeniach, ale trudno. Niech i tak będzie.


Jest to książka, o której prawie nikt, kogo znam, nie słyszał. Znalazłam ją wiele lat temu, wetkniętą gdzieś w kąt, w mieszkaniu moich rodziców. Egzemplarz zniszczony i spracowany. I nikt w domu nie kojarzył, o czym to i skąd. Została wydana w 1976 roku i chyba nigdy nie była wznawiana.

Jej autor, Polak, naprawdę nazywał się Józef Marcinkowski, a Akhara Jussuf Mustafa to był jego pseudonim "artystyczny". Biorę to w cudzysłów, bo nie wiem, jak określić inaczej profesję pana Józefa, który parał się jasnowidzeniem w Warszawie i, najwyraźniej, był niegdyś bardzo popularny (ponoć sam Cyrankiewicz chadzał do niego regularnie).

Józef chyba czasami sam nie wierzył w swoje umiejętności jasnowidzenia. Ja także, zasadniczo, nie wierzę w nadprzyrodzone moce, i mimo tego, że jest to autobiografia dość szalona, naiwna, pokolorowana i pełna dość wyraźnego samozadowolenia, czytałam tą książkę ze sporą przyjemnością.
Ojca mego zabił piorun. [...] pochowali go na miejscowym cmentarzu, w miejscu wydzielonym dla samobójców i osób zmarłych śmiercią nienaturalną. Pochowali go obok kapłana, którego zamordował własny brat, a następnie dla upozorowania samobójstwa zaciągnął go na strych plebanii i zawiesił na krokwi. Nieopodal spoczywał jego następca, otruty przez żonę, która to uczyniła w przypływie zazdrości o garbatą Martynę, piękność miejscową, która żyjąc w panieństwie powiła pięcioro dzieci.
Akhara vel Józef w czasie wojny wylądował w obozie w Dachau, a potem na przymusowych robotach pod Frankfurtem. I ta wojenna część jego opowieści jest najciekawsza. Owszem, pan Marcinkowski posiadał dość obrzydliwy czasami tupet, miał sporo szczęścia i potrafił po mistrzowsku manipulować ludźmi, do czego przyznaje się chyba przez pomyłkę, na dodatek z wyczuwalną dumą. Ale jego opowieści i to, co między wierszami tychże, są żywe, barwne i interesujące.

Ponure, pełne śmierci, obozowe historie, przerywane są anegdotami z dzieciństwa, pełnego etnograficznych cudowności.
U Feduna [...] odnowił się w nocy obraz święty. Zalśnił tak potężnie, że widać było w chacie jak w pełni księżyca. Jakaś potężna siła poderwała rodzinę Feduna z barłogu. Zaczęli krzyczeć i wołać sąsiadów. Sąsiedzi nadbiegli. A gdy zobaczyli cud, padli czołem przed tym obrazem. Nim słońce dotarło do połowy nieba, z okolicznych wsi jechali furmankami, szli pieszo i pełzli ludzie. 
Przyjechała komisja z Poczajowa [obecnie miasto na Ukrainie, obwód tarnopolski, do 1939 roku leżało na terenie Polski, ale mało w nim było Polaków - Wikipedia podaje, że około 10 rodzin, które uciekły stamtąd w 1943 roku przed rzezią]. Sam archirej [patriarcha prawosławny] z wielką brodą. Powiedział, że jest to wielki cud. Tym większy, iż jest to ikona wyobrażająca świętego Iwoła, wielce miłego Bogu i jego aniołom. Wtedy Fedun ubrał się odświętnie, zakładając nową, pięknie wyszywaną koszulę, długą aż do kolan. [...]
A pątników przybywało coraz więcej. Już z miasteczek. A każdy przynosił dary wszelkie i składał u stóp Feduna, błagając go o błogosławieństwo i dobre słowo. Fedun łaskawie go im udzielał. Ale nie wszystkim tak od razu. Niektórzy musieli aż po trzykroć bić pokłony przed nim [...].
A kiedy darów nawieźli Fedunowi tyle, że nie miał gdzie ich gromadzić, odnowił się inny obraz. U grabarza, tuż za wsią przy cmentarzu.
Ale to nie był dobry cud. [...] Rozbito kilka łbów, spalono kilka chat. Bo dwóch cudów naraz być nie może. I do tego u takiego hołysza. 
Poza tym dużo interesujących zdarzeń i zjawisk opisuje Marcinkowski "na marginesie" - na przykład ciekawa jest część o sierotach z ZSRR, które lokowano w internatach w Polsce. Do jednego z takich przybytków trafił już jako nastolatek, a jego opowieść o życiu w internacie jest znakomita, pełna soczystych, barwnych anegdot, prawdziwie zabawnych, staroświecko uroczych. Trochę jak radziecka wersja Mikołajka. Jest nawet fanga w nos. ;)

Wiem, że nie jest to książka łatwo dostępna, ale bez problemu i za grosze można ją kupić przy pomocy serwisów aukcyjnych. Niektóre biblioteki pewnie też będą ją miały.

Ja czytałam ją kilka razy. Nie jest gruba, ma 240 niedużych stron. Wchodzi "na raz". ;) Ale chyba warto, mimo że to takie straszliwe dziwactwo jest, totalnie zapomniane przez rynek księgarski. :D

5 komentarzy:

  1. Zaciekawiłem się, na pewno poszukam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Była wznawiana, choćby w 1984 i 1985 - mam te wydania, i w 1990. Książkę polecam, naprawdę kawał dobrej lektury. Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam tą pozycję....czytałam wielokrotnie...zaczytany na śmierć egzemplarz wałęsał się w domu mojej babci....niezmiennie podziwiam 😁

      Usuń
  3. polecam. czytałem ją ponad 20 lat temu i muszę do niej wrócić

    OdpowiedzUsuń