Trzy dobre dzienniki lekarzy, które można było wydać lepiej.

Zacznę od tego, że zawaliłam. Kupiłam książki impulsywnie, kierując się swoimi zainteresowaniami, a nie robiąc należytego researchu. Otóż nie skojarzyłam, że wszystkie te rzeczy już czytałam, ale wiele lat temu. I mam je w domu, ale w pierwotnym wydaniu - wydaniu dzienników lekarzy z tomu konkursowego z 1939 roku. Po prostu nie pamiętałam nazwisk lekarzy, którzy wtedy wygrali konkurs organizowany przez ZUS (sic!). Moja wina, trudno.

Czy to źle, że je wznowiono, ale w ładniejszej formie? Ależ skąd! Niektóre z nich, zwłaszcza pamiętnik Zofii Karaś, są po prostu znakomite i należy im się przypomnienie, ALE ich nowe wydanie, tak przecież o wiele droższe, niż kupienie oryginału w jakimś internetowym antykwariacie, nie wnosi nam nic nowego, bo wydawnictwo Nawias, które je wydało, poszło po linii najmniejszego oporu i nie załączyło ani biogramów lekarzy, ani przypisów do samych tekstów (o które aż się prosi, bo przedwojenna medycyna to jednak zupełnie inny świat, niż medycyna współczesna). Ot, wznowiono suchy tekst, który czasami - pozbawiony tego kontekstu historycznego - może wyrządzić parę szkód (zwłaszcza pamięci o autorach pamiętników). 

Nie zadbano o walor edukacyjny, zadowalając się jedynie tym "sensacyjnym", co sprawia, że kupienie nowszego wydania w ogóle nic nam nie daje, poza ładniejszą okładką. A szkoda. 

I teraz postanowiłam oddać sprawiedliwość tym lekarzom, których wybrano do publikacji, i trochę Wam o nich opowiedzieć, skoro nie zrobiło tego wydawnictwo. 

Najlepszy z pamiętników (moim skromnym zdaniem), to pamiętnik Zofii Karaś. Jest surowy, bezlitosny i dowcipny jednocześnie. Głównie jednak gorzki jak chinina. 

Zofia urodziła się w 1904 roku, a zmarła w 1942, ledwie trzy lata po wygraniu konkursu (krótkie życie będzie łączyło wszystkich autorów tych wspomnień, którym przyszło leczyć w tak paskudnie trudnych czasach). Pracowała w Suchej Beskidzkiej w poradni przeciwgruźliczo-jagliczej, ale - jak wielu lekarzy wtedy - zmuszona była znać się na wszystkim. Odbierać porody, wyrywać zęby i w ogóle leczyć cokolwiek, do czego została wezwana w trudnym, górskim terenie.

Kiedy wybuchła wojna, pomagała Żydom i była wielokrotnie przesłuchiwana przez gestapo. Co się działo na przesłuchaniach, możemy się tylko domyślać, ale musiało to być potworne, ponieważ Zofia, zagrożona kolejnym przesłuchaniem, popełniła samobójstwo w 1942 roku. 

Po wydaniu pamiętników, tak dobrych literacko i tak przenikliwych w swojej prostocie przekazu, zainteresował się nią świat literacki, ale nie zdążyła nic więcej napisać, bo walec historii przetrącił jej drobną postać. A wiemy, że drobną, ze wspomnień Wańkowicza

Wędrowałem tak okiem na chybił trafił po kraju, aż nagle ulica w Suchej powitała mię napisem „ul. dr Z. Karaś”. Przypomniałem to drobne chucherko, „te trzy kosteczki na krzyż”, jak siedząc za naszym stołem bez żadnego patosu, bez żadnego liryzmu mówiła nie lelijami i różami, tylko krwią i żelazem. [...]

Stałem pod tą tabliczką na ulicy w Suchej. Na uliczce, którą tak niedawno przeciągały fury napełnione cierpieniem pod ten dom człowieka bezsilnego, rozszarpywanego przez ludzkie cierpienie. Poszedłem tą drogą, tąż samą drogą, by się zwiedzieć o losie tej, która tu pracowała. Była krótka, jakże „szablonowa”: aresztowana przez gestapo, otruła się.

I takiego wspomnienia zabrakło w wydaniu książki przez Nawias. Serce mi trochę pęka, bo brakuje oddania jej tej czci należnej. Była młodą kobietą, kiedy koszmar nazizmu sprowadził na nią śmierć. Ciekawa jestem także, co stało się z podrzuconym dzieckiem, które w trakcie swojej praktyki adoptowała. To by było cudowne, dowiedzieć się, co było z nim dalej.

Drugi pamiętnik, pamiętnik Czesława Gawareckiego, może z kolei pozostawić niesmak. Niesmak, bo jest wyraźnie i często antysemicki. Bywa odrażający w tym wszystkim, obcesowy, nieprzyjemny, a także typowo męsko mizoginistyczny. Ot, typowy przedwojenny mężczyzna, który uległ antyżydowskiej propagandzie, a kobiety jawią mu się jako marudne, zdziecinniałe i irytujące. I, gdybyśmy nie znali dalszych losów Gawareckiego (a z małej książeczki, cena okładkowa 34,90 zł., nie dowiemy się niczego), to moglibyśmy uznać, że całe życie był nieznośnym gburem. 

A warto wiedzieć, że być może w końcówce życia ten młody radiolog, (urodzony w 1901 roku) weteran pierwszej wojny światowej, niedosłyszący (skutek jakiejś choroby zapalnej), mający szereg sukcesów naukowych (możemy znaleźć 10 publikacji jego autorstwa) został aresztowany w 1941 roku przez gestapo, osadzony na zamku w Lublinie, a potem przewieziony do Auschwitz, gdzie został lekarzem obozowym. I tam być może odrobinę odkupił swoje wcześniejsze paskudne poglądy, bo wiemy z relacji, że wystawiał więźniom fałszywe zaświadczenia zdrowotne, by mogli uniknąć komory gazowej lub dostać lepsze racje żywnościowe. Wiemy to od innego lekarza - Rudolfa Diema - który był tam razem z nim i pożył na tyle długo, by o tym opowiedzieć.

Zdjęcie obozowe doktora Gawareckiego.
Zdjęcie obozowe doktora Gawareckiego.

Doktor Czesław Gawarecki został zastrzelony jako więzień polityczny w 1942 roku. Jego żona również trafiła do obozu, do Ravensbruck. Przetrwała, ale zmarła wkrótce po tym, jak udało jej się wyjechać do Szwecji na leczenie po wyzwoleniu obozu.

I tu dochodzę do trzeciej osoby - lekarki Sabiny Skopińskiej. Urodzona w 1900 roku, zmarła w roku 1943. Jej spostrzeżenia dotyczące ludzkiej nędzy, koszmarnej biedoty, a także parę zabawnych anegdot z życia warszawskich elit, czytają się bardzo dobrze. Pisała sprawnie, dość wartko. Między wierszami jednak widzimy, jak mordercza praca, jaka była jej udziałem, niszczy powoli jej zdrowie, zwłaszcza serce.

Po wydaniu pamiętników w 1939 roku i ją dopada wojna. Sabina działa w konspiracji i wstępuje do AK, którego zebrania przyjmuje we własnym mieszkaniu w Warszawie, prowadząc też szkolenia sanitarne, tak potrzebne w czasie wojny. I to prawdopodobnie sprowadza na nią gestapo, które rozstrzeliwuje ją w 1943 roku. Udaje jej się jeszcze w ostatniej chwili ostrzec syna, który daje radę zbiec. 

Pośmiertnie odznaczono ją Krzyżem Walecznych. Tego też nie dowiecie się z nowego wydania. 

---

I tyle chciałam Wam napisać. Czy macie kupować te trzy książki? Nie wiem, możecie, czemu nie. Chyba że wolicie oryginalne wydanie z 1939 roku - też da się je dostać czasami na Allegro. Szczególnie polecam oczywiście wspomnienia Zofii Karaś, bo są po prostu wyjątkowo dobrze napisane.

Jestem bardzo za tym, by wznawiać niektóre zapomniane pozycje; sama wiele takich staroci mam w domu (w tym naprawdę znakomity pamiętnik lekarki Heleny Kotarskiej-Detloff, ukrywającej się pod pseudonimem Z. Delta, również wydany w 1939 roku - wspaniała lektura, zasługująca na wznowienie!), ale jestem wkurzona na sposób wydania tych trzech książek, o których dziś pisałam.

Należą im się bowiem po latach solidne przypisy, pochylenie się nad historycznymi terapiami, o których mowa, nad losem autorów, nad kontekstem społeczno-kulturowym epoki. Okropnie mnie wydawnictwo Nawias tym niestety zirytowało. Aż mnie ręka czasami świerzbiła, żeby coś dopisać, zajrzeć do innej literatury, zweryfikować sobie różne rzeczy. Wiem, że historia medycyny jest czymś, co jest moją absolutną pasją i mogę podchodzić do tematu bardzo emocjonalnie, ale cóż poradzę. W końcu tak czuję, nie ucieknę od tego (i polecam się na przyszłość wszelkim wydawcom do robienia przypisów - mam cały regał literatury poświęconej wyłącznie historii medycyny, więc mogę szybciutko i merytorycznie skomentować każdą rzecz! :D). 

W każdym razie - czytajcie stare pamiętniki, ale szanujcie historię i ich autorów. ;) I tyle.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Na regale , Blogger