niedziela, 23 marca 2014

Czerwony kapturek w wielkim mieście.

To nie jest wesoła książka. 
Happy end jest tylko opcjonalny - dodany na ostatniej stronie, z zastrzeżeniem, że tak mogło się skończyć, jeśli tego chcemy, ale niekoniecznie tak się skończyło.


Roberto Innocenti, o którym już kilka razy pisałam, jest ilustratorem wybitnym. Mistrzem szczegółów i budowania napięcia. Tutaj, na szczęście, ma też dobre towarzystwo w postaci świetnie napisanego, choć zwięzłego tekstu Aarona Frischa. Po pierwszym przeczytaniu/obejrzeniu tego "Czerwonego kapturka", byłam pewna, że jest on napisany wierszem - tekst ma wspaniały, poetycki rytm. Nie mogłam się od niego oderwać, chciałam za nim biec, ale zatrzymywały mnie ilustracje, których też nie da się ogarnąć za pierwszym razem. Małe dzieło sztuki.


Historia zaczyna się niepozornie - Sophia musi odwiedzić chorą babcię, która mieszka na drugim końcu miejskiej dżungli. Miasto jest duże i straszne. Nawet to, co w nim ładne, ma swoje paskudne zakamarki, których dziecko jeszcze nie widzi, ale dorosły lekko drży, kiedy to dostrzeże. 

Na początku opowieści ilustracje są dość łagodne i jasne. Ciemnieją i mrocznieją z każdą kolejną stroną. Zbiera się na burzę, zapada zmrok, a mała dziewczynka gubi się w wielkim mieście. 
Przedostatni obrazek, na którym matka czeka na powrót dziecka, po całej tej historii, rozdziera serce. 


Źli ludzie są wilkami i szakalami. Są opisani przy pomocy prostych, sugestywnych metafor i narysowani bardzo wyraziście. Miałam ochotę krzyczeć, żeby ktoś wreszcie zwrócił uwagę na to dziecko, które wlecze się samo po ulicach, nawet kiedy jeszcze nic strasznego się nie działo.

Nie do końca wiemy, co się stało z dzieckiem i co się stało z babcią. Leśniczy w postaci uzbrojonej po zęby policji, przybył za późno. I tylko tyle możemy przeczytać, więc - feel free głowo - wymyślaj wszystkie możliwe horrory. 

Na uspokojenie dostajemy - żeby pocieszyć tych, którzy nie chcą w to wszystko uwierzyć - nieprzekonujące alternatywne zakończenie i zapewnienie, że to tylko baśń, ale.

To jest dobra książka i bardzo zostaje w głowie. Zaryzykuję stwierdzenie, że bardziej w głowie dorosłego, niż dziecka.


Teoretycznie tekst jest na tyle prosty, że czterolatek już spokojnie, z pomocą rodzica, go zrozumie. 
Książka jest mroczna, ale dzieci nie wiedzą, ile strasznych rzeczy mogło się wydarzyć, dopóki ktoś im wprost o tym nie powie. To dorośli znają wszystkie złe zakończenia i to oni są bardziej zszokowani. 

W "prawdziwym" "Czerwonym Kapturku" mamy dydaktyczny smrodek - słuchaj mamy, nie rozmawiaj z nieznajomym, nie spowiadaj się obcym, gdzie mieszkasz. 
W wersji Innocentiego i Frischa tego nie ma tak wiele. Dziecko się gubi, bo było za małe, żeby pokonywać taką trasę. Nie powinno się w ogóle wybierać do miasta bez opieki. Jasne jest, że nie był to pierwszy raz, że bieda ciśnie, że rodzina nie ma innego wyjścia - domyślamy się tego, chociaż na pewno tego nie wiemy - ale i tak. Smrodek jest raczej dla dorosłych. A może wręcz, ujmując to patetycznie, dla świata. 

Dobra książka. Jedna z tych, które warto mieć. I - mimo całej grozy - warto czytać dzieciom, czytać sobie. Posiłkując się tą historią można porozmawiać z dzieckiem o biedzie. O przestępcach, o poruszaniu się po wielkim mieście, o podwożeniu przez obce osoby (tutaj nic się nie stało na tym etapie, ale my wiemy, że mogło), i tak dalej. Widzę tu jeszcze mrowie tematów, które czają się gdzieś po kątach ilustracji.

Mocna rzecz.

2 komentarze:

  1. Chyba nie spodziewałam się takiej treści. Ale nad kupnem się zastanawiam. Mam już "Pinokia" Innocentego, a w sobotę wybieram się na spotkanie z nim na Warszawskie Targi Książki :) Widzę zresztą, że recenzujesz dużo książek i komiksów, które sama czytałam. Będę zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna i przejmująca. My też czytamy (a raczej oglądamy) z zapartym tchem. Ale na razie nie miałam jeszcze odwagi pokazać jej mojemu 3-latkowi. Chyba poczeka na niego jeszcze rok lub dwa...

    OdpowiedzUsuń