niedziela, 4 października 2015

Simona.

Jak pewnie niektórzy już zauważyli, biografie czytuję nałogowo. Moje własne życie jest, na szczęście, nudne jak flaki z olejem, więc sobie rekompensuję to i owo w bezpiecznych warunkach.



Po "Simonę" sięgnęłam łapczywie, bo nie dość, że Kraków i Kossak, to jeszcze ONA. I te piękne zdjęcia.

Cóż to była za osobowość! We wszystkich opowieściach o niej powtarza się na pewno jedno - że była twarda, zamknięta w sobie, kawał cholery, mówiąc po prawdzie. Kochała przyrodę tak bardzo, że stawiała jej dobro wyżej, niż ludzi.

Zamieszkała w środku puszczy, uciekając z toksycznego domu, którym była dla niej Kossakówka.

Na Dziedzince, z dzikiem śpiącym na wersalce, krukiem, który terroryzował całą okolicę i stadem saren, była chyba szczęśliwsza, niż wśród ludzi, którzy i tak lgnęli do niej i jej dziwacznego domu, w którym na ścianach wisiały obrazy Kossaka i zabytkowe kindżały, w porcelanowych, rodowych filiżankach spały popielice, a na starych meblach z Kossakówki siedziały sowy.





Podczas czytania mniej mnie zajmowały w Simonie opowieści o niezdrowych rodzinnych relacjach, bitwach o majątek, wpływy i uczucia (zwłaszcza matki, która nie mogła odżałować, że nie urodziła Kossakowi syna), niż anegdoty zupełnie poboczne:
Na Wydziale Chemii UJ studenci dostawali izotopy ze Świerka [...] i trzeba było je rozdzielić pantografem na próbki o odpowiedniej aktywności. Był to najczęściej roztwór, który należało po oddzieleniu w czymś przechować. Asystenci [...] wpadli więc na pomysł, by roztwór przechowywać w prezerwatywach, ale żaden z młodych chemików nie chciał pójść po nie do apteki. Zagrali w marynarza. Wypadło na najbardziej nieśmiałego asystenta. Poszedł więc do apteki i pyta: "Czy są prezerwatywy?" - "Tak, są. Ile pan sobie życzy?" - pyta farmaceutka. - "Sto sztuk". - Farmaceutka podaje mu setkę prezerwatyw, a on prosi o rachunek. - "A na kogo wypisać?" - "Na Instytut Techniki Jądrowej".
Na kompletnie początkowo zrujnowanej i niepraktycznej Dziedzince w Białowieży wylądowała Simona chyba dlatego, że - poza przyjemnym oddaleniem od innych ludzkich siedzib - była to chatka nadzwyczajnie malownicza, a przecież dziecko wychowane wśród obrazów Kossaków...
[...] ten monumentalny żubr, biel, śnieg, pełnia, bielutko naokoło, ślicznie (...) i leśniczówka ukryta na polance cała ośnieżona, dom opuszczony, przez dwa lata nikt tu nie mieszkał. W środkowym pokoju nie było podłóg, w ogóle ruina. I ja się na ten dom popatrzyłam, tak właśnie osrebrzony księżycem, żeby było romantycznie, i powiedziałam: koniec, tu albo nigdzie!
I tak miało być na chwilę, ale - jak to w często bywa - zostało na zawsze. Wkrótce do drugiej izby wprowadził Lech Wilczek, który został jej towarzyszem na resztę życia. Zupełnie wrośli razem, choć stanowili dziwną parę, w puszczę, hodując zwierzęta i kłócąc się zajadle od czasu do czasu. A Simona z wiekiem coraz mniej interesowała się ludźmi. Przyjeżdżając czasami na jakieś ważne uroczystości do Krakowa, odrywała się od zgiełku i szła, na przykład, patrzeć na ptaki.

Dziwna to była dusza, nieznośna dla ludzi na dłuższą metę, ale niezmiernie fascynujące były jej relacje ze zwierzętami. I o tym warto przeczytać, bo napisanie biografii kogoś, kto tak w sumie niewiele czasu spędzał z ludźmi (a jeśli już, to niezbyt wylewnie się wypowiadał), to wielkie wyzwanie i ciężka praca, polegająca głównie na czytaniu między wierszami pojedynczych zdań, często bliźniaczo do siebie podobnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz