Elegia dla bidoków

Elegia dla bidoków

Zacznijmy od tego, że z jakiegoś powodu ta książka była reklamowana przed premierą jako wgląd w życie wyborców Trumpa i trochę pomijano fakt, że to jest po prostu książka wspomnieniowa, a nazwisko Trumpa tam chyba nawet ani razu nie pada. W ogóle nie ma tam żadnych politycznych wniosków i nawiązań, bo to jest literatura osobista i traktująca głównie o dorastaniu.


Autor, młody mężczyzna (po trzydziestce, młodszy ode mnie), opisuje swoje życie w rodzinie mieszkającej w rejonie Apallachów, w stanie Ohio, w rodzinie, na którą w USA mówi się różnie: hillbillies, rednecks, white trash (w polskim tłumaczeniu to, z jakiegoś powodu, bidoki). Niewykształceni, pochodzący ze społeczności miast i miasteczek, które kiedyś były wspaniale prosperującymi terenami przemysłowymi, ale po upadku fabryk ludzie zostali bez pracy i bez perspektyw.

Bądźmy szczerzy - rodzina autora w naszym świecie byłaby nazwana patologią, a nie żadnymi bidokami. Matka narkomanka, która ciągle wikła się w nowe związki, nieobecny ojciec (religijny radykał, mający już nową rodzinę; chyba nie taki znowu zły człowiek, ale obojętny raczej na los syna) i dziadkowie - prości, mający wiele za uszami, grożący bronią każdemu, kto im podpadnie, ale - co najważniejsze i ocalające dla dzieciaków jej córki - kochający swoje wnuki i chroniący je - w miarę możliwości - przed paskudnymi decyzjami rodziców.

"Elegia" to opowieść o upadku społeczeństwa. O staczaniu się na dno beznadziei całych wiosek, miast i regionów. Przede wszystkim jednak to książka o tym, co może ocalić dziecko z patologicznej rodziny - jedna, kochająca osoba dorosła. J. D. Vance miał szczęście, że jego prostolinijna babcia była trzeźwa i kładła mu do głowy, co jest w życiu najważniejsze, więc dał radę, choć nie bez przeszkód, ukończyć studia prawnicze w Yale, a jego siostra założyła zdrową rodzinę z mężczyzną, który nie pije i nie bije. To jest osiągnięcie, które nie stało się udziałem większości znajomych autora.

Ludzie, których opisuje Vance, żyją z zasiłków, kredytów i przestępstw. Nie mają kwalifikacji do żadnej pracy, nie nauczono ich tego, że jeśli już uda im się zdobyć robotę, to powinni do niej stawiać się punktualnie i na trzeźwo.
Sam autor uczył się tego długo - jak się ubrać na rozmowę o pracę, jak rozmawiać z ludźmi, z którymi trzeba ubić interes. Nauczono go tego w wojsku, do którego poszedł zaraz po liceum. Te kilka lat w armii nie tylko pozwoliło mu potem dostać stypendium naukowe, ale też wojsko uczyło młodych ludzi zasad rządzących światem ludzi trzeźwych i pracujących.

Korpus zakłada, że jego rekrutów cechuje skrajna ignorancja. Zakłada, że nikt nigdy nie uczył ich niczego na temat sprawności fizycznej, higieny osobistej czy osobistej gospodarki finansowej. Zaliczyłem obligatoryjne kursy z bilansowania wydatków z książeczki czekowej, robienia oszczędności i inwestowania. Gdy wróciłem z unitarki, wypłaciłem zarobione 1500$ z konta w kiepskim banku regionalnym, a starszy stażem szeregowiec marines zawiózł mnie do oddziału szanowanej kasy kredytowej Navy Federal i kazał mi założyć tam konto. Kiedy dostałem zapalenia gardła i próbowałem wziąć je na przetrzymanie, dowódca oddziału przyuważył mnie i polecił, żebym zgłosił się do lekarza.

Ten trening życia, choć różnie można mówić o "wojaczce", sprawił, że J. D. wiedział potem, jak przeżyć na studiach i jak zmobilizować się do ciężkiej pracy, co zaprowadziło go do życia tak innego, od życia jego krewnych. Krewnych, których bardzo kochał, którzy kochali jego, ale mieli o wiele bardziej pod górkę, bo nikt w ich otoczeniu nie znał świata innego, niż świat biedy, narkotyków i awantur.

"Elegia" jest napisana gładko i przetłumaczona sprawnie, ale dość kontrowersyjne wydają mi się niektóre decyzje tłumacza (Tomasz S. Gałązka), który bardzo chciał spolszczyć nie tylko hillbillies (bidoki), ale też inne regionalizmy, więc mamy trochę słów, których oryginału nie umiem rozpoznać (brak przypisów), co mnie drażni. Jest np. "dulina", albo pisanie "wuja" zamiast wuj/wujek. Przydałoby się jakieś wyjaśnienie, bo po polsku brzmi to dziwnie, a tego, co stoi u źródła, nie sposób się domyślić.

Książkę czyta się szybko, lekko i z przyjemnością, bo choć temat jest trudny, a opisywani ludzie są jeszcze trudniejsi, to widać, że autor bardzo ich szanuje, mimo całego życiowego syfu, jaki mu zgotowali. Rozumie świat, z którego pochodzą, bo sam jest jego częścią, więc nie ma w nim pogardy, ani poczucia wyższości. Vance nie udaje też, że wie, jak naprawić "bidoków", ale widzi, jakie są wady systemu opieki społecznej i jak trudno jest wyrwać się ze świata, w którym się urodził.

Polecam z czystym sumieniem, bo to wgląd do rzeczywistości, o której w Polsce mamy jednak bardzo mgliste pojęcie (choć mamy i swoich "bidoków").
Marcowy kącik zapowiedzi.

Marcowy kącik zapowiedzi.

Prawie wiosna. To znaczy - w weekend ma być minus dziesięć, ale ostatnie trzy dni są dość ciepłe, więc można udawać, że to koniec zimy. 

Na fali radosnego nastroju popatrzmy, co nam w Polsce wydawnictwa szykują do czytania w słońcu.

1. Na początek korespondencja poetów. Dla miłośników pięknego słowa - Wydawnictwo a5, 18. kwietnia.


2. Książka o islamie dla dzieci. Odczarowująca temat, pokazująca różnorodność świata. Odtrutka na pełne grozy i paniki internetowe histerie. Książkę wydaje Czarna Owca (4. kwietnia).


3. Kolejna część serii amerykańskiej od Czarnego. Tym razem o kobietach, które zakochują się w zbrodniarzach i biorą śluby ze skazańcami z cel śmierci. Wyjdzie na początku maja.


4. Kolejny raz Czarne - tym razem o tym, jak to jest być kobietą w Japonii. Premiera 25. kwietnia.


5. Od Wydawnictwa Literatura kolejny tom serii Wojny dorosłych - Historie dzieci. O ucieczce przed wojną. Temat zawsze ważny. Musimy uczyć dzieci, że wojna nie jest fajną przygodą i zabawą. Książka wyjdzie pod koniec marca.


6. Franaszek, autor znakomitej, olbrzymiej biografii Miłosza, wziął się tym razem za Herberta. To na pewno będzie dobre. :) Znak, 9. kwietnia.


7. Biedroń dla dzieci o demokracji. Znak, 16. kwietnia.


8. Nowa książka autora "Głodu". Znowu ciężki temat. Rozmowy z migrantami z całego świata. Z uchodźcami, uciekinierami, poszukiwaczami bezpiecznego życia. Już w kwietniu. Pewnie niełatwa lektura.



To tyle ode mnie na dziś. Czasy jakieś smutne, książki więc jeszcze smutniejsze. Ale, mimo wszystko, życzę Wam pięknej wiosny.
Missoula.

Missoula.

Krakauer jest gwarantem dobrego reportażu, Czarne też nie wydaje raczej gniotów, więc sięgnęłam po tę książkę bez obaw o jej jakość, ale z lękiem, bo ciężar tematu jest przytłaczający. 

Książka opowiada o sprawach gwałtów w jednym z uniwersyteckich miasteczek, ale prawda jest taka, że to miasteczko nie było przypadkiem odosobnionym, a gwałty na tzw. frat parties to temat bardzo powszechny. Tak samo jak powszechny jest temat tzw. date rapes (gwałtów na randce), które są przez sądy - nie tylko w Ameryce - traktowane zatrważająco pobłażliwie. 

Tak samo jak w Polsce, sprawcy gwałtów rzadko trafiają do więzienia, a system prawny jest przeżarty szkodliwymi stereotypami, które uniemożliwiają sprawne działanie organów ścigania. 



To w skrócie. A w szczególe - och, jak inaczej się mimo wszystko odbiera "Missoulę" w Polsce... Jakkolwiek absolutnie się zgadzam z oburzeniem na pobłażliwą panią prokurator, która broni gwałciciela, bo to by mu zrujnowało życiowe plany, czy na innych niekompetentnych pracowników policji, to wiedząc, jak tragicznie wygląda sprawa zgłaszania gwałtów w Polsce, byłam zszokowana, że w moim odbiorze niektóre sprawy - choć do pewnego stopnia spartaczone - byłyby w Polsce uznane za nieźle poprowadzone. A to dlatego, że W OGÓLE ktoś sprawy prowadził. 

Zeznania zostały przyjęte i nagrane, do oskarżonego pofatygował się funkcjonariusz na przesłuchanie, próbki biologiczne zostały należycie zabezpieczone, itp.. Choć dalszy przebieg niektórych postępowań był niekoniecznie idealny, nie zawsze doprowadzał do skazania, itd., to mimo wszystko we mnie, żyjącej w Polsce, była to gorzka lekcja na temat państwa, w którym żyję. 



Porażająca jest wizja mężczyzn, którzy w ogóle nie uważają za gwałt współżycia z zamroczoną alkoholem dziewczyną, albo z dziewczyną, która nie ma siły się bronić (więc pewnie to lubi). To są faceci, którzy - w badaniach przeprowadzonych na uczelniach w USA - wprost przyznawali się do seksu z koleżankami, które w tym celu wcześniej celowo upili. Traktowali to jak męską opowieść o podbojach. Podczas gdy opowieści tych dziewcząt o tych samych wydarzeniach są koszmarem. 

Młode kobiety z tego powodu rezygnowały ze studiów, wpadały w depresję, alkoholizm, albo zaczynały się okaleczać w inny sposób. Ich życie przez lata było naznaczone mdłym wspomnieniem jednej imprezy, czasem gwałtu zbiorowego, który sędzia uznał za konsensualny stosunek, mimo że kobieta miała po nim obrażenia ciała. Młodzi mężczyźni, przyznający że czerpali wiedzę o seksualności z pornografii, nie byli w stanie zrozumieć, że seks bez przygotowania, seks bez zgody i przyjemności, prowadzi do zranień, uszkodzeń ciała, często poważnych rozdarć i jest bolesny. 

Statystyczna szansa, że dany gwałt został popełniony przez seryjnego przestępcę, to mniej więcej 90%. Badania są w tej kwestii jednoznaczne. Policja i prokuratorzy powinni mieć co do tego jasność. Zgłaszając gwałt, ofiara daje im możliwość odizolowania takiego faceta od społeczeństwa. Jeśli natomiast zrezygnujemy z prowadzenia sprawy, bo ofiara była pijana lub znana z rozwiązłości, czy zresztą z jakiegokolwiek powodu, sprawca prawie na pewno spróbuje zgwałcić kolejne kobiety. [...] policja powinna podchodzić do badania podejrzanych o gwałt z taką samą sumiennością, z jaką ściga narkotykowych bossów i sprawców przestępczości zorganizowanej,
W przypadku Missouli prowadzenie spraw utrudniała także społeczna presja, gdy oskarżonym był znany członek uwielbianej drużyny sportowej. Społeczeństwo nie miało ochoty w ogóle wierzyć, że mógłby zrobić coś nagannego, przerzucało winę na ofiarę, żałując biednego chłopaka, któremu to może zaszkodzić w karierze. Podobnie to działa w Polsce, kiedy oskarżony o molestowanie zostaje ktoś poważany w danej społeczności - czy to będzie nauczyciel, czy ksiądz, czy znany aktor, ludzie są skłonni go bronić za wszelką cenę, nie zważając na dowody jego winy. Za parę dni zresztą ukaże się polska książka na ten temat, którą na pewno przeczytam. 


"Missoula" to bardzo rzetelny reportaż, oparty na bardzo bogatych źródłach. Obnaża indolencję władz, mechanizmy wybielające sprawców, victim shaming; pokazuje krok po kroku, jakie błędy popełnia się w sprawach o gwałt, przedstawia badania naukowe dotyczące gwałcicieli i wpływ gwałtu na późniejsze życie kobiet. Mimo że sprawy opisane przez Krakauera, to sprawy wywodzące się niemal wyłącznie z jednej społeczności, z jednego miasteczka, to wszelkie wnioski mogą być spokojnie ekstrapolowane na inne środowiska.

Nie jestem wstrząśnięta po przeczytaniu. Jestem zrezygnowana. Pomimo tego, że Ameryce jeszcze wiele brakuje do tego, żeby prawo traktowało gwałcicieli odpowiednio, to Polsce jest do tego jeszcze dalej. Sto razy dalej. Dzisiaj opadły mi ręce i chwilowo nie mam siły nawet pisać o tym, co czuję. Strach wyciągać wnioski ogólne na temat sytuacji kobiet, bo można się pogrążyć, żyjąc w kraju, którego prezydent na legalu nawołuje, żeby ignorować rozporządzenia Konwencji Antyprzemocowej. Czego więc można wymagać od słabo opłacanych i niedoszkolonych policjantów?

Ech. Dobra książka. Tylko dla dorosłych. I dla ludzi o mocnych nerwach. 

Książka wszystkich rzeczy

Książka wszystkich rzeczy

Długo się zbierałam, żeby napisać o tej książce. Niewiele jest opowieści dla dzieci, które mają taki ładunek emocjonalny, że nawet najbardziej gruboskórny słoń zapłacze. Ja drżałam przy czytaniu przez cały czas. Bałam się każdej kolejnej strony. Nie wiem, czy każde dziecko (mówię o dzieciakach starszych, takich dziewięcio- czy dziesięciolatkach co najmniej) powinno tę książkę czytać. Te wrażliwsze powinny po nią sięgnąć dopiero po dorośnięciu do trudnej tematyki przemocy w rodzinie. Na pewno nie polecam tej lektury każdemu. Jest to jednakowoż jedna z niewielu książek, które mogą się przydać w terapii dzieci i młodzieży, która zetknęła się z tematem osobiście (nie udawajmy, że takich nie ma) - i to już jest olbrzymim plusem tej lektury.



Thomas ma dziewięć lat, a jego ojciec jest tyranem. Do tego tyranem ortodoksyjnie religijnym, czytającym na głos co wieczór Biblię i przekonanym, że mężczyzna musi swoją żonę i dzieci trzymać na bożym kursie twardą ręką, dla ich dobra. Cała rodzina chodzi w niedzielę do "specjalnego" kościoła, który jest daleko, ale nie jadą tramwajem, bo ojciec uważa, że to obraża boga - "Bóg nie chciał, żeby w niedzielę kursowały tramwaje".

Thomas ma starszą siostrę, Margot, która - z pozoru płocha i głupiutka - jako jedna z niewielu potrafi odwrócić uwagę ojca. Używa swojej maski niemądrego dziewczątka, by chronić przed biciem swoją matkę i brata. Do tego jest tam także sąsiadka, pani Van Amersfoort, która wprowadza Thomasa w świat książek (co nie podoba się ojcu, który sądzi, że jedyna dozwolona książka to Biblia), a do tego pomaga rodzinie wyrwać się spod władzy despoty.

Do tego Thomas często widzi rzeczy, których nie ma - na przykład deszcz żab; ma bujną wyobraźnię, kocha się w dziewczynie bez nogi i rozmawia z Jezusem, który go regularnie odwiedza. Jest niezwykłym chłopcem. Wrażliwym i przerażonym. I najbardziej na świecie pragnie być szczęśliwy.

Ta książka porusza wiele strun - temat przemocy w rodzinie jest tylko jedną z nich - mówi o sile literatury i muzyki, o mocy społecznego wsparcia, o kobiecości i o fanatyzmie. I nie ma jednoznacznej konkluzji na końcu, żadnej wielkiej puenty, bo życie nie jest czarno-białe. Ojciec ich kocha (na swój pokręcony sposób), ale nawet Jezus mu nie pomoże, jeśli sam nie zapragnie zmiany. Niewiele można zrobić, ale jedno jest pewne - szansa na zwycięstwo jest wtedy, kiedy nie jest się samemu, kiedy ktoś zza ściany zareaguje, kiedy w pomoc włączą się ludzie dobrej woli.


Nie żaby, nie komary i nie zaraza, tylko my jesteśmy najlepszą plagą. My, kobiety i dzieci. Żaden faraon się nam nie oprze.
Autor, Guus Kuijer, zebrał za "Książkę" całe naręcze zasłużonych nagród. Odważył się ruszyć temat, który nie jest wygodny, o którym w książkach dla dzieci nie wspomina się od czasów Tomka Sawyera i Ani z Zielonego Wzgórza (kiedy bicie dzieci było niejako częścią krajobrazu). Nie wiem, czy kiedykolwiek w literaturze dla młodego człowieka czytałam coś równie przerażającego, jak opis lania spuszczanego Thomasowi przez ojca, więc bardzo Was proszę - jeśli zamierzacie swojemu DUŻEMU dziecku dać do przeczytania "Książkę wszystkich rzeczy" - najpierw sami ją przeczytajcie. Chociażby po to, żeby wiedzieć, o czym potem warto porozmawiać.

Mój piątoklasista jeszcze tej książki nie czytał, ale położyłam ją niedawno na jego półce, żeby sięgnął, kiedy zechce. Książkę kupiłam prawie dwa lata temu i do niedawna sądziłam, że jest zbyt emocjonalnie wymagająca. Dziś już dorósł i wiem, że ją udźwignie, ale to sprawa bardzo indywidualna.

Za to wszystkim dorosłym polecam gorąco. Warto poznać Thomasa. Poza tym - podobno to postać wzorowana na prawdziwym człowieku i jego dziecięcych zapiskach.

Zaginione miasto boga małp.

Zaginione miasto boga małp.

W Polsce o Hondurasie raczej się nie rozmawia. Ameryka Południowa jest generalnie tak bardzo odległa, że myśl o zgłębianiu warunków w dżungli w kraju, którym od lat rządzą kartele narkotykowe (to się powoli zmienia, ale powoli), jest dość niedorzeczna. A bo to mało mamy własnych problemów? ;)

A tu proszę - książka o poszukiwaniach zarośniętego przez pierwotną puszczę miasta. Żmudne opisy technologii lidarowych (cudowna sprawa, niesamowicie pożyteczna rzecz), perypetii urzędniczych, jadowitych węży, meszek, odkopywania kamieni - A NIE MOŻNA SIĘ ODERWAĆ.



W gęstych, nietkniętych przez człowieka od wieków lasach Mosquitii, w 2015 roku, po wielu latach rekonesansów lidarowych i innych przygotowań, ekspedycja archeologów, antropologów i innych naukowców (a także fotografów National Geographic) odkrywa wielkie miasto nieznanej cywilizacji, która żyła na tamtych terenach w czasach, kiedy Hernan Cortes opisywał Meksyk. Jedna z jego relacji wspomina o najbogatszym z miast, jakie widział. Miasto to miało przyćmiewać inne miejsca, jakie napotkał. Czy chodziło o to samo miasto? Czy to Cortes zawlókł jakąś chorobę, która wymiotła całą populację i zostawiła ten olbrzymi teren przyrodzie, czy też jakaś katastrofa nastąpiła później? Trudno powiedzieć, ale opowieść Prestona o odkrywaniu miejsca tak tajemniczego, tak bardzo nieznanego, innego i tak cholernie niedostępnego (nie da się tam dojechać żadną lądową drogą, ekspedycja była dosłownie "zrzucana" z helikopterów) jest po prostu rewelacyjna.

Biorę poprawkę na to, że studiowałam antropologię, więc tematyka dawnych cywilizacji może być dla mnie znacznie ciekawsza, niż dla większości ludzi. Preston, który prywatnie oprócz tego, że jest dziennikarzem, jest też pisarzem thrillerów, z bardzo technicznej wyprawy zrobił niemalże powieść awanturniczą. Buduje napięcie (czasem zbyt długo, ale niech mu tam ;)), fascynuje, nie można przerwać czytania.

Teraz, szykując się do lotu jako pasażer, uważniej przyjrzałem się maszynie i nie spodobało mi się, co zobaczyłem.
- Co to za wyciek? - spytałem Chucka.
- Nie przejmuj się nim - odparł. - Codziennie uzupełniam olej. W ciągu jednego dnia maszyna nie zużyje tyle, żeby to miało znaczenie.
Gdy wgramoliłem się na pokład, moje wątpliwości jeszcze wzrosły. Wnętrze cessny, dawniej pokryte tłoczoną bordową tapicerką, było zniszczone, zatłuszczone i wyblakłe - wyglądało tak, jakby trzymało się na taśmie klejącej. Śmierdziało tam jak w starym aucie. Gdzieniegdzie założono silikonową uszczelkę, która odłaziła całymi sznurami. Gdy przeciskałem się obok ogromnej skrzyni z lidarem do mojej szczeliny, uderzyłem łokciem w jakiś panel, który odpadł.
- Nie martw się, to normalne - powiedział Gross, uderzeniem pięści wbijając płytkę z powrotem na miejsce.

Na marginesie opowieści archeologicznych, opowieści o morderczej dżungli i walce z robactwem, jest też opowieść o tym, jak niszczycielską siłę ma ludzkość. Na przestrzeni kilku lat autor obserwuje jak zmieniają się obrzeża puszczy, jak szybko postępuje jej nielegalna wycinka pod pastwiska, jak nie radzi sobie z tym honduraski rząd, jak trudno jest patrzeć na świat, który znika.

Prace w Mosquitii trwają, ale - by zachować stanowisko nietknięte - nie ujawniono dokładnej lokalizacji odkrycia. Dżungla jest olbrzymia (choć maleje z dnia na dzień), więc jest szansa, że da się zbadać to miejsce, zanim zostanie zniszczone. Honduras to nie jest kraj, w którym da się coś zabezpieczyć, ustawić pachołki i zabronić wejścia. Każda cysterna z paliwem musi być obstawiana przez wojsko, żeby mafia nie zamordowała kierowcy i nie ukradła ropy na własny użytek. Potencjalnego złota z XV wieku nie udałoby się uchronić, gdyby ktokolwiek umiejscowił na mapie zaginione miasto.

No i tak. Historia jak z Indiany Jonesa, która dzieje się teraz, naprawdę. Warto ją znać, bo jest absolutnie fascynująca. Książka jest napisana tak, że spokojnie każdy może ją przeczytać i nie musi znać żadnych specjalistycznych terminów, żeby się w niej zorientować, bo wszystko jest objaśnione, ALE czytelnik musi być otwarty na to, że się czegoś nauczy. :)

Wybierzcie się z Prestonem na wyprawę, bo warto. Cholernie zazdroszczę mu roboty. :)
Cydr z Rosie

Cydr z Rosie

Pewnie niektórzy już wiedzą, ale mam wyjątkowy sentyment do literatury brytyjskiej. Zwłaszcza takiej, której akcja toczy się na wsi. A najlepiej, jeśli całość oparta jest na faktach.



"Cydr z Rosie" to książka, w której Laurie Lee wspomina swoje dzieciństwo na zapadłej wsi Slad na Wyspach. Akcja zaczyna się, gdy rodzina z powodu wojny wynosi się do odległej od zgiełku świata mieściny. Pierwsza Wojna Światowa wkrótce się kończy, ale rodzina pozostaje na prowincji.

Laurie wychowuje się w głęboko kobiecym świecie. Ma trzy starsze siostry i matkę, a ojciec wyjechał na wojnę (którą przeżyje, ale już nie wróci do rodziny). I ten świat matkujących mu starszych sióstr go kształtuje.

Nawiasem mówiąc - autor książki wrócił w ostatnich latach życia do mieściny ze swojego dzieciństwa i dożył tam swoich dni. Bardzo to piękne zamknięcie. Tym piękniejsze, że jestem już po lekturze i trwam w romantycznym oczarowaniu. ;)



Książka ukazała się po raz pierwszy w 1959 roku, ale na polski została przetłumaczona dopiero teraz. Przetłumaczona ZNAKOMICIE. To jest cudowne, literacko piękne, dopracowane tłumaczenie niezwykle poetycko napisanej opowieści. Polski tłumacz - Jerzy Łoziński - włożył w tę książkę całe serce, widać to od pierwszej do ostatniej strony. Choć nie czytałam oryginału, jestem przekonana, że talentu autora w najmniejszym stopniu nie skrzywdził. Tłumacz używa bogatego języka, zachowuje metafory i książkę czyta się wspaniale. Bardzo dobra robota. Tym trudniejsza, że autor "Cydru" jest także poetą, co wyziera z każdego zdania.

Choć w książce jest dużo opisów - budynków, przyrody, ludzi - i są one często długie i zawiłe, to nie są nużące, nie są pretensjonalne, nie są niepotrzebne. Książkę się chłonie, przeczytałam ją w dwa krótkie wieczory z rozkoszą. Dawno nie czytałam czegoś tak literacko ładniutkiego i kojącego.

Owe wzory na suficie sypialni były odrębnym światem, więc moje oczy nieustannie wędrowały w tym długim świetle pierwocin budzenia się, na które skazane jest każde dziecko. Były archipelagami w morzu krwistego lakieru, armiami grupującymi się i jednoczącymi przeciwko mnie, były alfabetem makabrycznego języka, pierwszą książką, jaką kiedykolwiek przeczytałem.

"Cydr" zamieszkują całe szwadrony postaci - barwnych, wyrazistych, w cudowny sposób nieistotnych, tworzących tło opowieści o dzieciństwie okrutnie i pięknie wiejskim. Lee każdy akapit, każdą anegdotę, każdą pierdołę czyni pociągającą, oniryczną, magiczną, czasem przerażającą. Nie przesadzę zanadto, jeśli powiem, że jego pisarstwo odrobinę przypomina mi Alice Munro (a trochę "Ocean na końcu drogi" Gaimana) i na pewno, ale to na pewno przeczytam też inne jego książki. Nie napiszę, że to moje odkrycie roku, bo rok trwa dopiero od niecałych dwóch tygodni, więc cóż to byłoby za osiągnięcie, ale z pewnością jest to jedno z moich milszych spotkań literackich ostatnich miesięcy.

Książkę trzy razy zekranizowano (ostatnio w 2015 roku), zrobiono z niej słuchowisko w radiu BBC (musiało być wspaniałe, ta książka jest bardzo gawędziarska) i w ogóle jest to pozycja szeroko znana na Wyspach. Tak znana, że mi wstyd, że dla mnie jest to tak świeże olśnienie.

1998

2015

1971

[Kat] wspinał się po stoku, aby nasycić szubienicę miejscowymi przestępcami. Pewniej zaciągniętej burzowymi chmurami nocy przekazano mu po rutynowych formalnościach dygoczącego chłopca. Nawykły do pracy w ciemności, szybko uporał się z podrostkiem, po czym przystanął, aby zapalić fajkę. Już się odwracał, aby odejść, kiedy chmura odsłoniła księżyc i światło musnęło szubienicę, a wtedy w zalanej deszczem twarzy, która zwiesiła się, patrząc ku niemu, kat rozpoznał swojego syna. Stojącym wokół nic nie powiedział, tylko poszedł wprost do swej chaty, porządnie umocował hak, przytwierdził do niego stryczek... i się powiesił.

Laurie Lee napisał trzy tomy wspomnień i już nie mogę się doczekać, kiedy dostanę kolejne dwa w swoje ręce. Gorąco polecam zanurzenie się w świat brytyjskiej wsi z początków XX wieku. To jest nadzwyczajna, dobra książka. Coś jakby baśń oparta na faktach. Nie umiem się w niej do niczego przyczepić, wszystko mi się tam podobało, a to mi się zdarza coraz rzadziej i rzadziej. Z wiekiem robię się wybredna.

Spodoba Wam się opis prymitywnej, wiejskiej szkoły i jej dziwnych postaci - nauczycielek i okrutnych, wiejskich dzieciaków. Zaczaruje Was wizja domu na wzgórzu, regularnie zalewanym przez deszczową wodę, spodoba Wam się demoniczny kozioł, żebracy i dojrzewające dziewczęta. Będziecie zachwyceni, obiecuję. Matko, jaka to jest fajna książka. Kupcie, to może Zysk przetłumaczy też kolejne tomy, jak im się pierwszy dobrze sprzeda. :)
Noworoczny kącik zapowiedzi.

Noworoczny kącik zapowiedzi.

Dziś będzie bardzo zwięźle, bo styczeń to czas, w którym wydawnictwa trochę przysypiają po świątecznym obżarstwie. Niemniej udało mi się znaleźć kilka ciekawych rzeczy, które wkrótce się ukażą. 

1. Książka Prestona o ekspedycji do Hondurasu w poszukiwaniu legendarnego Białego Miasta. Jedna z najgłośniejszych książek non-fiction roku 2017. Ma znakomite recenzje, chyba wszystkim się podobała. Zacieram ręce. Wydana zostanie przez Agorę za tydzień. :)


2. Kolejny "Domek na drzewie". Dzieci go kochają, mój syn ubóstwia i każdą część czytał niezliczoną ilość razy. Czeka w blokach startowych. (Nasza Księgarnia, też za tydzień.)


3. Propozycja dla młodszej grupy wiekowej. Obrazkowa książka-wyszukiwanka od Naszej Księgarni (także za tydzień). Wygląda bardzo ładnie. 




4. Wznowienie Filipowicza. Zawsze warto. Znak, 5. lutego.


5. WRESZCIE w Polsce. Książka, na podstawie której powstały świetne animacje, znane chyba większości dzieci. Znak się ulitował i wydał. Premiera 5. lutego.


6. Nowy Mieville. Wrzucam, bo to Mieville i ludzie go kochają. ;) Zysk, 22. stycznia.


7. Na koniec poważniej - bardzo dobrze przyjęta, pozytywnie recenzowana książka historii postaw Zachodu wobec Wschodu. O stereotypach Orientu i islamu, o powstawaniu współczesnego obrazu kultury, którą wypadałoby znać. :) Książkę wyda Zysk pod koniec stycznia.



Na dziś koniec. Zbieram się w sobie w tym świeżutkim roku. Recenzje w toku, jak to u mnie. Kiedyś je wrzucę. :) Oby szybciej, niż później.

Niech Wam się dobrze czyta w dwa tysiące osiemnastym!
Dziewczynka, która uratowała Gwiazdkę.

Dziewczynka, która uratowała Gwiazdkę.

Pamiętacie "Chłopca, zwanego Gwiazdką"? Matt Haig postanowił kontynuować świąteczne pisanie i pozostać w Mikołajowym uniwersum, pisząc kolejną książkę o świętach.
Tym razem przenosi nas częściowo do wiktoriańskiego Londynu, gdzie dzieci czyszczą kominy, nie mają co jeść i nie mają nadziei, a sam Dickens przechadza się po ulicach i opiekuje kotami.

Przyznaję, że z ogromną przyjemnością sięgnęłam po kolejną książkę Haiga, bo poprzednia była bardzo dobrą, solidną, grudniową pozycją do czytania razem z dziećmi (i bez dzieci także). Jeśli dodać do tego zabawne ilustracje Moulda, robi nam się porządny świąteczny nastrajacz, póki co doroczny, bo podejrzewam, że kolejna część tej serii (która już istnieje po angielsku) ukaże się w Polsce przed przyszłoroczną Wigilią.


No ale do rzeczy.

Tytułowa dziewczynka to Amelia, która ma przerąbane, a życie tak smutne, jak tylko smutne może być życie dziecka w dawnym Londynie. Jakby tego było mało - przyszłość Doliny Elfów i całej Gwiazdki zależy od tego, czy ta właśnie, dramatycznie przez los poturbowana dziecina, nabierze trochę wiary w przyszłość i nadziei na lepsze jutro.

Ciężka sprawa, renifery już jadą na oparach nadziei, a niefrasobliwy i nieco głupkowaty Ojciec Gwiazdka postanawia odnaleźć Amelię w brudnym, pełnym biedaków mieście, by uratować to, co jest do uratowania.



Sama fabuła nie jest być może najbardziej porywająca na świecie, brakuje jej też tej świeżości, którą miał "Chłopiec, zwany Gwiazdką", ale Haig buduje arcyciekawe tło. Może nie zaskakujące dla dorosłego czytelnika, ale dla dziecka (raczej starszego, niż młodszego) to świat fascynujący w swojej ponurości, tragiczny i poruszający. A do tego książka jest - podobnie jak poprzednia część - przepięknie wydana przez Zysk.



Polecam z czystym sumieniem - przed Gwiazdką, na Gwiazdkę i po Gwiazdce.
Choć książka może być czytania bez znajomości pierwszego tomu, to jednak o wiele przyjemniej jest znać historię z poprzedniej części, bo wtedy znamy o wiele więcej szczegółów świata, w którym dzieje się cała historia, i to znacznie podnosi jej atrakcyjność. W sumie taki komplecik obu tomów będzie ładnie wyglądał obwiązany srebrną wstążką, leżąc pod choinką.

----
A na koniec:

Wesołych Świąt! I oby Mikołaj (czy kto tam Wam przynosi w grudniu prezenty, bo zdania są mocno podzielone) nie zapomniał przynieść Wam książek. :)





Kanada. Ulubiony kraj świata.

Kanada. Ulubiony kraj świata.

Idąc wciąż tropem książek o życiu w krajach, które są daleko, hen za oceanem, dzisiaj będzie o Kanadzie.

Katarzyna Wężyk podchodzi do Kanady od trochę nietypowej strony.
Wiemy przecież wszyscy, że Justin Trudeau jest spoko, że polityka imigracyjna udała się Kanadyjczykom jak mało komu (imigranci w Kanadzie rzadziej przebywają na zasiłkach, niż ludzie, którzy się w Kanadzie urodzili), że rząd mają równościowy i że w cudowny sposób nic się tam nie dzieje (ach, jak w Europie teraz wszyscy tęsknią za stagnacją i spokojem). Ale czy rzeczywiście?



Poza krótkim rysem historycznym mamy tutaj wywleczone brzydkie sekrety cudownego - mimo wszystko - kraju. Nie są to wielkie tajemnice, ale rzeczy, o których mało się mówi, o których poza Kanadą się chyba w ogóle zapomina. 

Wszyscy słyszeli, że USA ma za uszami wiele paskudnych występków związanych z ludnością rdzenną (słowo "Indianie" w Stanach jest pejoratywne, więc nie będę go tu używać), ale przecież Kanada wcale nie była lepsza. Nawet Zinn w swoim monumentalnym i wstrząsającym dziele ("Ludowa historia Stanów Zjednoczonych") pomija niemalże Kanadę, w której Pierwsze Narody (tak są nazywani w Kanadzie potomkowie rdzennych mieszkańców) nie miały wcale o wiele lepiej. Wciąż żyją ludzie, którzy byli brutalnie traktowani i wynaradawiani w obrzydliwych szkołach z internatem, do których kierowano dzieci z kanadyjskich plemion, by je "ucywilizować". To są ludzie głęboko skrzywdzeni, przenoszący traumę na kolejne pokolenia, a kobiety z rezerwatów są narażone na przemoc, a nawet na morderstwo, kilka razy bardziej niż reszta pań z kraju dobrobytu i syropu klonowego.

Tak, każdy ma jakiegoś trupa w szafie, a Kanada nie różni się pod tym względem od innych państw, mimo że pod wieloma innymi względami - trzeba to przyznać uczciwie - jest krajem niemal idealnym.

Lista grzechów jest dłuższa.
Są zbrodnie ekologiczne (roponośne piaski i całe zamieszanie wokół nich), są durne spory między frankofonami a resztą kraju, i tym podobne rzeczy, ale zdecydowanie najwięcej miejsca autorka poświęca tym zapomnianym mieszkańcom kanadyjskich rubieży, którzy pochodzą od Pierwszych Narodów. Oni są tak bardzo nieznani światu, że należy im się więcej miejsca i chętnie bym poczytała na ten temat coś jeszcze.

Nowy premier oczywiście, jako człowiek przemiły i szlachetny, składa wiele obietnic w sprawie poprawy sytuacji rdzennych mieszkańców swojego kraju, ale czy coś zdziała? Czas pokaże.
A tymczasem warto poczytać o Kanadzie. Bardzo ciekawa książka o bardzo mało eksploatowanym temacie. Kanada nie jest specjalnie znana w Polsce nawet pod kątem turystycznym. Czasem ktoś poleci nad Niagarę, czasem odwiedzi Wyspę Księcia Edwarda i tyle. A przecież to drugi, pod względem wielkości, kraj świata. Tam musi być coś ciekawego poza wodospadem i krainą Ani z Zielonego Wzgórza....

Dobry prezent pod choinkę, okładka ma śliczne, świąteczne kolorki. ;) Polecam.

Ameryka po nordycku.

Ameryka po nordycku.

Lubię czytać o USA. To jest olbrzymi, fascynujący kraj, który bardzo chciałabym kiedyś dokładniej zwiedzić. Byłam w Stanach kilka razy, ale głównie w okolicach wielkich miast, więc marzy mi się solidna objazdówka. Może kiedyś, jak już odłożę dużo pieniędzy i znajdę kogoś, kto na miesiąc zamieszka z moimi kotami, wybiorę się w taką podróż, ale póki co - lubię czytać o Ameryce, chociaż absolutnie nie chciałabym tam mieszkać. :)

Czytałam już różne rzeczy o Stanach, wspomnienia z podróży, reportaże o Ku Klux Klanie i Detroit, anegdoty Wałkuskiego i wiele innych. Tym razem to było coś z innej beczki - porównanie szczęśliwej, pieszczącej swoich obywateli Finlandii, do Stanów, w których nie ma nawet urlopów macierzyńskich, że o absurdalnych kosztach opieki medycznej nie wspomnę. Porównanie dwóch sposobów zarządzania socjalem, porównanie dwóch różnych mentalności.

Anu Partanen, fińska dziennikarka, wychodzi za Amerykanina i wyjeżdża z nim do Nowego Jorku, gdzie zaczyna się mierzyć z życiem w kraju o tak innym, od znanego jej, podejściu do swoich obywateli, że musi o tym napisać książkę. ;) Zestawia ze sobą dwa światy, z dwóch różnych biegunów. I wychodzi jej niemal jednoznaczny pean na cześć Finlandii z niewielkim przechyłem w kierunku Stanów Zjednoczonych, ale tylko w jednej dziedzinie - podejściu do talentów jednostki (Finowie, jak większość Skandynawów, są raczej wychowywani w poczuciu, że nie wypada mówić o swoich sukcesach choćby nie wiem, co; rzadko się też kogokolwiek chwali; Amerykanie są jednak zupełnie inni i to napędza przedsiębiorczość i innowacyjność - pozytywna motywacja, bejbe!). Całą resztę polityki socjalnej USA autorka miażdży i podkreśla jej nieludzkość.



Prawda jest taka, że nawet Polska służba zdrowia i polskie prawo pracownicze jawią się jako rajskie, kiedy porównamy je z amerykańskimi rozwiązaniami. Od dawna byłam przekonana, że w USA można mieszkać tylko, jeśli jest się zamożnym i zdrowym, bo inaczej jest się skazanym na długi i food stamps, zapewniające jedynie najtańsze jedzenie złej jakości. Mając wielu znajomych w Stanach, nawet wypowiadających się powściągliwie na temat swojego kraju, nie byłam w stanie wysnuć innych wniosków. Książka Partanen tylko to potwierdza.

Jeśli do tej pory nie mieliście pojęcia o nordyckiej teorii miłości, o szczegółach systemu edukacji w USA i Finlandii, a chcielibyście o tym poczytać (bardzo modny temat, bo Finowie mają najlepsze na świecie i najmniej opresyjne szkoły), jeśli kręci Was temat rozwiązań socjalnych w różnych krajach, albo jeśli planujecie emigrację do któregokolwiek z tych dwóch państw, o których jest książka - przeczytajcie koniecznie. :)

"Ameryka po nordycku" jest napisana bardzo porządnie, zgrabnie, bez owijania w bawełnę, bez zbędnego filozofowania i czyta się bardzo lekko, choć sporo w niej danych, które mogłyby nużyć (ale nie nużą). Widać, że autorka próbuje czasami bronić niektórych amerykańskich rozwiązań, jakby nieco z grzeczności i dlatego że czuje, iż nie powinna tak jechać ciągle po Stanach jak po łysej kobyle (no i poświęca te kilkadziesiąt stron na wychwalanie pozytywnego podejścia do życia wśród obywateli USA, w przeciwieństwie do depresyjnych i marudnych Finów - dogadaliby się z Polakami w tej kwestii), ale jednak - nie da się obronić pewnych spraw i widzimy, że teza jest jedna - Finowie robią socjal lepiej, dlatego są szczęśliwsi i zamożniejsi.

Foto z mojego pobytu w NYC. Więcej zdjęć z USA, nie tylko z NYC, do obejrzenia na moim drugim blogu rudawianki.blogspot.com


A co dokładnie i szczegółowo robią lepiej - musicie sobie sami przeczytać, bo to fajna książka jest. ;)
Dla ciekawych bardziej - fragment książki do przeczytania TUTAJ.
Copyright © 2014 Na regale , Blogger