czwartek, 28 listopada 2013

Na szczęście mleko...

Tym razem Neil Gaiman w wersji dla dzieci. Surrealistyczny, zabawny i kompletnie szalony.
Na całym świecie nie istnieje nic tak pięknego jak śpiewające chórem dinozaury.
Zabrakło mleka do płatków śniadaniowych, więc tata wyszedł po nie do sklepu. Nie było go, w dziecięcych kategoriach, bardzo długo. Czyli ze dwadzieścia minut, może nawet godzinę (ale nie wiem, czy tyle wytrzymałyby w spokoju głodne dziecięce brzuchy). Kiedy wraca z tej strasznie długiej wyprawy po prowiant, dzieci pytają się, dlaczego, ach dlaczego tak strrrrrasznie długo go nie było. I tata zaczyna opowiadać. A opowiada w sposób absolutnie niewiarygodny.

Wiecie, jak to jest, kiedy zaczynacie opowiadać dziecku jakąś historyjkę "z głowy" i po jakimś czasie (czyli po mniej więcej dziesiątym "jeszcze!"), bajka zmienia się w absolutnie nieprawdopodobnego potwora, który jednak - jakimś cudem - zachwyca dziecko jeszcze bardziej? Tak? Jeśli tak, to wiecie, jaka jest opowieść taty o jego niesamowitej drodze po mleko (która angażuje tyranozaury, wulkany, ufo, podróże w czasie, a nawet - na życzenie córki - kucyki).


Przepiękna książka. Absurdalna, a czasami zupełnie bez sensu. Na tym jednak polega jej cały pokręcony urok. Dodajmy do tego jeszcze świetne ilustracje Chrisa Riddella (ilustrował np. "Księgę Cmentarną"), a mamy książkę dla każdego (nie tylko dziecka), kto z radością przyjmuje opowieści zupełnie niemożliwe. :)

- [...] A teraz musisz przekazać nam planetę, żebyśmy mogli ją przemodelować. Na początek usuniemy wszystkie drzewa i wstawimy plastikowe flamingi.
- Dlaczego?
- Bo lubimy plastikowe flamingi. Uważamy, że to najwyższa forma sztuki, jaką stworzono na Ziemi. 

Cudności. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz