czwartek, 29 stycznia 2015

O stereotypach.

Postanowiłam narazić się dzisiaj na falę hejtu (o strasznym gender będzie) i napisać posta na temat książek, które łamią stereotypy, pokazują dzieciom świat, w którym jest coś więcej, niż dziewczynka, która bawi się lalkami i chłopiec, który bawi się samochodami.

Od początku mojej rodzicielskiej kariery potrójnie wkurza mnie podział świata na różowy i niebieski.
I nie, nie uważam, żeby coś było złego w kolorze różowym, ale to tylko kolor i nie powinien mieć płci. Podobnie denerwowały mnie zawsze książki, które zbyt nachalnie upychały dzieci do szufladek. Nie mówię tutaj o klasycznych baśniach, rzecz jasna (nie dajmy się zwariować, mimo stereotypowego Kopciuszka ;)), ale raczej o książkach, które już na samym początku mają napisane, że są "dla chłopców", albo "dla dziewczynek", albo o książkach bezrefleksyjnie głupich i krzywdzących.
Przy czym w książkach "dla chłopców" jest budowanie, tworzenie, klocki, roboty, planety, dinozaury. A w książkach "dla dziewczynek" - kucyki, makijaż, sukienki, dekoracje. Komunikat jest jasny, nie będę go nawet dodatkowo artykułować.

Kilka okładek takich koszmarków tutaj. Nie kupowałam ich nigdy, nawet jeśli były fajne - żeby nie dawać dziecku dziwnego przekazu na temat tego, co komu "wolno", a co nie:




 



Denerwowało mnie, kiedy chcąc kupić dziecku zabawkową kuchnię, słyszałam w sklepie pytania w stylu: "A córeczka to woli różowy, czy czerwony?". Otóż nie mam żadnej córki. Chłopcy też gotują - widzieliście kiedyś Gordona Ramsaya? Chłopcy bawią się też lalkami, bo dorośli mężczyźni zajmują się także dziećmi. Jeśli nie chcą - też świetnie, nie ma przymusu, ale nie powinni słyszeć/widzieć, że to niewłaściwe.

Im starszy był syn, tym bardziej denerwowało tramwajowe babcie, że wiezie ze sobą wszędzie pod pachą ukochanego, jaskraworóżowego kota. Tak jakby obecność różu miała syna skalać na wieki.
Wychowując więc chłopca w takim świecie, jaki mamy, mogłam mieć chociaż wpływ na rzeczywistość, którą widzi w książkach, skoro nie mogłam zmienić szurniętych moralizatorów i moralizatorek, którym się wydawało, że od zabawy lalkami chłopcu odpadnie siusiak (nie odpadł; a koleżankom syna też nie wyrósł ani jeden dodatkowy od zabawy samochodami).

Żeby uciec od tego posegregowanego świata, wpadłam w objęcia współczesnej skandynawskiej literatury dziecięcej. Zakochałam się w wydawnictwie Zakamarki, a potem szukałam już dalej sama, znając nazwiska i serie wydawnicze.

Moje dziecko jest już w szkole i ze zdwojoną siłą walczymy z kretynizmami, które próbują być wtłaczane do głów dzieciom mimochodem przez bezrefleksyjnych dorosłych. Z panią na basenie, która mówi chłopcu, że czerwona deska jest dla dziewczyn, z mamami, które chcą na Mikołajki dzielić prezenty wedle płci (jakby nie można wszystkim było kupić fajnych, twórczych zabawek, nie dając dzieciom przekazu, że coś jest nie dla nich tylko dlatego, że mają określone rzeczy w majtkach), i tak dalej. Cieszę się jednak, że mój syn, wychowany na książkach mądrych i podkreślających różnorodność świata, zauważa te niestosowności i nikogo nie szufladkuje. Nie wiem, czy tak będzie zawsze, ale wiem, że część pracy wychowawczej wykonaliśmy całkiem nieźle. Oby to kiedyś zaowocowało.

A teraz do rzeczy - tytuły książek, które pomagają wyrwać się z baśniowego podziału na dzielnych rycerzy i bierne księżniczki. Z podziału na gotujące mamy i pracujących tatusiów.

"Igor i lalki" - autorka cudownej Nusi napisała zabawną książeczkę o chłopcu, który w przedszkolu dołącza do dziewczynek, które bawią się lalkami.


Na początku trochę się wstydzi, chce schować się z tą zabawą przed kolegami, ale wkrótce koledzy do niego dołączają i okazuje się, że jest świetnie. Na jednej przerwie mogą grać wszyscy w piłkę, a na innej mogą owijać się ścinkami materiału i odgrywać role (tutaj polecam szczególnie przezabawną scenę, w której Barbie rodzi klopsika ;)).




Ta sama autorka napisała książkę, w której ukochany wujek ma partnera, a nie partnerkę ("Zlatanka i ukochany wujek") - nie jest to podane wprost, raczej mimochodem, bo to tak naprawdę książka o zazdrości, ale polecam, gdyby ktoś chciał wprowadzić dziecko w temat.

Godna polecenia jest też seria o tacie, autorstwa Markusa Majaluoma, wydana przez wydawnictwo Bona. Polecam ją nie tylko dlatego, że w tej książce to mama wraca późno z pracy, a dziećmi cały dzień zajmuje się tata, ale też dlatego, że to są po prostu bardzo fajne książeczki. Zabawne, śliczne i dobrze napisane.




Z klasyki polecam Pippi. Dzielna, niezależna, trochę niegrzeczna dziewczynka. Żeński Tomek Sawyer, Huck Finn i tym podobni. Dla równowagi, bo literatura dziecięca pełna jest niesfornych chłopców i grzecznych dziewczynek.


"Księżniczki i smoki" zrywają z tradycją, w której córeczka króla biernie czeka, aż dzielny rycerz ją wyzwoli i zadecyduje za nią o jej losie. Są niesforne, sprytne, dzielne i same biorą sprawy we własne ręce. Poza tym są różne - jedne uwielbiają przeglądać się w lustrze, inne zapominają się umyć. Jak to w życiu. ;) Do tego smoki są przeurocze. :)




"Jak mama została Indianką" odrywa mamę od garów i wrzuca w wir przygody. Urocza i ciepła opowiastka, przy okazji przecząca wizji mamy, która jest tylko od nudnych domowych obowiązków, podczas gdy tata jest od fajnych zabaw i szaleństw.




Bardzo cenię sobie książki, w których jest równowaga - w oczy nie rzuca się żadne szufladkowanie, a bohaterowie są zróżnicowani. Niestety trudno o takie książki w lekturach szkolnych, które były pisane co najmniej pół wieku temu (kanon lektur zmienia się zbyt wolno, a mnie zęby bolą przy niektórych pozycjach, które musi czytać moje dziecko), ale we współczesnej literaturze można już przebierać.

Są wspaniałe książki o Lottcie, są książki o Piaskowym wilku; jest mnóstwo książek o grupie dzieciaków (zróżnicowanych płciowo ;)), przeżywających odjazdowe przygody (a dziewczynki nie zajmują się tam cerowaniem chłopcom skarpetek), jak np. "Lemony Snicket", "Magiczne drzewo" i inne tym podobne pozycje. Jest w czym wybierać.

Nie zalecam popadania w paranoję, nikomu nie zaszkodzą klasyczne baśnie, czy koszmarny "Plastusiowy pamiętnik" (dziewczynki to beksy, mające porządek w piórniku, a chłopcy to łobuzy z rozlanym atramentem ;)), bo i tak największy przykład idzie z domu, ale jestem pewna, że jeśli dziecko regularnie będzie dostawało "książeczki tylko dla dziewczyn/chłopców", to tylko na tym straci. Po prostu.
A szkoda by było, żeby mądra dziewczynka nie została kolejną Marią Skłodowską-Curie, bo jej się wmówiono, że eksperymenty są dla chłopców. :)

4 komentarze:

  1. Świetny tekst!!!
    Mój syn bawił się zestawem ikeowskich filiżaneczek i codziennie rano przygotowywał mi kawkę z ciastkiem ( to był klocek na talerzyku), przynosił z ogromną gracją, jak przystało na trzylatka :))) Teraz jest super fajnym tolerancyjnym młodzieńcem, z którego jestem dumna :)
    Do Twojej kolekcji dodałabym jeszcze książkę "Kosmonautka" Wawrzyniuka, łamie stereotyp mamy, której świat zaczyna się i kończy w kuchni.
    Pozdrawiam i zapraszam - http://magdallenamagazine.blogspot.com/2014/05/mama-bohaterka-zycia-codziennego.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest jeszcze lalka Lolka. A Igora i inne Lindenbau uwielbiamy. Kora najbardziej Filipa ze smoczą mamą.
    markowa

    OdpowiedzUsuń
  3. Nic dodac, nic ujac. Dla starszych dzieci polecilabym na szybko "Klub detektywistyczny Lassego i Mai", i "Kroniki Archeo", "Tanczacy slon" czy ksiazki Chmielewskiej o Pawelku i Janeczce. Wszedzie bohaterowie sa rownoprawnymi uczestnikami i kreatorami wydarzen, plec nie odgrywa przy tym roli.
    Podpisana - matka syna, ktory swego czasu namietnie malowal sobie paznokcie. I eureka, w koncu z tego wyrosl.

    OdpowiedzUsuń