Odyseja Hakima i Arab Przyszłości - komiksy o Bliskim Wschodzie.

Odyseja Hakima i Arab Przyszłości - komiksy o Bliskim Wschodzie.

 Kiedy Afganistan i Syria to miejsca, o których słyszymy wyłącznie w kontekście wojny i uchodźców, kiedy świat próbuje nam powiedzieć, że uchodźcy to jedna, zwarta, jednorodna masa ludzi mówiących wyłącznie po arabsku, to warto pochylić się nad książkami, które pokazują mieszkańców np. Syrii jak osoby z krwi i kości.



Proponuję więc dzisiaj dwie serie komiksów - pierwsza z nich - "Odyseja Hakima" - to bardzo współczesna opowieść o ostatniej wojnie syryjskiej i kryzysie uchodźczym, widzianych z perspektywy tytułowego Hakima, Syryjczyka, który obecnie mieszka we Francji i opowiedział autorowi swoją historię. Olbrzymią zaletą tego komiksu jest nie tylko potoczystość akcji, ale też to, że przy okazji prostymi słowami wyjaśnia z grubsza historyczno-polityczne przyczyny wojny, więc łatwo potem się tym posiłkować, tłumacząc np. młodym ludziom, czemu w Syrii jest wojna. 

Hakim jest młodym mężczyzną, który po wolnościowych protestach w Syrii zostaje aresztowany i torturowany, a po wypuszczeniu z więzienia musi uciekać z kraju, bo dowiaduje się, że zamierzają go ponownie oskarżyć, co oznaczać będzie śmierć. Traci swój ukochany biznes, jakim była firma ogrodnicza, musi porzucić rodziców, by nie ściągać na nich niebezpieczeństwa, i udaje się w tułaczkę, która prowadzi przez kilka ościennych krajów, w których narastają antysyryjskie nastroje, spowodowane napływem ludzi, więc wynosi się coraz dalej i dalej, po drodze poznając swoją żonę i pracując gdzie popadnie, na czarno i za psie pieniądze, żeby przeżyć. 

Tak streszczona historia nie brzmi może fascynująco, ale prawda jest taka, że nie można się od niej oderwać. Kibicujemy Hakimowi, chociaż wiemy od początku, że udało mu się w końcu osiągnąć stabilizację. Nikt nie wybiera bycia uchodźcą bez powodu. W Syrii wciąż jest część rodziny Hakima, nie wszyscy uciekli, nie wszyscy mogli i nie wszyscy chcieli. Niektórzy jednak po prostu MUSIELI. 


Druga seria komiksów - "Arab Przyszłości" to autobiograficzny komiks Riada Sattoufa, którego przedziwne życie, naznaczone nie tylko Libijskimi dyktatorami, ale też toksycznym, rasistowskim ojcem, prowadzi nas przez lata 80. na Bliskim Wschodzie, aż do współczesności (w ostatnim tomie). Dziwny to miks tułaczek i politycznych rozgrywek, które są tu bardzo wyraźnym, mocno podkreślonym tłem. Ludzie są tu pionkami w grze watażków i próbują sobie radzić jak mogą w miejscu, w które rzucił ich los. 



Po raz kolejny mamy ludzi z krwi i kości - mądrych i głupich, dobrych i złych. Jak wszędzie. Z europejskiej perspektywy widzimy tylko masę brodaczy i kobiet w hidżabach, zapominając, że każda z tych osób ma swoją historię, domy, rodziny, pracę i pieniądze, z którymi będzie uciekać. Będzie też uciekać w najlepszych ciuchach, bo takie żal zostawić, w najdroższych butach, bo te są najodporniejsze. A jeśli nie stać kogoś na buty i telefon, to na pewno nie ucieknie, bo ucieczka kosztuje. 

W obliczu faktu, że na granicy naszego kraju koczują, niewidoczni obecnie dla nikogo, ludzie z krajów, których durni władcy doprowadzili do wojen, rozpalmy wrażliwość. Książki to droga do tego celu równie dobra, jak każda inna. 

Propozycja nowej listy lektur, czyli Czarnek zmusza do klękania.

Propozycja nowej listy lektur, czyli Czarnek zmusza do klękania.

Rok szkolny za 20 dni, więc jest to znakomity moment, by pochylić się nad zmianami na liście lektur obowiązkowych i sugerowanych przez miłościwie nam panującego ministranta Czarnka. 

Nie będę tu debatować nad tym, czy w ogóle jakakolwiek lista lektur obowiązkowych, narzuconych przez ministerstwo, jest w ogóle potrzebna, czy nie należałoby raczej dać nauczycielom więcej autonomii, ale to jest temat do cna już wyczerpany i wyobracany na wszystkie strony. Tutaj zajmę się tym, co mamy jednak zastane, czyli - mokre sny ministra o edukacji młodych ludzi, a konkretnie - o książkach, po których przeczytaniu podobno mają zmienić się w pobożnych patriotów. 

Najmniej kontrowersji mamy w lekturach dla maluchów, bo chociaż większość z nich to teksty przestarzałe i zbędne (np. "O psie, który jeździł koleją"), to jest tam parę fajnych, a nawet współczesnych pozycji (w mniejszości, ale w ogóle są). Poza tym są tam książki dość neutralne i niegroźne. Zwykle po prostu żadne. 

Wrąbano oczywiście jakieś dziełko Zofii Kossak-Szczuckiej, nowej ulubienicy władzy, bo piecze ona dwie pieczenie na jednym ogniu - była zarówno srogą antysemitką, jak i Sprawiedliwym Wśród Narodów (tak, i takie osoby się zdarzały), a na dodatek jej książki są mierne, jak cała nasza władza. Idealnie. 

Oczywiście nie zabrakło we wczesnej podstawówce papieża, nie martwcie się - umieszczono w kanonie książkę Piotra Korydasza pt. "Lolek. Opowiadania o dzieciństwie Karola Wojtyły", która jest tak niemożliwie przesłodzona, że nie bez powodu mówi się, że to dzieło jest niemalże bliźniacze do propagandówek Kononowa o Leninie. Mały Lolek tam jest dzieckiem bez skazy, które sprawia, że nawet żydowski chłopiec przychodzi o kościoła (sic!), a jak się rodzi, to oczywiście wszystkie znaki na ziemi i niebie...

„Lolek przyszedł na świat rumiany i zdrowy, co komunikował wszystkim sąsiadom donośnym krzykiem. Gdy rodził się, w kościele odbywało się właśnie nabożeństwo ku czci Matki Najświętszej. Słowa Litanii loretańskiej wpadały przez uchylone okno do domu Wojtyłów, towarzysząc misterium jego narodzin. Maryja, której od początku zawierzyli zagrożone życie nienarodzonego jeszcze Lolka, jakby naznaczyła go swoją obecnością, gdy przychodził na świat”

Do tego był tak święty jako młodzieniec, że będąc nastolatkiem nie bawił się z rówieśnikami wieczorami, tylko wracał wcześnie do domu. Klękajcie narody. 

„Jurek nie namawiał dłużej Karola na pozostanie. Za dobrze go znał. Wiedział, że z żelazną dyscypliną trzyma się wyznaczonych godzin. Choćby czytali najciekawszą książkę, słuchali najpiękniejszej muzyki, choćby Lolek rozgrywał najlepszy mecz, gdy minął czas przeznaczony na jego zabawę, przerywał, żegnał się i wracał do domu. Pozostali mogli dalej czytać książki, słuchać muzyki, czy kopać piłkę, nawet do godziny dwudziestej pierwszej, do której wolno było gimnazjaliście przebywać na dworze bez opieki dorosłego – ale już bez Lolka”.

Pan Kordyasz napisał też książkę o dzieciństwie Wyszyńskiego, więc pewnie będzie w kanonie w przyszłym roku.

No ale przejdźmy dalej, bo potem robi się zabawniej.

Klasy IV-VI nadal mają na liście te wszystkie szkodliwe i niepotrzebne kurioza w stylu "Chłopcy z Placu Broni", w których chłopak umiera, bo postąpił "honorowo" w trakcie zabawy, czy rasistowskie "W pustyni i w puszczy", w którym Staś morduje ludzi, przymusowo ich chrzci, słowo Murzyn pada na co drugiej stronie, a ludzie czarnoskórzy są głupsi i prymitywni. 

Na dodatek klasy IV-VI to ciągle dzieciaki, które wciąż nie mają umiejętności językowych na najwyższym poziomie, a muszą się mierzyć z takimi rzeczami jak fragmenty "Pana Tadeusza" czy "W pamiętniku Zofii Bobrówny" Słowackiego. Niemniej nie to jest największym problemem. Jest nim raczej to, że nie ma tu już żadnych lektur współczesnych. I to mówię serio. ŻADNYCH. Najnowszy tam jest uroczy "Mikołajek" Sempe i Gościnnego, ale to jest książka sprzed 60 lat! 

Usunięto z kanonu jedyną współczesną pozycję, jaką był, lubiany przez wiele dzieci, "Felix, Net i Nika", rzekomo z powodu niedopuszczalnego "potocznego języka". Nie można dopuścić, żeby dzieci cokolwiek w szkole lubiły, to by było niewychowawcze. A potoczny język przecież jest taki okropnie nieedukacyjny. Nie to, co dzięcielina, która pała, czy dziatki, które pójdą na wzgórek zmówić paciórek (tak, "Powrót taty" jest obowiązkowy ;)).

Bardzo zabawnie jest też na liście lektur uzupełniających dla tej grupy wiekowej. Nauczyciel szczęśliwie nie ma obowiązku zlecać czytania tych książek, choć szczęśliwie pojawili się na niech choćby "Zwiadowcy", których dzieci lubią. Lista jest jednak symptomatyczna. Mamy tam na przykład:

1) Janusz Korczak "Król Maciuś Pierwszy" - brzmi niewinnie, ale pewnie dawno tej książki nie czytaliście, prawda? Tutaj macie fragmenty.

2) Zofia Kossak-Szczucka, "Topsy i Lupus" - oczywiście, że nie może zabraknąć pani Zofii. Bardzo bym chciała wiedzieć, o co dokładnie chodzi z obsesją na punkcie tej autorki.

3) Longin Jan Okoń "Tecumseh" - oto kuriozum nad kurioza. Mierna, niewytrzymująca próby czasu książka, napisana w 1976 roku, która opowiada o Indianach (wiemy, jak wyglądało spojrzenia na rdzenną ludność Ameryki w tamtych czasach, prawda?) i dzielnym Polaku, który staje po ich stronie widząc, jak Amerykanie ich krzywdzą, co doprowadza do tego, że Indianie zakładają związek (serio!) i potem na wojnie stają przeciwko złym imperialistom z USA, po stronie Brytyjczyków. Nie żartuję.


4) Henryk Sienkiewicz "Janko Muzykant" - wiem, wiem, czemu się czepiam biedaka. Ano czepiam się, bo te wszystkie dołujące nowelki powinno się już dawno zakopać. Nie ma to jak bajeczka o umierającym chłopcu, pisana językiem w sam raz dla dziesięciolatka:

Przyszło to na świat wątłe, słabe. Kumy, co się były zebrały przy tapczanie położnicy, Narodziny kręciły głowami i nad matką, i nad dzieckiem. Kowalka Szymonowa, która była najmądrzejsza, poczęła chorą pocieszać:

— Dajta — powiada — to zapalę nad wami gromnicę, juże z was nic nie będzie, moja kumo; już wam na tamten świat się wybierać i po dobrodzieja by posłać, żeby wam grzechy wasze odpuścił.

— Ba! — powiada druga. — A chłopaka to zara trza ochrzcić; on i dobrodzieja nie doczeka, a — powiada — błogo będzie, co choć i strzygą się nie ostanie.

Tak mówiąc zapaliła gromnicę, a potem wziąwszy dziecko pokropiła je wodą, aż poczęło oczki mrużyć, i rzekła jeszcze:

— Ja ciebie „krzcę” w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i daję ci na przezwisko Jan, a terazże, duszo „krześcijańska”, idź, skądeś przyszła. Amen!

Ale dusza chrześcijańska nie miała wcale ochoty iść, skąd przyszła, i opuszczać chuderlawego ciała, owszem, poczęła wierzgać nogami tego ciała, jako mogła, i płakać, chociaż tak słabo i żałośnie, że jak mówiły kumy: „Myślałby kto, kocię nie kocię albo co!”

Posłano po księdza; przyjechał, zrobił swoje, odjechał, chorej zrobiło się lepiej. W tydzień wyszła baba do roboty. Chłopak ledwo „zipał”, ale zipał; aż w czwartym roku okukała kukułka na wiosnę chorobę, więc się poprawił i w jakim takim zdrowiu doszedł do dziesiątego roku życia.

5) Louis de Wohl "Posłaniec króla" - jeśli uważacie, że jedno Quo Vadis w programie szkolnym wystarczy, jeśli chodzi o książki o prześladowaniu chrześcijan przez Nerona, to się mylicie. Oto książka wydana przez Wydawnictwo Diecezjalne, która opowiada mniej więcej o tym samym. I ma prawie 700 stron! Wszystkie dwunastolatki sikają po nogach, żeby to przeczytać. Wydawca opowiada, że jest to książka o "Egzekutorze Bożej Sprawiedliwości". Cokolwiek to znaczy.


***

Nie bez znaczenia jest też fakt, że na liście lektur nie ma prawie w ogóle nie tylko współczesnych książek, ale też książek, które opowiadają o kobiecych/dziewczęcych postaciach. Nawet "Ania z Zielonego Wzgórza" wyleciała na listę nieobowiązkową, co - podejrzewam, może nadmiernie wyolbrzymiając - miało coś wspólnego z tym, że bohaterką jest dziewczyna. 

Współczesne książki miały już żeńskie bohaterki, więc albo wyleciały całkiem, albo spadły do rzeczy nieobowiązkowych. W lekturach szkolnych przygody przeżywają tylko chłopcy, a dziewczęta są płaczliwym i pindrzącym się tłem. 

Sądzę też, że na liście lektur do klas IV-VI doszło do olbrzymiego przeoczenia, bo nie ma ani jednego papieża. Jednak nadrabiają w klasach późniejszych z nawiązką.

*** 

I powoli zbliżamy się do najciekawszych zmian. Czarnek wyraźnie uważa, że to nie małe dzieci, ale młodzież wymaga największego, najntensywniejszego formowania, bo się coś znarowiła ostatnimi czasy. Zerknijmy na lektury dla klas VII-VIII. 

Nie zaszło tu wiele zmian, raczej ugruntowano nudny kanon i znowu NIE MA ANI JEDNEJ WSPÓŁCZESNEJ KSIĄŻKI. Naprawdę uważam to za zbrodnię. Obowiązkowo znów czyta się "Zemstę" i "Redutę Ordona", "Pana Tadeusza" i "Dziady", ale i paskudną, mizoginistyczną "Żonę modną" czy nieszczęsne "Quo Vadis". Na tym etapie edukacji oczywiście uważam, że czytanie niektórych klasyków jest potrzebne i ważne, ale kiedy program składa się wyłącznie z napompowanych, trudnych językowo i niekoniecznie ciekawych fabularnie dzieł, to coś jest zdecydowanie nie tak. Zwłaszcza że lista lektur uzupełniających zawiera takie na przykład cuda jak:

1) Lloyd Cassel Douglas "Wielki Rybak" - wydana 70 lat temu powieść o uczniu Chrystusa zakończona, oczywiście, męczeńską śmiercią bohatera.

2) Miron Białoszewski "Pamiętnik z powstania warszawskiego" - nie mam nic do Mirona, może nawet powinien być obowiązkowy, zamiast np. Quo Vadis, ale martyrologii ciąg dalszy.

3) Arkady Fiedler "Dywizjon 303" - książka, która już parę dekad temu powinna odejść do lamusa. Oto opowieść o polskich pilotach, którzy łamią procedury i szczęśliwie udaje im się wylądować jak debeściaki. I can see the pattern.

4) Zofia Kossak-Szczucka "Bursztyny" - nie może jej nie być, prawda? ;) Czy jakiś wydawca autorki jest w PiSie?

5) André Frossard "Nie lękajcie się! Rozmowy z Janem Pawłem II" - JEST PAPIEŻ! Już się martwiłam. 

6) Karolina Lanckorońska "Wspomnienia wojenne 22 IX 1939–5 IV 1945"  - bo brakowało literatury o wojnie i umieraniu. Oh, wait...

7) Bolesław Prus – "Placówka" - nic tak nie interesuje nastolatków, jak dziewiętnastowieczna wieś, która opowiada o tym, że konserwatyzm polskiego chłopa ratuje otoczenie przed zdziczeniem, które przychodzi z zachodu, od Niemca, którego sprowadzili - jak wszystkie nieszczęścia - Żydzi.

8) Melchior Wańkowicz – "Bitwa o Monte Cassino" - SIGH...

Na szczęście tu wszystko nadal zależy od nauczyciela. Mam nadzieję, że większość jednak nie będzie tym katować młodzieży, ale zestaw daje pewien obraz tego, jakiego człowieka chce ukształtować ministerstwo. Zwłaszcza, że z listy uzupełniającej usunięto znamiennie "Stowarzyszenie Umarłych Poetów"

***

Jeśli chodzi o szkoły średnie, to również usunięto pozycje znamienne - Konwickiego, Świetlickiego czy "Antygonę w Nowym Jorku" Głowackiego. Oczywiście współczesnych lektur już teraz w liceum w zasadzie w ogóle nie ma. Co jest? To samo, co zawsze, tylko bez współczesności, a na liście uzupełniającej są takie rzeczy jak:

1) Henryk Sienkiewicz "Listy z podróży do Ameryki" - pełne rasistowskich wjazdów wynurzenia frustrata. Znajdziemy tam smaczki o niemal każdej nacji, którą napotyka. Są tam takie rzeczy, jak np.

Propaganda chrześcijanizmu udaje się tam, gdzie trafia na narody młode, pierwotne, pełne uczuć i poezji; w Chińczyku nie znajduje ona ani jednego z tych przymiotów. Chińczyk niezdolny jest do uniesień, do poświęceń; jest to stary, rozsądny człowiek, który choćby chciał, nie może zrozumieć, że jest cnotą, a nie głupstwem zginąć za swe zasady, poświęcić się dla kogoś lub oddać bliźniemu to, co się zapracowało. O ile wiem, misje kalifornijskie nie nawróciły ani jednego Chińczyka. Każdy z nich woli pójść do świątyni swego Buddy, postukać drewienkami i uważać się potem za zwolnionego od wszelkich innych obowiązków tak względem nieba, jak i bliźnich.

Wiem, że z licealistami można już uprawiać czytanie krytyczne, więc nie będę się czepiać tak bardzo, jak w przypadku lektur dla młodszych ludzi, ale nadal - po co? Jest tyle lepszych i bardziej wartościowych książek, fajniejszej epistolografii, ciekawszych wspomnień. I tak muszą biedacy tego Sienkiewicza przez cały okres kształcenia czytać non stop. Dajmy już spokój.

2) Witold Pilecki "Raport Witolda" - czy muszę pisać coś więcej?

3) Zofia Kossak-Szczucka, "Pożoga. Wspomnienia z Wołynia 1917–1919" - o tej książce najlepiej napisało już OkoPress. Nadmienię tylko, że znowu ta pani...

4) Zofia Kossak-Szczucka "Błogosławiona wina" - kolejna pozycja ulubionej autorki, tym razem o cudownym uzdrowieniu przez obraz Matki Boskiej.


5) Krystyna Lubieniecka-Baraniak "Gdy brat staje się katem" - słabo napisana, beznadziejnie antyukraińska książczyna o Wołyniu, wydana przez niejaką Fundację Nasza Przyszłość, która głównie publikuje książki religijne, albo bogoojczyźniane. Ostatnio wydała książkę o tym, że Rydzyk jest biednym księdzem, a media go szczują, a także jest generalnie bardzo promowana w Radiu Maryja. Polecam zajrzeć na ich www.


6) Jan Paweł II "Przekroczyć próg nadziei" 

7) Jan Paweł II  "Tryptyk rzymski"

8) Jan Paweł II  "Pamięć i tożsamość"

9) Jan Paweł II  "Fides et ratio"

10) Karol Wojtyła "Przed sklepem jubilera"

YUP. Dobrze czytanie. Pięć papieży obok siebie. Nawet nie chce mi się o tym pisać.


11) Stefan Wyszyński "Zapiski więzienne" - gdyby komuś było mało księży i martyrologii.

12) Paweł Zuchniewicz "Ojciec wolnych ludzi. Opowieść o Prymasie Wyszyńskim" - na deserek. Żeby się nikt nie czepiał, że nie ma współczesnej literatury, bo autor nawet jeszcze żyje! 

Fajna będzie ta nowa szkoła. Taka nie za świecka. :)

(Podobno lista może jeszcze ulec zmianie. Na pewno na lepsze, prawda? :P)

Kącik nowości i zapowiedzi w połowie lata 2021.

Kącik nowości i zapowiedzi w połowie lata 2021.

 W połowie tego lata, które jest takie dziwne, przyszło późno i jakby za wcześnie odchodzi, ułożyłam subiektywny zestaw wydawniczych nowości i zapowiedzi. 

1.

Literatury obozowej jest mrowie i pewnie nigdy jej za wiele, ponieważ powinniśmy pamiętać, że.

Zatem kolejny pamiętnik, być może jeden z ostatnich, które się ukażą, bo tak się składa, że powoli odchodzi już pokolenie pamiętających obozy nazistowskie. Na dodatek o Zofii Posmysz pewnie nie raz słyszeliście. Wydawca tak opisuje książkę:

Trafiła do Auschwitz, mając niespełna dziewiętnaście lat. Ponad siedemdziesiąt lat po wojnie po raz pierwszy opowiada całą swoją historię. Zofia Posmysz, więźniarka o numerze 7566, mówi o nieludzkich warunkach pracy w kompanii karnej, a także opisuje swoją skomplikowaną relację z esesmanką Anneliese Franz, relację, która wykraczała poza schemat ofiary i kata.

Zofia Posmysz zdradza, skąd czerpała siłę, choć była świadkiem niewyobrażalnego. I jak to się stało, że ponownie zaufała życiu.

Już do kupienia.


2. Komiksy

Na początek komiks związany ze znakomitą grą na PS, więc może graczy nieco zachęcić do czytania. ;) Jako że u nas w domu są miłośnicy Horizona i komiksów, to na pewno przynajmniej zerkniemy. :) (Premiera 11. sierpnia, wydawca Egmont)

Drugi to Gaiman! Nie będę pisać nic więcej, bo Gaiman! :P (premiera i wydawca jak wyżej)



Poza tym ukaże się trzeci tom doskonałych muminkowych pasków komiksowych. Ach i och. (Premiera 29. września)


Czekamy też niecierpliwie na fajną rzecz - komiks o Myszce Miki napisany przez niezwykle utalentowanego twórcę komiksów - Trondheima. (Premiera 15.09., Egmont)



3. Dla dzieci

Oto książka, którą kupię, bo jest piękna i mądra. Zachwyciły mnie te kadry, które można obejrzeć online i sądzę, że ta pozycja stanie się kultowa. (Premiera 11. sierpnia, wydawnictwo Dwie Siostry)

Opis wydawcy:

Stworzona przez ojca i syna poetycko-malarska opowieść o tym, czym jest wojna.

Nie słyszy, nie widzi i nie czuje, ale zawsze wie, gdzie na nią czekają. Rozprzestrzenia się jak choroba. Sieje śmierć i cierpienie. Zostawia za sobą ruiny, pustkę i ogłuszającą ciszę. Wojna – najtrwalszy i najstraszniejszy ze wszystkich ludzkich wynalazków.

Lakoniczny tekst i przejmujące ilustracje składają się w tej książce na poruszającą opowieść adresowaną do wszystkich – bez względu na wiek.

Wojnę docenili krytycy i jurorzy nagród literackich na całym świecie. Została wpisana na listę Białych Kruków (White Ravens), znalazła się wśród prac pokazanych na wystawie na Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci w Bolonii i otrzymała takie nagrody jak Excellence Award w konkursie Communication Arts Illustration Annual, Best of the Best w konkursie Little Hakka, Grand Prix w Nami Concours oraz NY Rights Fair Talking Pictures Award.




Kolejna zapowiedź dla dzieci to książka o bardzo ciekawej bohaterce i koncept, który spotkałam w książeczkach dla dzieci po raz pierwszy - otóż jest to opowieść o dziewczynce, której pasją jest matematyka. Wbrew stereotypom i dla zachęty do nauki. Pomysł wydaje się świetny! (Premiera 11.08., wydawnictwo Zygzaki)






Na koniec nowość autorów znanych ze znakomitych książek dla dzieci o poważnych problemach. Tym razem dotkną kwestii przemocy.

Istnieją różne rodzaje przemocy: słowna, cielesna, psychiczna... Przemoc, którą stosujemy, i przemoc, której jesteśmy ofiarami. W każdym przypadku prowadzi ona do zła, sprawia, że życia staje się ciągłą walką. Ten miniporadnik uczy, jak sprzeciwiać się przemocy, pomaga zrozumieć jej źródła, pokazuje, jak nad nią zapanować, by życie było piękniejsze.

(Premiera 30.09., wydawnictwo Muchomor)



 

---

Tak jakoś wyszło, że ten kącik poświęcony głównie książkom z obrazkami. :)
Przyznaję, że czasem po prostu takie wolę. I to jest chyba taka chwila. :)

Czytajcie i bawcie się dobrze!

Wojenka, czyli o dzieciach wojny według Grzebałkowskiej.

Wojenka, czyli o dzieciach wojny według Grzebałkowskiej.

Na pewno wiele z Was już o tej książce słyszało - oto nowy reportaż fantastycznej Grzebałkowskiej. Tym razem o ludziach, którzy byli dziećmi, kiedy trwała jakaś wojna. Można by pomyśleć, że właściwie nihil novi, że przecież Swietłana Aleksijewicz już o tym pisała, że niezliczone są relacje potworności wojennych, które były widziane oczami dzieci, które to wszystko przeżyły. 

I macie rację, ale jednak nie do końca. Nie do końca dlatego, że - co było dla mnie bardzo interesującym zaskoczeniem - perspektywy są rozpisane na bardzo różne konflikty i miejsca działań wojennych. Znajdziecie tam znacznie więcej, niż Holocaust, o którym - co zrozumiałe - bardzo wiele osób boi się już czytać, bo jest to szalenie bolesne doświadczenie. 




Czy jednak wiedzieliście, że przesiedlano hiszpańskie dzieci do ZSRR? I że niektórym to się nawet podobało, bo u siebie cierpiały taką biedę, której nie umiemy sobie wyobrazić? Albo czy wiecie, jak właściwie po raz kolejny przewrócić ten koszmarny mit małego powstańca, który świadomie biegnie walczyć o kraj, podczas gdy dopiero po pierwszej bombie, która spada w pobliżu, zdaje sobie sprawę, że to się dzieje na serio? 

Książka jest zbiorem rozmów z ludźmi niesamowicie różnorodnymi. Pochodzącymi z różnych stron świata, będących dziećmi w bardzo różnych momentach i nieoczywistych miejscach. Myślę, że to jest olbrzymią siłą tej książki - nawet nie sam temat, który w obecnych czasach nie może już być niczym nowatorskim i świeżym, ale właśnie to, że w Polsce zwykle czytujemy tylko o doświadczeniach drugiej wojny z perspektywy europejskiej, albo wręcz polskiej i - ewentualnie - sowieckiej, ale jakoś mało myśli poświęcamy takiej na przykład właśnie Hiszpanii. 

Chociaż przeczytałam w swoim życiu na pewno dziesiątki książek o wojnie, to jednak ta zdołała wnieść w moje życie nowe treści, nowe perspektywy, nowe olśnienia i chęć zgłębiania zupełnie nowych historii i opowieści. Jest w "Wojence" jakaś przewrotna świeżość w tych krótkich rozdziałach, w tych niepozornych rozmówcach, którzy są głosami setek takich, jak oni sami, ale jednak są tak o siebie odmienni, że nie sposób się znużyć czytając.

Oczywiście jest to też książka bolesna, bo czytanie o wojnie nie może nie boleć. Ale - zwłaszcza u progu wielkich konfliktów spowodowanych zmianami klimatu i w kraju, którzy dąży do wykluczania innych, co zawsze prowadzi do przemocy, nie ma zbyt wielu książek, które by przypominały, czym ta przemoc faktycznie jest i do jakich potworności prowadzi.

Czytajcie "Wojenkę". Jest ważna i mądra.
Wrócę przed nocą - Jerzy Szperkowicz.

Wrócę przed nocą - Jerzy Szperkowicz.

Jerzy Szperkowicz to - podążając tropem ludzi, którzy określają innych poprzez ich współmałżonków, choć zwykle dotyczy to kobiet ;) - mąż Hanny Krall. Piszę o tym nie bez powodu, ale dlatego, że kiedy spędzi się z kimś taki kawał życia, to jest to element tożsamości. Urodzony w 1933 roku w Wilnie (Wikipedia podaje 1934, ale podobno się myli, bo Szperkowicz podaje datę wcześniejszą, a sam chyba wie, kiedy się urodził), publicysta i reporter, wydaje się być tutaj - niezamierzenie zapewne - bohaterem innej z książek, które niedawno się ukazały, a mianowicie "Wojenki" Grzebałkowskiej, która to opowiada o ludziach, których dzieciństwo naznaczyła wojna. 


O "Wrócę przed nocą" i o tym, o czym jest, sam Szperkowicz opowiedział w wywiadzie dla Wyborczej, więc ja ujmę to tylko skrótowo - oto podróż w czasie. Autor, wychowany na Kresach, opowiada nam o swoim dzieciństwie, tocząc w tle walec dziejów, szwadrony i partyzantów, przeczytane książki, ciotki, znajome dzieci i spalone budynki. I tak idziemy, czując trochę grozę, a bardziej nostalgię i zauroczenie, przez mniej więcej 70 pierwszych stron, kiedy to nagle wydarza się to, co jest osią opowieści - mord na rodzicach autora w 1943 roku, dokonany przez białoruskich sąsiadów, napędzonych propagandą i nienawiścią władz. 

I wtedy pęka nam serce, chociaż już z okładki i opisu wiemy, co się wydarzy. A potem, brodząc z dorosłym już, dojrzałym Szperkowiczem, po terenach, na których żył, na których wleczono ciało jego matki, nie możemy przestać czytać, chociaż bardzo, bardzo tego chcemy, bo świat - co żadna nowość i zdziwienie - jest paskudnym miejscem pełnym paskudnych ludzi. Dobrych też, ale ci paskudni trochę przesłaniają widok. 

W zasadzie nie czytamy tej książki dla żadnego suspensu, bo wszystko jest wiadome od początku. Czytamy, bo czasami wiemy, że historia musi zaboleć. Że nie jest żadną ujmą tarzanie się w tym, co złego wydarzyło się w dziejach, a także w tym, co złego zrobili "nasi", jak chciałaby obecna władza, marząca o tym, by propagandowo wymazać wszelkie polskie przewiny, wskazując wrogów wszędzie, napędzając jednych na drugich tak samo, jak kiedyś nagoniono Białorusinów na Polaków i vice versa. 

To książka szalenie osobista i szalenie uniwersalna jednocześnie. Jest przy tym zaledwie dwustustronicowa, a stronice są małe. Siadamy i już przeczytane. Nagle, a jednak jakbyśmy przez cały czas drapali cudze rany.

Dobra książka. Bez dwóch zdań.

Urodzona w 1982. Kim Jiyoung

Urodzona w 1982. Kim Jiyoung

O tym fenomenie południowokoreańskim dowiedziałam się od Pyry z Korei. Opisała ona burzę, jaką wywołała w Korei ta maleńka książeczka w której jest prosto i niezbyt wyszukanie opisane życie koreańskiej kobiety, ubrane w niekoniecznie porywającą fabułkę. Postanowiłam tę książkę przeczytać, żeby zorientować się w końcu, o co jest to wielkie halo i z czym mierzą się koreańskie feministki. I nie żałuję.


Nie żałuję nie dlatego, że to jest literatura wybitna. 

To jest książka do przeczytania w godzinę, ale wciąga swoją ponurą prostotą. Czekamy na każdą odmianę losu bohaterki, chociaż wiemy, jak się skończy, bo książka zaczyna się retrospekcją. Autorka stworzyła Jiyoung jako przeciętną kobietę swojego kraju i pokolenia. Kobietę, która mierzy się z patriarchalnym społeczeństwem, wypełniając kolejne "punkty" do odhaczenia w życiu zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami. W tę opowieść wplecione są (sprawnie i bez poczucia, że są nie na miejscu) statystyki dotyczące sytuacji kobiet w Korei Południowej, by uwidocznić problem, z którym w danym momencie mierzy się bohaterka. 


Mamy tu typowe dla Korei Południowej elementy życia dziewczynki - bycie rozczarowaniem przy urodzeniu (syn jest uznawany za lepszą inwestycję), usuwanie ciąż z żeńskimi płodami, dziewczynki pracujące, by ich jedyny brat miał opłacone dobre studia, brak awansu w pracy, przymusowe porzucenie kariery zawodowej po urodzeniu dziecka, molestowanie w transporcie publicznym, itp..

Skala problemów Korei jest tu, w porównaniu nawet z Polską, o wiele większa, zwłaszcza na polu dostępu do edukacji i pracy. Oczywiście nie ma w Korei problemu z dostępem do aborcji, która jednak też - w patriarchalnym społeczeństwie - może być narzędziem ucisku. 


Książka - zjawisko społeczno-kulturowe. Problemy kobiet są tu bliższe raczej sytuacji kobiet w Chinach (polecam na ten temat książkę "Kwiaty w pudełku"), niż w Europie, bo też uwarunkowania kulturowe są bardziej podobne do chińskich. Warto jednak, w czysto poznawczym celu, poświęcić tę godzinkę na przeczytanie "Urodzonej w 1982", żeby po prostu rozszerzyć swoją wiedzę o świecie. W Polsce o Korei Południowej mówi się niewiele lub wcale, więc tym bardziej warto. To jak kolejny klocek do zbioru informacji o świecie, do którego nie mamy dostępu w naszym grajdołku. 

Polecam także dla starszej młodzieży, zwłaszcza zajwionej k-popem. Ot, w ramach dorzucenia informacji na temat kraju, który często - widzę to w internecie - jest idealizowany przez nastolatków, którzy oglądają go z perspektywy gwiazd i gwiazdek sceny muzycznej. 

Trzecia płeć świata

Trzecia płeć świata

Dzisiaj jest Dzień Widoczności Osób Transpłciowych, co jest świetną okazją do opisania małej książeczki, która tę widoczność znakomicie podkreśla. Skierowana jest do młodszych i starszych nastolatków i opisuje różne kultury całego świata, w których osoby niebinarne, transpłciowe i transseksualne pełnią istotną rolę, mają swoją nazwę i są po prostu częścią normalnego świata i codzienności. 


Bardzo doceniam tę książkę, bo nie tylko stanowi o równości i nierównościach (książka nie pudruje świata i opowiada też o problemach, z jakimi mniejszości się spotykają), ale też pokazuje szaloną różnorodność kultur, czego - siedząc w Europie - trudno doświadczyć, bo tzw. ludzie Zachodu nie różnią się mimo wszystko kulturowo tak bardzo od siebie, choć bardzo lubią wszelkie różnice podkreślać. Chcecie pokazać młodym ludziom prawdziwą różnorodność? Pokażcie im książkę Kuligowskiego. :) Kwestia obecności w różnych kulturach "trzeciej płci" może wcale nie być tam najbardziej zaskakującą rzeczą. :)



Notki są krótkie i zrozumiałe, by w dość cienką książkę wrzucić jak największą ilość kultur. Jeśli któraś młodego czytelnika zainteresuje, resztę wyszukiwania musi wykonać sam, co nie jest problemem w dzisiejszych czasach (a do każdej notki jest także bibliografia!). :) 

Książkę zilustrowała delikatnie i w dobrym guście Marianna Sztyma (możecie ją kojarzyć np. z "Metryki nocnika"). Poza tym to jest fajna pozycja na zajęcia dla edukatorów seksualnych, zwłaszcza jeśli trafią na młodzież, która kwestionuje swoją płeć. Tak, to się zdarza. Nie jesteś jedyny/a na świecie. Wręcz przeciwnie. :)



I tyle z okolicznościowej wstawki. Warto wiedzieć, że ta książka istnieje. :)

Kącik nowości i zapowiedzi na wiosnę 2021.

Kącik nowości i zapowiedzi na wiosnę 2021.

Chciałam od dłuższego czasu napisać nowy kącik, ale nie mogłam się ciągle zdecydować na to, co w nim umieścić. W końcu jednak wybrałam! :)

1. Na początek zatem trochę literatury o autorytarnych zjebach. Część właśnie się ukazała, niektóre będą dostępne na dniach. "Straszny kraj" i "Szalona miłość" to opowieści o Putinowskiej Rosji. Jedna napisana przez emigranta, druga przez polską dziennikarkę ("Szaloną" już przeczytałam - typowa książka z anegdotami, może bez pogłębionej analizy, ale rysująca bardzo ciekawy obrazek i lekko napisana). 

"Łukaszenka" i "Cyrk polski" chyba mówią tytułami same za siebie. Do czytania, żeby się dobić. ;)





2. "Rowerem przez II RP" to coś, na co czekam. Ukaże się jutro i jestem strasznie ciekawa tej książki, bo jest wspomnieniem podróży po naszym kraju, jakim on był prawie 100 lat temu. Opis wydawcy:

Niezwykła wyprawa rowerowa angielskiego dżentelmena do egzotycznego kraju, który powstał niedawno, ale ma spore ambicje. Jego mieszkańcy stawiają się temu wariatowi Hitlerowi i chyba mają prawo. Ich państwo jest niemal trzy razy większe niż wyspa, z której przybył Newman!

Naszego podróżnika i jego dwukołowego towarzysza imieniem George czekają miejsca i ludzie, które wprawią go w osłupienie, zachwyt, czasem wzbudzą śmiech lub litość. Ten zaskakujący wielki kraj nazywa się Polska. Ta Polska już nie istnieje, ale po niemal 90 latach możemy ją znowu oglądać oczami angielskiego pisarza, podróżnika i… szpiega. W każdej z tych ról Bernard Newman sprawdza się znakomicie!

Newman kilka razy odwiedził Polskę. Jego unikatowy reportaż Rowerem przez II RP odsłania przed nami Polskę, jakiej nie znaliśmy i jakiej już nigdy nie będziemy mogli zobaczyć. Po raz pierwszy po niemal 90 latach możemy o niej na szczęście przeczytać.


 3. Inna pozycja, która ma spory potencjał rozrywkowy, to opowieść o historii książek oprawianych w ludzką skórę - o garbarniach wyprawiających ludzkie skóry, o lekarzach, którzy w taką skórę chcieli oprawiać traktaty medyczne, itp. 

Książka ukaże się na początku kwietnia i przyznaję, że wiążę z nią spore nadzieje. ;)


4. Na koniec parę zapowiedzi dla dzieci.

"Wojna skowronków" jest książką już mocno nagradzaną za granicą. I książką nienową na rynku światowym. Jej polska wersja to była tylko kwestia czasu. Jej autorka, Hilary McKay napisała dużo książek dla dzieci, które w świecie anglosaskim są mocno docenione i lubiane. Opis "Wojny" brzmi jak coś, co nie zostało napisane współcześnie, jak jakaś klasyczna powieść młodzieżowa sprzed wojny. Mnie urzeka. Przeczytałam fragment oryginału na Amazonie jest to bardzo obiecująca pozycja (z premierą za miesiąc): 
Jedenastoletnia Clarry pragnie zdobyć wykształcenie i być niezależna. Nie zamierza zostać po prostu panią domu, choć w Anglii na początku XX wieku nie oczekuje się więcej od kobiety. Oschły ojciec nie rozumie jej marzeń – ani lęków jej brata Petera, który zrobi wszystko, by nie wysłano go do szkoły z internatem. Prawdziwą swobodą rodzeństwo cieszy się tylko na wakacjach u dziadków, gdzie jest słońce, morze i ich ukochany kuzyn Rupert. Ale gdy wybucha I wojna światowa, Rupert idzie do wojska. Jak przetrwają trudny wojenny czas? I czy wygrają inną walkę: o prawo do podążania własną drogą?

 Moja druga propozycja na dziś to norweski komiks dla młodzieży, również szalenie doceniona i utytułowana książka. To komiks o tym, że dojrzewanie jest trudne, że nauczyciele mogą być zarówno dobrzy, jak i źli i że świat bywa dla nastolatka bardzo trudnym miejscem. Jestem pewna, że w przyszłym miesiącu kupię mojemu nastolatkowi. 



Na koniec - idąc nadal tropem książek nagradzanych w Europie, coś dla maluchów (książka opisywana jest, jako przeznaczona dla dzieci w wieku 4-6 lat). Wygląda bardzo oryginalnie, a jej autor, Zavrel, jest bardzo docenionym ilustratorem. Bajka opowiada o dzieciach mieszkających w Wenecji i o fantazji na temat podwodnego miasta. I wygląda ślicznie! 



I tyle na dziś. Niewiele i skromnie, ale nastrój starałam się wpasować w deszczową wczesną wiosnę. :)

Równościowe nowości dla dzieci na polskim rynku wydawniczym. :)

Równościowe nowości dla dzieci na polskim rynku wydawniczym. :)

 Ależ wysypało ostatnio! :) Aż muszę Wam to wszystko podsumować.

Regularnie pisuję posty o książkach, które uczą być otwartym człowiekiem, które otwierają dzieci na różnorodność świata i przeciwdziałają byciu nietolerancyjnym bucem. Na przykład TU, TU i TUTAJ.

Ponieważ w ostatnich tygodniach pokazało się (niektóre dopiero w zapowiedziach)  kilka fajnych książeczek, to chcę Wam o nich szybciutko opowiedzieć.

Niestety (lub stety, w zależności od tego, jak chcemy na to spojrzeć), większość książek, które tu wymieniam, to inicjatywy crowdfundingowe lub charytatywne. Wciąż nie jest to mainstreamowy wybór wydawniczy. 

1. Mieszkająca w Berlinie Polka przetłumaczyła na polski niemiecką książkę dla dzieci o dwóch mamach wychowujących synka. Autorka książki z kolei zrezygnowała z zapłaty z publikację tłumaczenia, bo wie, w jak trudnej sytuacji są rodziny LGBT w Polsce i jak ważne jest edukowanie społeczeństwa. 

Pieniądze na wydanie książki zbierano na platformie crowdfundingowej i zebranie pełnej kwoty się udało. Wkrótce książkę o Oskarze, który ma dwie mamy, będzie można kupić po polsku. 


2. "Wszystkie kolory świata" to z kolei książka, z której dochód zostanie przeznaczony na działanie telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży (tego, który przestał być finansowany przez pisowski rząd). I znowu autorzy próbują ratować świat, rezygnując ze swoich dochodów. W takiej rzeczywistości żyjemy teraz. :(

"43 pisarzy i ilustratorów stworzyło 20 wyjątkowych utworów, które odwołując się do empatii, przynoszą nadzieję na lepszy i otwarty na różnorodność świat."

Publikacja skierowana jest do dzieci w wieku od 9 do 12 lat, a zawarte w niej utwory zostały ułożone w kolejności sugerującej wiek czytelnika. 


3. "Mój cień jest różowy" to książka wydana już "normalnie" przez Znak, przetłumaczona przez Michała Rusinka. To książeczka dla przedszkolaków - właściwie jest to ślicznie ilustrowany wiersz o tym, że można się od siebie różnić, że warto być sobą i że - cóż - nawet chłopcy mogą kochać różowy. 


4. Na koniec jeszcze nie zakończona zbiórka na książki dla nastolatków. Bohaterowie tych książek będą różnorodni na tyle, że każdy nastolatek, także nieheteroseksualny, znajdzie tam bohatera, z którym będzie się mógł utożsamiać, bo będzie do niego trochę bardziej podobny. CUDOWNA inicjatywa, której szalenie kibicuję. TUTAJ link do zbiórki.


--

Fajnie, że pojawia się coraz więcej tęczowych pozycji po polsku. Szkoda jednak, że wiem, że aby miały większy wpływ na dzieciaki i młodzież, muszą do tych dzieci najpierw trafić, a szkolne biblioteki ich nie kupią. 

Książki przedszkolakom wybierają rodzice, a książki o dwóch mamach nie trafią do malucha, którego rodzice sączą mu do ucha homofobię. Przecież nikt nie liczy na to, że ktoś przeczyta dzieciom mądrą bajkę w telewizji publicznej, prawda? :(

Oczywiście fantastycznie, że te książki są na rynku, ale poczucie narastającej beznadziei czasami wciąż mnie pokonuje. A tęczową serię dla nastolatków na pewno kupię!

O kultowej kanadyjskiej serii książek - Rodzina Whiteoaków.

O kultowej kanadyjskiej serii książek - Rodzina Whiteoaków.

 Muszę zacząć od pewnego historycznego wstępu.

Mazo de la Roche urodziła się w 1879 roku w Kanadzie i zaczynała pisarską karierę od pisania romansów. Kiedy opublikowała pierwszy tom Jalny (polski tytuł, to "Rodzina Whiteoaków"), będący sagą rodzinną o rodzinie brytyjskich osadników w Kanadzie, stał się on natychmiast hitem. Napisała ona najpierw osiem tomów, a potem, po błaganiach czytelników, dopisała kolejnych osiem. Dzieją się one na przestrzeni stu lat - od 1854 do 1954 roku, a łączy je rodzinna posiadłość w Kanadzie, tytułowa Jalna.

Mazo de la Roche

Każdy z tomów można czytać osobno, każdy jest osobną historią i znajomość innych części nie jest konieczna, by wiedzieć, co się dzieje (tak mówi internet ;)). Tomy zresztą nie są pisane w kolejności chronologicznej. 

Seria o Whiteoakach ma w Kanadzie status kultowej, niemal niczym Ania z Zielonego Wzgórza. Książki tłumaczono na dziesiątki języków, były wznawiane niezliczoną ilość razy, a jeśli wejdziecie w recenzje na Amazonie, wylewa się z nich szalona ilość sentymentu i miłości do tej serii.

Dlatego też postanowiłam przeczytać co najmniej pierwszy tom - ot, lubię wiedzieć, o co chodzi z różnymi zjawiskami literackimi. I przeczytałam, ale - łooo paaaanie - co to było za czytanie. I uprzedzam, nie przeczytałam jeszcze żadnej kolejnej części (nie jestem pewna, czy to zrobię, ale kto wie), więc odnoszę się tylko do stylu początków sagi. :)

Od razu zaznaczę, że książka jest pisana i osadzona w czasach galopującego kolonializmu, więc pominę te wątki, bo są niejako oczywiste dla epoki i absurdem byłoby się ich teraz czepiać.

Głównymi bohaterami pierwszego tomu są Adelina i Filip - piękna (opisy ich urody zajmują sporą część z trzystu stron książki ;)), zamożna para, która nada początek rodowi Whiteoaków z Kanady i zbuduje Jalnę, w której będzie się działo potem 16 tomów dobra. 


I tak w ciągu pierwszej połowy (150 stron) książki zdążyło wydarzyć się:

- wyjazd do Indii z Wysp Brytyjskich, powrót z Indii na Wyspy, odwiedzenie wielu członków rodziny tamże, wypłynięcie do Kanady, przeprowadzka w Kanadzie;

- sztorm, dziura w okręcie, minięcie się o włos z górą lodową, jedna martwa indyjska niańka, jeden martwy sąsiad, pogrzeb na morzu, dwa porody;

- jedna koza podróżująca z Indii na Wyspy i do Kanady, jedna dziewica, która uciekła z ukochanym z okrętu, by wziąć ślub, jeden skradziony obraz, jedna kobieta w szale próbująca zawrócić okręt do portu, jeden mężczyzna, który uciekł od żony na drugi koniec globu, bo ta za dużo sprzątała i jedna lalka, której poświęcono więcej uwagi, niż dzieciom.

W ogóle Mazo de la Roche niekoniecznie dzieci lubiła. Pojawiają się one po to, by opisać ich urodę, ale potem są spychane niańkom (niezliczonym wręcz) i znikają z horyzontu, by ich rodzice mogli prowadzić szumne życie bez obciążeń. Dzieci wracają do fabuły dopiero, jak dorosną i mogą robić ciekawsze rzeczy w kolejnych tomach (przeczytałam streszczenia ;)). Póki są małe nie ma z nich żadnego pożytku. 

Autorka lubi opisywać meble, żyrandole, suknie i różowe policzki, ale charaktery bohaterów narysowane są tak grubą kreską, że w zasadzie o każdej osobie można powiedzieć najwyżej jedno zdanie. Nie byłam w stanie polubić żadnej postaci. Adelina jest potworną, zdziecinniałą kretynką, a Filip jest wyniosłym bufonem. 

"Ania z Zielonego Wzgórza" to przy Jalnie wyważona, nieegzaltowana, stonowana opowieść. 

Czy jednak nie rozumiem, czemu w swoich czasach książki te były hitem i czemu ludzie je kochają? Ależ rozumiem. Nie bez powodu telenowele przyciągają tłumy przed telewizory. Nie da się ukryć, że w powieściach Mazo de la Roche jest coś wciągającego. Można z nich kpić, można widzieć wszystkie ich absurdy, patrząc na nie ze stołka w roku 2021, ale przecież to była literatura popularna dla zwykłych ludzi. Oni chcieli czytać o bogatych meblach i pięknych materiałach. Chcieli dramatu, nieślubnych dzieci i omdlewających w chorobie ukochanych, obowiązkowo będących pięknymi i smukłymi aż do osiemdziesiątki. 

Zapoznałam się z tym fenomenem z rozbawieniem i przyjemnością, najbardziej rechocząc, kiedy biedne pierworodne dziecię głównych bohaterów jest wrzucane do drugiej klasy w okręcie, bo tam są te wielkie ciepłe baby, które mają naturalne predyspozycje do brudnej roboty przy pieluchach - nie to co szlachetne, delikatne szlachcianki. Albo kiedy wszelkie proste kobiety zakochują się w okazywanych im nieludzko urodziwych dwulatkach, marząc, by nimi się non stop opiekować, by rodzice mogli wydawać bale. Nie powiem - jak mój syn miał ze dwa-trzy lata, też czasami marzyłam, by rano go oddać bonie, a wieczorem dostać go tylko do ucałowania, kiedy był już nakarmiony, umyty i śpiący. ;) 

Czy polecam "Rodzinę" do czytania? A pewnie, czytajcie. Albo nie, wszystko jedno. :D Ja chciałam Wam tylko opowiedzieć, co kochali Kanadyjczycy. :)

Copyright © 2014 Na regale , Blogger