Śmiejąc się w drodze do meczetu

Śmiejąc się w drodze do meczetu

Dzisiaj mam dla Was wpis o książce nienowej.
Nie jest też to książka szczególnie znana czy popularna. Za to jest to lektura ciepła, lekka, czarująca i w sam raz na coraz zimniejsze wieczory.
Tekst nie jest literacko wysmakowany, książka zdobyła parę nagród, ale nie były to nagrody szczególnie prestiżowe. Dlaczego więc o niej piszę? Bo to książka, która poprawiła mi humor. Książka, która mnie wzruszyła i która - mając ledwie 250 stron - zawiera taki ładunek pozytywnych wrażeń, jest tak lekka i zabawna, że uznałam, że należy jej się odrobina reklamy. :)



Zarqua Nawaz jest scenarzystką kanadyjskiego serialu "Little Mosque on the Prairie" ("Mały meczet na prerii"), który doczekał się sześciu sezonów i jest komediową opowieścią o małej muzułmańskiej społeczności w Saskatchewan w Kanadzie. Obejrzałam tylko kilka odcinków, ale wiedząc, że autorka serialu jest praktykującą muzułmanką z tego samego regionu, o którym opowiada jej telewizyjne dzieło, byłam bardzo ciekawa jej wspomnień, bo rzadko możemy zajrzeć w życie umiarkowanych, zwyczajnych wyznawców i wyznawczyń islamu.



Nie zawiodłam się. Opowieść jest czarująca i porusza całe mnóstwo zajmujących tematów z humorem, czułością i zrozumieniem. Zarqua ma cudowne wyczucie absurdu. Jej relacja z pielgrzymki do Mekki jest z jednej strony opowieścią o przeżyciu mistycznym i religijnym (i pokazuje, jak pod wieloma względami muzułmanie się od chrześcijan w ogóle nie różnią), a z drugiej strony to historia o szaleństwie, przesadzie i religijnej paranoi.

Poruszył mnie rozdział o o dorastaniu, kiedy autorka opowiadała o swoim chwilowym radykalizmie, kiedy to jako nastolatka przez chwilę była pod wpływem ortodoksyjnej wychowawczyni na koloniach i sama zaczęła nosić hidżab, choć w jej rodzinie żadna kobieta tego nie robiła. Na szczęście jej ekstremizm szybko się rozmył, ale po przeczytaniu "Dwóch sióstr" miałam ciarki, bo widziałam po raz kolejny, jak łatwo nastolatki wpadają w skrajności, jeśli znajdą się pod niewłaściwym wpływem.

Ogólnie rzecz ujmując jednak to książka o miłości. O kochającej się rodzinie, o karierze w przemyśle filmowym, a także o tym, że - najwyraźniej - można być feministką i muzułmanką (aczkolwiek radykalizm w żadnej religii nie sprzyja kobietom, co też wyraźnie ze "Śmiejąc się" wynika i nie jest to odkrycie wielkie, ale jednak przypomnieć nie zaszkodzi).
Nawaz walczy o to, by w jej meczecie kobiety i mężczyźni modlili się obok siebie, rozważa sens obrzezania swoich synów i sama aranżuje swoje małżeństwo, uważając, że zdroworozsądkowe podejście do znalezienia sobie męża do niej przemawia, a chodzenie na randki ją nudzi, więc sama sobie wybiera partnera, rozpytując znajomych muzułmanów w sprawie kandydatów. Jej rodzice na szczęście są normalnymi, miłymi, kochającymi ludźmi, którzy troszczą się o dobro swoich dzieci bardziej, niż o opinie co bardziej radykalnych krewnych.

(A tu autorka książki czyta jej fragment. :))



Cudowna to opowieść o kobiecie, która jest bardzo zwyczajna i bardzo niesamowita w tej zwyczajności, bo często myślimy o muzułmankach jak o ofiarach ucisku (którymi czasem, oczywiście, są), ale zapominamy, że wśród nich są kobiety, które sama decydują o sobie i są szczęśliwe (ale - ZNOWU - nie czarujmy się, nie mówimy o domach radykałów; ekstremistyczni katolicy też zresztą dla kobiet mili nie są).

Jeśli chcecie się dobrze bawić i dowiedzieć, dlaczego Mekka to świetne miejsce, żeby oglądać penisy (oraz co ma wspólnego bóg z wifi), to bardzo polecam. To jest czytadło, tak, nie ukrywam tego przed Wami, ale czytadło miłe, mądre i zabawne. I na pewno odczaruje islam tym, którym się wydaje, że ma on tylko jedną twarz (w turbanie, z wielbłądem, obłędem w oczach i na okładce "Do Rzeczy" ;)).

Poczytajcie, jeśli szukacie czegoś ultralekkiego, ale co Was nie zabije głupotą. Serdecznie polecam. :)


Modlitwa do morza i kupowanie książek charytatywnie.

Modlitwa do morza i kupowanie książek charytatywnie.

Do napisania tego posta skłoniła mnie reklama na Facebooku.
PAH podlinkował mi opis książeczek dla maluchów na temat dostępu do wody i kanalizacji. To temat istotny dla milionów ludzi na świecie i to temat, o którym dzieci w szkole pewnie nie usłyszą (jak o wielu innych sprawach, które są naprawdę ważne; za to na pewno usłyszą o rozmnażaniu rozwielitki).
Do tego, oczywiście, kupno zestawu tych książeczek (cztery sztuki za 40 zł.) będzie dobrym uczynkiem, bo zysk zostanie przekazany na cele charytatywne PAHu (a przyznam Wam, że to jedna z nielicznych instytucji charytatywnych, w których działanie wierzę).
Ja wolę wpłacić na PAH bezpośrednio, bo nie mam już małych dzieci, ale jeśli Wy macie komu kupić, to kupcie. Niech rosną świadome i wrażliwe pokolenia.


Kupowanie książek-cegiełek to nie jest wielki heroizm, ani też wielka filantropia, ale jest jedną z kropli, które drążą skałę. A już super istotne jest, żeby dzieciom opowiadać o świecie, który na szczęście nie jest ich udziałem, o świecie z biedą i wojnami, które nie są bohaterską zabawą, jak w lekturach szkolnych i w polskiej podręcznikowej narracji (BTW, kiedyś muszę o tym osobno napisać).

Zaczęłam się zastanawiać, czy kupiłam kiedyś książkę kierując się tym, że pieniądze z jej zakupu pójdą na dobry cel i okazało się, że i owszem, i to całkiem niedawno. Tą książką jest "Modlitwa do morza" Khaleda Hosseiniego.

Khaled Hosseini do amerykański pisarz afgańskiego pochodzenia, urodzony w Kabulu autor "Chłopca z latawcem" i "Tysiąca wspaniałych słońc". Poruszony dramatem małego Alana Kurdi, którego zwłoki wyrzuciło na brzeg morze po tym, jak uciekał z rodziną przed wojną w Syrii, Khaled postanowił razem z Danem Williamsem, autorem cudnych, akwarelowych ilustracji, napisać książkę, a dochód z jej sprzedaży przekazać na UNHCR, które zajmuje się pomaganiem uchodźcom.


To nie jest długa książka. To nie jest książka, w której jest dużo tekstu.
To jest książka, która jest przepięknie wydana, ma cudowne, akwarelowe, malarskie ilustracje i niesie wielki ładunek emocjonalny.

W tej książce jest opowieść ojca, który pamięta swój kraj sprzed wojny i opowiada o nim swojemu dziecku, które zna już tylko bombardowania i krew, i nie wie nic o życiu w czasie pokoju.


Potem muszą uciekać. Wsiadają na jedną z tych małych łódek i, pozbawieni mocy wpływania na to, co się wokół dzieje, mogą się tylko modlić, żeby wszyscy przeżyli podróż.



To jest książka, którą kupiłam, żeby przypudrować swoje sumienie, wracając do ciepłego domu i odbierając dziecko z bezpiecznej szkoły.
Mam ten komfort, że mogę narzekać na to, jak wygląda szkolnictwo, mogę narzekać, że w domu wystrzelił bezpiecznik i nie wiem dlaczego, że niekoniecznie po mojej myśli ułożyły się jakieś zawodowe plany, że nie mogę upiec sobie zapiekanki, że, że, że.
Ale zasypiam wieczorem umiarkowanie spokojna, choć nadal jedną z rzeczy, które uważam za niezbędne, żeby czuć się dobrze, uważam ważny paszport dla każdego członka rodziny. Żeby zawsze móc się spakować i uciec.

Ostatnio wróciłam do czytania starych dzienników lekarzy, wydawanych w głębokim PRLu po bardzo popularnych konkursach literackich dla różnych grup zawodowych. W tych tużpowojennych dziennikach jest cała groza wojen i wojennych pokoleń.
Pewnie nikt nie chciałby czytać recenzji tych książek, które można kupić tylko w antykwariatach (choć bardzo tanio, nie są one popularne ;)), więc nie poświęcę im raczej osobnego posta, ale kiedy czytacie książki naukowców, kiedy czytacie książki "zawodowych" literatów o wojnie, którą przeżyli, ucieka jakieś tło i pewna prawda, która jest w relacjach "zwykłych" ludzi, którzy nie pisali z myślą o wydaniu czegoś drukiem.

Oto mamy na przykład chirurga, który w sierpniu 1939 roku jest na wakacjach we Włoszech ze swoją żoną. Opowiada o tych wakacjach i o politycznych niedobrych nastrojach, ale wraca do kraju bez poczucia, że wojna wybuchnie tak na serio. Nikt nie wierzy w wybuch wojny do ostatniej chwili. Mija miesiąc, a ten sam chirurg, który podziwiał chwilę temu architekturę w Wenecji, jest zakładnikiem w polowym szpitalu i obserwuje żniwa czystego zła, ratuje ludzi, by ci za chwilę zginęli, na jego oczach znikają miasta, po których chadzał chwilę temu, w drodze do teatru.

Pokój nie jest nam dany raz na zawsze, a ludzie w krajach ogarniętych wojną cierpią tak samo, jak my byśmy cierpieli, gdyby wojna wybuchła tutaj. Niezależnie od wyznania, narodowości i koloru skóry, wojna boli tak samo. I nie ma w niej nic wzniosłego.

Tego uczmy dzieci. Kupienie książki-cegiełki pewnie niewiele zmieni, ale cóż innego możemy zrobić my, siedząc w ciepłych fotelach?


Dziewczynka, która wypiła księżyc

Dziewczynka, która wypiła księżyc

Dzisiaj mam dla Was post o wspaniałej książce dla dzieci i młodzieży. Książce tak dobrej, że nie umiem wskazać w niej żadnej wady. Ta książka jest baśnią o wielu warstwach i porusza tyle problemów w sposób nienachalny, niełopatologiczny i mądry, że po przeczytaniu usiadłam i pozazdrościłam autorce talentu. Do tego jest znakomicie przetłumaczona przez Martę Kisiel-Małecką (brawo!) i snuje się jak gawęda, a wszelkie niedopowiedzenia, które tam znajdziecie, są niezbędne i konieczne na dla przedstawionego świata. Majstersztyk. Nic dziwnego, że zdobyła kilka całkiem konkretnych nagród literackiego światka. 

Kelly Barnhill nie jest początkującą autorką, ale na polskim rynku jest po raz pierwszy (i, mam nadzieję, nie ostatni) dzięki Wydawnictwu Literackiemu. Napisała jeszcze kilka książek dla dzieci i młodzieży, które koniecznie muszę przeczytać przy najbliższej okazji. A tymczasem opowiem Wam o "Dziewczynce, która wypiła księżyc", bo jest o czym opowiadać. I postaram się nie spoilerować. :) 



Zacznijmy od tego, co wszyscy wiedzą z okładki - oto jest miasteczko i jest wiedźma. I dziewczynka, która przez pomyłkę zostaje napojona światłem księżyca, co daje jej niezwykłą moc. Miasteczko jest ponure i wierzy w złą wiedźmę z moczarów, która pożera dzieci. Pośród moczarów stoi wulkan i nikt się tam nie zapuszcza. Brzmi banalnie, prawda? A zupełnie nie jest. 

Autorce udało się w opowieść o porzucaniu dzieci na żer wiedźmy wpleść baśń o adopcji, o cierpieniu, smutku i dojrzewaniu. Luna, która jest główną bohaterką, musi odkryć swoją moc, a miasteczko pośród moczarów, musi wyjść wreszcie spod jarzma złej władzy. Bo wiecie - to jest też opowieść o tym, że władza wykorzystuje ludzkie wierzenia i religie do swoich nieszlachetnych celów. 

To jest bajka o świecie, w którym rządzący nie chcą, żeby podwładni mieli wiedzę, bo głupimi ludźmi łatwiej się rządzi (takie zdanie tam dosłownie pada). Naprawdę, to jest opowieść o tym wszystkim. A nawet, jeśli dobrze poczytacie między wierszami, jest tam skromniutki wątek o miłosierności eutanazji. Uprzedzam także lojalnie, że pewne treści, niezupełnie bezpośrednio podane, mogą być trudne do zaakceptowania przez rodziców ortodoksyjnie religijnych, albowiem w książce następuje pewna dekonstrukcja ludzkich wierzeń, a to, w co wierzyło wiele pokoleń przed nami, może okazać się toksyczne; zostaliście ostrzeżeni ;).

Nie brakuje w "Dziewczynce" miłości, przyjaźni i śmierci. Jest też absolutnie rozkoszny smok, przedwieczny troll i zło w czystej postaci. Oraz wielka opowieść o starości, starzeniu się i odchodzeniu. Oraz o dobroci i kłamstwie. I o tajemnicach rodzinnych, które zawsze w końcu wychodzą na jaw. 
Nie potrafię zliczyć wątków tej książki utkanych w nie taką znowu długą baśń. 
Jako osoba dorosła już w połowie książki większość splątanych nitek tej gawędy rozwikłałam, ale nie przeszkadzało mi to w doczytaniu do końca z ogromną radością. 

Żałuję, że napisanie czegokolwiek więcej mogłoby Wam zdradzić fabułę i zepsuć zabawę, więc nie będę już się dalej rozwodzić, ale gdybyście szukali książki na prezent dla dorastających młodych ludzi, to jest dobry wybór. I gdyby jakiś mądry nauczyciel miał odwagę zadać lekturę spoza kanonu, lekturę, która może budzić ważne pytania i prowokować nietuzinkowe dyskusje, to niech wybierze tę książkę. 

To jest wspaniała pozycja dla dzieci od, moim zdaniem, dziesiątego roku życia wzwyż. Śmiem twierdzić, że to będzie kiedyś klasyk nad klasyki. A przynajmniej chciałabym tego. :) 

Wiele książek mi się podoba, dostrzegam ich zalety i wady, godzę się z tym, że nie ma ideałów i piszę Wam o tym. Czasem pozytywne jest już to, że książka jest "wystarczająco dobra". 
A tutaj nie mam się do czego przyczepić. Niech to będzie dla Was rekomendacją. :)
Czasodzieje

Czasodzieje

Książkę tę kupiłam już dość dawno mojemu synowi. Bardzo mu się podobała. Rok temu na targach książki dokupiłam drugi tom. Sama do niego długo nie mogłam się zabrać.
 
Staram się przynajmniej od czasu do czasu sięgać po te same książki, co moje dziecko, żeby mieć z nim o czym pogadać :), a na dodatek "Czasodzieje" to nie jest fantastyka anglosaska, do jakiej polski czytelnik jest mocno przyzwyczajony, więc pomyślałam, że napiszę na ten temat parę zdań. :) 



Chcę zacząć od jednego zastrzeżenia - to jest dobra książka dla młodzieży i młodzieży się podoba. Tak, będę tutaj pisać czasami o tym, co mi nie odpowiadało, ale ja jestem już bardzo dorosła i moje spostrzeżenia pewnie nie będą relewantne dla każdego, a zwłaszcza dla tego czytelnika, który jest targetem tej książki (według mnie to pozycja dla dzieci i młodzieży od dziesiątego roku życia wzwyż).

Autorka, Natalia Sherba to rosyjskojęzyczna pisarka urodzona na Białorusi, mieszkająca obecnie na Ukrainie. I to jej pochodzenie jest zaletą "Czasodziejów", bo wreszcie mamy coś o bohaterach, którzy myślą i zachowują się trochę inaczej, niż jesteśmy przyzwyczajeni z literatury dziecięcej i młodzieżowej z USA czy Wielkiej Brytanii. 
Te różnice widać począwszy od tego, jak bohaterowie się przedstawiają - występuje tutaj имя отчество - ocziestwo, czyli imiona odojcowskie, które początkowo mogą brzmieć dla młodego człowieka, który jeszcze się chociażby np. z Bułhakowem nie spotkał, dziwnie, ale jest to przyczynkiem do wejścia (choć tylko za próg) w świat literatury rosyjskiej; a skończywszy na konstrukcji psychicznej postaci.

Dzieci tutaj są, jakby to określić, mniej uprzejme, niż zwykły być w książkach o nastolatkach, które znamy z literatury współczesnej z zachodniego kręgu kulturowego. :) Mają w sobie więcej agresji, częściej się denerwują bez powodu, wybuchając nagle i pyskując spektakularnie. Śmiem twierdzić, że ich zachowania są nieco bardziej realistyczne, bo mogę sobie wyobrazić łatwiej, że dwunastolatka (wiek ze wszech miar nerwowy i pełen buty) wyrwana nagle ze swojego świata i wsadzona we wrogie środowisko, będzie się stawiać, niż że będzie kłaść uszy po sobie. 

Schemat fabularny jest jednak klasyczny - jest sierota lub półsierota, jakich w literaturze mamy na pęczki (tylko dziecko pozbawione troskliwych rodziców może mieć przygody, bo - wiadomo - martwiący się rodziciele pisarzom strasznie psują szyki), mamy szkołę dla czarodziejów (tutaj - czasodziejów, bo magia opiera się tutaj na operowaniu czasem), mamy tajemnicze stowarzyszenie, rytuały przejścia i nastolatków, którzy mogą uratować świat. Nic nowego pod słońcem. Nie szkodzi jednak, bo nie ma nic złego w dobrze zrealizowanym, sprawdzonym motywie. Zwłaszcza w literaturze dziecięcej.

Zdjęcia z kotami, bo koty są spoko. Żadna książka nie ucierpiała w czasie sesji zdjęciowej.

Główna bohaterka, Wasylisa, zostaje wyrwana ze świata, który zna, w wir wydarzeń, w którym przez cały pierwszy tom właściwie prawie nikt nie jest jej do końca przyjazny. Nagromadzenie wrogich nastrojów wokół dziewczynki jest przytłaczające, a zwroty akcji tak liczne i tak nagłe, że bywa to mocno męczące. Brakuje nierzadko związków przyczynowo-skutkowych, a dziewczynka zachowuje się często tak bez sensu, jakby tylko musiała spełniać imperatyw narracyjny i przez większość pierwszego tomu trudno jest się zorientować, jak działa magia czasu w świecie, do którego trafiła. Jest bardzo wiele niedopowiedzeń, które mnie osobiście jednak trochę męczyły.

Drugi tom nieco stabilizuje akcję, bo główna bohaterka wreszcie ma wokół siebie więcej życzliwych osób, co obniża napięcie panujące w książce i pozwala bardziej rozsmakować się w świecie przedstawionym. Nie jest on dla mnie może bardzo nowatorski, czy wybitny, ale - jak już mówiłam - nie jestem czytelnikiem docelowym "Czasodziejów", więc mogę trochę kręcić nosem. Mojemu jedenastolatkowi się bardzo podobało, a książka jest skrojona pod jego wiek. :)

Wasylisa musi się zmierzyć z własnym nowo odkrytym talentem, z wrogością własnego ojca (którego dopiero co poznała) i odnaleźć w zupełnie nowej rzeczywistości. To trochę jak powieść o okresie dojrzewania - oto nagle moje ciało się zmienia, nagle starzy zaczynają być jacyś tacy nierozumni i chcą ode mnie dziwnych rzeczy, których nie chcę robić i muszę wybrać nową szkołę i znaleźć nowych przyjaciół. Każdy nastolatek odnajdzie tutaj swoje uczucia i to jest dobre. To jest książka dla nich. Dla dorosłych niekoniecznie, ale nie cierpiałam przy czytaniu, bo książka jest chyba dość sprawnie przetłumaczona, ładnie wydana i nie jest naiwna. 

Szukacie prezentu książkowego dla jakiegoś nastoletniego czytelnika? To chyba będzie dobry wybór. Dorośli może w "Czasodziejach" nie odkryją dla siebie zbyt wiele, ale nie muszą. :)

No i nie zapominajmy, że na dodatek okładki są ładne. :D
Post o tym, czego nie ma.

Post o tym, czego nie ma.

Dzisiaj będzie post z zupełnie nowej i innej beczki. Miejmy nadzieję, że tego typu treści będą się ukazywać tu cyklicznie, tak jak kącik zapowiedzi. :)

Będzie o książkach, które chciałabym zobaczyć na polskim rynku.

Książkach anglojęzycznych (to jedyny obcy język, w którym mogę czytać bez uszczerbku na treści), których po polsku nie wydano, a chciałbym, żeby tak się stało.
Owszem, mogę je przeczytać w oryginale, ale zazwyczaj będzie mnie to kosztowało więcej pieniędzy (zwłaszcza w przypadku wydań pięknie ilustrowanych, których wersja kindlowa nie ma sensu), niż gdyby były wydane u nas (odpada koszt transportu z zagranicy). Poza tym - fajnie jest się dzielić czymś świetnym także z tymi, którzy nie znają języka.

Zdarzało mi się robić własne tłumaczenia książek dla dzieci, kiedy syn był młodszy, sprawiało mi to sporą frajdę (drogie wydawnictwa, polecam się ;)), ale to nadal nie to samo. Teraz syn niezbyt trudne książki przeczyta sobie po angielsku bez mojej pomocy, a mnie zostało wzdychanie do anglosaskich rynków wydawniczych i wymyślanie wymówek, które by mi pozwoliły od czasu do czasu szarpnąć się na wydanie większej kwoty na jedną książkę.

No ale do rzeczy.

Zacznijmy od książek pewnego autora, którego na pewno w Polsce kojarzą przynajmniej fani Neila Gaimana.
Chris Riddell to rysownik, ale też pisarz. W Polsce od lat nie wydawano jego książek. Dawno temu Egmont wypuścił znakomite młodzieżowe "Kroniki Kresu", ale nigdy nie były wznawiane. Podobnie Świat Książki sprzedawał kilka książek dla dzieci tego autora, ale też przemknęły przez nasz rynek wydawniczy niedostrzeżone dekadę temu. Postuluję przywrócić Riddella na polski rynek, nie tylko w duecie z Gaimanem ("Na szczęście mleko" jest wspaniałe!).

Proszę, mam postulaty:

1. Wznowienie "Kronik Kresu" (ale z oryginalnymi okładkami, a nie tymi, które funkcjonowały przed laty ;)). Seria fantasy dla młodzieży o gwiezdnych piratach i latających miastach. Książka uwielbiana przez młodzież, wielotomowa, szalona. Dajcie ją naszym dzieciakom! ;)




2. Dwie serie o dziewczętach - seria o Ottolinie i seria o Goth Girl.
Są to serie dla nieco młodszych dzieci (choć nie całkiem małych).

Ottolina mieszka w Wielkim Mieście w pięknym mieszkaniu. Ma dziwnego, futrzastego przyjaciela i najbardziej lubi rozwiązywać zagadki "kryminalne". Coś jak Lasse i Maja z książek Widmarka. Książeczek z tej serii jest sporo i są prześliczne. Jestem pewna, że polskie przedszkolaki i dzieci w wieku wczesnoszkolnym by je kochały. :)





Z kolei Goth Girl to taki starszy odpowiednik Ottoliny; mieszka w Straszliwej Posiadłości, jest córką Lorda Gotha, który uważa, że dzieci powinny być słyszane, ale nie widziane, więc Goth Girl nosi ciężkie buty, żeby ojciec zawsze słyszał, że ona nadchodzi. Jest też bardzo samotna, ale któregoś dnia do posiadłości sprowadza się dwoje innych dzieci i razem odkrywają mroczne spiski i razem starają się zapobiec mrożącym krew w żyłach wydarzeniom.

Seria jest oparta na podobnym schemacie, co Ottolina, ale przeznaczona dla trochę starszego czytelnika.





3. Śpiąca królewna dla młodzieży i dorosłych. Oczywiście musiałaby być wydana równie pięknie, z metalicznym atramentem, jak oryginał. :P Wariacja na temat śpiącej królewny, zaskakująca i piękna. Duet Gaiman-Riddell to zawsze dobre połączenie.




Poza tym nie zaszkodziłoby wydać parę książek Gaimana w wersjach ilustrowanych przez Riddella. Ukazały się tak Nigdziebądź, Koralina czy Księga Cmentarna. :)

---

Jeśli chodzi o książki innych autorów, to jestem pewna, że A. J. Jacobs w Polsce ma już swoich fanów. To literatura rozrywkowa, pisana zabawnie i pomysłem. W naszym kraju ukazała się tylko jedna książka tego autora - "Rok biblijnego życia", która jest już trudna do kupienia. W tej książce autor opisuje, jak przez rok próbuje żyć w DOSŁOWNEJ zgodzie z Biblią. W innych książkach robi inne eksperymenty na samym sobie i czytanie o tym jest bardzo relaksujące. :)

Polecam uwadze:



----

Na koniec kilka książek obrazkowych (niekoniecznie tylko dla dzieci):

1. "BB-8 on the Run" narysowany przez Matta Myersa. Ponieważ BB-8 jest super, a książka jest śliczna. :D I ja lubię Star Wars. Do tego nie zaszkodziłoby dorzucić "Chewie and the Porgs", bo porgi są porgami, a książkę mam w domu i jest bardzo ładna. :D





2. "Frida" Benjamina Lacombe i Sebastiana Pereza. Absolutne arcydzieło. Bez cienia przesady. Poetycka, namalowana wspaniale, do podziwiania i zachwycania się. Dla dorosłych i dla dzieci. Bo obcowanie z czymś pięknym jest ważne.





3. A na koniec coś uroczego. :D Otóż Mike Pence, pewien północnoamerykański polityk, napisał książkę o swoim króliku - Marlonie Bundo. Urocze? No może, gdyby nie to, że Mike Pence jest znany ze swojej agresywnej homofobii, więc John Oliver - mający swój talk-show (bardzo dobry) - postanowił napisać wraz ze swoimi współpracownikami swoją wersję książeczki o króliku Pence'a, tylko że w jego książeczce króliczek Marlon ma swojego króliczego ukochanego, a nie ukochaną. :) Książeczka jest bardzo fajna i przeznaczona dla przedszkolaków. Pokazuje, że miłość może mieć różne oblicza (w Polsce wydana została chyba tylko jedna książka dla maluchów, w której występuje para jednopłciowa; jest nią "Zlatanka i ukochany wujek").

Tutaj klipy o książce, żeby naświetlić temat: 







Wydajmy ją w Polsce! :D



---


I to na dzisiaj tyle. Kiedyś być może ciąg dalszy nastąpi. :)

Napiszcie, czy podoba Wam się idea postów o książkach u nas nie wydanych. A może macie swoje typy, co powinno się znaleźć w naszych księgarniach? 


Profil mordercy i Mindhunter

Profil mordercy i Mindhunter

Bardzo modny temat profilerów policyjnych wypłynął przy okazji realizacji serialu "Mindhunter" na podstawie wspomnieniowej książki Johna Douglasa. Wysypały się na rynku inne książki o zbrodniach i śledztwach, w tym także książka innego profilera - tym razem brytyjskiego - Paula Brittona. Postanowiłam przeczytać obie pozycje - amerykański, kultowy pierwowzór serialu (który, nota bene, niekoniecznie bardzo mi się podobał) i jego brytyjski odpowiednik. 



I wiecie, co Wam powiem? Jeśli już chcecie coś czytać o profilowaniu, a nie macie czasu na obie książki, to niech to będzie wyspiarski Britton, a nie gwiazdor Douglas. Poziom narcyzmu w "Mindhunterze" jest porażający. 

Po pierwszych stu stronach książki autor tego kultowego dzieła nadal nie dochodzi do tematu profilowania, bo wciąż opisuje całą swoją karierę, ze szczegółami, a także kobiety, z którymi się spotykał (choćby przez chwilę i bez znaczenia dla historii), które go podrywały, błyskotliwe anegdotki mające udowodnić, jakim jest zajebistym typem o olśniewającym umyśle (te opowiastki, nawiasem mówiąc, ujawniają często tylko to, jakim był bufonem), i tak dalej. Przy czym, oczywiście, książka jest płynnie napisana, czyta się wygodnie, niektóre historie są ciekawe i zajmujące, a jak dochodzimy w końcu do profilowania, niektóre sprawy są arcyciekawe, ALE, mimo wszystko, Brytyjczyk Paul Britton ma w sobie więcej pokory, choć nie jest pozbawiony słusznego poczucia własnej wartości, więc bardziej wierzymy w jego profesjonalizm.



W "Mindhunterze" trochę lepiej opisany jest proces myślowy, który doprowadza profilera do opisu sprawcy. To coś, czego odrobinę brakuje w książce Brittona, ale efekciarstwo i buta Douglasa są zwyczajnie irytujące. Nie znaczy to, że odradzam czytanie, ale z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że "Profil mordercy" jest zdecydowanie za mało znany w stosunku do absolutnie zapatrzonego w siebie i zbyt szeroko autobiograficznego Amerykanina, który teraz, kiedy już powstał serial, musiał pęknąć z powodu rozdmuchanego ego. ;) 

W "Profilu mordercy" nie widzimy unikatowego procesu wnioskowania, jakby autor pomijał najistotniejszy i najciekawszy element swojej pracy. Na przykład: na jakiej podstawie psychiatra domyśla się, że sprawca koszmarnej zbrodni jest kawalerem, który mieszka z matką? Nie wiemy tego wszystkiego, choć opisy spraw są bardzo poruszające. "Mindhunter" odsłania nieco więcej kart z tej kategorii, ale jest przy tym tak irytująco pewny siebie, że nie mamy ochoty mu w to wierzyć. ;) 

Moja sympatia jest po stronie Brittona, za to w "Mindhunterze" najchętniej wycięłabym pierwsze 150 stron, bo dopiero potem autor w ogóle zaczyna zbliżać się do tematu profilowania. ;) 

Jeśli temat Was zajmuje, czytajcie obie książki, dla porównania, ale jeśli tylko chcecie liznąć zagadnienie i nie macie ochoty na przydługie wywody autora o własnej zarąbistości, to weźcie skromniejszego Brittona, bo tam przejdziecie szybko do meritum. A potem już sami zdecydujecie, czy chcecie się zmierzyć z przereklamowaną legendą. :)

A jak przeczytacie, to powiedzcie mi, czy tak samo jak ja, patrzycie teraz podejrzliwie na każdego starego kawalera, który mieszka z rodzicami... ;)
Wakacyjny kącik zapowiedzi

Wakacyjny kącik zapowiedzi

Ostatnio na blogu recenzje pojawiają się nieco częściej, niż zwykle, bo mam wakacyjnie dużo czasu. W księgarniach natomiast tradycyjnie sezon ogórkowy, mało nowości, wszyscy czekają, aż świat wróci z plaży i siądzie przed kominkiem, kontemplując nadchodzące pół roku zimna. ;)

Niemniej udało mi się znaleźć kilka ciekawych pozycji w zapowiedziach wydawniczych (i nie tylko :)).

1. Wznowienia!

Po pierwsze wraca Marzi (1.08.), a po drugie - seria "Ta strrraszna historia!" (22.08.). Obie pozycje znakomite, bez obaw powiem, że kultowe. I znowu będą łatwo dostępne. (Zabijcie mnie, ale nie wiem, czemu te okładki wyświetlają się w takim dziwnym układzie. Jak bym nie walczyła, tak wariują. ;)).









2. Dla maluchów i odrobinę starszych nowa część serii "Rok w..." z Naszej Księgarni (1.08) oraz książka o dinozaurach (także ze znanej serii przyrodniczej) od wydawnictwa Dwie Siostry (we wrześniu).




3. Neil Patrick Harris popełnił książkę dla dzieci. Ma ona całkiem przyzwoite recenzje "na Zachodzie". U nas ukaże się w Znaku 27. sierpnia.



4. Dla dorosłych za to coś z dwóch różnych światów - reportaż o matkach niepełnosprawnych dzieci od Czarnego (18.08.) oraz nowa książka historyczna Anny Brzezińskiej (Wydawnictwo Literackie, 22.08.). Choć sama niekoniecznie zaczytuję się książkach pani Anny, to doceniam jej wkład w upowszechnianie historii w sposób miły i przyjemny. Wiem też, że ma ona wielu fanów, a jej nowa książka na pewno utrzyma przynajmniej przyzwoity poziom.



5. A na koniec coś z innej beczki - pierwszego sierpnia pojawią się nowe zestawy Lego z uniwersum Harrego Pottera i Fantastycznych zwierząt. :)




I tyle ode mnie na dzisiaj. :)
Copyright © 2014 Na regale , Blogger