Britfield - mogło być tak dobrze, ale...

Britfield - mogło być tak dobrze, ale...

Rzadko już czytuję książki dla dzieci, a tym razem po prostu mogłam ją przeczytać za darmo, opis był bardzo zachęcający, a książka miała doskonałe recenzje i zapowiedź ekranizacji (i sądzę - tak w ogóle - że jako scenariusz filmu dla dzieci może sprawdzić się lepiej, niż jako literatura). 

Podam teraz niewielkie spoilery, ostrzegam. 

Britfield to typowa literatura gatunkowa - przygodówka, ale dla młodego czytelnika (moim zdaniem 7-12 lat), więc z oczywistych względów musi być nieco "łagodniejsza", niż gdyby była przeznaczona dla starszych dzieci czy dorosłych. Tyle że ta "łagodność" została tu posunięta do poziomu dzikiego absurdu.

Oto mamy dwie sieroty - chłopca i dziewczynkę - które uciekają z Bardzo Złego Sierocińca. Cała ucieczka, bardzo emocjonująca, sensacyjna i pełna zwrotów akcji, jest znakomitym, wciągającym początkiem książki. Oczywiście dorosły czytelnik wie, że niemożliwością jest, by wszystkie dzieci w sierocińcu były miłe i kochały się jak rodzeństwo, a także bezsprzecznie się wspierały w najbardziej głupich i niebezpiecznych rzeczach, ale to jest prawo literatury dziecięcej, więc możemy na to przymknąć oko. 

Potem jednak okazuje się, że autor, pan Stewart, tak bardzo lubi swoich bohaterów, że nie pozwoli im on nawet przespać jednej nocy w chłodzie. 

Dzieci uciekają balonem (nie jest to żaden spoiler, balon jest na okładce ;)), który szybko uczą się obsługiwać, bo są oczywiście genialne, ale też ZAWSZE trafiają na pomoc dorosłych. ZAWSZE. Zawsze ktoś je zabierze na noc w ciepłe miejsce, podwiezie za darmo taksówką w Londynie, nakarmi, odzieje i chociaż potem muszą parę godzin uciekać, to przynajmniej z pełnymi brzuchami i wyspane. Nie sposób się w tej książce zestresować na dłużej, niż dwie strony, więc jest ona idealna dla dzieci, które chcą książki przygodowej, ale nie są w stanie długo znieść napięcia.

I to można tej książce darować. Nie jestem targetem, dzieciom może takie ujęcie sprawy bardzo odpowiadać. Nie ma tam też żadnych niuansów co do tego, kto jest dobry, a kto zły, żadnego Snape'a, czy innych niedopowiedzeń. No ale znowu - nie szkodzi, to książka dla dzieci. To może się sprawdzić. 

Niestety jest w tej książce jeszcze coś - DYDAKTYZM. Wielka zbrodnia na literaturze dziecięcej, w Polsce popełniona przez Pana Samochodzika na dzieciach z epoki, w której jeszcze to mogło ujść, ale teraz to po prostu nie wypada. Na dodatek jest to smrodek w większości bardzo nakierowany na dzieci brytyjskie, bo wprowadza wątki historii brytyjskiej monarchii, które są zupełnie obce czytelnikom spoza Wysp i - tak sądzę - często zupełnie niezrozumiałe. 

Oprócz tego są tam też wrypane w książkę, pisaną banalnym językiem, przeznaczoną dla dzieci, które czytają samodzielnie od niedawna, wtręty ze słowami trudnymi, niezrozumiałymi i zupełnie BEZ PRZYPISÓW. 


Z jakiegoś powodu wydawca (Dwukropek) uznał, że przypisy w książce dla dzieci nie powinny się pojawiać. A szkoda, bo skoro autor założył, że musi nauczyć czegoś swoich odbiorców, to wydawcy nie zaszkodziłoby jednak pomóc książkę zrozumieć. Widzicie dziesięciolatka, który wie, co to pinakle i transept? Nie widzę żadnego powodu, dla którego nie można tam wrzucić obrazka z opisem, albo innych, stosownych dla wieku czytelników wyjaśnień.

To nie jest zła książka dla dzieci, choć czytałam wiele lepszych. Sama fabuła, powód ucieczki z sierocińca i powód zażartości pościgu za młodymi ludźmi, są bardzo udane i stanowią świetną kanwę dla dobrego przygodowego kina familijnego. Książka jednak ma swoje wady, które trudno pominąć milczeniem.

Mimo tego nadal ostrożnie polecam, choć bardzo specyficznej grupie odbiorców i odbiorczyń - tym, które już umieją dobrze czytać, chcą książek przygodowych, ale też nie lubią, kiedy ich bohaterom dzieje się większa krzywda. Wiem, że są takie dzieci. Im na pewno się spodoba. :)


Męska skóra - komiks, dzięki któremu pokochacie komiksy.

Męska skóra - komiks, dzięki któremu pokochacie komiksy.

 Wiem, że dawno nie pisałam, ale miałam intensywny czas w życiu. Kiedy jednak dostałam w swoje ręce ten komiks, musiałam się nim podzielić ze światem, bo zasługuje na szeroką publiczność.

Akcja komiksu dzieje się w renesansowych Włoszech. Bianka, główna bohaterka, osiąga wiek w którym powinna wyjść za mąż, bo wiadomo - nie ma innej opcji dla kobiety. Rodzice znajdują jej narzeczonego, bo i tutaj Bianka nie ma nic do powiedzenia. Kandydatem jest niejaki Giovanni. Przystojniak z dobrej rodziny, a jednak Bianka nie kryje rozczarowania, że musi wyjść za człowieka, o którym nic nie wie. Jej pragnienie, by poznać partnera przed ślubem, jest dla wielu niezrozumiałe.

Jeszcze przed ceremonią matka chrzestna dziewczyny przekazuje jej jednak sekretny artefakt, który kobiety z jej rodziny miały od pokoleń - męską skórę, którą można założyć i która zrobi z Bianki przystojnego, młodego mężczyznę o imieniu Lorenzo.  Dzięki temu dziewczyna może teraz odwiedzić świat mężczyzn i poznać narzeczonego naprawdę. 


W męskiej skórze Bianka uwalnia się od ograniczeń narzucanych kobietom, może odkryć nie tylko osobowość narzeczonego, ale i wyzwolić swoją seksualność i wreszcie być wolną. Choć i wtedy jest w stanie dostrzec, że prawdziwie swobodnie czuć się mogą wyłącznie heteroseksualni mężczyźni. 

Mamy tu wszystko: seks, religię krępującą wszystko, co wyzwala kobiety (potworna postać zakonnika, brata Bianki, to majstersztyk), miłość, zmysłowość i drogę do niezwykłego finału, o którym nic nie napiszę, żeby Wam nie spoilerować, bo zakończenie jest prawdziwie wspaniałe.




Do tego pojawiają się tu wątki niezamierzenie bolesne, związane z obecną sytuacją w Iranie, ale także wszędzie tam, gdzie prawa kobiet i mniejszości seksualnych są miażdżone. 

"Męska skóra" to komiks mądry, piękny, zabawny i pełen wdzięku. Jeden z najlepszych, jakie czytałam. Kupcie go sobie, cieszcie się nim. Warto.

Przedwakacyjny kącik zapowiedzi 2022

Przedwakacyjny kącik zapowiedzi 2022

Lato blisko, a w księgarniach pojawi się dużo książek głośnych, oczekiwanych i nagradzanych. 

1. Zacznijmy kącik od pierwszej powieści Olgi Tokarczuk od czasów Nobla, czyli "Empuzjon", który ukaże się za tydzień. Książka to bardzo wyczekiwana nie tylko w Polsce. :)




2. Na drugim miejscu mamy czołową kandydatkę do Pulitzera, zachwyty z New York Timesa dotarły w każdy kąt literackiego światka. "Rytm Harlemu" to książka napisana przez autorkę znaną z doskonałej "Kolei Podziemnej". Autorka specjalizuje się w rasowych problemach Stanów Zjednoczonych, więc i tutaj mamy ten temat - tym razem jest to powieść o nowojorskim półświatku lat 60. (Premiera 1. czerwca.)



3. Mam też swoją faworytkę - norweski kryminał, nagrodzony norweską nagrodą literacką. Opis jest miodny tak bardzo, że na premierę, która jest w tym miesiącu, czekam niecierpliwie. Poczytajcie: 

"Moi mężczyźni” to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść o Brynhild, norweskiej służącej, która w drugiej połowie XIX wieku wyemigrowała do Ameryki, gdzie wyszła za mąż, stając się Bellą Sørensen, a następnie – po śmierci pierwszego męża – Belle Gunness. Belle z La Porte w stanie Indiana zapisała się w historii jako pierwsza seryjna morderczyni. Pozbawiła życia co najmniej czternaście osób, głównie mężczyzn, choć niektóre źródła podają, że dokonała nawet czterdziestu zabójstw. Kielland jednak nie szuka w tej postaci sensacji, ale opowiada o złamanej kobiecie, której całe życie towarzyszy tęsknota.



4. Jeśli nie znacie jeszcze Ilony Wiśniewskiej, to koniecznie poznajcie. Nikt, tak jak ona, nie pisze o zimnych miejscach na Ziemi, w których nigdy nie chciałabym się znaleźć, bo nienawidzę zimna. ;) Jej kolejna książka pojutrze. :)



5. Kolejny kryminał, tym razem nagrodzony przez Szwedów. Mrok i zło. Czasami potrzebujemy się w tym ponurzać. (Premiera 1. czerwca.)

Grupa nastolatek na początku lat 80. XX wieku zakłada dyskusyjny klub książki Krąg polarny.

Nieoczekiwanie jedna z dziewczyn znika. Po czterdziestu latach jej bezgłowe ciało zostaje odnalezione zamurowane w fundamencie mostu. Szefem policji i prowadzącym śledztwo jest Wiking Stormberg – mężczyzna, w którym przed laty kilka z dziewcząt było zakochanych. Mężczyzna zostaje wciągnięty w dramatyczną sytuację, która ukształtowana życie kobiet.



6. Saga rodzinna rodem z Korei. Coś zupełnie innego, niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, bo krąg kulturowy zupełnie inny od naszego. Finalistka National Book Award. (Premiera 15. czerwca.)

Głęboko poruszająca i napisana z wdziękiem powieść śledzi losy koreańskiej rodziny na przestrzeni pokoleń, poczynając od początku XX wieku.

Sunja, dziewczyna z biednej, ale dumnej rodziny, zachodzi w nieplanowaną ciążę, co może okryć jej bliskich hańbą. Odepchnięta przez zamożnego kochanka znajduje ratunek w ramionach młodego ministra, który oferuje jej małżeństwo i nowe życie w Japonii.

Tak zaczyna się wciągająca saga o wyjątkowych ludziach w fascynujących czasach. Rodzina Sunji doświadcza wzlotów i upadków. Tęskni za ojczyzną, której nie zna, i stara się dostosować do miejsca, którego nie rozumie.

"Pachinko" to uniwersalna historia o tym, co muszą poświęcić imigranci, by znaleźć swoje miejsce w świecie.



7. A na koniec dwie dołujące książki o obliczu ludzkości. Dwa reportaże. Jeden o tym, że Kanadzie nikt nie szuka zaginionych kobiet, jeśli należą do tubylczej ludności (premiera książki w maju), a druga o szlaku ludzkich przemytników, na który wybrał się, udając uchodźcę Mat Aikins (premiera w lipcu). Dwie ważne książki, które nie zmienią świata, bo - żadna poprzednia książka tego świata nie zmieniła. Ale może zmienią trochę nas. 




Dla dzieci o migrantach - dwie ważne książki.

Dla dzieci o migrantach - dwie ważne książki.

Jeśli kiedyś na tym blogu już byliście, to wiecie, że często piszę o książkach, które opowiadają dzieciom o tematach ważnych i trudnych. I nie inaczej będzie dzisiaj.

Kilka razy już pojawiały się książki o uchodźcach na łamach tego bloga i zapewniam Was, że opisywane w tym poście książki nie są jedynymi na ten temat, ale są na polskim rynku obecnie najnowszymi, a na dodatek - zostały wydane w roku, który tak potwornie doświadczył wielu ludzi, którzy przebywają obecnie na terenie Polski i dzieci na pewno się z tymi ludźmi zetkną. Tym ważniejsze jest rozmawianie z dziećmi o tym, dlaczego przybysze są obok nas i jest ich coraz więcej. 


Pierwsza z książek, "Migranci", wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry, to książka-cegiełka. Dochód z jej sprzedaży idzie w całości dla Grupy Granica, która pomaga migrantom m.in. na polsko-białoruskiej granicy, gdzie sytuacja jest szczególnie tragiczna. 

To książka bez słów. Nie ma tam żadnego tekstu, historię musimy opowiedzieć sobie sami. Osoby brnące przez czarne strony opowieści, w ciemności i mroku, różnią się od siebie. Każdy jest inny, nie są jednorodną masą, odróżniają się od siebie i można próbować o każdym z nich powiedzieć coś innego. Taki trening dostrzegania indywidualności. Idą, a za nimi idzie śmierć, która wygląda dokładnie tak, jak w książce "Gęś, śmierć i tulipan" (bardzo polecam!), choć została narysowana przez kogoś innego. Jakoś wyjątkowo mnie to poruszyło.

Na dodatek śmierć przybywa często na ibisie, którego symbolika jest niezwykle bogata i pojawia się w kilku starożytnych kulturach - a to jako symbol księżyca, a to jako symbol duszy, odwagi bądź mądrości. Bardzo to wszystko poetyckie.



Migranci brną przez las i przez morze, cały czas w mroku. Nie widzimy, przed czym uciekają, to jest pole do rozmowy i własnej/rodzica opowieści. 



Bardzo to poruszająca książeczka, dla dzieci w każdym wieku, dla dorosłych, dla właściwie każdego. Może przydać się do rozmów w domu, przedszkolu i szkole. Nikt nie jest na nią za młody albo za stary.

Druga pozycja - dużo mniej metaforyczna, dużo bardziej bezpośrednia, ale z pewnym twistem. 

Oto mamy skałę i zwierzęta, które na niej mieszkają. Na skałę próbują dostać się inne, które nie mają się gdzie podziać. Kilka stron, na każdej po krótkim zdaniu. Czytane po kolei, dają obraz zwierząt przepędzanych z lądu. Czytane od końca - brzmią jak pełne współczucia nawoływanie, że powinny przyjść, że jakoś damy sobie radę. Dwa spojrzenia na jedno proste wydarzenie. Książka możliwa do czytania od początku i od końca. 





Proste, pomysłowe, przeznaczone dla przedszkolaków. Dość urocze, bez większej grozy, ale każdemu według potrzeb. No i zdecydowanie sprawdzi się raczej wśród najmłodszych dzieci. Starsze potrzebują już czegoś więcej, niż prostych komunikatów. Maluchy jednak mogą spotkać tu temat migracji w sposób raczej bezstresowy i nieskomplikowany.

Obie książki polecam, choć moje serce jest jednak bliżej "Migrantów". Sława Ukrainie! Obyśmy nigdy nie musieli szukać swojego miejsca na skale.

Zew nocnego ptaka - kryminał, który dzieje się w XVII wieku.

Zew nocnego ptaka - kryminał, który dzieje się w XVII wieku.

Ta książka ma ponad 900 stron.

Muszę uprzedzić, bo jeśli ktoś nie znosi tasiemcowatych powieści, które ciągną się dość nieśpiesznie, to niech tego nie rusza, ALE.


Ale to jest bardzo przyzwoity kryminał. I mówię to ja, która nie czytuje kryminałów, bo ją zwykle nużą. 

Fount Royal to osada w Karolinie Południowej. Osada, w której ciągle pada deszcz, zgnilizna wygania ludzi z okolicy, mieścina powoli pustoszeje, bo nikt nie chce tam żyć. Tymczasem w miejscowym więzieniu osadzono kobietę oskarżoną o czary (bo jest XVII wiek, zapomniałam powiedzieć - co jest kluczowe dla całego klimatu opowieści), więc należy ściągnąć sędziego, który wyda wyrok.

Miejscowi chcą stracenia "wiedźmy"; niektórzy są przekonani, że ona para się magią, a inni knują swoje ciemne sprawki, korzystając z zamieszania. Sędzia przyjeżdża wraz z asystentem. Klasyczne postacie z klasycznego kryminału. Sprawiedliwy, ale nieco skostniały stary sędzia i jego młody asystent - pełen wigoru, z otwartym i wnikliwym umysłem. No wiecie, ten dobry. :D

Teraz będzie się toczyć powolna, ale pełna zwrotów akcji opowieść. Niczym u Agaty Christie - każdy z tej małej społeczności ma jakąś tajemnicę i może odpowiadać za morderstwo, którego tu dokonano i o które także oskarżona jest rzekoma wiedźma. 

Jesteśmy świadkami rozgrywek, od których zależy życie ludzi, przyszłość osady (której nie kibicowałam, bo "podbój Ameryki" to niechlubny czas w historii ludzkości) i losy każdego z bohaterów. Atmosfera jest duszna i lepka, sędziego trawi gorączka, asystent wpada w tarapaty, kiedy zaczyna zauważać, kto w okolicy ma za uszami, a do tego ciągle pada deszcz, niczym w Macondo. 

Szczury, przesądy, erotyczne sny, spuchnięte kolana, pożary, błoto i paskudne kreatury. Jak to się dobrze czyta! 

Czasy są trudne, więc jeśli potrzebujecie zrobić coś dla siebie, ale świat jest zbyt skomplikowany obecnie, by czytać coś poważniejszego, to "Zew nocnego ptaka" jest znakomitym wyborem. Starcza na długo, wciąga, jest przyzwoicie napisany (nie, nie jest to arcydzieło, jeśli chodzi o język, ale nie można się do wielu rzeczy przyczepić), a do tego ma obrazki! Niedużo, ale są. :D

Dobrze się czytało, dobrze się odrywało myśli od tego gówna, które trawi świat. 

Polecam z czystym sumieniem. 

Kucharka z Castamar

Kucharka z Castamar

Uczę się hiszpańskiego i nic nie pomaga w nauce tak bardzo, jak oglądanie filmów w pożądanym języku. Chciałam obejrzeć netflixową "Kucharkę z Castamar", ale oczywiście, ponieważ to ekranizacja, natychmiast włączyła się w mojej głowie myśl, że "najpierw książka, potem film". Myśl to w sumie bezsensowna, ale nawyki są silne.

I tak, choć romansów zwykle nie czytuję (nie ma w nich nic złego, po prostu nie lubię, podobnie jak nie lubię kryminałów), a na dodatek nacięłam się już, kiedy próbowałam czytać "Bridgertonów" (także z powodu serialu na Netfliksie), to i tak - kupiłam "Kucharkę"

Zasiadłam z drżącym sercem. Niech będzie niezła. Niech będzie niezła. Niech będzie niezła. Iiii... Nie wiem. :D Jestem jednak pewna, że jest o niebo lepsza od wspomnianych "Bridgertonów", których uwielbiam w serialu, ale nie mogę znieść w książkach. 

Oto mamy księcia, młodego wdowca, szlachetnego i wspaniałego (a jakże!). Oto mamy kucharkę - pannę z dobrego domu, wybitnie utalentowaną, piękną, nadobną, acz z agorafobią (obowiązkowo musi być jakaś słabość, niczym strach przed wężami u Indiany Jonesa). Książę z kolei tak kochał zmarłą żonę, że nie jest zdolny do miłości. Widzicie już, jak to się skończy? ;)

Jest też zły człowiek, który czyha na księcia, przebiegła flądra, która czyha na księcia i szereg ludzi, którzy podkopują dobrą kuchareczkę. I rumieńce są, i porywy serca, i wzniosłość harlekinowa. Wszystko, czego oczekuje fan gatunku, którym nie jestem, ale godzę się z konwencją.

Przyznaję jednak, że - co jest chyba tym, czego oczekujemy od lektury najbardziej, jeśli potrzebny nam pewien eskapizm - książka wciąga. Fabuła - choć przewidywalna - trzyma w napięciu o tyle, że chcemy wiedzieć, jak autor doprowadzi do nieuniknionego i znanego od początku zakończenia.

Autor, Fernando Munez, zadedykował książkę swojej żonie i swojej matce. Jednocześnie. Nasuwa to pewne myśli na jego temat, pełne stereotypów na temat południowych mężczyzn, ale nie będę się w to zagłębiać. ;) Z zawodu jest filmowcem, a "Kucharka" to jego debiut literacki. No i tak, czuję, że to debiut. Czuję też, że to estetyka z kręgu kulturowego, który wyprodukował specyficzny rodzaj telenoweli. I dobrze, widać jest zapotrzebowanie na takie rzeczy. Na zdrowie.

Ja sama powiem tyle, że miałam frajdę przy czytaniu, mimo częstego i głośnego nabijania się z napuszonych i przegiętych zdań, opowiadających o serca drżeniach. Wciągnęłam się, przeczytałam i nie żałuję. Omijałam opisy gotowanych potraw, bo to ważny element książki, dla mnie szalenie nużący i też jednak pozbawiony polotu ("Uczta Babette" to nie była), ale w niczym to w sumie nie przeszkadzało.

Serial wciąż przede mną, ale książka nie pozostawiła mnie w poczuciu zmarnowanego na nią czasu, co uznaję za duży komplement. ;) 


Ann Patchett - "Stan zdumienia" - podobno drugie "Jądro ciemności", ale...

Ann Patchett - "Stan zdumienia" - podobno drugie "Jądro ciemności", ale...

Zacznijmy od tego, że to jest dobra książka. Niektórzy powiedzą nawet, że wybitna i nie będę się kłócić, bo wiem, że dla wielu osób to w sposób uzasadniony może być książka wspaniała. I nikomu jej nie będę odradzać, ale dajcie mi o niej opowiedzieć przez chwilę z mojej perspektywy.

"Stan zdumienia" okrzyknięto drugim "Jądrem ciemności". Nie, przepraszam, gorzej - KOBIECYM "Jądrem ciemności". Nienawidzę przypinania płciowych łatek do literatury, a w tym przypadku tym bardziej, że nie widzę tam absolutnie niczego, co nie byłoby uniwersalne dla ogólnoludzkich doświadczeń. Zwłaszcza, że jest to książka, która ma głębię i opowiada o relatywizmie moralnym, który nijak nie jest przypisany do doświadczeń tylko jednej płci. 

Niestety - jeśli główna bohaterka jest kobietą - natychmiast przypina się książce łatkę "kobiecej", która to nie powinna brzmieć pejoratywnie, ale w patriarchalnym społeczeństwie łatka taka dodaje pewnej trywialności, a do tego zniechęca mężczyzn do sięgania po daną książkę. Nie róbmy tego. 

Wyrzućmy to beznadziejne porównanie. Wyrzućmy też porównanie do Conrada - Ann Patchett może być pisarką, która po prostu napisała dobrą książkę, nie trzeba jej wpychać w żadne ramki sławnych, martwych pisarzy, żeby ktoś ją przeczytał.

"Stan zdumienia" zaczyna się od tajemniczej śmierci naukowca, który pojechał odwiedzić badaczkę, zgłębiającą tajemnicę nadzwyczajnej płodności kobiet jednego z plemion w Amazonii. To plemię słynie z tego, że kobiety rodzą tam dzieci do późnej starości. Do śmierci są płodne. 

By zrobić przysługę rodzinie zmarłego, kolejna naukowczyni udaje się na miejsce śmierci kolegi, by wszystkiego się o tej sprawie dowiedzieć. I tu, w momencie jej przybycia na miejsce, zaczyna się najciekawsza część książki. 

Najciekawsza, najbardziej niepokojąca i najbardziej wciągająca. Jednocześnie jednak, choć opowieść jest bardzo ciekawa (nie chcę spoilerować, zostanę przy ogólnikach), to przez cały czas, ale to calutki, miałam wrażenie, że jest jedną wielką metaforą, którą trudno potraktować jak fabułę. Autorka chyba nawet chciała, byśmy wierzyli, że to wszystko mogło się wydarzyć, a jednak nie umiem się oprzeć wrażeniu, że nie mogło. 

Nadmiar monologów wewnętrznych (niestety jestem jednym z tych czytelników, którzy źle znoszą ciągłe grzebanie się bohaterów książek we własnych traumach i rozkładanie uczuć na czynniki pierwsze) szybko zaczął mnie irytować. Interesowała mnie historia bohaterów i bohaterek, dałam się uwieść dziwności świata, nierzeczywistości pewnych wydarzeń, ale kiedy po raz kolejny czytałam o koszmarach sennych głównej bohaterki, byłam znużona, zirytowana i - przyznaję - kompletnie mnie one nie obchodziły. Wiem, że miały tworzyć atmosferę, podkreślać narastającą duszność, ale jedyne, co wywoływały we mnie, to potrzebę omijania całych akapitów.

Powoli tocząca się akcja, długie monologi - wszystko to gra tam pięknie, stwarza świat zawieszony trochę poza czasem i poza rzeczywistością, ale część decyzji bohaterów jest jak z horrorów - wszystko mi mówi, że to zły pomysł, ale i tak to zrobię. 

Te wszystkie rzeczy, które mnie drażniły, bo jestem ostatnio bardzo niecierpliwą czytelniczką, nie sprawiły jednak, że ta książka była zła. Przeciwnie. To jest kawałek świetnej prozy, nie bez powodu wielokrotnie nagradzanej. 

Nie znajdziecie tam porywającej akcji, ale nie możecie się doczekać, aż główna bohaterka wreszcie zobaczy wszystko na własne oczy, dopłynie tym czółnem, dobije do brzegu, zajrzy do laboratorium, odkryje przyczynę śmierci kolegi. Bardzo to jest wciągające i godne polecenia. 

"Stan zdumienia" z jednej strony bardzo mnie zachęcił do zerknięcia na inne książki pani Patchett, a z drugiej - drżę, czy we wszystkich musimy się babrać w monologach wewnętrznych ludzi, którzy jeszcze nie odkryli psychotropów. 

Polecam miłośnikom spokojnej, powolnej, tajemniczej prozy. Inni też się nie zawiodą, ale niech się czują ostrzeżeni. Trzeba mieć większą wrażliwość, niż moja, na zagłębianie się w cudze emocje. Poza tym super. :)

Follet i jego "Nigdy" - łooo panie, czego tam nie ma!

Follet i jego "Nigdy" - łooo panie, czego tam nie ma!

Polityczne thrillery, political fiction, czy jak tam nazwać to, co napisał ostatnio Follett, znany przecież głównie z historycznych megapowieści, to specyficzny gatunek. Gatunek, na którym ostatnio potknął się Elsberg, wypuszczając niewiarygodnie wręcz nudną i o niczym "Sprawę prezydenta", w której literalnie nic się specjalnego nie dzieje. Ot, jedno aresztowanie, kryzysik polityczny, i parę rozpraw sądowych. Emocje jak na grzybach.

"Nigdy" jednak to inna para kaloszy. 

Jest to książka o niewiarygodnie wręcz złych dialogach, ekspozycji prowadzonej tak topornie, jakby ktoś rąbał drewno tępą siekierą, a na dodatek połowa postaci to typowe Mary Sue/Gary Stu, które są tak szlachetne, że mogłyby być bohaterami opków. Niemniej jest to także książka, w której SIĘ DZIEJE. Dzieje się cały czas, nieustannie, ze strony na stronę, więc potencjał rozrywkowy jest tu olbrzymi.

Oto mamy świat współczesny, postpandemiczny już, Korea Północna ma kolejnego Kima, a USA prezydentkę. I mamy tam także (delikatne spoilery, ale nie ujmujące emocji i nie zdradzające rozwoju wypadków przy czytaniu książki):

- kryzys klimatyczny

- konflikt między Chinami a USA

- konflikt między Koreą Północną a Południową

- kryzys atomowy

- terroryzm

- kryzys uchodźczy i przemytników ludzi

- przemyt narkotyków

- kilka małych romansów

- szpiedzy, dużo szpiegów

- niewolnicy, więźniowie, przejęcia władzy

- a nawet gwiazdy filmowe.


Słuchajcie - jeśli chcecie poczytać coś, co ma akcję, to jest temat dla Was. :D 

Musicie przymknąć oko na to, że Follett chyba nigdy nie spotkał żadnej kobiety, a ich życie wewnętrzne jest dla niego tajemnicą; a do tego ludzie zadają sobie absurdalnie nieadekwatne i głupie pytania, udzielając durnych odpowiedzi tylko po to, by wprowadzić czytelnika w różne zawiłości, ale poza tym - rozryweczka jest. :D


Z książki wynika trochę, że autor chciał przemycić głębokie refleksje na temat przyszłości świata, ale wszystko jest tak grubo ciosane, że nie wzruszyłabym się tym za żadne skarby (może też nie mam w ogóle serca). Za to przyznaję, że książka była wciągająca, nieźle się bawiłam, mimo irytacji bohaterami i autorem, i przynajmniej dostałam to, co chciałam - lekką książkę do odmóżdżenia się. Nic więcej nie potrzebowałam.

Jeśli lubicie tanie thrillery, czytane dla pościgów i zbrodni - to jest książka dla Was. Bawcie się dobrze i nie spodziewajcie za wiele. :) 

Książkowy poradnik prezentowy 2021.

Książkowy poradnik prezentowy 2021.

Jak co roku wybrałam nowości wydawnicze, które można już kupić, więc nawet na Mikołajki powinny być dostępne, a na Gwiazdkę to dotrą już na bank. :)

DLA MALUCHÓW - KSIĄŻECZKI O ŚWIĄTECZNEJ/ZIMOWEJ TEMATYCE

1. Obrazkowa opowieść o Mikołaju. :)


2. Opowieść o kocie Mikołaja. :)



3. Opowieść o magii świąt. I trochę o gadającym niedźwiedziu. ;)



4. Skandynawska bajka - zagadka. Opowieść na spostrzegawczość w zimowej tematyce dla dzieci trochę starszych, niż przedszkolaki, albo dla starszych maluchów do czytania z rodzicami. :)



KSIĄŻKI DLA NIECO STARSZYCH DZIECI

1. Dla dinozauromaniaków. Ślicznie wydana. :)

2. Opowieść zaangażowana. Wyjątkowe wydanie trylogii Deborah Ellis, zawierające wszystkie tomy.

"Jeszcze niedawno Parvana była zwyczajną dziewczynką, która co rano zakładała szkolny mundurek, martwiła się klasówką z matematyki, a po lekcjach spędzała czas z przyjaciółkami, przemierzając ulice tętniącego życiem Kabulu.

Ale teraz stolica Afganistanu została opanowana przez talibów. Rodzina jedenastoletniej Parvany musi zamieszkać w jednym pokoju w zrujnowanym bombami budynku.

Rodzina zostaje bez środków do życia. Matka i starsza siostra Parvany nie mogą wyjść z domu nawet po to, żeby kupić coś do jedzenia. Teraz to ona, przebrana za chłopca, musi wziąć na siebie utrzymanie rodziny.

Czy dziewczynka, która wciąż tęskni za szkołą i zabawą z koleżankami, znajdzie w sobie dość odwagi, aby udźwignąć obowiązki ponad siły dziecka? Jak potoczą się losy Parvany, jej rodziny i przyjaciół znalezionych w kraju ogarniętym życiową zawieruchą?

Boleśnie aktualna książka polecana przez laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla, Malalę Yousafzai."

Bardzo aktualna i uwrażliwiająca opowieść.



3. Książka dostępna dopiero od 8. grudnia, więc raczej pod choinkę, niż na Mikołajki, ale za to cudna rzecz z pięknej serii popularnonaukowej dla dzieci - tym razem o anatomii. :)


FANTASTYKA DLA STARSZYCH NASTOLATKÓW I DOROSŁYCH, KTÓRZY LUBIĄ LITERATURĘ YOUNG ADULT (czyli ładne okładki przede wszystkim, miałkie fabułki dla relaksu ;))

Nie będę opisywać każdej książki po kolei, wybrałam je spośród wielu obecnie dostępnych wg klucza popularności i uroczości okładek. :D Wybierajcie sami z wujkiem guglem. :D







KSIĄŻKI I GADŻETY DLA MNIEJ WIĘCEJ DOROSŁYCH - RÓŻNOŚCI Z WIELU BAJEK

1. Jeśli ktoś lubi gotować, to książki kucharskie Ottolenghiego są absolutnym hitem. Są ładne, praktyczne i oryginalne. A jeśli nie jesteście pewni, czy osoba, którą obdarujecie, ma już jego książki, to zawsze możecie kupić tę najnowszą - może zdążycie przed innymi. :) Ale reszta jego książek też jest super!


Jest też całkiem fajna nowość o kuchni hiszpańskiej. Oglądałam, jest to bardzo zacna pozycja. :)




2. Ktoś, kogo chcecie obdarować, zachwycił się filmową Diuną, ale jeszcze jej nie czytał? Super okazja do uzupełnienia mu biblioteczki. :D Akurat wydano ładny komplecik. :)



3. Tshirty literackie. Z kiksem. :D Najlepsze są od NadWyraz (ale niestety mnie tu nie sponsorują, reklamuję z własnej woli ;)).


Ale Medicine (również mnie nie sponsoruje :P) ma też fajoską serię z Szymborską:





POZA TYM PAMIĘTAJCIE - zawsze jest jeszcze Lego i Funko Pop. :D

Wesołych. Mimo wszystko, bo ten rok za wesoły to nie był...
Copyright © 2014 Na regale , Blogger