Jutro przypłynie królowa

Jutro przypłynie królowa

Pitcairn to wysepka, wygasły wulkan, terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii. Cztery i pół kilometra kwadratowego.



W 1790 roku zawinął tam okręt Bounty z dziewięcioma dezerterami i osiemnaściorgiem porwanych Tahitańczyków, głównie kobiet i dzieci. 
W 2012 roku mieszkało tam 48 osób, głównie potomków dawnej załogi statku z XVII wieku. Do niedawna na wyspę nie wpuszczano nikogo, kto nie dostał zgody decydentów na wysepce. Nie było mowy o dziennikarzach, reporterach, ludziach, którzy zadają pytania. 

Jeszcze parę lat temu na wyspę statek z transportem zawijał sześć razy do roku, obecnie jest to 12 razy i pozwala się także na turystykę, jeśli ktoś ma tyle samozaparcia, żeby spędzić kilka dni w podróży. Odwilż przyszła, kiedy ujawniono (w 2004 roku), że wyspa od lat była piekłem kobiet (gwałty, także na dzieciach, były na porządku dziennym) i przeprowadzono procesy sądowe. Ale lata miną, zanim to piętno zostanie zmazane, a atmosfera się oczyści.



Wasielewski, by dostać się na Pitcairn, musiał odpowiedzieć na wiele pytań (ukrył swoje reporterskie zamiary, ale i tak po paru dniach zaczęto na niego patrzeć podejrzliwie i wydalono), zanim przyszła zgoda z wyspy, by się tam zjawił.

Wyobrażacie sobie żyć w miejscu, z którego tak trudno się wydostać?

Wyspiarze dostają od rządu Wielkiej Brytanii ropę, by zasilać generator, ale i tak prąd włączają tylko na kilka godzin na dobę. Nie można ropy marnować, bo statek płynie długo. Kiedy ropa się skończy, nowej nie można po prostu kupić. Trzeba czekać na transport. Wyspa nie ma lotniska ani lądowiska.

Poza tym wszyscy są podejrzliwi - względem siebie, względem obcych, względem wszystkiego. Żyją odcięci od świata, więc łatwo tam zostać zbrodniarzem, który nie zostanie ukarany. Nikt nie wie, jakie tajemnice skrywają milczący starzy mieszkańcy.

Klimat jest tam tropikalny, mandarynki rosną wielkie jak pomarańcze, ale nie ma naturalnego rezerwuaru słodkiej wody, więc trzeba polegać na deszczówce i trzech niewielkich potokach. Jeśli ktoś zachoruje, to dzieli go od szpitala kilka dni.

W tych warunkach ludzie dziczeją. Książka opowiada o wyspie, ale też o procesie sprawców gwałtów. Ojcowie pozwalali tam gwałcić córki, bo sami gwałcili inne kobiety. Bo mieli dług wdzięczności względem innych osób na wyspie. Wszyscy tam są uwikłani w sieć zależności, której nie mogą zerwać, bo mają tylko siebie. Ci, którzy zeznawali przeciw sprawcom, na wyspie nie są teraz bohaterami, ale spotykają się z ostracyzmem. 

To jest świetny reportaż o największym zadupiu świata. I nie jest to raj na ziemi, choć niewątpliwie musi tam być pięknie, a nocą nigdzie indziej nie zobaczycie takich gwiazd.

Przeczytajcie wywiad za autorem i przeczytajcie książkę. Jeśli marzyliście kiedyś o życiu w uroczej komunie odciętej od tej paskudnej cywilizacji, to pewnie szybko zaczniecie rewidować swoje pragnienia.  

ZNAKOMITA książka. 
Majowy kącik zapowiedzi.

Majowy kącik zapowiedzi.

Dawno nie było kącika zapowiedzi, a - przyznam Wam - poza tym, że lubię go robić, bo i tak ciągle grzebię na stronach wydawnictw - ma on dużą klikalność. ;)

1. Książka Samojlika o wilkach. Wydawnictwo Agora, jeszcze w tym miesiącu.


2. Ślicznie wyglądający komiks Marazano. Akcja dzieje się w 1942 roku, a Tesla tajemniczo zaginął. ;) Zerknęłam na okładkę, zerknęłam na kreskę, chętnie do niego zajrzę, jak się pojawi. (Egmont, czerwiec)



3. Dwie książki o Chinach - jedna historyczna, dziennik robotnicy, a druga - dotycząca współczesnego podejścia do miłości.

Opis wydawcy (Prószyński):

Lijia Zhang, bystra i wesoła nastolatka, wbrew swej woli staje się robotnicą w fabryce produkującej rakietowe pociski balistyczne dalekiego zasięgu (ICBM). Każdego miesiąca musi stanąć w kolejce, aby przedłożyć fabrycznej "policji okresowej" materialny dowód, iż nie jest w ciąży. Podporządkowana opresyjnym procedurom obowiązującym na strzeżonym terenie oraz reżimowi politycznych szkoleń, Zhang w miarę dorastania coraz bardziej pozbywała się złudzeń co do "Chwalebnej Sprawy", jakiej ponoć służyli. Zaczęła uczyć się języka angielskiego. Z dumą afiszowała się intelektualną niezależnością – nosiła kolorowe ubrania w zachodnim stylu i pomagała w zorganizowaniu w Nankinie największej robotniczej demonstracji poparcia dla protestu na placu Tiananmen w 1989 roku. Zdając relację ze zmian we własnym prywatnym życiu, Zhang dostarcza jednocześnie zapis przełomowego przeobrażenia chińskiej ekonomii: jej fabryka, nadal produkując ICBM, wygrywa przetarg na wykonanie gigantycznego posągu Buddy z brązu, albowiem kraj ogarnęła gorączka poszukiwania zysków.
Socjalizm jest piękny. Wspomnienia robotnicy z czasów nowych Chin jest świadectwem osobistego zwycięstwa Zhang, która potrafiła wyrwać się spod kontroli i odmienić swój los.
Ukaże się za kilka dni.


A książka o miłości, od Znaku, ukaże się w czerwcu:



4. "Bańka" to skandynawska opowieść dla młodszych nastolatków. Dostępna 22. maja.


12-letnia Kine musi wstawać rano, musi chodzić do szkoły i na pływalnię, musi żyć z przezwiskiem Bańka, a na dodatek musi śpiewać w beznadziejnym chórze gwiazdkowym. Musi żyć według durnych reguł, w durnym miasteczku, w durnym świecie.
Ale pewnego dnia zdarza się cud! Znajduje szklaną kulę, która daje jej schronienie przed światem. Bańka zamieszkuje w bańce, która potrafi latać i spełnia życzenia!

Na stronie www empiku sprzedają ją obecnie w zestawie ze śliczną torbą. :)

5. Trochę o kobiecych postaciach historycznych. Tego nigdy za wiele. Książka przygotowana przez Wydawnictwo Kobiece. Premiera 23. maja.




6. Dwie książeczki Benjiego Daviesa dla maluchów; od Znaku. Wyglądają prześlicznie, dostępne za 5 dni.





7. A na koniec zapowiedź szczególnie ciekawa dla mnie, bo bardzo lubię, kiedy Ackroyd pisze o Londynie. :) Wydawnictwo Zysk, premiera 16. czerwca. :)


Laleczki skazańców

Laleczki skazańców

Nie będę reklamować po raz kolejny serii amerykańskiej Czarnego, bo ileż można, ale muszę zaznaczyć, że to kolejna świetna książka. Chyba jedna z najlepszych z tej serii.

"Laleczki skazańców" to reportaż holenderskiej dziennikarki, która spędza czas z kobietami korespondującymi ze skazańcami z amerykańskich (głównie teksańskich) cel śmierci. Przy okazji autorka opowiada o tym, jak wygląda życie ludzi skazanych na najcięższy wymiar kary. A bywa to życie bardzo długie (skazańcy czekają na wyrok czasami nawet kilkadziesiąt lat) i naznaczone cierpieniem.

Łatwo nam jest się odciąć od sprawy i uznać, że mordercy zasłużyli na to, co ich spotyka. Ja jednak, żyjąca w przekonaniu, że miarą naszego człowieczeństwa i miarą rozwoju cywilizacyjnego państwa jest to, jak traktujemy tych, którzy są od nas zależni, także więźniów, jestem absolutnie wstrząśnięta książką Lindy Polman. Miałam po niej penitencjarne koszmary. Książka ma zaledwie 200 stron i napisana jest bardzo zwięźle i lekko, jednak ładunek emocjonalny, który niesie, jest wagi ciężkiej.

Z jednej strony mamy (pamiętajcie, że cały czas mówimy o współczesnych czasach!) dziwaczne pikniki pod więzieniami w dniu egzekucji najbardziej znanych przestępców:

[...] matki wręczały dzieciom broszki i papierowe chorągiewki z napisem: "Bye, bye, Karla" [imię morderczyni], a ojcowie z maluchami na ramionach wypijali półlitrowe piwa przy stacji benzynowej na rogu i z powrotem szli na zabawę pod więzieniem.
A z drugiej strony mamy kobiety, które wchodzą w bliskie relacje ze skazańcami i widzą w nich ludzi, którzy - zgodnie z prawem - są często pozbawieni przez lata opieki medycznej (lekarz jest wzywany tylko do umierających - zdarzało się, że reanimowano zawałowca tylko po to, by go potem w majestacie prawa zabić), dentystycznej, dostępu do naturalnego światła, czy nawet kontaktu ze swoim adwokatem z urzędu.



Początkowo adresy skazańców można było dostać w zasadzie jedynie od Amnesty International, ale w erze internetu można już wybrać sobie przestępcę online.

Strony niewiele różnią się od zwykłych portali randkowych, z wyjątkiem tego, że na profilu można klikać w raporty z procesu sądowego, zdjęcia z miejsca przestępstwa, zdjęcia z kartoteki policji i rekonstrukcji przestępstw, które popełnili skazańcy.
Największym "braniem" cieszą się właśnie ci z cel śmierci, bo relacja z nimi z założenia nie będzie długa (jak się okazuje, to jednak złudne myślenie). Jako że są to ludzie w sytuacji bez wyjścia, padają ofiarą oszustów, którzy np. obiecują im pomoc prawną za duże pieniądze.
Masowo piszą do nich kobiety z krajów trzeciego świata, bo liczą, że uda im się poślubić na krótko skazańca i zostać wdową z amerykańskim paszportem.
Zdarzają się też szaleńcy religijni, obiecujący zbawienie, jeśli skazany kupi od nich święte teksty, i tym podobne sprawy. Zazwyczaj osadzeni się nabierają, bo - żyjąc przez lata w odosobnieniu, łakną kontaktu. I z biegiem lat tracą zmysły, więc łatwiej ich oszukać.

Obraz człowieka, nawet największego zbrodniarza, traktowanego przez funkcjonariuszy - zdawałoby się - bogatego, rozwiniętego kraju - jak śmieć, to coś, o czym nie chcemy wiedzieć. Tak samo jak nie chcemy wiedzieć o tym, że żaden przedstawiciel służby zdrowia nie chce brać udziału w egzekucji, więc wykonują ją ludzie nieznający się na rzeczy, co często prowadzi do wielogodzinnych tortur spowodowanych złym obliczeniem dawek leków lub nieumiejętnym wbiciem igły w żyłę.

Nie jestem zwolenniczką kary śmierci. Jestem zwolenniczką izolowania ludzi niebezpiecznych i nie oburza mnie ludzkie traktowanie terrorystów w krajach skandynawskich. Tym się bowiem różnimy od skazanych, że nie zabijamy, nie torturujemy, nie poniżamy. Tylko wtedy możemy przestępców osądzać.

Przeczytajcie te 200 stron, jeśli macie mocne nerwy. To jest tak głęboko smutna opowieść o brzydkiej stronie Ameryki, że niewiele może się z nią równać.
Chcę wierzyć w waszą niewinność

Chcę wierzyć w waszą niewinność

Jako że wpadłam w ciąg czytania o kryminalistach, chwyciłam za książkę polskiej tłumaczki sądowej na Wyspach - Magdy Louis. Spodziewałam się relacji z procesów i opowieści o sposobie działania brytyjskiego systemu sprawiedliwości. Książka miała opowiadać o zbrodniach Polaków popełnianych w Wielkiej Brytanii i o pracy tłumacza, który im w procesie karnym towarzyszy. 
I mniej więcej to dostałam. MNIEJ WIĘCEJ.



Przyznaję, że dopóki autorka trzyma się opisów spraw, w których brała udział, książka jest dość interesująca. Ponieważ jest też całkiem sprawnie napisana (na pewno lepiej - pod względem literackim, a nie pod względem nakładu pracy - niż "Zbrodnie prawie doskonałe"), to bywała zadowalająca lektura. Bywała, bo autorka często zbacza z drogi, opisując swoje prywatne życie, życie znajomych i przyjaciół, a nawet cytując listy swojej przyjaciółki, w których tamta opisywała swoje romanse. Powodowało to u mnie pewne znużenie, bo po prostu - nie o tym miała być książka. 

Oczywiście sprawy kryminalne stanowią większość treści książki i zżera nas zazdrość, kiedy czytamy, jak krótko trwają tam postępowania, jak szybko zapadają wyroki, jak sprawnie działa system i z jaką godnością traktuje osadzonych. To dobrze świadczy o całym społeczeństwie. Jest to bolesny kontrast w stosunku do Polski, która obecnie zaczyna cofać się w kwestii praw człowieka na tak wielu polach, że nie wierzę, że nie dotknie to także służb penitencjarnych.

Musimy jednak pamiętać, że nie jest to dziennikarstwo śledcze, ale wspomnienia tłumaczki. Nie można się spodziewać, że będzie ona opisywać zbrodnie wraz z przebiegiem śledztwa, jeśli miała wgląd tylko w część postępowania. I to jest w porządku, bo nie możemy oczekiwać więcej i książka nam więcej nie obiecuje. 
Niestety jednak nie bardzo wiadomo, jaka część z opisywanych historii wydarzyła się naprawdę, albowiem autorka zaznacza, że - co oczywiste - zmieniła szczegóły umożliwiające rozpoznanie opisanych osób, ale także: "z bohaterami tych historii miałam osobisty kontakt, jednak aby nikt nie mógł się w mojej historii odnaleźć, przemieszałam tutaj fakty z fikcją literacką". I teraz, no wiecie - jak traktować całą opowieść? Czy prawdziwi są tylko przestępcy, ale ich zbrodnie zostały wymyślone? Do jakiego stopnia przeinaczone? W co wierzyć, a co jest tylko wariacją na temat pracy autorki? Co ja właściwie przeczytałam? Reportaż? Quasi kryminał, w którym są postacie jedynie inspirowane prawdziwymi? 

Mam poczucie, że nie umiem tej książki potraktować poważniej, niż czytadła na plażę. Nie umiem jej traktować jak literaturę faktu i mogę ją polecić tylko komuś, kto po prostu lubi lekko napisane opowieści z dreszczykiem, ale nic ponad to. 

Zbrodnie prawie doskonałe.

Zbrodnie prawie doskonałe.

Z biegiem lat czytam coraz mniej beletrystyki, a coraz więcej reportaży. Odkrywam też z radością, że mamy w Polsce coraz więcej świetnych pisarzy non-fiction, dziennikarzy śledczych i innych mądrych ludzi, zajmujących się pisaniem o faktach.

Po "Zbrodnie" sięgnęłam trochę bez przekonania, zabierając się za nie w podróży. Kupiłam, bo były tanie - wiele wspaniałych książek trafiło do mnie dzięki promocjom. :) 



Iza Michalewicz to dziennikarka, która podjęła się opisania kilku starych morderstw, które pozostawały (i czasem nadal pozostają) nierozwiązane przez dziesięciolecia. Sprawy przechwycone po latach przez nowo utworzone w policji jednostki zwane "Archiwum X", są sprawami najcięższych, najbardziej tajemniczych zbrodni; nierozwiązanych albo przez niedostępność pewnych środków naukowych (jak np. badania DNA) dekady temu, albo przez rażącą nieudolność śledczych i prokuratury (to najbardziej bolesne fragmenty książki, można ze złości walnąć książką w ścianę).

Autorka wykonała mrówczą pracę i poświęciła mnóstwo czasu, grzebiąc w starych aktach spraw, jeżdżąc po Polsce i rozmawiając ze śledczymi, uderzając do prokuratorów i komisariatów (nie zawsze była przyjmowana z otwartymi rękami, choć trzeba przyznać, że ci najbardziej oddani sprawie funkcjonariusze byli bardzo życzliwi). Książka nie goni za sensacją, ale stara się pokazać układankę zdarzeń w sposób możliwie jak najbardziej rzetelny i zgodny z zebranymi informacjami. 

Znakomity jest rozdział o Jaroszewiczach, który odsłonił przede mną zupełnie nowe aspekty tej sprawy, ale i tak najbardziej w opisach kolejnych śledztw porażało mnie to, jak wiele zależy od garstki ludzi, którym się jeszcze chce - za psie pieniądze - użerać z "systemem". W kolejnych miastach likwiduje się jednostki odpowiedzialne za grzebanie w starych, nierozwiązanych sprawach; prokuratorzy, którzy popełniają rażące błędy, nie ponoszą konsekwencji, a państwu wcale nie zależy na złapaniu mordercy, jeśli trzeba by na jego znalezienie poświęcić trochę więcej czasu i pieniędzy.

Jeśli ktokolwiek z Was jest takim olbrzymim fanem serialu "Real Detective" (docu-drama o prawdziwych zbrodniach; nie mylić z "True Detective") jak ja, to na pewno się książką pani Michalewicz zachwyci. Ja przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem i uznaniem dla dociekliwości autorki. Owszem, czasem drażniły mnie barokowe metafory, które z rzadka pojawiały się w tekście ("Figurka patrzy na rozciągającą się przed nią panoramę gór, jakby chciała wsłuchać się w ciszę martwych świerków."), bo jestem bardzo wyczulona na nadmierny patos i ozdobniki, ale to nieduże grzechy. 



Chętnie przeczytałabym więcej i trochę liczę, że autorka napisze kolejne tomy z tej serii. Bardzo porządna rzecz. Zdecydowanie polecam.
Ciemny eden.

Ciemny eden.

Na tę książkę trafiłam dzięki podcastowi Czytu Czytu. Pierwszy chyba raz ktoś mnie w ten sposób zachęcił do przeczytania czegoś i do tego nie żałuję. :)

Chris Beckett napisał bardzo dziwną książkę. Chyba możemy uznać, że jest to odrobinę science fiction, odrobinę fantasy, trochę dystopia, trochę cholerawieco, ale to jest tak inne, że trwałam długo w zaskoczeniu, że coś mnie pierwszy raz od dawna zadziwiło.

Oto mamy ciemną planetę, na której źródłem ciepła i niezbyt jasnego światła są rośliny - drzewa lampowe, czerpiące energię i gorąco z wulkanicznego jądra planety (tak przynajmniej rozumiem to, co tam się dzieje ;)). Na tej planecie kiedyś rozbiła się przypadkowa gwiezdna ekspedycja z Ziemi. Kobieta i czterech mężczyzn. Trzech z nich wyruszyło po pomoc z powrotem małym lądownikiem, a Angela i Tommy zostali na miejscu, oczekując ratunku, który nie nadszedł.

Akcja książki zaczyna się całe pokolenia po śmierci pierwszych ludzi na Edenie (jak nazwali tę planetę), kiedy ludzka kolonia liczy około 500 osób i jest zbiorowiskiem ludzi, których trapią liczne genetyczne deformacje, bo - no cóż - początek im dała zaledwie jedna para ludzi.



Mamy tutaj język, który jest czymś w rodzaju karykaturalnego języka z Ziemi, dostosowanego do realiów prymitywnego społeczeństwa w ciemnej wiosce, otoczonej śnieżnymi, nieoświetlonymi nawet mdłym światłem drzew, górami. Język tutejszych ludzi jest prosty, czerpie z tego, co ta nowa ludzkość przekazywała sobie z języka pierwszej pary, ale przekształcił się przez stulecia życia w tym nieziemskim świecie.

Ludzie czczą tutaj wszelkie pozostałości po bytności pierwszych ludzi, odtwarzają sceny z ich życia, o których wiedzą, czczą wystrugane z drewna samochody i statki kosmiczne, których dawnego działania już nie znają i nie rozumieją. I siedzą wciąż w tej samej, ciasnej wiosce, bojąc się ruszyć dalej, bo przecież może kiedyś z Ziemi przybędzie ratunek i co, jeśli ich nie odnajdzie?

Jest w tym świecie pewna beznadziejność, rodzi się religia, będąca w zasadzie czymś w rodzaju kultu cargo, a jedyną osobą, która uważa, że trzeba zacząć eksplorować planetę, żeby się na niej wreszcie urządzić, zamiast tylko czekać na Ziemian, jest główny bohater - John.

Nie chcę zdradzać niczego więcej, żeby nie zepsuć zabawy, ale to jest książka, którą się czyta bez odrywania wzroku od tekstu, wciągająca szalenie, niezwykła i choć widzę, że autor idzie dość prostą drogą, pokazując rozwój społeczeństwa "od zera" i spłyca te procesy, sprowadzając je do "kroków milowych", będących np. udomowieniem pierwszego zwierzaka, i tym podobnych spraw, to i tak świat Becketta jest niezwykle ciekawy i przyjemnie się odkrywa zwierzęta przystosowane do życia w tej ciemności i na gorących drzewach, czy rozmaitość innych form życia, które stają się pożywieniem pasożytniczych przybyszów z Ziemi.

Książka jest pierwszym tomem trzyczęściowego cyklu. Dwa tomy ukazały się już po polsku, trzeci możecie ściągnąć po angielsku z Amazona, jeśli jesteście w stanie czytać w obcym języku. Ja dopiero za trzeci tom się zabieram, drugi dzieje się kolejne setki lat po pierwszym, ale nic Wam o nim nie napiszę, bo jeśli dorwiecie pierwszą część, to na pewno i druga Wam nie umknie, więc nie chcę psuć zabawy. :)

Świetna, świetna książka na wakacje. Lekka, ale nie za lekka. Dobrze napisana, wspaniale przetłumaczona i solidnie wydana. Miłe zaskoczenie ostatnich tygodni. Polecam serdecznie.
Teraz komiks! - wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie

Teraz komiks! - wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie

Zwykle relacje z wystaw i podróży wrzucam na Rudą, ale tym razem temat jest bardziej regałowy, więc będzie tutaj. :)



Wybieraliśmy się na wystawę o polskim komiksie od miesiąca, ale zima nie była łaskawa i niemal każdy weekend był naznaczony czyimś chorowaniem, albo innymi zawirowaniami. Dzisiaj jednak się udało. Był piękny, słoneczny poranek, prawie wiosna, a w muzeum dość pustawo (pewnie z powodu niedzieli palmowej).



"Teraz komiks!" to wystawa niebyt duża, nam zajęła może z pół godziny, a my jesteśmy dość dokładnymi "oglądaczami". Do tego wystawa jest śliczniutka i kolorowa, ułożona mniej więcej chronologicznie i nie omija komiksów najnowszych (jest np. "Kościsko").



Najciekawsze były dla mnie komiksy najstarsze. Myszka Miki wydana po polsku w styczniu 1939 roku (tak, tam powyżej, na zdjęciu po prawej), w kolorze, musiała być niezwykłym rarytasem. I smutnym przypomnieniem, że przed wojną życie toczyło się w Polsce w miarę normalnie.



Powojenne komiksy dla dzieci, opowiadające o partyzantach, mroziły krew w żyłach, a dobrze znane serie komiksowe z mojego dzieciństwa (Kajko i Kokosz, Tytus, Jonka, Jonek i Kleks, komiksy Baranowskiego), były przemiłą podróżą w czasie.



Z jakiegoś powodu zabrakło jednak paru rzeczy, których nieobecność raziła po oczach.
Choć wystawa zdawała się być bardzo kompleksowa, to nie było nawet śladu po Thorgalu (!!!), który przecież odniósł sukces nie tylko w Polsce (o niewielu polskich komiksach można to powiedzieć). Czyżby autorzy wystawy mieli pretensję do Rosińskiego, że w latach 70. wyjechał do Belgii i już nie wrócił na ojczyzny łono? Emigranci są za mało polscy?

W dziale najnowszym za to ani śladu po Samojliku, co wydaje się niemalże obraźliwe. I znowu - czyżby jego zaangażowanie w obronę Puszczy Białowieskiej nie pozostało bez wpływu na jego nieobecność pomiędzy "Łaumą" a "Marzi"? Chciałabym wierzyć, że powód był inny, ale obawiam się, że mogę się nie mylić.


Ogólnie jednak rzecz ujmując - wystawa jest atrakcyjna, kolorowa, można spokojnie pójść na nią z dziećmi.

Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne - korytarze między eksponatami są niezbyt szerokie, a prowadzona była w trakcie naszego zwiedzania lekcja muzealna dla grupy dzieciaków. Na pewno była fajna, a dzieci były zadowolone (i w ogóle - bardzo popieram koncepcję), jednakowoż cała grupa zatrzymywała się co jakiś czas, rozsiadała na podłodze w wąskim korytarzu i coś rysowała, skutecznie uniemożliwiając dojście do eksponatów, przy których akurat się znajdowała. Nie było wyjścia, trzeba było (czasem dość długo) czekać, aż pójdą dalej, żeby nie deptać po dzieciach. Trochę się zastanawiam, czy nie lepiej organizować takie zajęcia np. na godzinę przed otwarciem muzeum, żeby nie stwarzać problemów innym zwiedzającym?




I to by było na tyle. Jeśli będziecie w okolicy, wejść na pewno nie zaszkodzi. :)
I szkoda, że filcowych postaci z komiksów Kaerela nie da się kupić w muzealnym sklepiku. :)
Elegia dla bidoków

Elegia dla bidoków

Zacznijmy od tego, że z jakiegoś powodu ta książka była reklamowana przed premierą jako wgląd w życie wyborców Trumpa i trochę pomijano fakt, że to jest po prostu książka wspomnieniowa, a nazwisko Trumpa tam chyba nawet ani razu nie pada. W ogóle nie ma tam żadnych politycznych wniosków i nawiązań, bo to jest literatura osobista i traktująca głównie o dorastaniu.


Autor, młody mężczyzna (po trzydziestce, młodszy ode mnie), opisuje swoje życie w rodzinie mieszkającej w rejonie Apallachów, w stanie Ohio, w rodzinie, na którą w USA mówi się różnie: hillbillies, rednecks, white trash (w polskim tłumaczeniu to, z jakiegoś powodu, bidoki). Niewykształceni, pochodzący ze społeczności miast i miasteczek, które kiedyś były wspaniale prosperującymi terenami przemysłowymi, ale po upadku fabryk ludzie zostali bez pracy i bez perspektyw.

Bądźmy szczerzy - rodzina autora w naszym świecie byłaby nazwana patologią, a nie żadnymi bidokami. Matka narkomanka, która ciągle wikła się w nowe związki, nieobecny ojciec (religijny radykał, mający już nową rodzinę; chyba nie taki znowu zły człowiek, ale obojętny raczej na los syna) i dziadkowie - prości, mający wiele za uszami, grożący bronią każdemu, kto im podpadnie, ale - co najważniejsze i ocalające dla dzieciaków jej córki - kochający swoje wnuki i chroniący je - w miarę możliwości - przed paskudnymi decyzjami rodziców.

"Elegia" to opowieść o upadku społeczeństwa. O staczaniu się na dno beznadziei całych wiosek, miast i regionów. Przede wszystkim jednak to książka o tym, co może ocalić dziecko z patologicznej rodziny - jedna, kochająca osoba dorosła. J. D. Vance miał szczęście, że jego prostolinijna babcia była trzeźwa i kładła mu do głowy, co jest w życiu najważniejsze, więc dał radę, choć nie bez przeszkód, ukończyć studia prawnicze w Yale, a jego siostra założyła zdrową rodzinę z mężczyzną, który nie pije i nie bije. To jest osiągnięcie, które nie stało się udziałem większości znajomych autora.

Ludzie, których opisuje Vance, żyją z zasiłków, kredytów i przestępstw. Nie mają kwalifikacji do żadnej pracy, nie nauczono ich tego, że jeśli już uda im się zdobyć robotę, to powinni do niej stawiać się punktualnie i na trzeźwo.
Sam autor uczył się tego długo - jak się ubrać na rozmowę o pracę, jak rozmawiać z ludźmi, z którymi trzeba ubić interes. Nauczono go tego w wojsku, do którego poszedł zaraz po liceum. Te kilka lat w armii nie tylko pozwoliło mu potem dostać stypendium naukowe, ale też wojsko uczyło młodych ludzi zasad rządzących światem ludzi trzeźwych i pracujących.

Korpus zakłada, że jego rekrutów cechuje skrajna ignorancja. Zakłada, że nikt nigdy nie uczył ich niczego na temat sprawności fizycznej, higieny osobistej czy osobistej gospodarki finansowej. Zaliczyłem obligatoryjne kursy z bilansowania wydatków z książeczki czekowej, robienia oszczędności i inwestowania. Gdy wróciłem z unitarki, wypłaciłem zarobione 1500$ z konta w kiepskim banku regionalnym, a starszy stażem szeregowiec marines zawiózł mnie do oddziału szanowanej kasy kredytowej Navy Federal i kazał mi założyć tam konto. Kiedy dostałem zapalenia gardła i próbowałem wziąć je na przetrzymanie, dowódca oddziału przyuważył mnie i polecił, żebym zgłosił się do lekarza.

Ten trening życia, choć różnie można mówić o "wojaczce", sprawił, że J. D. wiedział potem, jak przeżyć na studiach i jak zmobilizować się do ciężkiej pracy, co zaprowadziło go do życia tak innego, od życia jego krewnych. Krewnych, których bardzo kochał, którzy kochali jego, ale mieli o wiele bardziej pod górkę, bo nikt w ich otoczeniu nie znał świata innego, niż świat biedy, narkotyków i awantur.

"Elegia" jest napisana gładko i przetłumaczona sprawnie, ale dość kontrowersyjne wydają mi się niektóre decyzje tłumacza (Tomasz S. Gałązka), który bardzo chciał spolszczyć nie tylko hillbillies (bidoki), ale też inne regionalizmy, więc mamy trochę słów, których oryginału nie umiem rozpoznać (brak przypisów), co mnie drażni. Jest np. "dulina", albo pisanie "wuja" zamiast wuj/wujek. Przydałoby się jakieś wyjaśnienie, bo po polsku brzmi to dziwnie, a tego, co stoi u źródła, nie sposób się domyślić.

Książkę czyta się szybko, lekko i z przyjemnością, bo choć temat jest trudny, a opisywani ludzie są jeszcze trudniejsi, to widać, że autor bardzo ich szanuje, mimo całego życiowego syfu, jaki mu zgotowali. Rozumie świat, z którego pochodzą, bo sam jest jego częścią, więc nie ma w nim pogardy, ani poczucia wyższości. Vance nie udaje też, że wie, jak naprawić "bidoków", ale widzi, jakie są wady systemu opieki społecznej i jak trudno jest wyrwać się ze świata, w którym się urodził.

Polecam z czystym sumieniem, bo to wgląd do rzeczywistości, o której w Polsce mamy jednak bardzo mgliste pojęcie (choć mamy i swoich "bidoków").
Marcowy kącik zapowiedzi.

Marcowy kącik zapowiedzi.

Prawie wiosna. To znaczy - w weekend ma być minus dziesięć, ale ostatnie trzy dni są dość ciepłe, więc można udawać, że to koniec zimy. 

Na fali radosnego nastroju popatrzmy, co nam w Polsce wydawnictwa szykują do czytania w słońcu.

1. Na początek korespondencja poetów. Dla miłośników pięknego słowa - Wydawnictwo a5, 18. kwietnia.


2. Książka o islamie dla dzieci. Odczarowująca temat, pokazująca różnorodność świata. Odtrutka na pełne grozy i paniki internetowe histerie. Książkę wydaje Czarna Owca (4. kwietnia).


3. Kolejna część serii amerykańskiej od Czarnego. Tym razem o kobietach, które zakochują się w zbrodniarzach i biorą śluby ze skazańcami z cel śmierci. Wyjdzie na początku maja.


4. Kolejny raz Czarne - tym razem o tym, jak to jest być kobietą w Japonii. Premiera 25. kwietnia.


5. Od Wydawnictwa Literatura kolejny tom serii Wojny dorosłych - Historie dzieci. O ucieczce przed wojną. Temat zawsze ważny. Musimy uczyć dzieci, że wojna nie jest fajną przygodą i zabawą. Książka wyjdzie pod koniec marca.


6. Franaszek, autor znakomitej, olbrzymiej biografii Miłosza, wziął się tym razem za Herberta. To na pewno będzie dobre. :) Znak, 9. kwietnia.


7. Biedroń dla dzieci o demokracji. Znak, 16. kwietnia.


8. Nowa książka autora "Głodu". Znowu ciężki temat. Rozmowy z migrantami z całego świata. Z uchodźcami, uciekinierami, poszukiwaczami bezpiecznego życia. Już w kwietniu. Pewnie niełatwa lektura.



To tyle ode mnie na dziś. Czasy jakieś smutne, książki więc jeszcze smutniejsze. Ale, mimo wszystko, życzę Wam pięknej wiosny.
Missoula.

Missoula.

Krakauer jest gwarantem dobrego reportażu, Czarne też nie wydaje raczej gniotów, więc sięgnęłam po tę książkę bez obaw o jej jakość, ale z lękiem, bo ciężar tematu jest przytłaczający. 

Książka opowiada o sprawach gwałtów w jednym z uniwersyteckich miasteczek, ale prawda jest taka, że to miasteczko nie było przypadkiem odosobnionym, a gwałty na tzw. frat parties to temat bardzo powszechny. Tak samo jak powszechny jest temat tzw. date rapes (gwałtów na randce), które są przez sądy - nie tylko w Ameryce - traktowane zatrważająco pobłażliwie. 

Tak samo jak w Polsce, sprawcy gwałtów rzadko trafiają do więzienia, a system prawny jest przeżarty szkodliwymi stereotypami, które uniemożliwiają sprawne działanie organów ścigania. 



To w skrócie. A w szczególe - och, jak inaczej się mimo wszystko odbiera "Missoulę" w Polsce... Jakkolwiek absolutnie się zgadzam z oburzeniem na pobłażliwą panią prokurator, która broni gwałciciela, bo to by mu zrujnowało życiowe plany, czy na innych niekompetentnych pracowników policji, to wiedząc, jak tragicznie wygląda sprawa zgłaszania gwałtów w Polsce, byłam zszokowana, że w moim odbiorze niektóre sprawy - choć do pewnego stopnia spartaczone - byłyby w Polsce uznane za nieźle poprowadzone. A to dlatego, że W OGÓLE ktoś sprawy prowadził. 

Zeznania zostały przyjęte i nagrane, do oskarżonego pofatygował się funkcjonariusz na przesłuchanie, próbki biologiczne zostały należycie zabezpieczone, itp.. Choć dalszy przebieg niektórych postępowań był niekoniecznie idealny, nie zawsze doprowadzał do skazania, itd., to mimo wszystko we mnie, żyjącej w Polsce, była to gorzka lekcja na temat państwa, w którym żyję. 



Porażająca jest wizja mężczyzn, którzy w ogóle nie uważają za gwałt współżycia z zamroczoną alkoholem dziewczyną, albo z dziewczyną, która nie ma siły się bronić (więc pewnie to lubi). To są faceci, którzy - w badaniach przeprowadzonych na uczelniach w USA - wprost przyznawali się do seksu z koleżankami, które w tym celu wcześniej celowo upili. Traktowali to jak męską opowieść o podbojach. Podczas gdy opowieści tych dziewcząt o tych samych wydarzeniach są koszmarem. 

Młode kobiety z tego powodu rezygnowały ze studiów, wpadały w depresję, alkoholizm, albo zaczynały się okaleczać w inny sposób. Ich życie przez lata było naznaczone mdłym wspomnieniem jednej imprezy, czasem gwałtu zbiorowego, który sędzia uznał za konsensualny stosunek, mimo że kobieta miała po nim obrażenia ciała. Młodzi mężczyźni, przyznający że czerpali wiedzę o seksualności z pornografii, nie byli w stanie zrozumieć, że seks bez przygotowania, seks bez zgody i przyjemności, prowadzi do zranień, uszkodzeń ciała, często poważnych rozdarć i jest bolesny. 

Statystyczna szansa, że dany gwałt został popełniony przez seryjnego przestępcę, to mniej więcej 90%. Badania są w tej kwestii jednoznaczne. Policja i prokuratorzy powinni mieć co do tego jasność. Zgłaszając gwałt, ofiara daje im możliwość odizolowania takiego faceta od społeczeństwa. Jeśli natomiast zrezygnujemy z prowadzenia sprawy, bo ofiara była pijana lub znana z rozwiązłości, czy zresztą z jakiegokolwiek powodu, sprawca prawie na pewno spróbuje zgwałcić kolejne kobiety. [...] policja powinna podchodzić do badania podejrzanych o gwałt z taką samą sumiennością, z jaką ściga narkotykowych bossów i sprawców przestępczości zorganizowanej,
W przypadku Missouli prowadzenie spraw utrudniała także społeczna presja, gdy oskarżonym był znany członek uwielbianej drużyny sportowej. Społeczeństwo nie miało ochoty w ogóle wierzyć, że mógłby zrobić coś nagannego, przerzucało winę na ofiarę, żałując biednego chłopaka, któremu to może zaszkodzić w karierze. Podobnie to działa w Polsce, kiedy oskarżony o molestowanie zostaje ktoś poważany w danej społeczności - czy to będzie nauczyciel, czy ksiądz, czy znany aktor, ludzie są skłonni go bronić za wszelką cenę, nie zważając na dowody jego winy. Za parę dni zresztą ukaże się polska książka na ten temat, którą na pewno przeczytam. 


"Missoula" to bardzo rzetelny reportaż, oparty na bardzo bogatych źródłach. Obnaża indolencję władz, mechanizmy wybielające sprawców, victim shaming; pokazuje krok po kroku, jakie błędy popełnia się w sprawach o gwałt, przedstawia badania naukowe dotyczące gwałcicieli i wpływ gwałtu na późniejsze życie kobiet. Mimo że sprawy opisane przez Krakauera, to sprawy wywodzące się niemal wyłącznie z jednej społeczności, z jednego miasteczka, to wszelkie wnioski mogą być spokojnie ekstrapolowane na inne środowiska.

Nie jestem wstrząśnięta po przeczytaniu. Jestem zrezygnowana. Pomimo tego, że Ameryce jeszcze wiele brakuje do tego, żeby prawo traktowało gwałcicieli odpowiednio, to Polsce jest do tego jeszcze dalej. Sto razy dalej. Dzisiaj opadły mi ręce i chwilowo nie mam siły nawet pisać o tym, co czuję. Strach wyciągać wnioski ogólne na temat sytuacji kobiet, bo można się pogrążyć, żyjąc w kraju, którego prezydent na legalu nawołuje, żeby ignorować rozporządzenia Konwencji Antyprzemocowej. Czego więc można wymagać od słabo opłacanych i niedoszkolonych policjantów?

Ech. Dobra książka. Tylko dla dorosłych. I dla ludzi o mocnych nerwach. 

Copyright © 2014 Na regale , Blogger