Wrócę przed nocą - Jerzy Szperkowicz.

Wrócę przed nocą - Jerzy Szperkowicz.

Jerzy Szperkowicz to - podążając tropem ludzi, którzy określają innych poprzez ich współmałżonków, choć zwykle dotyczy to kobiet ;) - mąż Hanny Krall. Piszę o tym nie bez powodu, ale dlatego, że kiedy spędzi się z kimś taki kawał życia, to jest to element tożsamości. Urodzony w 1933 roku w Wilnie (Wikipedia podaje 1934, ale podobno się myli, bo Szperkowicz podaje datę wcześniejszą, a sam chyba wie, kiedy się urodził), publicysta i reporter, wydaje się być tutaj - niezamierzenie zapewne - bohaterem innej z książek, które niedawno się ukazały, a mianowicie "Wojenki" Grzebałkowskiej, która to opowiada o ludziach, których dzieciństwo naznaczyła wojna. 


O "Wrócę przed nocą" i o tym, o czym jest, sam Szperkowicz opowiedział w wywiadzie dla Wyborczej, więc ja ujmę to tylko skrótowo - oto podróż w czasie. Autor, wychowany na Kresach, opowiada nam o swoim dzieciństwie, tocząc w tle walec dziejów, szwadrony i partyzantów, przeczytane książki, ciotki, znajome dzieci i spalone budynki. I tak idziemy, czując trochę grozę, a bardziej nostalgię i zauroczenie, przez mniej więcej 70 pierwszych stron, kiedy to nagle wydarza się to, co jest osią opowieści - mord na rodzicach autora w 1943 roku, dokonany przez białoruskich sąsiadów, napędzonych propagandą i nienawiścią władz. 

I wtedy pęka nam serce, chociaż już z okładki i opisu wiemy, co się wydarzy. A potem, brodząc z dorosłym już, dojrzałym Szperkowiczem, po terenach, na których żył, na których wleczono ciało jego matki, nie możemy przestać czytać, chociaż bardzo, bardzo tego chcemy, bo świat - co żadna nowość i zdziwienie - jest paskudnym miejscem pełnym paskudnych ludzi. Dobrych też, ale ci paskudni trochę przesłaniają widok. 

W zasadzie nie czytamy tej książki dla żadnego suspensu, bo wszystko jest wiadome od początku. Czytamy, bo czasami wiemy, że historia musi zaboleć. Że nie jest żadną ujmą tarzanie się w tym, co złego wydarzyło się w dziejach, a także w tym, co złego zrobili "nasi", jak chciałaby obecna władza, marząca o tym, by propagandowo wymazać wszelkie polskie przewiny, wskazując wrogów wszędzie, napędzając jednych na drugich tak samo, jak kiedyś nagoniono Białorusinów na Polaków i vice versa. 

To książka szalenie osobista i szalenie uniwersalna jednocześnie. Jest przy tym zaledwie dwustustronicowa, a stronice są małe. Siadamy i już przeczytane. Nagle, a jednak jakbyśmy przez cały czas drapali cudze rany.

Dobra książka. Bez dwóch zdań.

Urodzona w 1982. Kim Jiyoung

Urodzona w 1982. Kim Jiyoung

O tym fenomenie południowokoreańskim dowiedziałam się od Pyry z Korei. Opisała ona burzę, jaką wywołała w Korei ta maleńka książeczka w której jest prosto i niezbyt wyszukanie opisane życie koreańskiej kobiety, ubrane w niekoniecznie porywającą fabułkę. Postanowiłam tę książkę przeczytać, żeby zorientować się w końcu, o co jest to wielkie halo i z czym mierzą się koreańskie feministki. I nie żałuję.


Nie żałuję nie dlatego, że to jest literatura wybitna. 

To jest książka do przeczytania w godzinę, ale wciąga swoją ponurą prostotą. Czekamy na każdą odmianę losu bohaterki, chociaż wiemy, jak się skończy, bo książka zaczyna się retrospekcją. Autorka stworzyła Jiyoung jako przeciętną kobietę swojego kraju i pokolenia. Kobietę, która mierzy się z patriarchalnym społeczeństwem, wypełniając kolejne "punkty" do odhaczenia w życiu zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami. W tę opowieść wplecione są (sprawnie i bez poczucia, że są nie na miejscu) statystyki dotyczące sytuacji kobiet w Korei Południowej, by uwidocznić problem, z którym w danym momencie mierzy się bohaterka. 


Mamy tu typowe dla Korei Południowej elementy życia dziewczynki - bycie rozczarowaniem przy urodzeniu (syn jest uznawany za lepszą inwestycję), usuwanie ciąż z żeńskimi płodami, dziewczynki pracujące, by ich jedyny brat miał opłacone dobre studia, brak awansu w pracy, przymusowe porzucenie kariery zawodowej po urodzeniu dziecka, molestowanie w transporcie publicznym, itp..

Skala problemów Korei jest tu, w porównaniu nawet z Polską, o wiele większa, zwłaszcza na polu dostępu do edukacji i pracy. Oczywiście nie ma w Korei problemu z dostępem do aborcji, która jednak też - w patriarchalnym społeczeństwie - może być narzędziem ucisku. 


Książka - zjawisko społeczno-kulturowe. Problemy kobiet są tu bliższe raczej sytuacji kobiet w Chinach (polecam na ten temat książkę "Kwiaty w pudełku"), niż w Europie, bo też uwarunkowania kulturowe są bardziej podobne do chińskich. Warto jednak, w czysto poznawczym celu, poświęcić tę godzinkę na przeczytanie "Urodzonej w 1982", żeby po prostu rozszerzyć swoją wiedzę o świecie. W Polsce o Korei Południowej mówi się niewiele lub wcale, więc tym bardziej warto. To jak kolejny klocek do zbioru informacji o świecie, do którego nie mamy dostępu w naszym grajdołku. 

Polecam także dla starszej młodzieży, zwłaszcza zajwionej k-popem. Ot, w ramach dorzucenia informacji na temat kraju, który często - widzę to w internecie - jest idealizowany przez nastolatków, którzy oglądają go z perspektywy gwiazd i gwiazdek sceny muzycznej. 

Trzecia płeć świata

Trzecia płeć świata

Dzisiaj jest Dzień Widoczności Osób Transpłciowych, co jest świetną okazją do opisania małej książeczki, która tę widoczność znakomicie podkreśla. Skierowana jest do młodszych i starszych nastolatków i opisuje różne kultury całego świata, w których osoby niebinarne, transpłciowe i transseksualne pełnią istotną rolę, mają swoją nazwę i są po prostu częścią normalnego świata i codzienności. 


Bardzo doceniam tę książkę, bo nie tylko stanowi o równości i nierównościach (książka nie pudruje świata i opowiada też o problemach, z jakimi mniejszości się spotykają), ale też pokazuje szaloną różnorodność kultur, czego - siedząc w Europie - trudno doświadczyć, bo tzw. ludzie Zachodu nie różnią się mimo wszystko kulturowo tak bardzo od siebie, choć bardzo lubią wszelkie różnice podkreślać. Chcecie pokazać młodym ludziom prawdziwą różnorodność? Pokażcie im książkę Kuligowskiego. :) Kwestia obecności w różnych kulturach "trzeciej płci" może wcale nie być tam najbardziej zaskakującą rzeczą. :)



Notki są krótkie i zrozumiałe, by w dość cienką książkę wrzucić jak największą ilość kultur. Jeśli któraś młodego czytelnika zainteresuje, resztę wyszukiwania musi wykonać sam, co nie jest problemem w dzisiejszych czasach (a do każdej notki jest także bibliografia!). :) 

Książkę zilustrowała delikatnie i w dobrym guście Marianna Sztyma (możecie ją kojarzyć np. z "Metryki nocnika"). Poza tym to jest fajna pozycja na zajęcia dla edukatorów seksualnych, zwłaszcza jeśli trafią na młodzież, która kwestionuje swoją płeć. Tak, to się zdarza. Nie jesteś jedyny/a na świecie. Wręcz przeciwnie. :)



I tyle z okolicznościowej wstawki. Warto wiedzieć, że ta książka istnieje. :)

Kącik nowości i zapowiedzi na wiosnę 2021.

Kącik nowości i zapowiedzi na wiosnę 2021.

Chciałam od dłuższego czasu napisać nowy kącik, ale nie mogłam się ciągle zdecydować na to, co w nim umieścić. W końcu jednak wybrałam! :)

1. Na początek zatem trochę literatury o autorytarnych zjebach. Część właśnie się ukazała, niektóre będą dostępne na dniach. "Straszny kraj" i "Szalona miłość" to opowieści o Putinowskiej Rosji. Jedna napisana przez emigranta, druga przez polską dziennikarkę ("Szaloną" już przeczytałam - typowa książka z anegdotami, może bez pogłębionej analizy, ale rysująca bardzo ciekawy obrazek i lekko napisana). 

"Łukaszenka" i "Cyrk polski" chyba mówią tytułami same za siebie. Do czytania, żeby się dobić. ;)





2. "Rowerem przez II RP" to coś, na co czekam. Ukaże się jutro i jestem strasznie ciekawa tej książki, bo jest wspomnieniem podróży po naszym kraju, jakim on był prawie 100 lat temu. Opis wydawcy:

Niezwykła wyprawa rowerowa angielskiego dżentelmena do egzotycznego kraju, który powstał niedawno, ale ma spore ambicje. Jego mieszkańcy stawiają się temu wariatowi Hitlerowi i chyba mają prawo. Ich państwo jest niemal trzy razy większe niż wyspa, z której przybył Newman!

Naszego podróżnika i jego dwukołowego towarzysza imieniem George czekają miejsca i ludzie, które wprawią go w osłupienie, zachwyt, czasem wzbudzą śmiech lub litość. Ten zaskakujący wielki kraj nazywa się Polska. Ta Polska już nie istnieje, ale po niemal 90 latach możemy ją znowu oglądać oczami angielskiego pisarza, podróżnika i… szpiega. W każdej z tych ról Bernard Newman sprawdza się znakomicie!

Newman kilka razy odwiedził Polskę. Jego unikatowy reportaż Rowerem przez II RP odsłania przed nami Polskę, jakiej nie znaliśmy i jakiej już nigdy nie będziemy mogli zobaczyć. Po raz pierwszy po niemal 90 latach możemy o niej na szczęście przeczytać.


 3. Inna pozycja, która ma spory potencjał rozrywkowy, to opowieść o historii książek oprawianych w ludzką skórę - o garbarniach wyprawiających ludzkie skóry, o lekarzach, którzy w taką skórę chcieli oprawiać traktaty medyczne, itp. 

Książka ukaże się na początku kwietnia i przyznaję, że wiążę z nią spore nadzieje. ;)


4. Na koniec parę zapowiedzi dla dzieci.

"Wojna skowronków" jest książką już mocno nagradzaną za granicą. I książką nienową na rynku światowym. Jej polska wersja to była tylko kwestia czasu. Jej autorka, Hilary McKay napisała dużo książek dla dzieci, które w świecie anglosaskim są mocno docenione i lubiane. Opis "Wojny" brzmi jak coś, co nie zostało napisane współcześnie, jak jakaś klasyczna powieść młodzieżowa sprzed wojny. Mnie urzeka. Przeczytałam fragment oryginału na Amazonie jest to bardzo obiecująca pozycja (z premierą za miesiąc): 
Jedenastoletnia Clarry pragnie zdobyć wykształcenie i być niezależna. Nie zamierza zostać po prostu panią domu, choć w Anglii na początku XX wieku nie oczekuje się więcej od kobiety. Oschły ojciec nie rozumie jej marzeń – ani lęków jej brata Petera, który zrobi wszystko, by nie wysłano go do szkoły z internatem. Prawdziwą swobodą rodzeństwo cieszy się tylko na wakacjach u dziadków, gdzie jest słońce, morze i ich ukochany kuzyn Rupert. Ale gdy wybucha I wojna światowa, Rupert idzie do wojska. Jak przetrwają trudny wojenny czas? I czy wygrają inną walkę: o prawo do podążania własną drogą?

 Moja druga propozycja na dziś to norweski komiks dla młodzieży, również szalenie doceniona i utytułowana książka. To komiks o tym, że dojrzewanie jest trudne, że nauczyciele mogą być zarówno dobrzy, jak i źli i że świat bywa dla nastolatka bardzo trudnym miejscem. Jestem pewna, że w przyszłym miesiącu kupię mojemu nastolatkowi. 



Na koniec - idąc nadal tropem książek nagradzanych w Europie, coś dla maluchów (książka opisywana jest, jako przeznaczona dla dzieci w wieku 4-6 lat). Wygląda bardzo oryginalnie, a jej autor, Zavrel, jest bardzo docenionym ilustratorem. Bajka opowiada o dzieciach mieszkających w Wenecji i o fantazji na temat podwodnego miasta. I wygląda ślicznie! 



I tyle na dziś. Niewiele i skromnie, ale nastrój starałam się wpasować w deszczową wczesną wiosnę. :)

Równościowe nowości dla dzieci na polskim rynku wydawniczym. :)

Równościowe nowości dla dzieci na polskim rynku wydawniczym. :)

 Ależ wysypało ostatnio! :) Aż muszę Wam to wszystko podsumować.

Regularnie pisuję posty o książkach, które uczą być otwartym człowiekiem, które otwierają dzieci na różnorodność świata i przeciwdziałają byciu nietolerancyjnym bucem. Na przykład TU, TU i TUTAJ.

Ponieważ w ostatnich tygodniach pokazało się (niektóre dopiero w zapowiedziach)  kilka fajnych książeczek, to chcę Wam o nich szybciutko opowiedzieć.

Niestety (lub stety, w zależności od tego, jak chcemy na to spojrzeć), większość książek, które tu wymieniam, to inicjatywy crowdfundingowe lub charytatywne. Wciąż nie jest to mainstreamowy wybór wydawniczy. 

1. Mieszkająca w Berlinie Polka przetłumaczyła na polski niemiecką książkę dla dzieci o dwóch mamach wychowujących synka. Autorka książki z kolei zrezygnowała z zapłaty z publikację tłumaczenia, bo wie, w jak trudnej sytuacji są rodziny LGBT w Polsce i jak ważne jest edukowanie społeczeństwa. 

Pieniądze na wydanie książki zbierano na platformie crowdfundingowej i zebranie pełnej kwoty się udało. Wkrótce książkę o Oskarze, który ma dwie mamy, będzie można kupić po polsku. 


2. "Wszystkie kolory świata" to z kolei książka, z której dochód zostanie przeznaczony na działanie telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży (tego, który przestał być finansowany przez pisowski rząd). I znowu autorzy próbują ratować świat, rezygnując ze swoich dochodów. W takiej rzeczywistości żyjemy teraz. :(

"43 pisarzy i ilustratorów stworzyło 20 wyjątkowych utworów, które odwołując się do empatii, przynoszą nadzieję na lepszy i otwarty na różnorodność świat."

Publikacja skierowana jest do dzieci w wieku od 9 do 12 lat, a zawarte w niej utwory zostały ułożone w kolejności sugerującej wiek czytelnika. 


3. "Mój cień jest różowy" to książka wydana już "normalnie" przez Znak, przetłumaczona przez Michała Rusinka. To książeczka dla przedszkolaków - właściwie jest to ślicznie ilustrowany wiersz o tym, że można się od siebie różnić, że warto być sobą i że - cóż - nawet chłopcy mogą kochać różowy. 


4. Na koniec jeszcze nie zakończona zbiórka na książki dla nastolatków. Bohaterowie tych książek będą różnorodni na tyle, że każdy nastolatek, także nieheteroseksualny, znajdzie tam bohatera, z którym będzie się mógł utożsamiać, bo będzie do niego trochę bardziej podobny. CUDOWNA inicjatywa, której szalenie kibicuję. TUTAJ link do zbiórki.


--

Fajnie, że pojawia się coraz więcej tęczowych pozycji po polsku. Szkoda jednak, że wiem, że aby miały większy wpływ na dzieciaki i młodzież, muszą do tych dzieci najpierw trafić, a szkolne biblioteki ich nie kupią. 

Książki przedszkolakom wybierają rodzice, a książki o dwóch mamach nie trafią do malucha, którego rodzice sączą mu do ucha homofobię. Przecież nikt nie liczy na to, że ktoś przeczyta dzieciom mądrą bajkę w telewizji publicznej, prawda? :(

Oczywiście fantastycznie, że te książki są na rynku, ale poczucie narastającej beznadziei czasami wciąż mnie pokonuje. A tęczową serię dla nastolatków na pewno kupię!

O kultowej kanadyjskiej serii książek - Rodzina Whiteoaków.

O kultowej kanadyjskiej serii książek - Rodzina Whiteoaków.

 Muszę zacząć od pewnego historycznego wstępu.

Mazo de la Roche urodziła się w 1879 roku w Kanadzie i zaczynała pisarską karierę od pisania romansów. Kiedy opublikowała pierwszy tom Jalny (polski tytuł, to "Rodzina Whiteoaków"), będący sagą rodzinną o rodzinie brytyjskich osadników w Kanadzie, stał się on natychmiast hitem. Napisała ona najpierw osiem tomów, a potem, po błaganiach czytelników, dopisała kolejnych osiem. Dzieją się one na przestrzeni stu lat - od 1854 do 1954 roku, a łączy je rodzinna posiadłość w Kanadzie, tytułowa Jalna.

Mazo de la Roche

Każdy z tomów można czytać osobno, każdy jest osobną historią i znajomość innych części nie jest konieczna, by wiedzieć, co się dzieje (tak mówi internet ;)). Tomy zresztą nie są pisane w kolejności chronologicznej. 

Seria o Whiteoakach ma w Kanadzie status kultowej, niemal niczym Ania z Zielonego Wzgórza. Książki tłumaczono na dziesiątki języków, były wznawiane niezliczoną ilość razy, a jeśli wejdziecie w recenzje na Amazonie, wylewa się z nich szalona ilość sentymentu i miłości do tej serii.

Dlatego też postanowiłam przeczytać co najmniej pierwszy tom - ot, lubię wiedzieć, o co chodzi z różnymi zjawiskami literackimi. I przeczytałam, ale - łooo paaaanie - co to było za czytanie. I uprzedzam, nie przeczytałam jeszcze żadnej kolejnej części (nie jestem pewna, czy to zrobię, ale kto wie), więc odnoszę się tylko do stylu początków sagi. :)

Od razu zaznaczę, że książka jest pisana i osadzona w czasach galopującego kolonializmu, więc pominę te wątki, bo są niejako oczywiste dla epoki i absurdem byłoby się ich teraz czepiać.

Głównymi bohaterami pierwszego tomu są Adelina i Filip - piękna (opisy ich urody zajmują sporą część z trzystu stron książki ;)), zamożna para, która nada początek rodowi Whiteoaków z Kanady i zbuduje Jalnę, w której będzie się działo potem 16 tomów dobra. 


I tak w ciągu pierwszej połowy (150 stron) książki zdążyło wydarzyć się:

- wyjazd do Indii z Wysp Brytyjskich, powrót z Indii na Wyspy, odwiedzenie wielu członków rodziny tamże, wypłynięcie do Kanady, przeprowadzka w Kanadzie;

- sztorm, dziura w okręcie, minięcie się o włos z górą lodową, jedna martwa indyjska niańka, jeden martwy sąsiad, pogrzeb na morzu, dwa porody;

- jedna koza podróżująca z Indii na Wyspy i do Kanady, jedna dziewica, która uciekła z ukochanym z okrętu, by wziąć ślub, jeden skradziony obraz, jedna kobieta w szale próbująca zawrócić okręt do portu, jeden mężczyzna, który uciekł od żony na drugi koniec globu, bo ta za dużo sprzątała i jedna lalka, której poświęcono więcej uwagi, niż dzieciom.

W ogóle Mazo de la Roche niekoniecznie dzieci lubiła. Pojawiają się one po to, by opisać ich urodę, ale potem są spychane niańkom (niezliczonym wręcz) i znikają z horyzontu, by ich rodzice mogli prowadzić szumne życie bez obciążeń. Dzieci wracają do fabuły dopiero, jak dorosną i mogą robić ciekawsze rzeczy w kolejnych tomach (przeczytałam streszczenia ;)). Póki są małe nie ma z nich żadnego pożytku. 

Autorka lubi opisywać meble, żyrandole, suknie i różowe policzki, ale charaktery bohaterów narysowane są tak grubą kreską, że w zasadzie o każdej osobie można powiedzieć najwyżej jedno zdanie. Nie byłam w stanie polubić żadnej postaci. Adelina jest potworną, zdziecinniałą kretynką, a Filip jest wyniosłym bufonem. 

"Ania z Zielonego Wzgórza" to przy Jalnie wyważona, nieegzaltowana, stonowana opowieść. 

Czy jednak nie rozumiem, czemu w swoich czasach książki te były hitem i czemu ludzie je kochają? Ależ rozumiem. Nie bez powodu telenowele przyciągają tłumy przed telewizory. Nie da się ukryć, że w powieściach Mazo de la Roche jest coś wciągającego. Można z nich kpić, można widzieć wszystkie ich absurdy, patrząc na nie ze stołka w roku 2021, ale przecież to była literatura popularna dla zwykłych ludzi. Oni chcieli czytać o bogatych meblach i pięknych materiałach. Chcieli dramatu, nieślubnych dzieci i omdlewających w chorobie ukochanych, obowiązkowo będących pięknymi i smukłymi aż do osiemdziesiątki. 

Zapoznałam się z tym fenomenem z rozbawieniem i przyjemnością, najbardziej rechocząc, kiedy biedne pierworodne dziecię głównych bohaterów jest wrzucane do drugiej klasy w okręcie, bo tam są te wielkie ciepłe baby, które mają naturalne predyspozycje do brudnej roboty przy pieluchach - nie to co szlachetne, delikatne szlachcianki. Albo kiedy wszelkie proste kobiety zakochują się w okazywanych im nieludzko urodziwych dwulatkach, marząc, by nimi się non stop opiekować, by rodzice mogli wydawać bale. Nie powiem - jak mój syn miał ze dwa-trzy lata, też czasami marzyłam, by rano go oddać bonie, a wieczorem dostać go tylko do ucałowania, kiedy był już nakarmiony, umyty i śpiący. ;) 

Czy polecam "Rodzinę" do czytania? A pewnie, czytajcie. Albo nie, wszystko jedno. :D Ja chciałam Wam tylko opowiedzieć, co kochali Kanadyjczycy. :)

Trzy dobre dzienniki lekarzy, które można było wydać lepiej.

Trzy dobre dzienniki lekarzy, które można było wydać lepiej.

Zacznę od tego, że zawaliłam. Kupiłam książki impulsywnie, kierując się swoimi zainteresowaniami, a nie robiąc należytego researchu. Otóż nie skojarzyłam, że wszystkie te rzeczy już czytałam, ale wiele lat temu. I mam je w domu, ale w pierwotnym wydaniu - wydaniu dzienników lekarzy z tomu konkursowego z 1939 roku. Po prostu nie pamiętałam nazwisk lekarzy, którzy wtedy wygrali konkurs organizowany przez ZUS (sic!). Moja wina, trudno.

Czy to źle, że je wznowiono, ale w ładniejszej formie? Ależ skąd! Niektóre z nich, zwłaszcza pamiętnik Zofii Karaś, są po prostu znakomite i należy im się przypomnienie, ALE ich nowe wydanie, tak przecież o wiele droższe, niż kupienie oryginału w jakimś internetowym antykwariacie, nie wnosi nam nic nowego, bo wydawnictwo Nawias, które je wydało, poszło po linii najmniejszego oporu i nie załączyło ani biogramów lekarzy, ani przypisów do samych tekstów (o które aż się prosi, bo przedwojenna medycyna to jednak zupełnie inny świat, niż medycyna współczesna). Ot, wznowiono suchy tekst, który czasami - pozbawiony tego kontekstu historycznego - może wyrządzić parę szkód (zwłaszcza pamięci o autorach pamiętników). 

Nie zadbano o walor edukacyjny, zadowalając się jedynie tym "sensacyjnym", co sprawia, że kupienie nowszego wydania w ogóle nic nam nie daje, poza ładniejszą okładką. A szkoda. 

I teraz postanowiłam oddać sprawiedliwość tym lekarzom, których wybrano do publikacji, i trochę Wam o nich opowiedzieć, skoro nie zrobiło tego wydawnictwo. 

Najlepszy z pamiętników (moim skromnym zdaniem), to pamiętnik Zofii Karaś. Jest surowy, bezlitosny i dowcipny jednocześnie. Głównie jednak gorzki jak chinina. 

Zofia urodziła się w 1904 roku, a zmarła w 1942, ledwie trzy lata po wygraniu konkursu (krótkie życie będzie łączyło wszystkich autorów tych wspomnień, którym przyszło leczyć w tak paskudnie trudnych czasach). Pracowała w Suchej Beskidzkiej w poradni przeciwgruźliczo-jagliczej, ale - jak wielu lekarzy wtedy - zmuszona była znać się na wszystkim. Odbierać porody, wyrywać zęby i w ogóle leczyć cokolwiek, do czego została wezwana w trudnym, górskim terenie.

Kiedy wybuchła wojna, pomagała Żydom i była wielokrotnie przesłuchiwana przez gestapo. Co się działo na przesłuchaniach, możemy się tylko domyślać, ale musiało to być potworne, ponieważ Zofia, zagrożona kolejnym przesłuchaniem, popełniła samobójstwo w 1942 roku. 

Po wydaniu pamiętników, tak dobrych literacko i tak przenikliwych w swojej prostocie przekazu, zainteresował się nią świat literacki, ale nie zdążyła nic więcej napisać, bo walec historii przetrącił jej drobną postać. A wiemy, że drobną, ze wspomnień Wańkowicza

Wędrowałem tak okiem na chybił trafił po kraju, aż nagle ulica w Suchej powitała mię napisem „ul. dr Z. Karaś”. Przypomniałem to drobne chucherko, „te trzy kosteczki na krzyż”, jak siedząc za naszym stołem bez żadnego patosu, bez żadnego liryzmu mówiła nie lelijami i różami, tylko krwią i żelazem. [...]

Stałem pod tą tabliczką na ulicy w Suchej. Na uliczce, którą tak niedawno przeciągały fury napełnione cierpieniem pod ten dom człowieka bezsilnego, rozszarpywanego przez ludzkie cierpienie. Poszedłem tą drogą, tąż samą drogą, by się zwiedzieć o losie tej, która tu pracowała. Była krótka, jakże „szablonowa”: aresztowana przez gestapo, otruła się.

I takiego wspomnienia zabrakło w wydaniu książki przez Nawias. Serce mi trochę pęka, bo brakuje oddania jej tej czci należnej. Była młodą kobietą, kiedy koszmar nazizmu sprowadził na nią śmierć. Ciekawa jestem także, co stało się z podrzuconym dzieckiem, które w trakcie swojej praktyki adoptowała. To by było cudowne, dowiedzieć się, co było z nim dalej.

Drugi pamiętnik, pamiętnik Czesława Gawareckiego, może z kolei pozostawić niesmak. Niesmak, bo jest wyraźnie i często antysemicki. Bywa odrażający w tym wszystkim, obcesowy, nieprzyjemny, a także typowo męsko mizoginistyczny. Ot, typowy przedwojenny mężczyzna, który uległ antyżydowskiej propagandzie, a kobiety jawią mu się jako marudne, zdziecinniałe i irytujące. I, gdybyśmy nie znali dalszych losów Gawareckiego (a z małej książeczki, cena okładkowa 34,90 zł., nie dowiemy się niczego), to moglibyśmy uznać, że całe życie był nieznośnym gburem. 

A warto wiedzieć, że być może w końcówce życia ten młody radiolog, (urodzony w 1901 roku) weteran pierwszej wojny światowej, niedosłyszący (skutek jakiejś choroby zapalnej), mający szereg sukcesów naukowych (możemy znaleźć 10 publikacji jego autorstwa) został aresztowany w 1941 roku przez gestapo, osadzony na zamku w Lublinie, a potem przewieziony do Auschwitz, gdzie został lekarzem obozowym. I tam być może odrobinę odkupił swoje wcześniejsze paskudne poglądy, bo wiemy z relacji, że wystawiał więźniom fałszywe zaświadczenia zdrowotne, by mogli uniknąć komory gazowej lub dostać lepsze racje żywnościowe. Wiemy to od innego lekarza - Rudolfa Diema - który był tam razem z nim i pożył na tyle długo, by o tym opowiedzieć.

Zdjęcie obozowe doktora Gawareckiego.
Zdjęcie obozowe doktora Gawareckiego.

Doktor Czesław Gawarecki został zastrzelony jako więzień polityczny w 1942 roku. Jego żona również trafiła do obozu, do Ravensbruck. Przetrwała, ale zmarła wkrótce po tym, jak udało jej się wyjechać do Szwecji na leczenie po wyzwoleniu obozu.

I tu dochodzę do trzeciej osoby - lekarki Sabiny Skopińskiej. Urodzona w 1900 roku, zmarła w roku 1943. Jej spostrzeżenia dotyczące ludzkiej nędzy, koszmarnej biedoty, a także parę zabawnych anegdot z życia warszawskich elit, czytają się bardzo dobrze. Pisała sprawnie, dość wartko. Między wierszami jednak widzimy, jak mordercza praca, jaka była jej udziałem, niszczy powoli jej zdrowie, zwłaszcza serce.

Po wydaniu pamiętników w 1939 roku i ją dopada wojna. Sabina działa w konspiracji i wstępuje do AK, którego zebrania przyjmuje we własnym mieszkaniu w Warszawie, prowadząc też szkolenia sanitarne, tak potrzebne w czasie wojny. I to prawdopodobnie sprowadza na nią gestapo, które rozstrzeliwuje ją w 1943 roku. Udaje jej się jeszcze w ostatniej chwili ostrzec syna, który daje radę zbiec. 

Pośmiertnie odznaczono ją Krzyżem Walecznych. Tego też nie dowiecie się z nowego wydania. 

---

I tyle chciałam Wam napisać. Czy macie kupować te trzy książki? Nie wiem, możecie, czemu nie. Chyba że wolicie oryginalne wydanie z 1939 roku - też da się je dostać czasami na Allegro. Szczególnie polecam oczywiście wspomnienia Zofii Karaś, bo są po prostu wyjątkowo dobrze napisane.

Jestem bardzo za tym, by wznawiać niektóre zapomniane pozycje; sama wiele takich staroci mam w domu (w tym naprawdę znakomity pamiętnik lekarki Heleny Kotarskiej-Detloff, ukrywającej się pod pseudonimem Z. Delta, również wydany w 1939 roku - wspaniała lektura, zasługująca na wznowienie!), ale jestem wkurzona na sposób wydania tych trzech książek, o których dziś pisałam.

Należą im się bowiem po latach solidne przypisy, pochylenie się nad historycznymi terapiami, o których mowa, nad losem autorów, nad kontekstem społeczno-kulturowym epoki. Okropnie mnie wydawnictwo Nawias tym niestety zirytowało. Aż mnie ręka czasami świerzbiła, żeby coś dopisać, zajrzeć do innej literatury, zweryfikować sobie różne rzeczy. Wiem, że historia medycyny jest czymś, co jest moją absolutną pasją i mogę podchodzić do tematu bardzo emocjonalnie, ale cóż poradzę. W końcu tak czuję, nie ucieknę od tego (i polecam się na przyszłość wszelkim wydawcom do robienia przypisów - mam cały regał literatury poświęconej wyłącznie historii medycyny, więc mogę szybciutko i merytorycznie skomentować każdą rzecz! :D). 

W każdym razie - czytajcie stare pamiętniki, ale szanujcie historię i ich autorów. ;) I tyle.


Copyright © 2014 Na regale , Blogger