Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Zakaz gry w piłkę

Zakaz gry w piłkę

 "Zakaz gry w piłkę" to bardzo dobry pomysł na książkę o tym, jak w gruncie rzeczy antydziecięcy są Polacy i Polska i jak bez tego ani nie zmieni się dzietność, ani nie polepszą się szkoły.

Niestety mam z tą książką pewien problem - o ile jest to krótka pozycja, więc jedynie wypunktowuje pewne rodzaje zjawisk (co jest w porządku, od czegoś trzeba zacząć), o tyle niestety jest to też pozycja, która miesza cytowanie rzetelnych badań naukowych z prywatnymi fiksacjami autora (np. na temat białego szumu i niemowląt, co jest w zasadzie nie na temat). 


Mamy też wątek literatury dla dzieci i tego, że powinna się zmieniać razem ze zmieniającym się światem (prawda), ale przy okazji nie omieszkamy przeczytać, jak to pan Wiśniewski nie znosi Kici Koci. ;)

Czasami książka z tematu postrzegania dzieci jako podległych i gorszych zbacza w jakieś meandry walki o wszystko, przy okazji pozostając też bardzo w kręgu wielkomiejskim, kompletnie pomijając specyfikę funkcjonowania w środowisku wiejskim.

W książkę o stosunku do dzieci wrzucamy wątek samochodozy i głównie amerykańskie zjawiska internetowe (np. sad beige mums), etc. Pomieszanie z poplątaniem. 

Są tu dobre rzeczy - bardzo nośny początek o pewnej teatralnej sztuce dla dzieci, która kompletnie dzieci nie szanuje, czy kwestie nienawiści do dzieci w przestrzeni publicznej (samoloty, restauracje), ale wszystko to jest przeplatane jakimś miksem dram z social mediów i opowieści o rzeczach, które z niechęcią do dzieci nie mają nic wspólnego, ale są po prostu problemem ogólnokrajowym (np. za mało ścieżek rowerowych).

Niesamowicie powierzchowny jest wątek gargantuicznego przecież problemu z polską szkołą. Można by tam wszak wiele napisać o braku szacunku do dzieci - przymusowych akademiach szkolnych, które nikogo nie interesują (i każdego roku wyglądają tak samo, bo nauczyciele narzucają ich scenariusze), terrorze dyrekcji w temacie wyglądu młodych ludzi, idiotycznego stroju galowego, kar i nagród za rzeczy, na które wpływ mają głównie rodzice, nieustanne niepytanie o młodzieży o opinię na temat kwestii, które ich witalnie dotyczą, etc. 

Tymczasem w temacie szkoły autor wspomina głównie o nieustannych deformach edukacji, które nie mają na celu dobra dzieci, ale interesy polityczne (super słuszne i na temat) oraz o fatalnym wpływie religijnych treści na funkcjonowanie szkoły (też prawda). Niestety to jest muśnięcie problemu dokładnie z takiej perspektywy, jak to widzą dorośli, bo niestety Wiśniewski dzieciom za bardzo głosu tutaj nie daje; a wystarczyłoby, żeby poczytał forum o prawach ucznia - "umarłe statuty" - i popatrzył, jak koszmarnie przemocowe wobec młodych są szkoły. To jest idealną emanacją braku postrzegania dzieci jak pełnoprawnych ludzi (to w zasadzie jest temat na całą osobną książkę).

I tak - ta książka jest potrzebna, bo jest chyba w sumie pierwsza w Polsce na ten temat. Niestety jest takim chaosem i ma tak wiele niepotrzebnych osobistych wtrętów tam, gdzie są zupełnie zbędne, że trudno czasami traktować ją poważnie, choć bardzo potrzebujemy tego, by dostrzec, jak wielki mamy problem ze stosunkiem do dzieci w tym kraju.

Nie wiem, czy polecam. To raczej solidny średniak. Można poczytać, zdecydowanie nie trzeba. Trochę jednak szkoda straconej szansy na coś serio istotnego. 

Irlandia wstaje z kolan, patrzmy na Irlandię.

Irlandia wstaje z kolan, patrzmy na Irlandię.

Martę Abramowicz możecie kojarzyć z "Zakonnic odchodzących po cichu". Po Marcie Abramowicz i jej książce o zakonnicach pojawiło się potem kilka innych pozycji na ten temat (acz polecam z nich raczej "Siostry" Moniki Białkowskiej, niż "Śluby (nie)posłuszeństwa" Dżbik-Kluge, które są głównie rozmowami z siostrami-celebrytkami), podobnie jak wiele innych świadectw patologii w polskim kościele katolickim, które może kiedyś w końcu rozbiją skorupę nadużyć i pozwolą na jawne procesy sądowe w sprawie przemocy, która tam panuje. 



I właśnie o tym jest nowa książka o Irlandii. O tym, że da się zdjąć kłódkę z tego zamkniętego kufra kościelnych tajemnic, wyciągnąć z niego brudy i publicznie uprać, by sprawiedliwości stało się zadość. 

Irlandia, jako jeden z najbardziej katolickich krajów Europy, miała (wciąż ma, ale jednak już nieco lżej tam się zrobiło) ogrom problemów społeczno-politycznych spowodowanych dominacją ultrakonserwatywnej religii w życiu publicznym. Zamykanie nieślubnych dzieci i samotnych matek w słynnych "pralniach" i szkołach z internatem, nadużycia seksualne, dominacja kościoła w polityce, co doprowadziło do śmierci wielu kobiet z powodu niedostępności antykoncepcji i aborcji, etc. 

Tylko że w pewnym momencie coś zaczęło pękać, tama runęła i irlandzki kościół musiał zacząć rozliczenia, musiał stanąć przed świeckim sądem, a nawet doszło do wypłaty odszkodowań (choć tutaj, jak się domyślacie, nie jest łatwo z egzekucją). O tym procesie właśnie jest bardzo dobrze udokumentowana, pełna skrupulatnej bibliografii, rzetelnych wywiadów i podsumowań książka Marty Abramowicz. 

Po jej przeczytaniu, przyznaję, jestem jeszcze bardziej wściekła na mafijny charakter instytucji polskiego kościoła katolickiego, bo ten kościół, zbratany z władzą, przez wiele lat ustawia nam prawodawstwo i generuje narastające problemy i dyskryminację. 

Jest być może jednak nadzieja, skoro udało się w Irlandii przełamać ten impas, wprowadzić nie tylko małżeństwa jednopłciowe, ale i legalną aborcję, to może i w Polsce się uda. Aż się boję, co na terenach dawnych klasztornych sierocińców zostanie wykopane, jeśli dojdzie do podobnych śledztw w naszym kraju. Obym się jednak myliła w swoich osądach. 

"Irlandia wstaje z kolan" to książka strasznie przykra i bolesna, bo podsumowuje dziesiątki lat cierpień spowodowanych wynaturzonym, zdegenerowanym przez władzę systemem wierzeń, który potrafił przekonać zwykłych ludzi, że uczciwym jest np. więzienie i katowanie kobiet i dzieci tylko dlatego, że istnieją poza "uświęconym" małżeństwem. Jest to jednak także książka o nadziei - ponurej nadziei, bo poprzedzonej latami niepowetowanych strat, ale jednak nadziei, że się da dokonać zmiany, jeśli społeczeństwo się przebudzi. 

Trzymajmy za to kciuki.

Wojenka, czyli o dzieciach wojny według Grzebałkowskiej.

Wojenka, czyli o dzieciach wojny według Grzebałkowskiej.

Na pewno wiele z Was już o tej książce słyszało - oto nowy reportaż fantastycznej Grzebałkowskiej. Tym razem o ludziach, którzy byli dziećmi, kiedy trwała jakaś wojna. Można by pomyśleć, że właściwie nihil novi, że przecież Swietłana Aleksijewicz już o tym pisała, że niezliczone są relacje potworności wojennych, które były widziane oczami dzieci, które to wszystko przeżyły. 

I macie rację, ale jednak nie do końca. Nie do końca dlatego, że - co było dla mnie bardzo interesującym zaskoczeniem - perspektywy są rozpisane na bardzo różne konflikty i miejsca działań wojennych. Znajdziecie tam znacznie więcej, niż Holocaust, o którym - co zrozumiałe - bardzo wiele osób boi się już czytać, bo jest to szalenie bolesne doświadczenie. 




Czy jednak wiedzieliście, że przesiedlano hiszpańskie dzieci do ZSRR? I że niektórym to się nawet podobało, bo u siebie cierpiały taką biedę, której nie umiemy sobie wyobrazić? Albo czy wiecie, jak właściwie po raz kolejny przewrócić ten koszmarny mit małego powstańca, który świadomie biegnie walczyć o kraj, podczas gdy dopiero po pierwszej bombie, która spada w pobliżu, zdaje sobie sprawę, że to się dzieje na serio? 

Książka jest zbiorem rozmów z ludźmi niesamowicie różnorodnymi. Pochodzącymi z różnych stron świata, będących dziećmi w bardzo różnych momentach i nieoczywistych miejscach. Myślę, że to jest olbrzymią siłą tej książki - nawet nie sam temat, który w obecnych czasach nie może już być niczym nowatorskim i świeżym, ale właśnie to, że w Polsce zwykle czytujemy tylko o doświadczeniach drugiej wojny z perspektywy europejskiej, albo wręcz polskiej i - ewentualnie - sowieckiej, ale jakoś mało myśli poświęcamy takiej na przykład właśnie Hiszpanii. 

Chociaż przeczytałam w swoim życiu na pewno dziesiątki książek o wojnie, to jednak ta zdołała wnieść w moje życie nowe treści, nowe perspektywy, nowe olśnienia i chęć zgłębiania zupełnie nowych historii i opowieści. Jest w "Wojence" jakaś przewrotna świeżość w tych krótkich rozdziałach, w tych niepozornych rozmówcach, którzy są głosami setek takich, jak oni sami, ale jednak są tak o siebie odmienni, że nie sposób się znużyć czytając.

Oczywiście jest to też książka bolesna, bo czytanie o wojnie nie może nie boleć. Ale - zwłaszcza u progu wielkich konfliktów spowodowanych zmianami klimatu i w kraju, którzy dąży do wykluczania innych, co zawsze prowadzi do przemocy, nie ma zbyt wielu książek, które by przypominały, czym ta przemoc faktycznie jest i do jakich potworności prowadzi.

Czytajcie "Wojenkę". Jest ważna i mądra.
Władcy strachu - znowu piekło na wyspie Jersey.

Władcy strachu - znowu piekło na wyspie Jersey.

 Winnicka i Sturis już raz napisali o Wyspie Jersey. Wtedy był to reportaż o morderstwie, którego dokonał pewien imigrant z Polski na swojej rodzinie. Kiedy pisali tamten tekst, akurat wybuchał inny skandal. Skandal związany z ujawnieniem wieloletnich nadużyć (delikatnie mówiąc) w miejscowych domach dziecka. 

Pewnie niektórzy z Was czytali reportaż Justyny Kopińskiej o polskiej sprawie tej kategorii - "Czy bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?". Tam za nadużyciami stał kościół; podobnie jak w Kanadzie, co opisała Gierak-Onoszko w "27 śmierci Toby'ego Obeda" (tegoroczna Nike Czytelników :)). Na Jersey za sprawą stoją lokalne władze, a ich sposób działania, torpedujący wszelkie próby pomocy dzieciom i uznawanie za najwyższe dobro tego, żeby przypadkiem nikt "nie szkalował wyspy", przypomina mi niebezpiecznie paru panów z naszego lokalnego podwórka. 

Książka jest bolesna, poruszająca, wstrząsająca. Z jednej strony mamy wygrzebywanie podejrzanych powiązań w wewnętrznym, kryjącym swoje występki, światku wyspy, a z drugiej surowe wyznania ofiar - okropne, drastyczne, budzące wściekłość na cały świat. Świat głównie (choć nie tylko) mężczyzn u władzy, którzy nie posiadają nawet odrobiny tzw. ludzkich uczuć. 

Są takie momenty w tej książce, że trzeba ją odłożyć i wrócić do niej dopiero, kiedy się ochłonie. Jak wiele reportaży o krzywdzie dzieci, bardzo niełatwo jest się zmierzyć z prawdą. Skala procederu - gwałtów na dzieciach, bicia, w zasadzie tortur, jest taka, że ma się wrażenie, że na Jersey nie zostało ani jedno nie skrzywdzone dziecko - poza tymi, które miały szczęście wychowywać się we własnych, kochających rodzinach. Dziesiątki lat znęcania się wytworzyły całą grupę społeczną ofiar i katów. Dzieci były "wynajmowane" bogatym mężczyznom, by mogli z nimi zrobić, co zechcą, a ci mężczyźni byli zawsze jakimiś znajomymi kogoś znajomego. Siatka przestępców, chroniąca siebie wzajemnie przez dekady była bardzo skuteczna, śledztwa prowadzone przez ludzi z zewnątrz były brutalnie wygaszane, dokumenty ginęły, kłody były rzucane pod nogi w sposób otwarty i spektakularny. 

Mimo tego sprawa wyszła na jaw. I tyle tej sprawiedliwości, bo nie liczcie na to, że ktoś tam dostanie należytą karę. Czy w ogóle istnieje należyta kara za coś takiego? 

Im więcej czytam, tym bardziej widzę, że dziecko pozbawione troskliwych opiekunów (DOWOLNEJ PŁCI - ja pierdolę, aż mi się rzygać chce, że trzeba to mówić) nie ma szans. Nie tylko na Jersey. Wszędzie. Dzieci są bezbronne, nawet jeśli są już piętnastolatkami, które mają dwa metry wzrostu i sprawiają kłopoty - nadal są bezbronne, zdane na łaskę dorosłych, którzy często są potworami, szukającymi właśnie takich dzieci, o które nikt nie dba, których losem nikt się nie zainteresuje. Bo tak jest łatwiej. 

Przeczytajcie "Władców strachu", o ile macie mocne nerwy. Przeczytajcie, chociaż z bezsilności opadną Wam ręce, niestety. 

Z miłości? To współczuję - czyli co w zasadzie wiemy o Omanie.

Z miłości? To współczuję - czyli co w zasadzie wiemy o Omanie.

Wybierałam się do Omanu na długo przed pandemią. Rozważałam road trip i piknikowanie na wadisach (nie wiem, czy to się tak odmienia, więc dajcie żyć ;)). Problem (no, powiedzmy) polega na tym, że ja o Omanie nic nie wiedziałam. NIC. Wiedziałam, że tam jest spokojnie, relatywnie zamożnie i bezpiecznie dla turystów, ale poza tym? Zero.



Jako że wyjazd nie doszedł do skutku uznałam, że poczytam przynajmniej o tym miejscu coś więcej, niż porady dla turystów. Bardzo interesowała mnie sytuacja kobiet w Omanie, ponieważ jest to jeden z krajów Zatoki, który nie tylko ma monarchię dziedziczną, ale też szariat, a mimo tego uchodzi za jeden z lepszych dla kobiet - jak na kraje podporządkowane religii. Wiedziałam, że ibadyci, odłam islamu, który jest dominujący w Omanie, jest stosunkowo postępowy. Ale czy aby na pewno?

Agata Romaniuk, autorka książki, jest prywatnie związana z Omanem od lat, urodziła tam nawet dziecko, więc jest ona na tyle rozeznana w lokalnej sytuacji, że mogłam jej zaufać. Wydaje się, że wykonała całkiem niezłą robotę.

Krótki rys z historii najnowszej pomaga zrozumieć niezwykły skok cywilizacyjny, jakiego dokonał Oman w ciągu ostatniego półwiecza, ale także pozwala pojąć wielką i - zdaje się - autentyczną miłość, jaką czują Omańczycy do swojego aktualnego sułtana, który szczerze walczył o dostęp do edukacji (także dla kobiet, które - gdy obejmował władzę - w 88% były analfabetkami, a teraz stanowią większość na wyższych uczelniach) i darmową opiekę medyczną na wysokim poziomie.

To jest jedna strona medalu. Trudno nie przyznać, że sytuacja kobiet w ostatnich dziesięcioleciach bardzo się poprawiła. Pod względem prawnym - wolno im pracować w dowolnym zawodzie. Saudyjki mogą im pozazdrościć bardzo wielu swobód. Kwestie kulturowe to jednak, oczywiście, druga strona medalu i Omanki długo jeszcze będą walczyć z oporem społecznym.



Niestety jednak - jeśli chodzi o prawo rodzinne i majątkowe, Oman nadal jest krajem, którego prawodawstwo jest oparte na szariacie, co oznacza, że chociaż kobieta może być kontrolerką lotów i rozporządza własnym majątkiem zagwarantowanym w umowie ślubnej, to nadal często nie może wybrać tego, za kogo wyjdzie za mąż, rozwód z jej inicjatywy to gehenna, a przemoc w małżeństwie w zasadzie nie jest karana. Do tego nie wolno jej wyjść za mąż za mężczyznę spoza Omanu, jeśli nie wyrazi na to zgody sąd (!!!). Mężczyznom oczywiście wolno żenić się z kim chcą.

Autorka książki nie ukrywa brzydkich stron losu omańskich kobiet, choć rozmawia także z tymi, które są szczęśliwe i spełnione. Na dodatek te rozmowy są bardzo interesujące, dobrze zredagowane, skupione na rzeczach istotnych, a rozmówczynie (i rozmówcy) Agaty Romaniuk są z różnych środowisk i pokazują niewielki ale istotny wycinek codzienności w tym dziwnym, cichym kraju.

Książkę polecam, bo nie tylko znakomicie się czyta, ale też wnosi bardzo wiele informacji, których - jeśli wcześniej nie interesowaliście się Omanem - pewnie nie znacie. Solidny reportaż, szkoda go przeoczyć. :)
Wielki następca, czyli czy co tam nowego w Korei Północnej.

Wielki następca, czyli czy co tam nowego w Korei Północnej.

Był czas, że przeczytałam chyba wszystko, co można było przeczytać o Korei Północnej. Ponieważ mam skłonność do fiksowania się na tematach (teraz chyba wpadnę w fazę czytania o Imperium Osmańskim), to wykopałam spod ziemi bardzo wiele publikacji. Jedne były bardzo dobre ("Światu nie mamy czego zazdrościć"), a inne, zwłaszcza durne relacje turystów, absolutnie zbędne (do tej pory nie mogę zrozumieć, czemu ktoś pisze książkę o kraju, w którym był przez dwa tygodnie i to cały czas pod opieką reżimu - WTF?). 

Kiedy czytałam recenzje książki pani Fifield zaintrygowało mnie to, że dotarła do bardzo wielu ludzi, którzy bezpośrednio znali Kim Dzong Una, do jego krewnych, którzy uciekli z Korei i sama była w Korei wielokrotnie jako dziennikarka. Książka rokowała, więc kupiłam.



I nie żałuję.

Fifield wykonała ogromną pracę i przemierzyła świat, żeby odwiedzić wielu ludzi. Niektórych było trudno znaleźć, niektórzy byli w programie ochrony świadków (który to program teraz powinien się przeorganizować, skoro dziennikarce udało się dotrzeć do co najmniej jednej osoby, która się ukrywa), inni - na przykład jedna z krewnych Kima - rozmawiali tylko przez pośredników, z lęku o swoje życie. 

"Wielki następca" to nie jest książka, która daje wgląd w działania reżimu, ale książka, która daje wgląd w osobowość wodza, z której działania reżimu wynikają. Drążymy w dzieciństwie Kima, w jego wychowaniu, wykształceniu, w pasjach i fascynacjach. Obserwujemy jego przedziwną obsesję na punkcie koszykówki (i "przyjaźń" z Denisem Rodmanem, moronem nad moronami) i tym podobne smaczki. Wiemy też już, z czego wynikało głośne lotniskowe zabójstwo jego starszego brata, czy inne okropności. Tak, książka wnosi parę nowych informacji.

ALE.

Nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła jakiegoś ale. 
Anna Fifield jest skuteczną, zdeterminowaną, szalenie skoncentrowaną na celu dziennikarką. Książka jest wynikiem ogromnego nakładu pracy, jest sprawnie napisana i widać, że autorka chciała osobiście porozmawiać z kim się da. Nie wiem, jakich metod używała, żeby do niektórych osób dotrzeć, ale czasami wydaje mi się, że sama mogłaby zostać dyktatorem. A to dlatego, że w książce jawnie zastanawia się - tuż po długim wywodzie na temat tego, jak Kim ścigał swoich krewnych, jak ich mordował, jak innych krewnych wodza rządy różnych państw ukrywają - otóż ona zastanawia się, czy krewnej, która nie chce z nią rozmawiać osobiście, tylko wysyła męża, nie ujawnić w mediach. Bo czemu by nie, pewnie przesadza, nie powinna jej odmawiać rozmowy. No ale trochę szkoda dzieci, więc jednak tego nie zrobi.

Szaleństwo. Czyste szaleństwo.

Tak, z książki dowiedziałam się kilku rzeczy, których nie wiedziałam. Na pewno jest to coś, co przeczytać warto, o ile się chociaż trochę siedzi w temacie i jeśli kogoś kręci kwestia krwawych reżimów. Nie mogę powiedzieć, że nie warto, że coś nie tak, że nuda. Wręcz przeciwnie. Ale autorka jest potworem. Uważajcie na nią. ;) 
Ja nie mam duszy. Sprawa Barbary Ubryk.

Ja nie mam duszy. Sprawa Barbary Ubryk.

Barbara Ubryk była zakonnicą, która przebywała w klauzurowym klasztorze w Krakowie w XIX wieku. Wstąpiła do klasztoru jako młode dziewczę, już wtedy wykazując lekkie objawy zaburzeń psychicznych, ale w XIX wieku nie wiedziano prawie nic o prawdziwej naturze chorób umysłowych, toteż trudno było spodziewać się, że ktoś potraktuje poważnie krótkie "załamanie nerwowe", zwłaszcza u kobiety.

Niestety z biegiem lat "dziwactwa" siostrzyczki Barbary rozwinęły się w pełną psychozę, a zakonnice, nie mając lepszego pomysłu i nie umiejąc sprzeciwić się nakazom swojego zgromadzenia (nie wolno wyjść poza mury klasztoru), zamknęły biedaczkę w karcerze. Ponieważ jednak Barbara krzyczała, rozbierała się do naga, niszczyła wszystko i robiła sobie krzywdę, zamurowano jej okno, zabrano meble i przestano dawać nowe ubrania. Barbara spędziła dwie dekady zagrzebana w barłogu z siana, dokarmiana przez klapkę w drzwiach.



Kiedy sprawa stała się znana opinii publicznej (bo trudno powiedzieć, żeby wcześniej nikt o Barbarze nie wiedział), wybuchł w Krakowie skandal i rozpoczął się proces w sądzie. Sądzono dwie przeorysze zakonu, a akta tej sprawy zachowały się w krakowskim archiwum do dziś. I tymi aktami zajęła się Natalia Budzyńska.

"Ja nie mam duszy" to dość sprawnie napisany reportaż, choć skłamałbym mówiąc, że wybitny. Na pierwszych kilku stronach autorka próbuje bardzo absurdalnie i nieudolnie napisać coś z punktu widzenia samej Barbary, co jest - no cóż - zwyczajnie głupie.
Nie wiemy NIC o tym, co myślała sama Barbara, bo nie ma żadnych dokumentów na ten temat, a i trudno podejrzewać, że ktokolwiek wie, co myśli człowiek więziony w ciemnej komórce przez dekady. Na dodatek człowiek cierpiący jednocześnie na ciężką chorobę psychiczną. Polecam zatem ominąć te pierwsze kilka stron i zacząć czytać dopiero tam, gdzie zaczyna się reportaż oparty na dokumentach, które relacjonują zeznania świadków w sprawie.

Książka jest napisana sprawnie i w większości rzetelnie. Przedstawia mnogość czynników, które wpłynęły na los Barbary Ubryk, bo sprawa - choć wydaje się z perspektywy XXI wieku prosta (chorą należy leczyć w szpitalu), w XIX wieku wcale taka nie była (także dlatego, że ówczesne szpitale psychiatryczne "leczyły" choroby lewatywami i polewaniem zimną wodą).
Wydaje się odświeżającym także fakt, że prokuratura nie miała wówczas skrupułów przed traktowaniem zakonnic na równi z resztą społeczeństwa i nikt nikomu nie urwał głowy za to, że z klauzurowego klasztoru zabrano siostry na przesłuchania, a także tymczasowo aresztowano.

Całe śledztwo obnaża zaniedbania, szereg dziwnych decyzji i skostniałe reguły zakonne, a także mechanizmy kościelne, które utrudniały racjonalne postępowanie, ale bardzo cenię autorkę za to, że pozwala wyciągać wnioski czytelnikowi, nie robiąc jednoznacznej nagonki na którąkolwiek ze stron. Także dlatego, że i ówcześni lekarze dorzucili swoje kamyki do tego cuchnącego ogródka.

Solidna książka, poprawnie napisana i widać, że autorka skrupulatnie pracowała nad materiałami, do których miała dostęp. Polecam bez obaw, że ktoś się natnie. ;)
27 śmierci Toby'ego Obeda, czyli Kanada odczarowana.

27 śmierci Toby'ego Obeda, czyli Kanada odczarowana.

Kanada to, w powszechnym mniemaniu, kraj marzenie dla liberalnego człowieka, który śni o równościowym rządzie. Kanada ma premiera, którego wszyscy kochają. Jest wielka, piękna i daleko. To wszystko prawda. Na dodatek - w porównaniu z naszymi polskimi tuzami sejmowej praworządności - jest to raj na ziemi. ALE - nie ma, że boli. W Kanadzie mrok rozlał się po rubieżach, po terenach rdzennej ludności, po ludziach tak bardzo wykluczonych, że - pod wieloma względami - dużo gorzej być nie może.


Wszyscy wiemy (a raczej - powinniśmy wiedzieć), że w Stanach Zjednoczonych Kolumb i jego następcy zgotowali rzeź ludziom, którzy tam mieszkali "od początku". Trochę tylko zapominamy, że Kanada tworzy z USA jeden kontynent i historia nie obeszła się z rdzennymi mieszkańcami obecnej Kanady łagodniej, niż z ich południowymi braćmi.

Książka Joanny Gierak-Onoszko jest wybitna. Warsztatowo znakomita, staranna, wyważona, pozwalająca czytelnikowi wyciągać własne wnioski, nienachalna w stawianiu tez. I wstrząsająca. A opowiada o dzieciach, które odbierano inuickiej ludności i umieszczano przymusowo w szkołach z internatem, opłacanych przez państwo, a prowadzonych w większości przez duchownych kościoła katolickiego. Powodem odbierania dzieci była - teoretycznie - chęć zrobienia z nich obywateli zachodniego świata, co było założeniem na wielu poziomach okropnym, ale efektem było zabicie licznych kultur, robicie rodzin, zniszczenie wrażliwości około 150 tysięcy dzieci, które były tam masowo molestowane, bite i dręczone. A te, które przeżyły (bardzo wiele z nich nie przeżywało), były często ludźmi złamanymi, powielającymi przemocowe wzorce, nie mogącymi się dogadać w języku swoich rodziców, co wykorzeniało ich z własnej rodziny (o ile ktoś im jeszcze został) i kultury.

Tytułowy Toby Obed to jeden z ocaleńców. Jeden z tych, którzy odważyli się mówić. Jest on symbolem, ale książka nie jest tylko o nim. Ona jest o wszystkich tych dzieciach, o ich krewnych, o kulturze, której już prawie - z powodu działań kanadyjskiego rządu - nie ma. To jest też książka o tym, jak Kanada próbuje zadośćuczynić. O pustych gestach, o odszkodowaniach, o głośnych procesach sądowych i o przepraszaniu.

Różnie to wychodzi, Kanada nie jest kryształowa, choć jest już innym, pewnie lepszym krajem, niż 20, 40, 60 lat temu. Trwa proces burzenia pomników ludzi, którzy byli uwikłani w zbrodniczy proceder; dawni bohaterowie, politycy, księża, możni dawnego świata, okazują się wielkimi sukinsynami. Słodkie zakonnice okazują się sadystkami, perwersyjnymi krzywdzicielkami czteroletnich dzieci, moczących się w nocy z tęsknoty za rodzicami. Kanada miała też swoje siostry Bernadetty, które, podobnie jak w Polsce, pewnie wywiną się prawu.

Toby Obed z Justinem Trudeau. Źródło: cbc.ca

Bardzo to ważna, dobra, mocna książka. Aż trudno uwierzyć, że autorka nią debiutuje, bo "27 śmierci" jest napisana przez reporterkę dojrzałą i zdolną.

Jeden z najlepszych reportaży, jakie czytałam, a czytam reportaży dużo, dziesiątki rocznie. Spokojnie może się mierzyć z Justyną Kopińską.

Polecam. Ale uważajcie, bo boli.
Głosy. Co się wydarzyło na wyspie Jersey?

Głosy. Co się wydarzyło na wyspie Jersey?

W 2011 roku wszystkie europejskie media przez jakiś czas żyły potworną zbrodnią, jakiej dokonał na swojej rodzinie (i rodzinie sąsiadów) pewien polski imigrant. Mężczyzna zamordował 6 osób przy pomocy dwóch noży. Swoją żonę, dzieci, żonę sąsiada i jego małe dziecko. Morderca nazywał się Damian Rzeszowski i mieszkał na wyspie Jersey, która jest jedną z Wysp Normandzkich, zależną od Wielkiej Brytanii.



Jersey to dziwne miejsce. Bardzo spokojne, niewiele znaczące, o niskiej przestępczości, trzymające się z dala od wielkiej polityki. Formalnie nie należy do Unii Europejskiej, a królowa brytyjska ma tam status księcia Normandii (nie przejęzyczyłam się). Jersey ma powierzchnię 116 km kwadratowych, więc nie jest to też największy kawałek lądu na świecie.
Dla świata Jersey ma jednak do zaoferowania znakomite ustawodawstwo, które sprawia, że wyspa jest jednym z rajów podatkowych. Na dodatek bezrobocie wynosi tam 1% i ciągle brakuje rąk do prostych prac (zwłaszcza uprawy lokalnej odmiany ziemniaka) - stąd sporo tam imigrantów m.in. z Polski.

Autorzy "Głosów" - Ewa Winnicka (autorka kilku niezłych reportaży) i Dionisos Sturis (grecko-polski reportażysta, który specjalizuje się w tematyce ludzkich migracji) postanowili tutaj połączyć dwa tematy: opowieść o zbrodni i opowieść o wyspie, a zwłaszcza historię Polaków na Jersey. Koncept przypomina trochę książkę, o której pisałam niedawno - "Śmierć wisi w powietrzu", a dusznawy klimacik małej wyspy - trochę (ale tylko trochę) niesamowitą książkę o Pitcairn.

Pobieżnie zrelacjonowana historia Jersey przeplata się z opisami procesu sądowego i badań psychiatrycznych Damiana Rzeszowskiego. Autorzy mieli dostęp do akt sprawy, więc przytaczają dosłownie treść niektórych przesłuchań na sali sądowej. Proces w zasadzie nie skupia się na zdecydowaniu, czy Damian jest winny (byli świadkowie), ale na tym, czy był poczytalny, bo od tego zależała wysokość wyroku. Mamy więc tutaj głównie opinie licznych psychiatrów, często sprzeczne ze sobą i pozostaje nam (tak jak przysięgłym) samemu wyrobić sobie opinię.

Źródło: mentalfloss.com

To jest dość dziwny reportaż, nie jest to typowe "true crime", a dla mnie chyba najbardziej wartościowy był wgląd w życie niektórych emigrantów zarobkowych na wyspie. Ich problemy prawne, poczucie osamotnienia, beznadziejne warunki bytowe. Opis tego świata był najbardziej cenny, zwłaszcza w połączeniu z opisem historii wyspy, o której istnieniu co prawda wiedziałam, ale nigdy się nią nie interesowałam.

Daleka jestem od zachwytu, ale to solidna reporterska robota. I czyta się dobrze.
Śmierć wisi w powietrzu - Kate Winkler Dawson

Śmierć wisi w powietrzu - Kate Winkler Dawson

Ciekawą książkę przeczytałam i jestem dość zdziwiona, że to była udana pozycja. :)

Po "Śmierć wisi w powietrzu" sięgnęłam bardzo przypadkowo. Kupiłam tę książkę, bo zainteresował mnie opis na okładce, ale wcześniej nie zrobiłam absolutnie żadnego rozeznania, czy czasem nie kupuję totalnej bzdury, której się nie da czytać. ;) 

Autorką jest dziennikarka i producentka telewizyjna, która ma ewidentnie znakomity warsztat, ponieważ z dwóch tematów, które niekoniecznie bezpośrednio się ze sobą łączą, zrobiła świetny reportaż i przeprowadziła rzetelne śledztwo, które opisała w sposób nienużący i bardzo przejrzysty. 


Mamy tutaj dwie sprawy. Obie zmieniły brytyjskie prawodawstwo, obie toczyły się na początku lat 50. XX wieku w Londynie. Z jednej strony mamy słynny smog, "peasouper", który zabija w pięć dni tysiące ludzi (mówi się o dwunastu tysiącach ofiar), z drugiej strony jest seryjny morderca kobiet, którego sprawa odwraca uwagę od problemu palenia trującym węglem (zwłaszcza tzw. nutty slack) i przekierowuje uwagę parlamentu w kierunku modyfikacji prawa dotyczącego kary śmierci.

Przyznaję, że jestem pod wrażeniem tego, jak zgrabnie można zrelacjonować nudne posiedzenia parlamentu, jak sprawnie da się wpleść w opowieść o węglu dzieje ofiar psychopaty. Jestem po prostu mile zaskoczona tym, że da się tak solidnie i rzetelnie napisać książkę, która dość arbitralnie i niekoniecznie w oczywisty sposób łączy ze sobą dwie sprawy. 
Śledzimy osoby, których bliscy umierają z powodu trującego powietrza, śledzimy losy kobiet, które wpadają w sidła gwałciciela i mordercy, śledzimy też jednocześnie polityków, którzy nie chcą słyszeć o ograniczeniu palenia tanim węglem, a także patrzymy na to, co bardziej interesuje w danym momencie prasę - czy tysiące ludzi konających w przepełnionych szpitalach w trakcie wielkiego smogu, czy odkrycie pod podłogą pewnego domu zwłok kilku kobiet. 

Morderstwa nie miały związku ze smogiem, ale udało się te dwie sprawy splatać w sposób spójny i ciekawy. Dziwna to jest książka, ale w tej dziwności znalazłam sporą frajdę. Dobrze jest przeczytać wreszcie coś "innego". A na dodatek - w dobie miłości polskiego rządu do węgla - miło jest utwierdzić się w przekonaniu, że politycy sprzyjający lobby węglowemu nie mogą doprowadzić do niczego dobrego. 

Poczytajcie, jak lubicie się wgryźć głęboko w jakiś temat i skupić na książce. Poczytajcie, jeśli chcecie poczuć atmosferę Londynu sprzed ponad pół wieku. Poczytajcie, jeśli kręci Was czytanie o seryjnych mordercach. Zastrzegam jednak, że nie jest to ekstremalnie lekkie czytadło i trzeba się trochę interesować polityką, smogiem czy historią, żeby czerpać radość z książki pani Dawson. Z pewnością jednak mogę powiedzieć, że to jest warsztatowo bardzo dobra pozycja, w którą autorka włożyła mnóstwo uczciwej pracy. Polecam zainteresowanym tematem. :)
The Radium Girls, Kate Moore

The Radium Girls, Kate Moore

Znowu mam dla Was dobry reportaż. Niestety znowu przerażająco ponury. To jedna ze smutniejszych książek, jakie czytałam.

W latach 20. ubiegłego wieku trwał boom na produkty z radem. Tym radem, który został odkryty przez Skłodowską. Nie znane były jeszcze jego długofalowe skutki uboczne (choć naukowcy - w tym Piotr Curie - przebąkiwali, że należy z nim zachować ostrożność), za to rad był bardzo efektowny, bo świecił. Opatentowano więc farbę, którą malowano na przykład cyferblaty wojskowych zegarków, żeby po ciemku było łatwo je odczytać. Cyferblaty były malowane przez dziewczęta z fabryki zegarków. Malowały małymi, precyzyjnymi pędzelkami, które musiały być cały czas "naostrzone". A najłatwiej robiło się to, oblizując włosie, przy okazji zlizując też drobiny farby z radem. Dziewczęta były młodziutkie, nastolatki, dwudziestolatki. I zarabiały, jak na ówczesne standardy, całkiem dobre pieniądze. I budziły podziw, kiedy wychodziły wieczorem z fabryki i lśniły w ciemności, całe opryskane radową farbą. Jak duchy.

Dziewczyna malująca cyferblat radioaktywną farbą. Źródło: https://www.thevintagenews.com/2018/01/01/radium-girls-2/

Niestety rad kumulował się w kościach młodych kobiet, które po wielu miesiącach, a czasami latach pracy z radioaktywną farbą, zaczynały chorować. I była to droga w jedną stronę, bo pierwiastek czynił postępujące spustoszenia w ich ciałach. Wypadały im wszystkie zęby, kruszyły się kości, gniło ciało. Agonia trwała latami i nie dało się jej zatrzymać, bo nie było sposobu, by wydostać rad z kości. Rad, który cały czas promieniował - nawet po śmierci dziewcząt ich kości zostawały radioaktywne. A była to śmierć w męczarniach - młode kobiety umierały ropiejąc i gnijąc, podczas gdy w fabrykach wciąż pracowały inne, bo firma, która robiła biznes na radowej farbie, nie chciała przyznać, że pierwiastek, którego używa, może być niebezpieczny.



Książka jest historią procesu ujawniania straszliwej prawdy o radzie. To historia kobiet, które - umierając - toczą wielkie sądowe batalie z bogatą firmą. Umierają na oczach ludzi śledzących procesy w gazetach, wiedzą, że każdy ich dzień jest policzony i że tych dni nie zostało wiele, ale mimo tego próbują walczyć o prawdę. I to jest walka, na którą trudno się patrzy. Nierówna, usiana trupami kobiet.

Oglądaliście czasami thrillery sądowe? Takie, w których cała akcja dzieje się na sali sądowej, a my obgryzamy paznokcie, patrząc na słowne przepychanki prawników? To jest tego typu książka. Nie możemy przestać patrzeć na tego ping ponga - przerzucanie się dowodami i argumentami. Wielka korporacja kontra niezłomne dziewczęta świecące w ciemności. I strasznie dużo śmierci.

Bardzo ciekawą decyzją wydawcy (Poradnia K) było nie tłumaczenie tytułu na polski. Długo się zastanawiałam, czy to była dobra decyzja, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej się przekonuję, że tak. Nie mogłam znaleźć dobrego tłumaczenia "The Radium Girls". Takiego, które nie brzmiałoby zbyt lekko, zbyt frywolnie, zbyt niepoważnie. I do tego było wystarczająco znamienne.

Świetna to książka, ale ma olbrzymi ładunek smutku. Trudno się myśli o ogromie cierpienia, jakiego doświadczyły te kobiety. I trudno nie oburzać się, kiedy widzimy, że pracownice radowego imperium nie były długo traktowane poważnie, bo były kobietami (pojedyncza śmierć jednego z męskich pracowników firmy natychmiast wzbudziła o wiele więcej zainteresowania, niż padające jak muchy dziewczyny).

Do tego wszystkiego książka jest porządnie udokumentowana, napisana z wielką pasją i znawstwem,  a autorka poświęca zapomnianym, krótkim życiom pracownic dużo uwagi i troski. Cholernie dobra robota i fascynująca, choć niezaprzeczalnie przykra, historia. Przeczytajcie.
Wstydź się!

Wstydź się!

Grzebiecie czasami w koszu z książkami w Biedronce? Ja bardzo lubię. Zwłaszcza, kiedy książki są w nim poniżej dyszki. I tak wygrzebałam ostatnio pewną książkę autora "Człowieka, który gapił się na kozy".

Jon Ronson napisał bardzo wartościową, chociaż chyba niewystarczająco docenioną książeczkę, która opowiada o internetowym linczu. Opowiada w sposób bardzo rzetelny i ciekawy, bo autor jeździ po świecie i rozmawia z ludźmi, których kariery/reputacja zostały zrujnowane z powodu nagonki w internecie, zazwyczaj spowodowanej pojedynczym głupim tweetem, albo postem na facebooku. Rozmawia zarówno z osobami, które stały się ofiarami, jak i z osobami, które jakąś "nagonkę" nakręciły (i wymknęła się ona spod kontroli, o co bardzo, bardzo łatwo).



Ronson ma talent gawędziarski, a na dodatek nie jest tym typem reportażysty, który nam mówi, co mamy myśleć, więc książka pozwala nam wysnuwać własne wnioski i opinie na podstawie rozmów i przedstawionych faktów. Bardzo lubię nienachalnych autorów, którzy mi nie narzucają swojego zdania. Ma to też tę zaletę, że pojedyncze rozdziały można "wyciąć" jak czytankę i mogą one być przyczynkiem do dyskusji nad odpowiedzialnością za swoje słowa w internecie; gorąco bym polecała nauczycielom, żeby na wiedzy o społeczeństwie pokusili się o taki tekst źródłowy.

Rozpoznacie w tej książce na pewno co najmniej kilka osób, które kojarzycie z internetowych rantów ostatnich lat, w tym np. panią, która w arcygłupi sposób zażartowała, że nie zarazi się AIDS, ponieważ jest biała, co sprowadziło na nią falę nie tylko hejtu, ale też życiowych problemów.

Przy okazji autor wyciąga z historii różne prawa, które polegały na publicznym upokarzaniu w ramach kary za przewinienia, a także odwiedza pewnego amerykańskiego sędziego, który nadal stosuje zawstydzanie jako karę za drobne przestępstwa, uzyskując lepsze efekty, niż gdyby wsadzał drobnych przestępców (nie recydywistów, tu musimy postawić jednak jasną granicę ;)) do więzienia.

Z książki wyłaniają się też opowieści o tym, że jeśli chodzi o zawstydzanie związane z jakąś niestandardową aktywnością seksualną, to uderza ono w zasadzie wyłącznie w kobiety, nawet, jeśli nie robią niczego obiektywnie złego, ale w ogóle ujawniają się z tym, że prowadzą życie erotyczne inne, niż małżeński seks w domowym zaciszu. Męskie seksualne przewiny, nawet moralnie zdrożne, szybko zostają zapomniane, albo są co najwyżej rubasznie obśmiane, a za "sprawcą" nie ciągnie się żadne negatywne odium. Podwójne standardy są czasami wyjątkowo szokujące i warto o nich poczytać.

Dawno nie czytałam czegoś, co tak bardzo chciałabym dać do poczytania starszej młodzieży. Ta nieduża w sumie książka (sporo stron, ale gruby druk) jest bardzo, bardzo wartościową lekturą w sam raz na nasze czasy. Kupcie młodzieży i młodym dorosłym pod choinkę. Nie dość, że będą się świetnie bawić przy czytaniu (to się bardzo łatwo, lekko i przyjemnie czyta), to jeszcze może będą bardziej ważyć słowa na facebooku. A to jest zawsze w cenie... ;)
Lud

Lud

Ilona Wiśniewska napisała trzecią książkę o zimnym miejscu. Tym razem książka jest o Grenlandii; nie o całej Grenlandii, rzecz jasna, ale głównie o Uummannaq, skalistej wysepce, na której jest dom dziecka, w którym przez trzy miesiące autorka pracuje. Rozmawia z ludźmi, łowi ryby i spisuje historie. I wyłania przed nami obraz straszliwie smutny.

Wydaje mi się, że jest to najsmutniejsza z książek autorki.
"Lud" jest głęboko ponury. Są w nim ludzie, którzy kochają swoje trudne życie w trudnym miejscu, ale często są to ludzie skrzywdzeni. Mamy tutaj dużo bardzo potrzebnych historycznych dygresji na temat stosunków między Grenlandią a Danią i nie jest to ładny obraz.
Jest tu ciekawy, zupełnie nieznany mi wątek przymusowego "cywilizowania" przez Danię grenlandzkich dzieci, który wyrył piętno na rzeszy ludzi; jest opowieść o alkoholizmie wśród Grenlandczyków; o uprzedzeniach i różnicach kulturowych, które kładą się cieniem na kontakty między narodami.



Są też oczywiście dzieci z domu dziecka. I trochę po przeczytaniu książki mamy wrażenie, że gdzieś tam, na końcu świata, na zimnej skale, jest grupa dzieci, przed którymi prawdopodobnie nie ma wielu otwartych drzwi. To są dzieci zupełnie zapomniane, choć pracownicy placówki oczywiście robią, co w ich mocy, dysponując bardzo ograniczonymi możliwościami.

To wszystko składa się na obraz głęboko depresyjny. Z jednej strony są wspaniali, dumni ze swojego pochodzenia ludzie na przepięknym, choć niegościnnym kawałku lodu/lądu. Z drugiej jest to świat surowy, ponury, w którym wiosną odmarza olbrzymie, paskudne wysypisko na krańcu wyspy, na którym gniją martwe psy z zaprzęgów, a plastikowe śmieci zanieczyszczają wszystko dookoła i wpadają do pięknego, turkusowego morza, które przy wysypisku zmienia się w żółtą zupę. I nie możemy winić za to miejscowych, bo sami nie są w stanie wywieźć tych śmieci, tak samo jak nie są wstanie zapobiec fali samobójstw wśród młodych mężczyzn, którzy - jak pisze Wiśniewska - są trochę jak szczeniaki rodzone na lodzie - jak przeżyją początek, to może coś z nich będzie.

Bardzo ładna to jest książka, po której widać, że autorka rozwinęła się od czasów "Białego", które było dobrą pozycją, ale chwilami z brakiem balansu między wtrętami encyklopedycznymi, a osobistą narracją. "Lud" to opowieść bardziej osobista, na pewno mniej wnikliwa, niż jej poprzednie książki o Norwegii, bo autorka spędziła w Uummannaq mało czasu, ale dojrzalsza literacko.

Nie można po tak krótkim czasie spędzonym w jakimś miejscu mówić o tym, że ktoś poznał dogłębnie temat, więc nie będę udawać nawet, że uważam, że to jakieś istotne kompendium wiedzy na temat Grenlandii, ale jest tam kilka nadzwyczajnie ciekawych wątków, zupełnie dla mnie nowych, które zachęcają do pogłębiania tematu po przeczytaniu "Ludu".

Książka czyta się znakomicie, więc bardzo polecam. Zwłaszcza komuś, kto o Grenlandii nic nie wie. Solidna pozycja i bardzo zimowa.
Dwie siostry

Dwie siostry

Och, jaka to jest dobra książka. Nagradzana wielokrotnie, napisana przez znakomitą reporterkę i to napisana wspaniale; mocna, mądra i poruszająca. Czytam wiele niezłych książek, ale to jest jedna z tych absolutnie topowych, które będę polecać po wsze czasy.
Reportaż o tym, jak niebezpieczna ideologia pochłonęła umysły Ayan i Leili.



Oto mamy reportaż o dwóch nastoletnich siostrach, które uciekają do Syrii, by pomagać ISIS. Wychowane w Norwegii w somalijskiej rodzinie, mądre, świetnie radzące sobie w szkole, mające przed sobą wszystkie szanse świata, nie pochodzące z domu radykałów, ale umiarkowanych muzułmanów, którzy marzyli o tym, by ich córki mogły mieć to, czego nie mogłyby mieć w Somalii.

Zrozpaczony ojciec, Sadiq, wyrusza na wojnę, by odnaleźć córki, a autorka książki śledzi jego drogę, odtwarza losy dziewczynek z ich maili, smsów, a potem relacji ich taty, który przeżywa piekło, gdy udaje mu się dotrzeć w strefę walk.

Najważniejszy dla mnie w tej książce jednak jest opis tego, co doprowadza do tak skrajnego, szalonego zachowania dziewcząt. Widzimy cały proces radykalizacji, opis działania grup przestępczych, wabiących młodych ludzi do niebezpiecznego świata ekstremistów. Widzimy, jak wiele młodych osób po drodze "odpada", zaczyna ich przerażać poziom zaangażowania, jakiego się od nich wymaga, ale też widzimy, że zostaje garstka, która pozwala się wciągnąć w rzeczywistość, w której służba bogu oznacza krzywdzenie ludzi. Także samych siebie.

Ayan i Leila, źródło: https://www.dailyscandinavian.com/two-sisters-from-norway/

Bezcenna jest też relacja Sadiqa, który - aby dotrzeć do córek - zaczyna mimowolnie odkrywać świat przemytników ludzi, przestępców, sposoby działania islamistów, metody przedzierania się w niedostępne rejony Syrii.

Brakuje mi słów, żeby opisać, jak wstrząsające jest dla mnie to, co się stało z umysłem mądrej dziewczyny, która była przecież zwykłą nastolatką, chodzącą w dżinsach i kolorowych chustach, plotkującą o chłopakach i słuchającą muzyki. Jak potworne jest pranie mózgu, które zmieniło ją w kogoś, kto życzy śmierci własnym koleżankom, zaczyna agresywnie walczyć ze szkołą o prawo do noszenia nikabu, marzy o męczeństwie i aktywnie szuka bojownika, którego mogłaby poślubić. Proces, który przechodzi, jest opisany dość dokładnie - są zapisy jej rozmów z koleżankami, są jej szkolne wypracowania i relacje przyjaciół.

Między wierszami widzimy też zbrodnię zaniedbania - rodzice często nie odpowiadają na wezwania szkoły na spotkanie (mają piątkę dzieci, a matka wciąż nie mówi po norwesku), nauczyciele pozwalają, by pewne sprawy "same się uciszyły" (zwalając to chyba na nastoletni bunt), i tak dalej. A Ayan aktywnie w tym czasie działa w kręgach coraz bardziej radykalnych oszołomów.

Książkę czyta się jak najlepszy thriller, ale ponieważ wszystko wydarzyło się naprawdę, to też naprawdę boli nas serce, kiedy Sadiq stacza się w szaleństwo z rozpaczy.

Nie możecie tego nie przeczytać. To jest coś, co trzeba poznać. I zobaczyć, jak ważne jest, by nie pozwalać na działanie ludziom głoszącym nienawiść. Jak ważne jest, by nie klepać po pleckach nacjonalistów, jak istotne jest, by ludzie, którzy nawołują do nienawiści, kaznodzieje (dowolnego wyznania) głoszący agresję w imię boga, byli eliminowani z życia publicznego (myślicie, że bez powodu UK nie chce wpuszczać do siebie Międlara?). To oni hodują bojowników, nazioli, agresorów.

Książka poszerzająca wiedzę o konflikcie w Syrii i książka ku przestrodze. Znakomita. Koniecznie.
Jutro przypłynie królowa

Jutro przypłynie królowa

Pitcairn to wysepka, wygasły wulkan, terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii. Cztery i pół kilometra kwadratowego.



W 1790 roku zawinął tam okręt Bounty z dziewięcioma dezerterami i osiemnaściorgiem porwanych Tahitańczyków, głównie kobiet i dzieci. 
W 2012 roku mieszkało tam 48 osób, głównie potomków dawnej załogi statku z XVII wieku. Do niedawna na wyspę nie wpuszczano nikogo, kto nie dostał zgody decydentów na wysepce. Nie było mowy o dziennikarzach, reporterach, ludziach, którzy zadają pytania. 

Jeszcze parę lat temu na wyspę statek z transportem zawijał sześć razy do roku, obecnie jest to 12 razy i pozwala się także na turystykę, jeśli ktoś ma tyle samozaparcia, żeby spędzić kilka dni w podróży. Odwilż przyszła, kiedy ujawniono (w 2004 roku), że wyspa od lat była piekłem kobiet (gwałty, także na dzieciach, były na porządku dziennym) i przeprowadzono procesy sądowe. Ale lata miną, zanim to piętno zostanie zmazane, a atmosfera się oczyści.



Wasielewski, by dostać się na Pitcairn, musiał odpowiedzieć na wiele pytań (ukrył swoje reporterskie zamiary, ale i tak po paru dniach zaczęto na niego patrzeć podejrzliwie i wydalono), zanim przyszła zgoda z wyspy, by się tam zjawił.

Wyobrażacie sobie żyć w miejscu, z którego tak trudno się wydostać?

Wyspiarze dostają od rządu Wielkiej Brytanii ropę, by zasilać generator, ale i tak prąd włączają tylko na kilka godzin na dobę. Nie można ropy marnować, bo statek płynie długo. Kiedy ropa się skończy, nowej nie można po prostu kupić. Trzeba czekać na transport. Wyspa nie ma lotniska ani lądowiska.

Poza tym wszyscy są podejrzliwi - względem siebie, względem obcych, względem wszystkiego. Żyją odcięci od świata, więc łatwo tam zostać zbrodniarzem, który nie zostanie ukarany. Nikt nie wie, jakie tajemnice skrywają milczący starzy mieszkańcy.

Klimat jest tam tropikalny, mandarynki rosną wielkie jak pomarańcze, ale nie ma naturalnego rezerwuaru słodkiej wody, więc trzeba polegać na deszczówce i trzech niewielkich potokach. Jeśli ktoś zachoruje, to dzieli go od szpitala kilka dni.

W tych warunkach ludzie dziczeją. Książka opowiada o wyspie, ale też o procesie sprawców gwałtów. Ojcowie pozwalali tam gwałcić córki, bo sami gwałcili inne kobiety. Bo mieli dług wdzięczności względem innych osób na wyspie. Wszyscy tam są uwikłani w sieć zależności, której nie mogą zerwać, bo mają tylko siebie. Ci, którzy zeznawali przeciw sprawcom, na wyspie nie są teraz bohaterami, ale spotykają się z ostracyzmem. 

To jest świetny reportaż o największym zadupiu świata. I nie jest to raj na ziemi, choć niewątpliwie musi tam być pięknie, a nocą nigdzie indziej nie zobaczycie takich gwiazd.

Przeczytajcie wywiad za autorem i przeczytajcie książkę. Jeśli marzyliście kiedyś o życiu w uroczej komunie odciętej od tej paskudnej cywilizacji, to pewnie szybko zaczniecie rewidować swoje pragnienia.  

ZNAKOMITA książka. 
Laleczki skazańców

Laleczki skazańców

Nie będę reklamować po raz kolejny serii amerykańskiej Czarnego, bo ileż można, ale muszę zaznaczyć, że to kolejna świetna książka. Chyba jedna z najlepszych z tej serii.

"Laleczki skazańców" to reportaż holenderskiej dziennikarki, która spędza czas z kobietami korespondującymi ze skazańcami z amerykańskich (głównie teksańskich) cel śmierci. Przy okazji autorka opowiada o tym, jak wygląda życie ludzi skazanych na najcięższy wymiar kary. A bywa to życie bardzo długie (skazańcy czekają na wyrok czasami nawet kilkadziesiąt lat) i naznaczone cierpieniem.

Łatwo nam jest się odciąć od sprawy i uznać, że mordercy zasłużyli na to, co ich spotyka. Ja jednak, żyjąca w przekonaniu, że miarą naszego człowieczeństwa i miarą rozwoju cywilizacyjnego państwa jest to, jak traktujemy tych, którzy są od nas zależni, także więźniów, jestem absolutnie wstrząśnięta książką Lindy Polman. Miałam po niej penitencjarne koszmary. Książka ma zaledwie 200 stron i napisana jest bardzo zwięźle i lekko, jednak ładunek emocjonalny, który niesie, jest wagi ciężkiej.

Z jednej strony mamy (pamiętajcie, że cały czas mówimy o współczesnych czasach!) dziwaczne pikniki pod więzieniami w dniu egzekucji najbardziej znanych przestępców:

[...] matki wręczały dzieciom broszki i papierowe chorągiewki z napisem: "Bye, bye, Karla" [imię morderczyni], a ojcowie z maluchami na ramionach wypijali półlitrowe piwa przy stacji benzynowej na rogu i z powrotem szli na zabawę pod więzieniem.
A z drugiej strony mamy kobiety, które wchodzą w bliskie relacje ze skazańcami i widzą w nich ludzi, którzy - zgodnie z prawem - są często pozbawieni przez lata opieki medycznej (lekarz jest wzywany tylko do umierających - zdarzało się, że reanimowano zawałowca tylko po to, by go potem w majestacie prawa zabić), dentystycznej, dostępu do naturalnego światła, czy nawet kontaktu ze swoim adwokatem z urzędu.



Początkowo adresy skazańców można było dostać w zasadzie jedynie od Amnesty International, ale w erze internetu można już wybrać sobie przestępcę online.

Strony niewiele różnią się od zwykłych portali randkowych, z wyjątkiem tego, że na profilu można klikać w raporty z procesu sądowego, zdjęcia z miejsca przestępstwa, zdjęcia z kartoteki policji i rekonstrukcji przestępstw, które popełnili skazańcy.
Największym "braniem" cieszą się właśnie ci z cel śmierci, bo relacja z nimi z założenia nie będzie długa (jak się okazuje, to jednak złudne myślenie). Jako że są to ludzie w sytuacji bez wyjścia, padają ofiarą oszustów, którzy np. obiecują im pomoc prawną za duże pieniądze.
Masowo piszą do nich kobiety z krajów trzeciego świata, bo liczą, że uda im się poślubić na krótko skazańca i zostać wdową z amerykańskim paszportem.
Zdarzają się też szaleńcy religijni, obiecujący zbawienie, jeśli skazany kupi od nich święte teksty, i tym podobne sprawy. Zazwyczaj osadzeni się nabierają, bo - żyjąc przez lata w odosobnieniu, łakną kontaktu. I z biegiem lat tracą zmysły, więc łatwiej ich oszukać.

Obraz człowieka, nawet największego zbrodniarza, traktowanego przez funkcjonariuszy - zdawałoby się - bogatego, rozwiniętego kraju - jak śmieć, to coś, o czym nie chcemy wiedzieć. Tak samo jak nie chcemy wiedzieć o tym, że żaden przedstawiciel służby zdrowia nie chce brać udziału w egzekucji, więc wykonują ją ludzie nieznający się na rzeczy, co często prowadzi do wielogodzinnych tortur spowodowanych złym obliczeniem dawek leków lub nieumiejętnym wbiciem igły w żyłę.

Nie jestem zwolenniczką kary śmierci. Jestem zwolenniczką izolowania ludzi niebezpiecznych i nie oburza mnie ludzkie traktowanie terrorystów w krajach skandynawskich. Tym się bowiem różnimy od skazanych, że nie zabijamy, nie torturujemy, nie poniżamy. Tylko wtedy możemy przestępców osądzać.

Przeczytajcie te 200 stron, jeśli macie mocne nerwy. To jest tak głęboko smutna opowieść o brzydkiej stronie Ameryki, że niewiele może się z nią równać.
Zbrodnie prawie doskonałe.

Zbrodnie prawie doskonałe.

Z biegiem lat czytam coraz mniej beletrystyki, a coraz więcej reportaży. Odkrywam też z radością, że mamy w Polsce coraz więcej świetnych pisarzy non-fiction, dziennikarzy śledczych i innych mądrych ludzi, zajmujących się pisaniem o faktach.

Po "Zbrodnie" sięgnęłam trochę bez przekonania, zabierając się za nie w podróży. Kupiłam, bo były tanie - wiele wspaniałych książek trafiło do mnie dzięki promocjom. :) 



Iza Michalewicz to dziennikarka, która podjęła się opisania kilku starych morderstw, które pozostawały (i czasem nadal pozostają) nierozwiązane przez dziesięciolecia. Sprawy przechwycone po latach przez nowo utworzone w policji jednostki zwane "Archiwum X", są sprawami najcięższych, najbardziej tajemniczych zbrodni; nierozwiązanych albo przez niedostępność pewnych środków naukowych (jak np. badania DNA) dekady temu, albo przez rażącą nieudolność śledczych i prokuratury (to najbardziej bolesne fragmenty książki, można ze złości walnąć książką w ścianę).

Autorka wykonała mrówczą pracę i poświęciła mnóstwo czasu, grzebiąc w starych aktach spraw, jeżdżąc po Polsce i rozmawiając ze śledczymi, uderzając do prokuratorów i komisariatów (nie zawsze była przyjmowana z otwartymi rękami, choć trzeba przyznać, że ci najbardziej oddani sprawie funkcjonariusze byli bardzo życzliwi). Książka nie goni za sensacją, ale stara się pokazać układankę zdarzeń w sposób możliwie jak najbardziej rzetelny i zgodny z zebranymi informacjami. 

Znakomity jest rozdział o Jaroszewiczach, który odsłonił przede mną zupełnie nowe aspekty tej sprawy, ale i tak najbardziej w opisach kolejnych śledztw porażało mnie to, jak wiele zależy od garstki ludzi, którym się jeszcze chce - za psie pieniądze - użerać z "systemem". W kolejnych miastach likwiduje się jednostki odpowiedzialne za grzebanie w starych, nierozwiązanych sprawach; prokuratorzy, którzy popełniają rażące błędy, nie ponoszą konsekwencji, a państwu wcale nie zależy na złapaniu mordercy, jeśli trzeba by na jego znalezienie poświęcić trochę więcej czasu i pieniędzy.

Jeśli ktokolwiek z Was jest takim olbrzymim fanem serialu "Real Detective" (docu-drama o prawdziwych zbrodniach; nie mylić z "True Detective") jak ja, to na pewno się książką pani Michalewicz zachwyci. Ja przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem i uznaniem dla dociekliwości autorki. Owszem, czasem drażniły mnie barokowe metafory, które z rzadka pojawiały się w tekście ("Figurka patrzy na rozciągającą się przed nią panoramę gór, jakby chciała wsłuchać się w ciszę martwych świerków."), bo jestem bardzo wyczulona na nadmierny patos i ozdobniki, ale to nieduże grzechy. 



Chętnie przeczytałabym więcej i trochę liczę, że autorka napisze kolejne tomy z tej serii. Bardzo porządna rzecz. Zdecydowanie polecam.
Missoula.

Missoula.

Krakauer jest gwarantem dobrego reportażu, Czarne też nie wydaje raczej gniotów, więc sięgnęłam po tę książkę bez obaw o jej jakość, ale z lękiem, bo ciężar tematu jest przytłaczający. 

Książka opowiada o sprawach gwałtów w jednym z uniwersyteckich miasteczek, ale prawda jest taka, że to miasteczko nie było przypadkiem odosobnionym, a gwałty na tzw. frat parties to temat bardzo powszechny. Tak samo jak powszechny jest temat tzw. date rapes (gwałtów na randce), które są przez sądy - nie tylko w Ameryce - traktowane zatrważająco pobłażliwie. 

Tak samo jak w Polsce, sprawcy gwałtów rzadko trafiają do więzienia, a system prawny jest przeżarty szkodliwymi stereotypami, które uniemożliwiają sprawne działanie organów ścigania. 



To w skrócie. A w szczególe - och, jak inaczej się mimo wszystko odbiera "Missoulę" w Polsce... Jakkolwiek absolutnie się zgadzam z oburzeniem na pobłażliwą panią prokurator, która broni gwałciciela, bo to by mu zrujnowało życiowe plany, czy na innych niekompetentnych pracowników policji, to wiedząc, jak tragicznie wygląda sprawa zgłaszania gwałtów w Polsce, byłam zszokowana, że w moim odbiorze niektóre sprawy - choć do pewnego stopnia spartaczone - byłyby w Polsce uznane za nieźle poprowadzone. A to dlatego, że W OGÓLE ktoś sprawy prowadził. 

Zeznania zostały przyjęte i nagrane, do oskarżonego pofatygował się funkcjonariusz na przesłuchanie, próbki biologiczne zostały należycie zabezpieczone, itp.. Choć dalszy przebieg niektórych postępowań był niekoniecznie idealny, nie zawsze doprowadzał do skazania, itd., to mimo wszystko we mnie, żyjącej w Polsce, była to gorzka lekcja na temat państwa, w którym żyję. 



Porażająca jest wizja mężczyzn, którzy w ogóle nie uważają za gwałt współżycia z zamroczoną alkoholem dziewczyną, albo z dziewczyną, która nie ma siły się bronić (więc pewnie to lubi). To są faceci, którzy - w badaniach przeprowadzonych na uczelniach w USA - wprost przyznawali się do seksu z koleżankami, które w tym celu wcześniej celowo upili. Traktowali to jak męską opowieść o podbojach. Podczas gdy opowieści tych dziewcząt o tych samych wydarzeniach są koszmarem. 

Młode kobiety z tego powodu rezygnowały ze studiów, wpadały w depresję, alkoholizm, albo zaczynały się okaleczać w inny sposób. Ich życie przez lata było naznaczone mdłym wspomnieniem jednej imprezy, czasem gwałtu zbiorowego, który sędzia uznał za konsensualny stosunek, mimo że kobieta miała po nim obrażenia ciała. Młodzi mężczyźni, przyznający że czerpali wiedzę o seksualności z pornografii, nie byli w stanie zrozumieć, że seks bez przygotowania, seks bez zgody i przyjemności, prowadzi do zranień, uszkodzeń ciała, często poważnych rozdarć i jest bolesny. 

Statystyczna szansa, że dany gwałt został popełniony przez seryjnego przestępcę, to mniej więcej 90%. Badania są w tej kwestii jednoznaczne. Policja i prokuratorzy powinni mieć co do tego jasność. Zgłaszając gwałt, ofiara daje im możliwość odizolowania takiego faceta od społeczeństwa. Jeśli natomiast zrezygnujemy z prowadzenia sprawy, bo ofiara była pijana lub znana z rozwiązłości, czy zresztą z jakiegokolwiek powodu, sprawca prawie na pewno spróbuje zgwałcić kolejne kobiety. [...] policja powinna podchodzić do badania podejrzanych o gwałt z taką samą sumiennością, z jaką ściga narkotykowych bossów i sprawców przestępczości zorganizowanej,
W przypadku Missouli prowadzenie spraw utrudniała także społeczna presja, gdy oskarżonym był znany członek uwielbianej drużyny sportowej. Społeczeństwo nie miało ochoty w ogóle wierzyć, że mógłby zrobić coś nagannego, przerzucało winę na ofiarę, żałując biednego chłopaka, któremu to może zaszkodzić w karierze. Podobnie to działa w Polsce, kiedy oskarżony o molestowanie zostaje ktoś poważany w danej społeczności - czy to będzie nauczyciel, czy ksiądz, czy znany aktor, ludzie są skłonni go bronić za wszelką cenę, nie zważając na dowody jego winy. Za parę dni zresztą ukaże się polska książka na ten temat, którą na pewno przeczytam. 


"Missoula" to bardzo rzetelny reportaż, oparty na bardzo bogatych źródłach. Obnaża indolencję władz, mechanizmy wybielające sprawców, victim shaming; pokazuje krok po kroku, jakie błędy popełnia się w sprawach o gwałt, przedstawia badania naukowe dotyczące gwałcicieli i wpływ gwałtu na późniejsze życie kobiet. Mimo że sprawy opisane przez Krakauera, to sprawy wywodzące się niemal wyłącznie z jednej społeczności, z jednego miasteczka, to wszelkie wnioski mogą być spokojnie ekstrapolowane na inne środowiska.

Nie jestem wstrząśnięta po przeczytaniu. Jestem zrezygnowana. Pomimo tego, że Ameryce jeszcze wiele brakuje do tego, żeby prawo traktowało gwałcicieli odpowiednio, to Polsce jest do tego jeszcze dalej. Sto razy dalej. Dzisiaj opadły mi ręce i chwilowo nie mam siły nawet pisać o tym, co czuję. Strach wyciągać wnioski ogólne na temat sytuacji kobiet, bo można się pogrążyć, żyjąc w kraju, którego prezydent na legalu nawołuje, żeby ignorować rozporządzenia Konwencji Antyprzemocowej. Czego więc można wymagać od słabo opłacanych i niedoszkolonych policjantów?

Ech. Dobra książka. Tylko dla dorosłych. I dla ludzi o mocnych nerwach. 

Copyright © 2014 Na regale , Blogger