Książki do działań kreatywnych. Część pierwsza.

Książki do działań kreatywnych. Część pierwsza.

Dzisiaj spadł deszcz, a dziecko nie pojechało na basen, bo zatkało mu się ucho od kataru, więc usiedliśmy, żeby przejrzeć niezmierzoną masę zabazgranych, zamalowanych i pociętych mniej lub bardziej książek do szaleństw plastycznych i książek - instrukcji majsterkowania. Trzeba część wyrzucić, trzeba część przetrzebić, bo dom nie jest z gumy. Ale jednak trochę żal nie podzielić się tym, co sprawdziło się najlepiej.

Tym razem głównie zdjęcia, nie ma się nad czym rozwodzić. Po zajrzeniu do środka łatwo zorientujecie się sami, z czym macie do czynienia. :)

Na początek cała seria, z której przy życiu zostały nam już tylko dwie pozycje (reszta, przemielona na wiele sposobów, dawno trafiła na makulaturę):


Mieliśmy także Smoki, Piratów i Księżniczki, ale istnieje więcej książek z tej serii:





W tych ćwiczeniówkach mamy masę klejenia, cięcia, rysowania i ogólnej destrukcji. W każdej jest komplet naklejek, kilka arkuszy wzorzystego papieru, maski do wycięcia i tym podobne szaleństwa. Bardzo atrakcyjne wizualnie, dobre już dla czterolatka (rodzic przeczyta instrukcję i pomoże przy wycinaniu). Fajna seria, bardzo porządnie wykonana. Dała nam dużo radości.






Następne w kolejce są książki stawiające na rysunek, naukę mimochodem i ćwiczenie wyobraźni:


"Typogryzmol" to książka do zabawy literami. Wszystkie ćwiczenia krążą wokół liter i typografii. Dobre dla dzieci uczących się czytać, ale też dla starszych i młodszych (wtedy z pomocą rodziców). Pomysłowa i unikalna pozycja:




"Zróbmy sobie arcydziełko" kręci się wokół słynnych nazwisk, dzieł sztuki, technik i nurtów. Od pięciu lat wzwyż.



"O ja cię!" to pozycja najbardziej "lajtowa". Raczej podpowiedź przy rysowaniu, niż instrukcja. Dobra już dla najmłodszych, do rysowania z rodzicami. Starszaki też się będą dobrze bawić. Szalone polecenia, zachęta do używania wyobraźni. Na dodatek książka bardzo gruba, starczy na lata. :D




Na koniec ćwiczeniówki-kolorowanki:


Książki, które sprawią frajdę nawet dorosłym. Ja z rozkoszą kolorowałam razem z dzieckiem, bo to książeczki tak śliczne, że miło się z nimi obcuje.







Ciąg dalszy wkrótce nastąpi...

Kącik z cytatem. Ku czci.

Jak już pisałam wczoraj na stronie fejsbukowej i gieplusowej bloga, wczoraj zmarł sir Terry Pratchett. Rzadko płaczę po osobach, których nigdy nie znałam, ale tym razem dławiło mnie w gardle cały wieczór.
Nie ukrywałam nigdy, że kocham Świat Dysku, a Pratchetta uważam za geniusza.
Nie będę recenzować jego książek, nie mam odwagi i odpowiedniego tupetu. Aczkolwiek pewnie napiszę kiedyś kilka słów o jego opowiadaniach dla dzieci (ale będą to słowa ostrożne i zapewne pełne nabożnej czci - nie jestem obiektywna, wyznaję bowiem kult Wielkiego A'Tuina).

Mogę jednak przez jakiś czas kącik z cycatem uczynić kącikiem Terry'ego. Począwszy od dzisiaj.

Wiesz co jest największą tragedią tego świata? Ludzie, którzy nigdy nie odkryli, co naprawdę chcą robić i do czego mają zdolności. Synowie, którzy zostają kowalami, bo ich ojcowie byli kowalami. Ludzie, którzy mogliby fantastycznie grać na flecie, ale starzeją się i umierają, nie widząc żadnego instrumentu muzycznego, więc zostają oraczami. Ludzie obdarzeni talentem, którego nigdy nie poznają. A może nawet nie rodzą się w czasie, w którym mogliby go odkryć.
"Ruchome obrazki"

Niektórzy żądni przygód żeglarze, którym od długiego wpatrywania się w jajka i pomarańcze przychodzą do głowy głupie pomysły, próbowali czasem dopłynąć na antypody. I szybko się przekonywali, dlaczego odległe statki wyglądają czasem tak, jakby ginęły za krawędzią świata. Dlatego mianowicie, że giną za krawędzią świata.
"Blask fantastyczny"


Za każdym magiem ósmego stopnia stało przynajmniej pół tuzina magów stopnia siódmego, którzy próbowali zrzucic go ze stanowiska. Dlatego u poważnych czarowników rozwijała się swego rodzaju podejrzliwośc wobec, dajmy na to, skorpionów znajdywanych w łóżku. Stare przysłowie podsumowuje to następująco: kiedy mag ma już dośc szukania tłuczonego szkła w jedzeniu, ma już dośc życia.
"Blask Fantastyczny"

Poeci próbowali opisać Ankh-Morpork. Bez sukcesów. Może z powodu niepojętej, gorliwej żywotności miasta, a może dlatego, że miasto z milionem mieszkańców i bez żadnej kanalizacji jest zbyt mało subtelne dla poetów, którzy preferują żonkile i trudno im się dziwić. Dlatego powiedzmy tylko, że Ankh-Morpork jest tak pełne życia jak dojrzewający ser w upalny dzień, głośne jak klątwa w katedrze, jaskrawe jak plama oleju, barwne jak siniak i szumiące od działalności, interesów, ruchu i czystej, rozbuchanej aktywności niczym zdechły pies na kopcu termitów.
"Mort"

Śmierć stał za pulpitem i studiował mapę. Spojrzał na Morta nieobecnym wzrokiem.
- NIE SŁYSZAŁEŚ PRZYPADKIEM O ZATOCE MANTE?- zapytał.
- Nie, proszę pana.
- SŁYNNA KATASTROFA MORSKA
- Zdarzyła się tam?
- ZDARZY, wyjaśnił Śmierć, JEŚLI TYLKO ZNAJDĘ TO PRZEKLĘTE MIEJSCE
"Mort"

Każdy z nich uważał książkę albo za wyposażenie toalety, albo za przenośny zbiór zapalniczek, i sądził, że higiena to rodzaj powitania. Mimo to byli uczciwi (z ich specyficznego punktu widzenia), przyzwoici (z ich specyficznego punktu widzenia) i widzieli świat jako całkiem prosty. Rabowali bogatych kupców, świątynie i królów. Nie napadali na ubogich. Nie dlatego że ubóstwo jest jakąś cnotą, ale dlatego że ludzie ubodzy nie mają pieniędzy.
"Ciekawe czasy"
Meto i Opiekunowie tajemnic

Meto i Opiekunowie tajemnic

Dawno mnie tu nie było z braku wolnego czasu. Nie znaczy to, że nie znalazłam tego czasu na czytanie, czy że moje dziecko w tym czasie nie pochłonęło kilku książek. Ostatnimi czasy mój syn trafił na książki dość specyficzne, ponure nawet, więc z góry uprzedzam, że poniżej siódmego roku życia nie polecam. :)

"Meto" to opowieść bardzo tajemnicza. Ja się wciągnęłam w nią razem z dzieckiem na tyle, że nie mogę się doczekać kolejnego tomu (a wyjdzie wkrótce). Na początku opowieści trafiamy do domu pełnego małych chłopców. Nie wiemy, skąd się tam wzięli, ani dlaczego. Chodzą do szkoły, są surowo karani za przewinienia, a gdy dorosną, znikają w tajemniczym miejscu. Nie pamiętają swojego wczesnego dzieciństwa, nie pamiętają, co się działo, zanim trafili do tego wielkiego domu. Niektórzy mają strzępy dziwnych wspomnień, pamiętają pojedyncze słowa i obrazy, ale ich nie rozumieją. Za zadawanie zbyt wielu pytań trafiają jednak do zimnej celi, więc szybko uczą się, że nie powinni obnosić się ze swoją ciekawością.


Meto jest jednak chłopcem, który nie może znieść tej niewiedzy. Szybko zaczyna spiskować, żeby wreszcie poznać prawdę. Co dalej, nie powiem Wam, ale na pewno klimat Orwella dla dzieci jest dla niestrachliwych pociech. We Francji ta książka jest podobno wśród dzieciaków kultowa tak jak nasze rodzime "Magiczne drzewo". Jestem w stanie w to uwierzyć.

"Opiekunowie tajemnic" mają nieco podobny klimat. Oto świat, w którym każdy krok jest obserwowany, a dzieci przez wiele lat są przywiązane łańcuszkami do swoich opiekunów - rodziców, nauczycieli (ci drudzy to kreatury dość przebrzydłe). Złotka, która jest tutaj główną bohaterką, nie może się doczekać ceremonii rozłączenia. Chce wreszcie przestać być uwiązana. Niestety w dniu jej planowanego uwolnienia w miasteczku ginie dziecko, więc władze postanawiają, że dzieci będą uwiązywane dłużej. Tego Złotka znieść nie może - zwłaszcza, że zaczyna zauważać pewne niezwykłości, które ją intrygują. Udaje jej się zbiec i schronić w tajemniczym Muzeum. Jej ucieczka zapoczątkuje łańcuch wydarzeń, od których trudno będzie się czytelnikowi oderwać.


Obie książki są o świecie, w którym trudno żyć. O świecie rządzonym przez tyranów, o ucisku i niesprawiedliwości. Sami zadecydujcie, czy jesteście gotowi na to, żeby Wasze dzieci już o tym czytały. Powiem Wam tylko, że obie te książki są po prostu dobre. Porządnie napisane, najwyraźniej też nieźle przetłumaczone. Pomysłowe, mroczne i wciągające. Zdecydowanie przygodowe. Dla miłośników "Baśnioboru", który miewał mocne momenty, nie będą też zbyt straszne. Za to dają świetną lekcję o wszelkiej maści totalitaryzmach.

Ja gorąco polecam. Od siedmiu lat wzwyż.
A kolejne tomy obu książek już wkrótce do kupienia:


Nie taka dziewczyna.

Nie taka dziewczyna.

Lena Dunham to fenomen. Jest kilka lat młodsza ode mnie, nakręciła świetny serial o młodych kobietach, zdobyła Złoty Glob (w zasadzie to powinnam jej nie znosić) i jest w swoim serialu aktorką, która nie ma problemu z pokazywaniem ciała, które odbiega od tego, do czego przywykł szołbiznes. Nie zostałaby dziewczyną Bonda, to pewne.
Dla mnie wygląda normalnie, ale już po pierwszych odcinkach "Dziewczyn" wylała się na nią fala hejtu - jak taka zwykła dziewczyna z wystającym brzuchem i małymi cyckami mogła się rozebrać przed kamerą.

Dla przykładu shopourtv (serwis, który pokazuje, gdzie można kupić ciuchy, które ludzie widzieli w telewizji) przy bikini, w którym Lena wystąpiła w serialu, wrzucił taką fotkę:


Może tylko dla mnie jest w tym coś dziwnego. Nie wiem.

No więc Lena Dunham napisała książkę. Wydało mi się nieco głupie to, że książkę o swoim życiu napisała dziewczyna, która nie ma jeszcze trzydziestu lat, ale ponieważ jestem oczarowana jej talentem i jej feminizmem, postanowiłam ją przeczytać i tak.

I teraz nie wiem, czy dobrze zrobiłam. :)
Przyznaję, że mam problem z tym poziomem ekshibicjonizmu, jaki prezentuje "Nie taka dziewczyna". Nie dlatego, że mnie to krępuje, ale dlatego, że niekoniecznie jestem pewna, czemu to ma służyć. Z drugiej strony - rozumiem, że książka jest o seksualności i ciele, a tutaj trudno mówić półsłówkami.

Lena opisuje swoich kochanków, utratę dziewictwa, neurozy, paranoje, miłość i bezwarunkową akceptację rodziców, która nie sprawiła, że ominęły ją życiowe potknięcia, skłonność do brutalnych mężczyzn i nerwica natręctw

Seks w "Nie takiej dziewczynie", jest taki, jak w serialu "Dziewczyny" - niecukierkowy. Ludzie podczas niego rozmawiają o czymś innym, niż "ach, jakie masz lśniące włosy i jak bardzo cię kocham", nie wyglądają zgrabnie, kochają się na zmierzwionej, niewyprasowanej pościeli, a po wszystkim nie owijają się szczelnie w prześcieradło. Jest prawdziwy. Mnie też zawsze sceny erotyczne w tzw. mainstreamie wkurzały. Kto tak wygląda? Czemu po wszystkim kobieta ma nadal uczesane włosy, leży z osłonietymi piersiami, a mężczyzna przykryty do pasa? Przecież to głupie.


Wszystko, co widziałam jako dziecko, od "Beverly Hills 90210" do "Co się wydarzyło w Madison County", pozwalało mi wierzyć, że seks to wstydliwe, ciepło oświetlone zdarzenie, podczas którego dwoje gładkolicych frajerów o rozmarzonych spojrzeniach osiąga wspólny orgazm, oddychając sobie w twarz. Pierwszy raz, kiedy rozebrałam się przy facecie, choć było to groteskowe, ogromnie mi ulżyło, że nie próbował wtedy wdychać mojego zapachu i nie dotykał mojej piersi przy dźwiękach jęczącego Chrisa Isaaka.
Brnąc dalej w opowieści o szkolnych miłościach, odkrywaniu swojego i cudzych ciał, mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony to wszystko ma jakąś moc - ta bezwzględna szczerość, nerwowe wypisywanie kalorii, kiedy postanawia się odchudzać (trochę jak u Bridget Jones), skupienie na sobie. Z drugiej strony - mam wrażenie, że to jednak książka dla kobiet znacznie młodszych ode mnie, dwudziestoletnich, powiedzmy. Osiemnastoletnich. Nie mogę się nie zgodzić chyba z zarzutami, że ta książka, to trochę jęczenia uprzywilejowanej, zamożnej, białej dziewczyny z dużego miasta, która nie ma większych problemów (chociaż trochę mi wstyd, że tak myślę).

Opowieści o jej amerykańskim dorastaniu brzmią dla Polki w moim wieku trochę tak, jakby Lena Dunham urodziła się co najmniej dekadę później, niż się urodziła. Nasze doświadczenia są tak bardzo różne, że trudno mi przejmować się niektórymi jej problemami. Z tyłu głowy mam cały czas hamulec: "nie możesz oceniać, dla każdego ważne jest coś innego, bla bla bla", ale na wierzch i tak wyłazi niechciana, oceniająca ja: "o co ci chodzi, dziewczyno?"

Myślę, że "Nie taka dziewczyna" może stać się bardzo ważną książką dla kobiet dopiero wkraczających w dorosłe życie. Książką o uczeniu się na błędach, książką o tym, że nie musimy pasować do tego, co wmawiają nam media, książką o nie cukierkowym seksie, o akceptowaniu siebie.

Ja o tej książce zapomnę bardzo szybko, ale gdybym miała, dajmy na to, dziewiętnaście lat, to byłabym olśniona.

I jestem bardzo ciekawa, jak by Lena napisała o tym wszystkim, o czym napisała, za trzydzieści lat. Bo teraz - cóż, ma mi do powiedzenia mniej, niż sama wiem. Jest ode mnie młodsza, nie ma dzieci (wiem, wiem, zaraz ktoś rzuci mi się do gardła, że nie trzeba mieć dzieci, żeby to i siamto, ale) i żyje jednak pod kloszem. Niech tworzy dalej, niech pisze więcej, życzę jej jak najlepiej. A książkę niech sobie poczytają dziewczyny, które właśnie zdały maturę.
Lutowy kącik zapowiedzi.

Lutowy kącik zapowiedzi.

W styczniu kącika nie było, bo początek roku to zazwyczaj posucha - wydawnictwa wiedzą, że ludzie nakupili książek pod choinkę i przez chwilę spasują. Zwłaszcza, że portfel chudy po Gwiazdce.
Teraz się już jednak coś ruszyło. :)

Na początek coś dla dzieci.

1. Media Rodzina wyda książkę, będącą poradnikiem małego wynalazcy i eksperymentatora. Propozycje kreatywnych zabaw pod rękę z Findusem, który jest znany z tego, że choinkę dekoruje odpadkami z warsztatu. Niestety na stronie wydawnictwa nie ma podanej daty premiery (a przynajmniej ja nie znalazłam).


2. Dwie Siostry mają ładnie ilustrowaną propozycję dla maluchów. O jedzeniu. Premiera w tym miesiącu.


3. Dla miłośników Minecrafta dwie kolejne powieści z tego uniwersum. Przyznaję, że mój syn pochłania książki z tej serii w rekordowym tempie. Przyznaję też, że ja żadnej z nich osobiście nie czytałam. Niemniej - dzieciaki to kochają. "Portal" ukaże się 28. lutego, a to drugie 18. marca.



4. Od niezawodnego Czarnego książka o światku ojca Rydzyka. Zacieram rączki. To może być niezłe. :> Do kupienia 18. marca.


5. Literackie ma dla nas nową Munro. Już 19. lutego.


6. A Albatros lisy Vonneguta. 20. lutego.



7. Oraz autobiografię pana Cleese'a. Podobno bardzo zabawna. ;) Premiera 18. marca.


8. Nowy komiks Gaimana dopiero we wrześniu (w oryginale, czy będzie kiedyś po polsku, to nie wiem), ale wrzucam ku pamięci.


9. A na koniec informacja dla miłośników fantastyki i Cassandry Clare. W kwietniu wydawnictwo Albatros wypuści pierwszy tom serii Magisterium. Podobno fajnej. :)
Z przyjemnością czytałam serię Mortal instruments, chociaż musiałam ignorować jej nastolatkowość. Niemniej - podobał mi się świat Nocnych Łowców i czuję, że ta autorka ma spory potencjał, bo każdy kolejny tom był nieco lepszy i mniej niezgrabny. Po Magisterium też pewnie sięgnę. :)


O stereotypach.

O stereotypach.

Postanowiłam narazić się dzisiaj na falę hejtu (o strasznym gender będzie) i napisać posta na temat książek, które łamią stereotypy, pokazują dzieciom świat, w którym jest coś więcej, niż dziewczynka, która bawi się lalkami i chłopiec, który bawi się samochodami.

Od początku mojej rodzicielskiej kariery potrójnie wkurza mnie podział świata na różowy i niebieski.
I nie, nie uważam, żeby coś było złego w kolorze różowym, ale to tylko kolor i nie powinien mieć płci. Podobnie denerwowały mnie zawsze książki, które zbyt nachalnie upychały dzieci do szufladek. Nie mówię tutaj o klasycznych baśniach, rzecz jasna (nie dajmy się zwariować, mimo stereotypowego Kopciuszka ;)), ale raczej o książkach, które już na samym początku mają napisane, że są "dla chłopców", albo "dla dziewczynek", albo o książkach bezrefleksyjnie głupich i krzywdzących.
Przy czym w książkach "dla chłopców" jest budowanie, tworzenie, klocki, roboty, planety, dinozaury. A w książkach "dla dziewczynek" - kucyki, makijaż, sukienki, dekoracje. Komunikat jest jasny, nie będę go nawet dodatkowo artykułować.

Kilka okładek takich koszmarków tutaj. Nie kupowałam ich nigdy, nawet jeśli były fajne - żeby nie dawać dziecku dziwnego przekazu na temat tego, co komu "wolno", a co nie:




 



Denerwowało mnie, kiedy chcąc kupić dziecku zabawkową kuchnię, słyszałam w sklepie pytania w stylu: "A córeczka to woli różowy, czy czerwony?". Otóż nie mam żadnej córki. Chłopcy też gotują - widzieliście kiedyś Gordona Ramsaya? Chłopcy bawią się też lalkami, bo dorośli mężczyźni zajmują się także dziećmi. Jeśli nie chcą - też świetnie, nie ma przymusu, ale nie powinni słyszeć/widzieć, że to niewłaściwe.

Im starszy był syn, tym bardziej denerwowało tramwajowe babcie, że wiezie ze sobą wszędzie pod pachą ukochanego, jaskraworóżowego kota. Tak jakby obecność różu miała syna skalać na wieki.
Wychowując więc chłopca w takim świecie, jaki mamy, mogłam mieć chociaż wpływ na rzeczywistość, którą widzi w książkach, skoro nie mogłam zmienić szurniętych moralizatorów i moralizatorek, którym się wydawało, że od zabawy lalkami chłopcu odpadnie siusiak (nie odpadł; a koleżankom syna też nie wyrósł ani jeden dodatkowy od zabawy samochodami).

Żeby uciec od tego posegregowanego świata, wpadłam w objęcia współczesnej skandynawskiej literatury dziecięcej. Zakochałam się w wydawnictwie Zakamarki, a potem szukałam już dalej sama, znając nazwiska i serie wydawnicze.

Moje dziecko jest już w szkole i ze zdwojoną siłą walczymy z kretynizmami, które próbują być wtłaczane do głów dzieciom mimochodem przez bezrefleksyjnych dorosłych. Z panią na basenie, która mówi chłopcu, że czerwona deska jest dla dziewczyn, z mamami, które chcą na Mikołajki dzielić prezenty wedle płci (jakby nie można wszystkim było kupić fajnych, twórczych zabawek, nie dając dzieciom przekazu, że coś jest nie dla nich tylko dlatego, że mają określone rzeczy w majtkach), i tak dalej. Cieszę się jednak, że mój syn, wychowany na książkach mądrych i podkreślających różnorodność świata, zauważa te niestosowności i nikogo nie szufladkuje. Nie wiem, czy tak będzie zawsze, ale wiem, że część pracy wychowawczej wykonaliśmy całkiem nieźle. Oby to kiedyś zaowocowało.

A teraz do rzeczy - tytuły książek, które pomagają wyrwać się z baśniowego podziału na dzielnych rycerzy i bierne księżniczki. Z podziału na gotujące mamy i pracujących tatusiów.

"Igor i lalki" - autorka cudownej Nusi napisała zabawną książeczkę o chłopcu, który w przedszkolu dołącza do dziewczynek, które bawią się lalkami.


Na początku trochę się wstydzi, chce schować się z tą zabawą przed kolegami, ale wkrótce koledzy do niego dołączają i okazuje się, że jest świetnie. Na jednej przerwie mogą grać wszyscy w piłkę, a na innej mogą owijać się ścinkami materiału i odgrywać role (tutaj polecam szczególnie przezabawną scenę, w której Barbie rodzi klopsika ;)).




Ta sama autorka napisała książkę, w której ukochany wujek ma partnera, a nie partnerkę ("Zlatanka i ukochany wujek") - nie jest to podane wprost, raczej mimochodem, bo to tak naprawdę książka o zazdrości, ale polecam, gdyby ktoś chciał wprowadzić dziecko w temat.

Godna polecenia jest też seria o tacie, autorstwa Markusa Majaluoma, wydana przez wydawnictwo Bona. Polecam ją nie tylko dlatego, że w tej książce to mama wraca późno z pracy, a dziećmi cały dzień zajmuje się tata, ale też dlatego, że to są po prostu bardzo fajne książeczki. Zabawne, śliczne i dobrze napisane.




Z klasyki polecam Pippi. Dzielna, niezależna, trochę niegrzeczna dziewczynka. Żeński Tomek Sawyer, Huck Finn i tym podobni. Dla równowagi, bo literatura dziecięca pełna jest niesfornych chłopców i grzecznych dziewczynek.


"Księżniczki i smoki" zrywają z tradycją, w której córeczka króla biernie czeka, aż dzielny rycerz ją wyzwoli i zadecyduje za nią o jej losie. Są niesforne, sprytne, dzielne i same biorą sprawy we własne ręce. Poza tym są różne - jedne uwielbiają przeglądać się w lustrze, inne zapominają się umyć. Jak to w życiu. ;) Do tego smoki są przeurocze. :)




"Jak mama została Indianką" odrywa mamę od garów i wrzuca w wir przygody. Urocza i ciepła opowiastka, przy okazji przecząca wizji mamy, która jest tylko od nudnych domowych obowiązków, podczas gdy tata jest od fajnych zabaw i szaleństw.




Bardzo cenię sobie książki, w których jest równowaga - w oczy nie rzuca się żadne szufladkowanie, a bohaterowie są zróżnicowani. Niestety trudno o takie książki w lekturach szkolnych, które były pisane co najmniej pół wieku temu (kanon lektur zmienia się zbyt wolno, a mnie zęby bolą przy niektórych pozycjach, które musi czytać moje dziecko), ale we współczesnej literaturze można już przebierać.

Są wspaniałe książki o Lottcie, są książki o Piaskowym wilku; jest mnóstwo książek o grupie dzieciaków (zróżnicowanych płciowo ;)), przeżywających odjazdowe przygody (a dziewczynki nie zajmują się tam cerowaniem chłopcom skarpetek), jak np. "Lemony Snicket", "Magiczne drzewo" i inne tym podobne pozycje. Jest w czym wybierać.

Nie zalecam popadania w paranoję, nikomu nie zaszkodzą klasyczne baśnie, czy koszmarny "Plastusiowy pamiętnik" (dziewczynki to beksy, mające porządek w piórniku, a chłopcy to łobuzy z rozlanym atramentem ;)), bo i tak największy przykład idzie z domu, ale jestem pewna, że jeśli dziecko regularnie będzie dostawało "książeczki tylko dla dziewczyn/chłopców", to tylko na tym straci. Po prostu.
A szkoda by było, żeby mądra dziewczynka nie została kolejną Marią Skłodowską-Curie, bo jej się wmówiono, że eksperymenty są dla chłopców. :)

Wróg i Chmurka

Wróg i Chmurka

Dzisiaj znowu zbiorowo - dwie książki o rzeczach trudnych.
Z jednej strony "Wróg" - o bezsensie wojny, z drugiej wspomnienia dziecka z syberyjskiej zsyłki.


Niedawno pisałam o innej książce Cali i Blocha - równie wymownej w swojej lakoniczności.
Tym razem mamy książkę o wojnie, w której wojna rozgrywa się głównie w głowach żołnierzy.
Jest ich dwóch, obaj siedzą w okopach po dwóch stronach barykady. Obaj mają wytyczne od dowództwa. W wytycznych wróg jest potworem, który morduje dzieci. Należy go zabić, zanim zatruje wodę i zabije czyjąś matkę.


Obaj żyją w ciągłym strachu i nie wychodzą w ogóle z rowu. Czasem się wychylą, by oddać strzał w kierunku wroga, ale głównie siedzą i się boją. Oprócz nich nie ma nikogo.
Są samotni, nie wiedzą, jak długo mają tam siedzieć i po czym poznać, że wojna się skończyła.
Na dodatek okazuje się (kiedy w końcu, w desperacji, docierają do okopu wroga), że po drugiej stronie nie siedzi krwiożercza bestia, ale ktoś, kto trzyma w swoim dole zdjęcia żony i dzieci.


Wojna nagle wydaje się potwornym bezsensem.
Wróg jest bardzo zmęczony, teraz to wiem. I wiem, że ma rodzinę, która na niego czeka. Gdyby ta wojna się skończyła, każdy z nas mógłby wrócić do domu. Gdyby skończyła się wojna. Myślę, że niewiele trzeba, by tak się stało.Mógłby mi wysłać taką wiadomość: "W tym momencie kończymy wojnę". Gdyby to zrobił, od razu bym się zgodził.
I ten przekaz, wyzierający z prostych ilustracji i krótkich zdań, jest dla mnie absolutnie genialny, bo właśnie o to mi chodzi, w opowiadaniu dziecku o wojnach - że tak naprawdę są bez sensu. Że wszystko powinno być inaczej, że ludzie powinni dogadywać się w inny sposób.


Druga książka budzi moje mieszane uczucia. Chociaż uważam, że seria "wojny dorosłych - historie dzieci" jest genialna, potrzebna i unikatowa na polskim rynku, to jednak w przypadku "Syberyjskich przygód Chmurki" nie wiem, co myśleć.

Chmurka jako trzylatka trafia z mamą i babcią na Syberię. Jest za mała, żeby pojąć grozę sytuacji. Na miejscu, kiedy mama i babcia harują w nieludzkich warunkach, ona bawi się z miejscowymi dziećmi. Z tych zabaw wyziera ponura rzeczywistość, ale dzieci tego nie widzą. Robią sobie sanki ze zmrożonych krowich odchodów, łowią małe rybki we własne majtki, obserwują sprytne szczury i głaszczą dumnego kota (kocur Katafiej Katafiejewicz jest moją ulubioną postacią w tej książce).

Chmurka widzi, że mama płacze, ale nie do końca rozumie jej opowieści o PRZEDTEM. Jak we mgle pojawiają się w jej głowie strzępki wspomnień, w których mama pachnie perfumami i nosi buty na obcasach, ale to tylko małe obrazki. O wiele lepiej pamięta całe ich życie na Syberii. Dzieciństwo w sumie dość beztroskie i na swój zadziwiający sposób udane, mimo że jej mama ginie w zamieci pod kołami pociągu.


Chmurka nie chce wracać do Polski, kiedy wojna się kończy. Woli mówić po rosyjsku i ma wschodni akcent, na który ludzie reagują wrogo. Młody czytelnik może odnieść wrażenie, że na tej Syberii było lepiej, niż w ojczyźnie, co chyba nie było zamysłem książki.
Chociaż ja między wierszami wyczytałam koszmar spartańskiego życia na końcu świata, to w oczach czytającego "Syberyjskie przygody" dziecka Chmurka jest pokrzywdzona nie tym, że trafia z mamą w ten koszmar, ale tym, że musi po paru latach opuścić kolegów i koleżanki i wrócić tam, gdzie niekoniecznie wszyscy są mili. Zwłaszcza, że opisy dziecięcych zabaw są niezwykle barwne i w zasadzie wesołe, a wzmianki o ciężkim losie dorosłych w tej niemal bullerbynowskiej atmosferze po prostu giną.



Wiem, że oszczędnie dawkowana groza jest bardziej wyrazista. I na mnie to działa. Tylko że jestem mamą siedmiolatka i wiem, że on w tej książce widzi tylko te fantastyczne zbieranie jajek, czekanie na krowi placek i łowienie ryb. Tak po prostu.


Norki, myszy i ryjówki.

Norki, myszy i ryjówki.

Komiksy dla dzieci wróciły niedawno do łask i przeżywają prawdziwy boom. Cieszy mnie to niezmiernie nie tylko dlatego, że sama lubię komiksy, ale też dlatego, że komiksy bardzo skutecznie zachęcają dzieci słabo czytające do tego, żeby sięgnęły po książkę samodzielnie, nie wyręczając się rodzicem (wspólne czytanie komiksu jest jednak mało komfortowe), a Polska potrzebuje ludzi, którzy czytają (że tak górnolotnie pojadę...).

Mój syn, kiedy zaczynał sam czytać, nie miał jeszcze sześciu lat. Pierwszą dłuższą książką, którą przeczytał od deski do deski, bez pomocy, bez zniechęcania się, że po poskładaniu zdania zapomniał jego treść (w komiksie podpowiada obrazek, więc jest łatwiej), była "Norka zagłady" Tomka Samojlika. Była to druga część "sagi" o gryzoniach, a pierwszej nie sposób było wtedy dostać, bo od dawna była wyprzedana.


W tym roku "Ryjówka przeznaczenia", pierwsza z serii (trzeci będzie w tym roku, mam nadzieję, "Powrót rzęsorka"), doczekała się wznowienia, na dodatek wzbogaconego o kilka drobnych dodatków.


Komiksy Samojlika to zawsze zabawne, przyrodnicze, edukacyjne pozycje, które są nie tylko pięknie narysowane, ale też fabularnie niczego im nie brakuje. W "Ryjówce" mamy pełną emocji wyprawę gryzoni po pomoc dla konającego od ludzkich śmieci lasu. Przy okazji zdobywamy (nie tylko dzieci, ja też się sporo dowiedziałam) całkiem sporo informacji o rozmaitych ryjówkowatych, zamieszkujących nasz kraj. W przypisach mamy kopalnię (no, sporą norkę przynajmniej) wiedzy ładnie, zgrabnie i sprawnie podanej.

Do tego miłe jest puszczanie oka do dorosłych, ale nie utrudniające dzieciom zrozumienia książki - w treści aluzje do Władcy Pierścieni, a nawet Monty Pythona (chrząszcze, które mówią "ni"), a na końcu książki ryjówkowe plakaty filmowe.




Druga nowość o gryzoniach, to już nie krajowa, ale amerykańska opowieść. Komiks Petersena to potrójny laureat nagrody Eisnera - myszki zasiadły w loży zwycięzców obok np. Sandmana, więc jest się czemu przyjrzeć z bliska.
Bajeczka dzieje się w średniowieczu, a myszy są rycerskie. Intryga jest niemal Tolkienowska, myszy giną w strasznym świecie gigantycznych dla nich węży, krabów i ludzi. Nie, nikt nie pokazuje tego zbyt dosłownie, ale wiemy, że mysia wyprawa to nie kaszka z mleczkiem.


Trudno mi polecić "Mysią straż" maluchom, bo język jest trudniejszy, a fabuła bardziej zawiła, niż w książkach Samojlika, więc nie kupujcie swoim ledwo czytającym dzieciom. To znaczy kupcie, poczytajcie sami, a potem wyciągnijcie z czeluści, jak trochę podrosną. Myszki to lektura dla oczytanego już (co najmniej) siedmiolatka.


"Mysia straż" doczekała się także gry RPG na swojej podstawie, a w Polsce za chwilę ukażą się kolejne tomy komiksu.
Copyright © 2014 Na regale , Blogger