Wiosenno-koronawirusowy kącik nowości i zapowiedzi 2020.

Wiosenno-koronawirusowy kącik nowości i zapowiedzi 2020.

Wiem, jest źle.
Ale to minie. Kiedyś musi. A książki można czytać wszędzie. Popatrzmy, poplanujmy. Zachowajmy pozory normalności.

Dzisiaj zapowiedzi i nowości, bo na facebooku codziennie piszę o jakiejś książce teraz - co prawda krótko i bardzo powierzchownie, ale zawsze. ;)


1. Zacznijmy od komiksów i książek z obrazkami dla dzieci.

"Myszart" jest od tygodnia już dostępny. :) Opowieść o muzycznie utalentowanej myszy:





Zarówno "Myszart", jak i drugi tom "Wujka Sknerusa" to oferta Egmontu. (Wujek będzie do kupienia pojutrze.)


Obrazkowa opowieść o roślinach to z kolei oferta "Dwóch Sióstr".





2. Książki dla dzieci i młodzieży z innej, niż bardzo obrazkowa, beczki.

Po kolei:
Nowy Widmark (nie trzeba go przedstawiać), to pierwszy tom zupełnie nowej serii dla dzieci.

Wydawca opisuje tak:
Który dorosły nie chciałby znowu być dzieckiem, bez obowiązków i zobowiązań? A które dziecko nie chciałoby być starsze, aby robić wszystkie te zakazane rzeczy, które mogą robić dorośli? A jak by to było, gdyby te marzenia się spełniły? Cóż, rodzina Janssonów znajdzie na to odpowiedź, kiedy przez tydzień „będą żyć jak w bajce” – a może jednak jak w koszmarze?
Ich dni są wypełnione upartymi dorosłymi, którzy nie chcą iść do pracy lub do dentysty, nieodpowiednio zachowują się w autobusie czy na ważnych spotkaniach w pracy. Dzieci mają trudne zdanie, pilnując swoich rodziców, ale na szczęście ich nowi sąsiedzi znajdują się w tej samej sytuacji. Podczas gdy rodzice są skłonni do psot, dzieci korzystają z okazji, aby prowadzić dorosłe rozmowy przy grillu.

Ten pokręcony i pełen humoru portret rodzinny ukazuje zabawne podejście do ról i oczekiwań, dzięki czemu jest śmiesznie niezależnie od wieku. To ciepła opowieść z szalonymi i drastycznymi elementami, z którymi cała rodzina będzie mogła się zidentyfikować i wspólnie zaśmiewać się do rozpuku.



Widmarka wyda nam Mamania czwartego kwietnia.

Kolejne propozycje to są kolejne tomy znanych serii. Zarówno nowy "Domek na drzewie" jak i nowa "Strrraszna historia" ukażą się piętnastego kwietnia.



A tutaj mam nowość, najwyraźniej mariaż serii o kocich wojownikach (seria jest powszechnie uwielbiana i mój syn przez jakiś czas też ją kochał) i zupełnie nowej powieści o czarodziejach. Autorką jest ta pani, która napisała "Jak wytresować smoka". To się powinno udać, ale przekonamy się o tym piętnastego kwietnia (dzięki wydawnictwu Znak).


A z poważnej strony - kolejna część z serii "Wojny dorosłych". Jest dostępna od połowy lutego. Tym razem o obozie koncentracyjnym dla dzieci. Trudne, ważne, jak zawsze z tej serii. Wydawnictwo Literatura robi tu kawał dobrej roboty.


I na koniec w tej kategorii powieść dla starszej młodzieży i dorosłych. Posłużę się opisem wydawcy (Zysk):

Rok 1558. Dwanaścioro dzieci o talentach niewiarygodnych jak na ich wiek zostaje wygnanych przez królową do miasta Rotherweird. Niektórzy uważają je za wyjątkowe, inni za pomiot szatana. Jednak wszyscy zgodnie uznają, że trzeba je traktować z respektem i… obawą.
Czterysta pięćdziesiąt lat później miasto nadal żyje odizolowane od reszty Anglii. I wciąż rządzone historycznym prawem. Niezależne, ale zobowiązane do przestrzegania jednego dziwnego warunku: absolutnie nikomu nie wolno badać miasta i jego przeszłości.
I wtedy do miasta przybywa dwóch ciekawskich gości z zewnątrz: Jonah Oblong, nauczyciel w miejscowej szkole oraz złowrogi miliarder sir Veronal Slickstone, który planuje odnowić zrujnowany miejski pałac. Chociaż kierowani całkowicie różnymi motywami, Slickstone i Oblong starają się połączyć przeszłość z teraźniejszością, aż w końcu zaczynają wyścig z czasem – oraz ze sobą nawzajem. Konsekwencje będą śmiertelne i zapowiadają apokalipsę…

Do kupienia za tydzień.


3. Ostatnia kategoria na dzisiaj to książki dla zdecydowanie dorosłych.

Najpierw mamy tu opowieść o tym, jak ch****wo jest w naszym państwie pod rządami PiSu (a konkretnie o tym, jak zniszono polskie służby specjalne).
Książkę wyda Znak piętnastego kwietnia.


Kolejną pozycją jest nowość duetu Winnicka i Sturis, tym razem o nadużyciach w sierocińcach na Wyspie Jersey. Nie będzie to wesoła lektura. Premiera także 15. stycznia.


A na koniec nowiutka część uniwersum Sandmana. Sama radość i Lucyfer. Premiera pod koniec kwietnia. :)


Książka Tuska, czyli kronika nadciągającej katastrofy.

Książka Tuska, czyli kronika nadciągającej katastrofy.

Chciałabym, żebyście odłożyli na bok to, czy lubicie Donalda Tuska, czy też raczej nie. Zakładam jednak, że pisowska strona barykady jest Wam raczej ideowo odległa, bo pewnie Was by na moim blogu nie było. To tytułem wstępu, bo wiecie - nie chcę, żebyście się zawiesili na tym, czy interesuje Was życie naszego byłego premiera. Nie ma to bowiem żadnego większego znaczenia. Dajcie sobie szansę i przeczytajcie o tej książce, zanim ocenicie, że Was nie kręci.


Donald Tusk wydał dzienniki z czasów, kiedy był przewodniczącym Rady Europejskiej. Trudne pięć lat, naznaczone kryzysem migracyjnym, brexitem, zamachami w Europie i narastaniem nastrojów ultraprawicowych w tzw. świecie zachodnim. Czytając dziennik, startujemy tuż przed ostatnimi wyborami prezydenckimi w Polsce, kiedy to Komorowski przegrał z Dudą, a kończymy na końcówce 2019 roku. Wiele się w tym czasie zmieniło, prawda?

W Polsce mamy pełzającą dyktaturę, Wielka Brytania wystąpiła z Unii, mamy Orbana, Erdogana, Trumpa i całą ferajnę niebezpiecznych mężczyzn, którzy ciągną za sobą tłumy sfrustrowanych miłośników zamordyzmu, nacjonalizmu i ucisku kobiet oraz wszelkich mniejszości. Nie jest wesoło. I narastanie tej niewesołości śledzimy niemal dzień po dniu. I, powiem Wam szczerze, to jest ciekawa lektura, która czasami bardzo boli, bo wiemy, co czeka nas na następnej stronie. Wszak to historia najnowsza, bliska i znana, a jednak widziana z zupełnie innej perspektywy, niż nasz polski grajdołek.

Przyznam się Wam, że nie miałam bladego pojęcia na temat tego, jak wygląda polityka unijna od środka. Jak działają układy, traktaty, żonglowanie interesami tak wielu różnych państw. Jak to w praktyce funkcjonuje. Wgląd w te mechanizmy, w charaktery przywódców europejskich (i nie tylko), to coś, co mnie w tym dzienniku najbardziej fascynuje. Bo nie jest to literacko ciekawe dzieło. To nie jest literatura, nie ma tu fraz, nad którymi będziemy trwać w zachwycie. To jest książka o polityce, którą można traktować jak reportaż z frontu. Warsztatu tu nie ma żadnego, ale to zupełnie nie szkodzi, bo kiedy czytam o atakach złości Erdogana, czy o kuluarowych rozmowach ze zrozpaczonym Poroszenką, którego kraj pogrąża się w wojnie, jestem poruszona. I to poruszenie jest czymś, dla czego uważam, że warto Tuska poczytać.


Wiele osób krytykowało (poniekąd słusznie) dzienniki Donalda za to, że są chwilami pretensjonalne, że tenże bywa zbyt wzniosły, że brandzluje się swoją zajebistością, ale wiecie co? Złapałam się dziś na tym (to taki mój prywatny, osobisty wtręt, wybaczcie mi go, ale jest mi potrzebny), że chociaż jest w tym sporo racji, chociaż uśmiechałam się pod nosem przy piątym z kolei wzniosłym cytacie z książki, którą akurat Tusk czyta, to jednak wolę tę (nieco śmiesznawą chwilami) manierę od miałkości i nijakości.

Kupuję te opisy zwiedzanych muzeów i czytanych książek, nawet jeśli są - nie ukrywajmy - nastawione na kreowanie wizji Tuska - wspaniałego intelektualisty. Tak, czas powiedzieć to na głos - też jestem czasami pretensjonalna w tym, co mówię i robię. Też kocham książki, muzea, teatr i operę. I lubię o tym mówić - pewnie nawet wtedy, kiedy innych to nie obchodzi. I w czasach, w których zamiast wykładu noblowskiego puszcza się w telewizji publicznej Zenka Martyniuka, chyba tego "napuszenia" potrzebujemy. I tak, wiem, że brzmię teraz jak nadęta bździągwa.

Smutno się czytało relacje rozmów z Cameronem, który jest pewien, że Brytyjczycy zagłosują za pozostaniem w Unii. Smutno się czytało o tej pewności, że Komorowski wygra z "jakimś pisowskim urzędnikiem". Smutno się czytało o zamachach w Paryżu i o migracji, której obraz z wewnątrz administracji unijnej nieco mi poprzestawiał poglądy (nie w kwestiach zasadniczych, ale raczej "organizacyjnych").

To nie jest pean na cześć Tuska, bo - mimo wszystko - to jest dziennik polityczny. I na szczęście nie ma tam w sumie za wiele o Tuskowej prywatności, bo ona mnie - prawdę mówiąc - nie interesuje. Za to polityka europejska jest teraz dla mnie o wiele mniejszą tajemnicą.

"Szczerze" nie jest wydarzeniem literackim, ale nie unikajcie tej pozycji tylko dlatego, że na okładce jest polityk.
Powiem Wam też, że audiobooka słucha się nieźle; puśćcie sobie darmową próbkę z Audioteki i zobaczcie, czy Was zainteresuje. Mnie zainteresowała. I nawet dowiedziałam się paru nowych rzeczy. Chyba warto, chociaż jest tam smutno, coraz smutniej z każdą stroną i z każdym kolejnym opisywanym tygodniem...


Epoka milczenia, czyli odczarujmy wreszcie dwudziestolecie.

Epoka milczenia, czyli odczarujmy wreszcie dwudziestolecie.

W polskiej narracji, zwłaszcza prawicowej, a także w szkolnych podręcznikach, króluje wizja złotego dwudziestolecia międzywojennego, które było pełne pań w pięknych sukniach, z włosami w falę, trzymanych za rękę przez miłego dżentelmena, chodzących po ulicach Warszawy, będącej miastem tolerancyjnym i bezpiecznym. Taki raj przy pięknej muzyce z offu. A potem, no wiecie, znienacka przyszedł Hitler i wszystko zepsuł.

JA JEBIĘ.



Problem polega na tym, że dwudziestolecie międzywojenne w Polsce (ale i w Europie) było czasem dalekim od pluszowości. Antysemityzm na kontynencie szalał. Pobieżne przejrzenie polskiej prasy z tamtego okresu obnaża nastroje ksenofobiczne i nacjonalistyczne, a także sporą przestępczość, z którą nie bardzo miał kto walczyć, bo policja w tamtym czasie była formacją skorumpowaną i pełną ludzi z wyrokami. Przemoc wobec kobiet była na porządku dziennym, na dodatek polskie prawodawstwo w ogóle nie bardzo chciało przyjąć do wiadomości, że gwałty w ogóle istnieją. Owszem, w przypadku gwałtów zbiorowych uznawano, że mogą się one wydarzyć, bo istnieje przewaga siły, ale poza tym raczej uznawano, że kobiety, która nie chce uprawiać seksu, zgwałcić się nie da. No wiecie - SAMA CHCIAŁA. Taka postawa do dzisiaj pokutuje w sytuacjach, kiedy współwinną gwałtu staje się krótka spódnica.

"Epoka milczenia" to rodzaj pitavala, podzielonego na bloki tematyczne, w którym przyglądamy się kronikom kryminalnym i aktom prawnym dwudziestolecia międzywojennego w Polsce. Wyłania się przed nami obraz daleki od pocztówkowych światów starego kina.

Kamil Janicki wykonał ogromną, mrówczą pracę, gromadząc w jednym miejscu dowody na to, że kobiety w międzywojniu nie mogły liczyć na sprawiedliwość, bo gwałcicieli karano rzadko, a jeśli już, to dość pobłażliwie. Najgorzej oczywiście - jak w każdych czasach i w każdym miejscu na świecie - miały kobiety o niskim statusie materialnym. Służące w domach wyższych sfer były w ogóle uznawane za zobowiązane do świadczenia usług seksualnych swoim chlebodawcom, na dodatek przekaz społeczny był taki, że one z tego mają same korzyści i na pewno same tego zawsze chcą.

Poza tym wiele osób może być zaskoczonych, że bardzo popularną metodą mszczenia się na kobietach, które odrzucały niechciane awanse, było polewanie im twarzy kwasem. Doniesienia na ten temat są częste, a kwas solny był wówczas łatwo dostępny. Widać niezależnie od szerokości geograficznej, pomysły lęgną się podobne w zalanych testosteronem mózgach z urażonym ego.

Książka jest napisana bardzo sprawnie, bibliografia jest przekonująca, a autor opracował posiadane dane z uwagą i namysłem. Na dodatek to bardzo istotny wkład w odczarowywanie zmitologizowanej wizji kryształowej Rzeczpospolitej po 1918 roku.

Jedyna rzecz, która wytrącała mnie z równowagi przy czytaniu, powodując nieustanne facepalmy, to ilustracje. Temat książki jest trudny i poważny, historie pełne cierpienia, a tu co kilka stron wrzucone są kompletnie niezwiązane z tematem zdjęcia z epoki. Czasami dobrane tak absurdalnie, z opisami tak kuriozalnymi, że nie wiedziałam, czy to ma rozładować napięcie, czy mnie obrazić. Moim zdaniem te zdjęcia są tam zbędne i jeśli wydawca uznał, że bez obrazków nikt nie kupi książki o tym wspaniałym dwudziestoleciu, to powinien puknąć się w głowę.



Poza tym jednak bardzo polecam. Poczytajcie. I siejcie defetyzm, przypominając, że przed drugą wojną światową Europa (nie tylko Polska) to nie był raj na ziemi. Skończmy z zakłamywaniem historii tylko dlatego, żeby poczuć się ze sobą lepiej.
Boznańska non finito, Angelika Kuźniak.

Boznańska non finito, Angelika Kuźniak.

Olga Boznańska to arcyciekawa postać. Kobieta, której udało się przetrwać i zdobyć renomę w zmaskulinizowanym świecie malarzy przełomu XIX i XX wieku. Tworzyła w Krakowie i na paryskiej emigracji, jak wielu artystów w tamtym czasie.

Olga Boznańska, autoportret.

Kiedy Wydawnictwo Literackie zapowiedziało biografię, ucieszyłam się niezmiernie, zwłaszcza, że miała zostać napisana przez autorkę szeroko nagradzanej i uwielbianej "Papuszy". Iiii.... O rany, chyba stosunkowo niewielka ilość materiałów na temat życia Boznańskiej pokonała Angelikę Kuźniak, która poszła w kierunku, którego ja nie znoszę w biografiach, czyli w kierunku niekończących się spekulacji i wypełniania stron rzeczami kompletnie nieistotnymi, żeby nie wyszła z tego wszystkiego cienka broszura.

Książka ma dużo zdjęć, grube kartki, spory druk, szerokie marginesy i 300 stron (plus przypisy i bibliografia). Gdyby jednak wyciąć z niej wszystkie wtręty od czapy, wyszłoby mniej, ale może z korzyścią dla dzieła? Nie zrozumcie mnie źle - te rzeczy, które są na temat, są bardzo ciekawe, ale pierwszy raz rzuciłam w kąt książką po dwudziestu stronach, kiedy pani Kuźniak opisywała rodziców malarki: "Eugenia nie jest urodziwa (autorka subiektywnie po obejrzeniu fotografii)." Serio? Fotografia jest załączona, jest na niej kobieta, ot, zwyczajna. Ale to nie przeszkadza autorce biografii opisywać, że ma haczykowaty nos, "nieefektowny korpus", itd. Nie zauważyłam żadnej z tych rzeczy i uważam je za nieistotne, ale bach, pół strony odpękane.



Kiedy ochłonęłam, czytałam dalej. Posunęłam się o stronę, a tam opis na prawie całą stronę genezy herbu rodziny ojca Olgi Boznańskiej. WTF? To były czasy, kiedy herby już nie miały znaczenia, a dla życia malarki nie ma to potem także żadnych reperkusji. Ale znowu - hej mamy stronę z głowy.

Mija kilka stron, a autorka opisuje wyjazd rodziny Boznańskich do Zakopanego. W porządku brzmi, prawda? No nie bardzo, bo znowu pojawia się opis na całą stronę tego, co ze sobą zabrali - byłoby to ciekawym świadectwem epoki, gdyby nie to, że to nie są dane z listów (nawet cudzych, ale z tego samego okresu), ze źródeł zebranych skrupulatnie, by pokazać, jak te wyjazdy wyglądały, ale autorskie dodane w nawiasie "tak sobie wyobrażam". Serio?

Cała książka jest zapchana rzeczami, które nie mają znaczenia, albo są zbyt daleko posuniętymi autorskimi wyobrażeniami na temat. Ciekawie się robi dopiero, kiedy wchodzą do akcji listy malarki, bo jest to materiał źródłowy, z którego można wysnuwać teorie i spekulacje podparte czymś więcej, niż wyobraźnią biografistki.

Tak, Olga Boznańska była nadzwyczajnie ciekawą postacią. Tak, jej biografia jest potrzebna, mimo że nie ma zbyt wielu świadectw, na których można się opierać, pisząc ją. Zwłaszcza, że większość jej życia minęło za granicami Polski. ALE - nie przeszkadzałaby mi książka krótsza, ale mniej skupiona na narcystycznym przekonaniu autorki, że przy pisaniu biografii powinna więcej pisać o własnych wyobrażeniach, niż o faktach.

Każda spekulacja, oparta na źródłach, jest uprawniona. Prywatne przytyki, wyobrażenia i tym podobne wariacje, które nie są osadzone na żadnym materiale źródłowym, zapełnianie szpalt informacjami zbędnymi dla historii, nie tworzącymi obrazu epoki czy środowiska, ale służącymi tylko temu, by książka nie prezentowała się żałośnie cienko i żeby można było za nią wziąć prawie 45 zł. (cena okładkowa, serio), jest oszukiwaniem czytelnika.

Nie polecam. Choć z bólem serca.


Ospa i grypa, czyli nic tak dobrze nie robi, jak czytanie o zagładzie ludzkości.

Ospa i grypa, czyli nic tak dobrze nie robi, jak czytanie o zagładzie ludzkości.

Przeczytałam ostatnio dwie książki o chorobach (no dobra, tak naprawdę to ciągle czytam o chorobach). Jedna z nich to polska pozycja opowiadająca o epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu w 1963 roku, a druga to książka Jeremy'ego Browne'a o grypie, skupiająca się na epidemii hiszpanki w 1918 roku, ale mówiąca także o grypie jako takiej.

Jerzy Bogdan Kos, autor książki o ospie, był uczestnikiem wydarzeń w 1963 roku (lekarz) i postanowił prześledzić przebieg epidemii, odtworzyć godzina po godzinie postępowanie służb, grzebiąc w archiwach i dokumentacji. I ta część książki jest bez zarzutu - widać skrupulatność, oddanie sprawie, rzetelność i masę włożonej pracy. Prawdopodobnie jest to najdokładniejszy opis tego wydarzenia. Kronika i jak kronikę należy tę książkę traktować, bo opis jest suchy, surowy, pozbawiony wartości literackich, co nie jest problemem, jeśli chcemy tylko czystych danych.


Problem jednak polega na tym, że chwilami autor PRÓBUJE nadać relacji lżejszy ton, zażartować nawet, ale zupełnie mu to nie wychodzi, a czasami nawet irytuje i człowiek ma ochotę powiedzieć komuś w wydawnictwie, że nie powinien dopuszczać niektórych stwierdzeń.

I tak na przykład, kiedy pan Kos opisuje zajęcie szpitala dla chorych wenerycznie, by było gdzie leczyć chorych na ospę, to mężczyźni tam leżący nie są w ogóle opisywani, ale kobiety są automatycznie opisane jako "córy Erosa", hłe hłe, no wiecie, prostytutki, bo tylko one chorują na syfilis (bo, jak wiadomo, zacne mężatki na pewno nie zarażają się niczym od swoich mężów, którzy chodzą do burdeli). Takich drobnych głupot jest kilka i są one zgrzytami, które mnie sporo razy skłoniły do pirzgnięcia tą książką w kąt na miesiąc. W końcu jednak ją doczytałam, bo wartość poznawczą ma ona sporą, ALE.



Książka o grypie z kolei to wspaniała pozycja, która w absolutnie fascynujący sposób opowiada nie tylko o przebiegu epidemii hiszpanki, ale też o tym, jak naukowcy ożywili wirusa z 1918 roku, wydobywając go ze zwłok zakopanych w wiecznej zmarzlinie, czy o tym, jak działają szczepionki na grypę sezonową.



W książce Browne'a mamy sporo o tym, jak (i czy) działa Tamiflu, co będzie, jak nastąpi kolejna pandemia, jakie są procedury na wypadek tejże i co ma wspólnego Google z prognozowaniem zachorowań na grypę. Po przeczytaniu "Grypy" można się też poważnie zastanowić, czy w 1918 roku grypa była aż tak zjadliwa, czy też może metody jej leczenia (oprócz specyfiki danego wirusa) nie przyczyniły się do większej ilości zgonów (nie każdemu choremu służy puszczanie krwi ;)).

Autor jest lekarzem i dziennikarzem, pisze lekko, ale konkretnie. Książka jest solidnie udokumentowana, rzetelnie napisana i czyta się wspaniale, choć bywa nieco amerykocentryczna, bo autor jest Amerykaninem. Polecam gorąco każdemu, kto lubi dobrą literaturę popularnonaukową. Natomiast książkę o ospie zalecam tylko pasjonatom.
Przedświąteczny kącik nowości i zapowiedzi. Poradnik prezentowy.

Przedświąteczny kącik nowości i zapowiedzi. Poradnik prezentowy.

Na facebooku zapytałam, czy wolicie najpierw kącik prezentowy, czy recenzję książki o chorobach. Dziwne, prawie nikt nie chciał czytać o zarazie. ;)

Dzisiaj pokażę Wam zapowiedzi i nowości, a także parę gadżetów, w ramach poradnika prezentowego dla ludzi, którzy książki (i trochę okołoksiążkową popkulturę) bardzo lubią. Zobaczcie moje propozycje. :)

(P.S. Nikt niestety nie zapłacił mi za reklamę.)


DLA MIŁOŚNIKÓW KACZORA DONALDA

Mnóstwo dzieci i młodzieży kocha komiksy z Kaczorem Donaldem. Długo nie rozumiałam zamiłowania do Gigantów i innych tego typu komików, bo wydawało mi się, że na rynku jest wiele lepszych rzeczy, ALE od kiedy przeczytałam "Życie i czasy Sknerusa McKwacza", zobaczyłam, że i tam jest wiele dobrego. Egmont od jakiegoś czasu wydaje wydania klasycznych "kaczorów", które są całkiem niezłymi historiami i my chętnie je kolekcjonujemy. Już wkrótce (4. grudnia) ukażą się dwa kolejne tomy - następny tom komiksów Carla Barksa i komiksy Dona Rosy (tego od "Życia i czasów"). Ja już planuję kupić na gwiazdkę synowi. Wszystkie poprzednie tomy też polecam. :)


DLA MIŁOŚNIKÓW SZYMBORSKIEJ

W tym roku ukazało się sporo rzeczy, które każdemu, kto kocha Szymborską, sprawiły wielką radość. Aczkolwiek może nie wszyscy mają wszystko, więc warto tym nowościom się przyjrzeć. Ukazała się korespondencja - z Barańczakiem, Herbertem oraz, przede wszystkim, z Filipowiczem. 11. grudnia ukażą się też listy wymieniane z Kulmową.




DLA TYCH, KTÓRZY NIBY KUPUJĄ KSIĄŻKI DZIECIOM, ALE TAK NA SERIO TO PRZY OKAZJI ROBIĄ DOBRZE SOBIE ;)

Po polsku ukazały się dwie śliczne, ażurowe książeczki Heleny Druvert, francuskiej artystki, która tworzy prawdziwe cudeńka, wycinankowe dzieła sztuki. Są piękne, edukacyjne, cieszące oko. Po francusku i angielsku można kupić jej książkę o oceanie, Paryżu, Nowym Jorku. Po polsku - o ciąży i ludzkim ciele. Piękne przedmioty, bardzo ładnie będą wyglądały pod choinką. :)






DLA TYCH, KTÓRZY MUSZĄ MIEĆ GWIAZDKOWO, BO NASTRÓJ PRZEDE WSZYSTKIM :)

W tym roku, podobnie jak w poprzednich, ukazało się parę nowych świątecznych pozycji dla dzieci. Od bajeczek dla maluchów, po powieści dla starszaków. Jeśli chodzi o te ostatnie, to polecam szczególnie Matta Haiga (także jego książki z minionych lat), bo są wyjątkowo urocze. Natomiast klasyki takiej, jak "Ekspres Polarny" nie muszę chyba opisywać. :)






DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ RZECZY ŁADNE I DZIWNE

Shaun Tan - jeśli go jeszcze nie znacie, to najwyższy czas poznać. Właśnie ukazała się po polsku kolejna jego książka. Nie wiem, o czym jest, nie obchodzi mnie to, i tak pewnie kupię i się zachwycę. Niesamowite, zawsze trochę niepokojące, piękne obrazy i opowieści kompletnie zwichrowane. To lubię.




DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ KSIĄŻKI, ALE FILMY TEŻ LUBIĄ I CO TERAZ

Po angielsku właśnie ukazała się autobiografia Julie Andrews. Pewnie kiedyś po polsku też wydadzą, ale jeśli język nie jest przeszkodą - to pewnie będzie ciekawa opowieść o niesamowitym życiu rewelacyjnej aktorki.

Dla miłośników Gaimana i ekranizacji jego książek - album o produkcji miniserialu.



FUNKO, BO FUNKO ZAWSZE SPOKO

Figurki Funko dla każdego, kto jest trochę zakręcony na punkcie jakiegoś filmu/serialu/gry mogą być fajnym prezentem. Potteromaniak/Potteromaniaczka doceni uroczą Lunę w lwiej czapce, a miłośnik Władcy Pierścieni nie pogardzi pewnie białą królową. Figurki to coś, co człowiek sam sobie jednak rzadko kupuje (ja sama mam kilka i bardzo je lubię), więc idealnie nadają się na prezent.




KALENDARZE

Zdzieraki wracają do łask! Na szczęście, bo Kalendarz Przekroju to czyste złoto. Można też kupić taki dla miłośników Pottera, Przyjaciół, czy wielu innych rzeczy (i większość jest dostępna w Polsce, choć niekoniecznie po polsku).



I na dziś to tyle. :) Co Wy kupiliście fajnego sobie/innym pod choinkę?
Invisible Women - książka, którą wszyscy powinniście przeczytać.

Invisible Women - książka, którą wszyscy powinniście przeczytać.

Słuchajcie, koniecznie musicie przeczytać pewną książkę. Książka ta jest póki co dostępna tylko po angielsku, ale wiem skądinąd, że w 2020 roku ukaże się po polsku. I jest to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie w tym roku czytałam.

Caroline Criado Perez, autorka "Invisible women" wykonała tytaniczną pracę, zbierając rzetelnie wszelkie badania, które pokazują, że świat jest zaprojektowany dla mężczyzn i że to - dosłownie - zabija kobiety. Książka jest doskonale udokumentowana, ze wspaniałą bibliografią, i powoduje nieustające okrzyki niedowierzania. I tak bardzo, bardzo, bardzo pomaga zrozumieć, że np. znienawidzone przez niektóre polskie środowiska feminatywy mają kolosalne znaczenie.



O części tych spraw na pewno słyszeliście - parę lat temu czytałam artykuł o tym, że testy zderzeniowe samochodów są robione z manekinami, które mają budowę i gabaryty przeciętnego mężczyzny. Kiedy nagle świat wymusił na producentach zbudowanie manekinów, które są kobietami, wyniki crash testów okazały się o niemal połowę gorsze. Co oznacza, że samochody są zaprojektowane tak, by nie zabijać mężczyzn. Kobiety jednak w wypadkach są o połowę bardziej narażone na tragiczne w skutkach urazy.

Nie jest też tajemnicą, że testowanie leków przez lata odbywało się wyłącznie na mężczyznach, bo takie badania były prostsze, ponieważ nie istniało ryzyko, że testowana osoba zajdzie w ciążę, ergo - że pozwie firmę za szkody wyrządzone płodowi. Kobiety jednak, posiadające inny metabolizm i gospodarkę hormonalną, przyjmowały (i przyjmują nadal) leki, które mogły nie działać wcale, mogły nie działać tak, jak powinny, albo wręcz szkodziły. Mało tego - jeśli wstępne badania na mężczyznach nie pokazywały oczekiwanych rezultatów, leku dalej nie badano, bo nie brano pod uwagę faktu, że może działałby on na kobiety. Zrewidowanie badań nad niektórymi lekami, powszechnie już od lat stosowanymi, przynosi ostatnio nieoczekiwane rezultaty, będące zaskoczeniem dla środowisk medycznych (na przykład okazało się ostatnio, że podawanie małych dawek aspiryny, jako środka obniżającego ryzyko zawału, działa jedynie na mężczyzn - aczkolwiek są to póki co badania wstępne; nie zdziwię się, kiedy ponowne przebadanie wielu innych leków i terapii, wyłoni kolejne rewelacje).

Istnieją też badania, które pokazują, że języki, które w swojej budowie zakładają istnienie żeńskich lub męskich rodzajników, wpływają na całe społeczeństwa, które tymi językami mówią (nie jest to dla mnie nowość, ale mam wrażenie, że większość ludzi tego jeszcze nie pojęła). I takie społeczeństwa mają dużo gorsze wyniki, jeśli chodzi o równość płci, bo język określa świadomość. Brak nieszczęsnych feminatywów sprawia, że od dzieciństwa ludzie są formatowani, by wrzucać różne sprawy, rzeczy, zawody, itd. do przegródek jako "męskie" lub "żeńskie" i nie tak łatwo się tego pozbyć. I tak, ja sama parę lat temu uważałam kwestię np. żeńskich nazw zawodów za drugorzędną. Teraz sądzę, że jest absolutnie pierwszorzędna, że nasze uszy, uszy naszych dzieci zwłaszcza, muszą się do tych form przyzwyczaić, żeby zmienić nastawienie całego - mówiąc szumnie - narodu do funkcji kobiet w społeczeństwie.

Bardzo potrzebujemy świadomego, pełnego namysłu pochylania się codziennie nad tym, co robimy i co (oraz jak) mówimy. Czyż nie wydaje się Wam dziwne, że kiedy ktoś np. mówi "reprezentacja Polski w piłce nożnej", to od razu mamy przed oczami MĘSKĄ reprezentację? A przecież istnieje też jej żeński odpowiednik. Świat mężczyzn jest światem domyślnym. Domyślny model człowieka, to biały mężczyzna.



To nie jest książka o tym, że mężczyźni świadomie chcą pognębić kobiety. To tak nie działa. To jest książka o tym, że świat jest dla mężczyzn wygodniejszy, że kobiety nie są brane pod uwagę, a podświadome działania wielu ludzi (obojga płci) tylko ugruntowują status quo.

Jeśli jesteście kobietami, to będzie Wam też łatwiej zrozumieć, czemu sportowe plecaki są dla Was niewygodne (tak, dlatego że projektowane są tak, by były wygodne dla mężczyzn), smartfony za szerokie, a leki przeciwbólowe słabo działają na miesiączkowe bóle. Po przeczytaniu tej książki, powinniśmy wszyscy wpaść w furię i zacząć MIEĆ WYMAGANIA. To nie wystarczy, ale zawsze jest to jakiś początek.
O podręcznikach po raz kolejny. Część druga.

O podręcznikach po raz kolejny. Część druga.

Dzisiaj napiszę trochę inaczej, bo podręcznik jest zdecydowanie mniej oburzający, niż ten, o którym pisałam poprzednio. Aczkolwiek tamten był tak zły, że trudno go przebić i wszystko przy nim wydaje się lepsze.

Dzisiaj zatem skupię się głównie na zestawie tekstów, jakie mają do omówienia siódmoklasiści, a bazować będę na podręczniku "Bliżej słowa" (wydanie z minionego roku szkolnego - tegoroczny podręcznik podobno minimalnie się różni).



Dobór tekstów w podstawie programowej, wydaje się być bardzo staroświecki, ale nie budzi wielkich kontrowersji. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej, okazuje się, że wybór jest bardzo specyficzny i przemyślany tak, by z repertuaru niemal każdego autora, z którym ma się zetknąć młody człowiek, wybrać taki tekst, który jest nacechowany religijnie; choćby ten sam autor napisał tysiąc wierszy o ptakach, to dzieci i tak zapoznają się z tym jednym, który napisał o Jezusie.

Druga rzecz, która rzuca się w oczy w siódmej klasie, to ogromny nacisk na "miłość do ojczyzny", co nie byłoby w żaden sposób naganne, gdyby nie to, że znowu chodzi o tępy, ślepy, bezkrytyczny patriotyzm, oparty na "ojczyznę trzeba kochać i za nią umierać", zamiast nieco bardziej przystającego do współczesności: "dbajmy o kraj, troszczmy się o przyrodę, płaćmy podatki i chodźmy na wybory".

I tak na przykład w podręczniku między stroną 10 a 29 mamy w zasadzie ćwiczenia z analizy modlitw. Jest tam wiersz księdza Twardowskiego (sprawdziłam - każdego roku na polskim są co najmniej trzy wiersze Twardowskiego; nie, żebym uważała, że w ogóle nie należy o nim mówić, ale - CHOLERA JASNA - Szymborskiej prawie nie uświadczycie, a Twardowski był poetą dość przeciętnym i nie widzę powodu, żeby go aż tak eksploatować).

Do tego analiza i ćwiczenia jednego księżowskiego wierszydła zajmują aż CZTERY STRONY, w tym na przykład straszliwie zabawna anegdotka o imionach:



To jest anegdotka, której np. mój syn kompletnie nie zrozumiał, ponieważ - po pierwsze, nie rozumie, czemu jakieś imię miałoby być śmieszne, ani co złego jest w imionach "pogańskich" (WTF???), albowiem nauczony jest przez nas, że ludzie są różni, różnie się nazywają i nie można się śmiać z imion; a po drugie - jako dziecko nie chodzące do kościoła słowa "kyrie eleison" brzmią mu totalnie jak imię i nazwisko. I wcale się nie dziwię. No ale autorzy podręcznika uważają, że wszystkie dzieci chodzą do kościoła i śmieją się z imion innych, niż biblijne. Dobrze wiedzieć.

Dalej mamy wiersz Józefa Barana o rodzinie (jedynym słusznym jej modelu, rzecz jasna), do którego dopasowano cytaty z Tischnera, żeby już był komplet, a potem wiersz Kochanowskiego - oczywiście wybrano modlitwę. I to wszystko na pierwszych kilkunastu stronach podręcznika.

Potem mamy dużo patriotycznego mambo jambo - apoteoza orła, zachwalanie polskiej gościnności (jak wiemy, niezwykłej, nie przyjmującej wojennych uchodźców z Syrii) oraz w miarę neutralny wywiad o polskiej emigracji na Wyspy (jako zapoznanie z formą wywiadu), ale ponieważ wywiad w swej wymowie niekoniecznie mówił, że Polacy tam szaleńczo tęsknią za bigosem, to dorzucono wiersz Wierzyńskiego o cierpiącym emigrancie ("Kufer").

No i gramatyki też uczymy się na stosownych przykładach (wiem, nie ma w tym w sumie wielu kontrowersji - tylko ja prywatnie już tym rzygam, bo marzy mi się coś nowocześniejszego ;)):



Potem mamy rozdział pt. "Biblio, ojczyzno moja...". Tak, taki jest tytuł rozdziału.
O ile nie neguję roli Biblii jako ważnego tekstu kultury (ba, mój dwunastoletni syn z dużą przyjemnością przeczytał "Stary Testament"), o tyle fakt, że nie położono nacisku na przypowieści i fragmenty, z których wywodzą się np. powszechnie używane idiomy czy przysłowia (nie uświadczymy tego tutaj), a na ustęp z dekalogiem jako - i jest to wprost napisane - uniwersalnym zbiorem podstawowych wartości, jest jednak słabym pomysłem.

Po pierwsze dlatego, że "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną" nie jest wartością uniwersalną, podobnie jak biblijne ujęcie kobiety jako własności, której się nie pożąda na równi z cudzym wołem i domem. Pewne rzeczy powinny zostać na religii, a na polskim trzymajmy się miłosiernego Samarytanina, bo - doprawdy - znowu dzieci niewierzące mają mindfuck.

Jakby tego było mało, kolejny rozdział - tak, cały rozdział - jest poświęcony Janowi Pawłowi II. Myślicie, że może uznano, że skoro Karol Wojtyła pisywał wiersze, to dostanie się dzieciakom np. neutralny dość fragment opisu dzieła sztuki, jakim był "Tryptyk rzymski"? BUAHAHA, no pewnie, że nie.
W tym rozdziale jest zacytowane przemówienie papieża do młodzieży o tym, że rozbita rodzina jest zła i nie uczy dobrych zachowań i że tylko "zdrowa rodzina" jest ideałem, który nie krzywdzi młodych. Cóż, dzieci z rozbitych rodzin mogą tę lekcję znieść ciężko.

Celem rozdziału było zapoznanie młodzieży z taką formą wypowiedzi, jaką jest przemówienie. Widać nie dało się wrzucić np. noblowskiego przemówienia Szymborskiej, albo - nie wiem - słynnego przemówienia Wałęsy ze słynnym "My, Naród", skoro już tak lubimy patriotyzm. Nie, lepiej pognębmy dzieci z rodzicami po rozwodach.

A gdzie jest miejsce na wielką polską literaturę? Bo do tego momentu jeszcze takiej tutaj nie było. Same sparciałe ramoty i indoktrynacyjne popierdółki.

Na szczęście przychodzi sensowne kilka rozdziałów - trochę antyku (głównie Sokrates), fragmenty "Stowarzyszenia umarłych poetów" i "Mały książę" (nie znoszę, jest pretensjonalny, ale nieszkodliwy).

Po tym przerywniku od tematyki bogoojczyźnianej wracamy do - TADAM - Biblii. A konkretnie - fragment o wygnaniu z raju. Jeśli chodzi o Stary Testament, to jest to ten kawałek, który uważam za jeden z najgorszych, bo on w europejskiej kulturze zrobił wiele złego, wmawiając wszystkim, że kobiety są winne wszelkiemu złu na świecie. No i nie wiem - nie wystarczy już biblijnych wtrętów jak na jeden rok? Pojawia się też znowu oczywiście Twardowski, gdyby czasem dzieciaki już zdążyły o nim zapomnieć.

Jest tyyyylu lepszych poetów, którzy pisali wiersze, używając motywów biblijnych, ale nieee, po co, lepiej po raz kolejny sięgnąć po księdza T.


Potem jest już nieco lżej, choć nadal prawie nic współczesnego - mamy "Świteziankę" i smrodek dydaktyczny w tekście Onichmowskiej o uzależnieniach. O kulturze popularnej mamy całe cztery strony na przykładzie fragmentu komiksu ze Spidermanem. Dobre i to w tym zalewie trupów.

Potem "Dziady", mity. Władca pierścieni. Gatunki filmowe. "Zemsta", Różewicz, Szymborska, "Pan Tadeusz". Da się z tym żyć, choć ledwie. Gorzej, że nie zabrakło ckliwego i infantylnego fragmentu Terakowskiej o aniołach.

Rozdział poświęcony literaturze wojennej jest - o dziwo - dość sensownie poprowadzony, nie ma tam wiele o wojence jako przygodzie (wyłączając OKROPNY "Dywizjon 303"), ale skupia się na wojnie jako cierpieniu zwykłych ludzi, co się zdecydowanie chwali, bo apoteozy umierania za ojczyznę nie spotkamy tu w dużym natężeniu.

Zestaw tekstów, z jakimi męczy się młodzież klasy siódmej, jest wyjątkowo niezgrabny, nastawiony na nieznośną wzniosłość, modlitwę i nie ma tam żadnej głębszej refleksji nad WSPÓŁCZESNYM światem.

CDN.... Następny będzie podręcznik do historii. :>

Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher.

Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher.

Dziwny to wybór - napisać książkę dla młodych ludzi o tym, jak przeżywa żałobę rodzina, której dziecko zginęło w zamachu bombowym w Londynie. Na dodatek jest to książka, której narratorem jest dziesięciolatek o imieniu Jamie, brat zmarłej, który w zasadzie siostry nie pamięta, ale mierzy się z żałobą, stratą i cierpieniem rodziców. Chłopiec trwa jednocześnie w poczuciu winy, że nie odczuwa smutku, bo przecież w zasadzie nie ma wspomnień o zabitej dziewczynce.


Książka została wydana w Polsce już parę lat temu, była też raz wznawiana. Nie jest to więc pozycja specjalnie nowa, ani taka, o której się dużo mówi czy mówiło. Dlatego postanowiłam o niej napisać, zwłaszcza że w obecnym świecie powieść, która jest wielką lekcją wrażliwości, musi być w cenie. 

To jest książka bolesna i zabawna. Szczera i prostolinijna. Lekka i ciężka jak kamień. Chwilami jak otwarta rana, w której dłubiemy patykiem. 
Oto ojciec wpada w alkoholizm, matka wiąże się z innym mężczyzną, siostra bliźniaczka zmarłej ma zaburzenia odżywiania, a chłopiec, który tkwi w tym wszystkim, najbardziej na świecie pragnie, żeby ktoś go kochał, bo nagle martwa dziewczynka, której prochy mieszkają na kominku, staje się przyczyną wszystkich jego nieszczęść (oczywiście patrząc z perspektywy dziecka); a na dodatek on sam musi udawać, że za nią tęskni, żeby nie zranić rodziców. 

Strasznie to wszystko trudne, smutne i ponure, ale posypane sosem absolutnie szczerej, dziecięcej prostoty, trosk codziennego życia, które też nie jest łatwe - zwłaszcza, że jest to opowieść dziecka, które koniecznie chce żyć w zgodzie ze swoimi cierpiącymi rodzicami, ale zmaga się przy tym z faktem, że nie myśli tak samo jak oni. 

Książka zaczyna się tak. Żeby była jasność, że nie jest to opowieść dla maluchów.

Oto Jamie ma koleżankę muzułmankę, a przecież ojciec nienawidzi muzułmanów, więc dzieciak czuje się winny, lubiąc ją. Oto urodziny chłopca, o których prawie nikt nie pamięta. Oto rocznica zamachów, kiedy Jamie musi być smutny, bo tak wypada. I tak dalej. Strasznie dużo, jak na barki dziesięciolatka. 

Narracja jest wartka, zabawna, wzruszająca, bezpośrednia. Serce pęka z bólu, który czujemy, bo wiemy, co mogą czuć rodzice zamordowanego dziecka, ale też nie możemy przestać myśleć o chłopcu, który nie jest niczemu winien, ale dostaje rykoszetem od własnej rodziny, która nie może się pozbierać (co przecież też zrozumiałe). 

Ta sama historia, która jest w książce, napisana z perspektywy dorosłego, albo ubrana we wzniosłe, ponure słowa, byłaby nieznośna. Uciekałaby w ckliwość, w dramatyzm, w rozdrapywanie ran. Nie dałoby się tego czytać. Jednak dziecięca opowieść, pełna humoru najczarniejszego z czarnych (stąd polecam, by ją czytała dopiero ta grupa wiekowa, która czarny humor już doceni - młodsze nastolatki i starsi), czyta się znakomicie, lekko, możemy się śmiać przez łzy, możemy w tej historii znaleźć coś więcej od tragedii. 

Nie jest to żadne wielkie arcydzieło, ale na pewno jest to książka, jakiej jeszcze nigdy nie czytałam. Opowieść o żałobie, o jej brzydkich stronach, o jej różnych odcieniach i o tym - PRZEDE WSZYSTKIM o tym - że ludzie się od siebie tak bardzo różnią, że nie możemy wymagać, by tak samo coś przeżywali. 

Na dodatek jest to też przy okazji książka o terroryzmie i nietolerancji, która rodzi nienawiść. 

Dla młodzieży, która patrzy na ten szalony świat i próbuje zrozumieć zło, będzie to bardzo dobra pozycja. Ja, będąc w późnej podstawówce, zaczytywałam się w książkach wówczas bardzo modnych, mówiących o problemach ówczesnego świata - "My, dzieci z dworca ZOO", "Panna Nikt" i tym podobne. Potrzeba czytania o sprawach trudnych pojawia się w tym wieku chyba dość naturalnie, bo świat nagle przestaje być pluszowy, kiedy zaczynamy go bardziej rozumieć. "Moja siostra mieszka na kominku" wydaje się być dobrym wyborem dla młodszego (ale starszego też) nastolatka. Polecam.
Copyright © 2014 Na regale , Blogger