Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Nie chcę nikomu psuć zabawy, więc o fabule napiszę tak mało, jak się da, ale muszę chociaż kilka słów o sztuce Jacka Thorne'a i J. K. Rowling. Będzie lakonicznie i pobieżnie, ale za to na świeżo.


Dzisiaj ukazała się wersja papierowa i kindlowa (w urodziny Rowling i Harrego Pottera), a wczoraj była premiera na deskach teatru w Londynie.

Ósma historia, 19 lat po wydarzeniach z ostatniego tomu (wyłączając epilog), Harry i Hermiona pracują w ministerstwie, Ron rozwija dalej prężny biznes magicznych dowcipów, Ginny pisuje sportowe artykuły do prasy, a ich dzieci chodzą do Hogwartu.

Albus, syn Harrego i Ginny, oraz Scorpius, syn Dracona Malfoya, przyjaźnią się i wpadają w bardzo istotne kłopoty, w które zaplątany jest także stary, oszalały z rozpaczy ojciec Cedrika Diggory'ego.

Scorpius jest cudowną postacią, inteligentnym geekiem z poczuciem humoru, Albus jest smutnym, złym na cały świat dzieciakiem, głęboko skonfliktowanym z ojcem, co popycha go do pakowania się w tarapaty (eliksir wielosokowy i zmieniacz czasu pojawiają się także na chwilę), a poza tym w magicznym świecie zaczyna dziać się wiele niepokojących rzeczy, które martwią walczących z czarną magią czarodziejów.

Więcej Wam nie napiszę, żeby nie psuć zabawy (polska wersja wyjdzie dopiero pod koniec października, więc i tak długo będziecie musieli się bardzo bronić przed spoilerami w internecie, jeśli nie czytacie w oryginale), ale powiem, że czytając czułam się, jakbym po długiej wędrówce wróciła do domu. I przyznaję - "Przeklęte Dziecko" ma o wiele mniej niejasności, niż oryginalna saga. Fabuła jest porywająca od samego początku do ostatniego słowa. Na dodatek wydaje mi się, że Rowling przy okazji chciała tą sztuką wyjaśnić te kilka rzeczy, które nie dawały spokoju co bardziej dociekliwym fanom serii.

Jasne, to jest, nie zapominajmy, sztuka teatralna, więc brakuje nieco obrazu tła (choć i tak sporo się dzieje) i wielu rzeczy trzeba się domyślać, ale ta forma wymusza konkret, nie owijanie w bawełnę i wyrazistość. Ma to swoje zalety. Są też sceny (jedna dzieje się na dachu pędzącego pociągu), które muszą być niesamowitym wyzwaniem dla teatru i zobaczenie ich na żywo stało się moim marzeniem (ale nie ma już biletów do połowy 2017 roku, sprawdzałam - a dalej nie sprzedają, więc moooże za parę lat...).

Na dodatek za kilka miesięcy będą w kinach "Fantastyczne bestie" - to najlepszy rok dla potteromaniaków od czasu premiery ostatniego filmu o Harrym. :D
Tru

Tru

Czasami książki kupuję kompulsywnie. Bo ładne, bo o nich głośno, bo mam zły dzień. "Tru" kupiłam jakiś czas temu, bo była wyprzedaż w Bonito, a ja uwielbiam ilustracje Emilii Dziubak.


Nie spodziewałam się absolutnie niczego. Byłam pewna jedynie ładnych obrazków. Nie zawiodłam się, ale przy okazji odkryłam, że to bardzo niezwykła książeczka, bo jest to bajka o - nie umiem tego lepiej nazwać - nierównościach społecznych.


Oczywiście, jest to także bajka o zajączku Tru, który ma duszę wynalazcy i dobre serce, ale w tle mamy samotną matkę - feministkę, która chodzi na manifestacje (i tak, pada słowo "feministka"), dzielnice biednych i bogatych, mamy zające bezdomne, które kiedyś mieszkały w bogatej dzielnicy, ale powinęły im się łapy; są małe podupadające biznesy staroświeckich rzemieślników, dzieciaki, które szpanują drogimi futrami oraz zające uciekające ze swoich domów przed czystkami.


Te wszystkie poboczne wątki to jedynie tło, czasem wyłącznie wzmianki. Głównym wątkiem jest opowieść zajęczego chłopca o tym, jakie rzeczy wynalazł i jak one zmieniły jego okolicę (a także zajęcze umysły), ale dorosły cały czas czuje zgrzyt. Dzieciak opowiada o nartach i jakby mimochodem o strzelaniu do swoich krewnych w odległym mieście. Albo o kosiarce do trawy i o wątku miłosnym między zajęczym kloszardem a dziewczyną ze straganu z kapustą.



Dziwna to książka i pełna niełatwych tematów do omówienia - jeśli ktoś chce, bo jeśli nie, to można pozostać przy wierzchniej warstwie - bajeczce o dobrym dzieciaku z głową pełną pomysłów.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to jest to język - styl mnie nie powala i nie zachwyca. Jest poprawny, nijaki, przezroczysty. Owszem, wiem, że musi być prosty, bo książka jest dziennikiem dziecka, ale jednak - czegoś tam brakuje. Jakiegoś polotu i lekkości.

Być może to sprawia, że mimo wszystko nie uważam, że jest to jakieś nadzwyczajne arcydzieło. Zwłaszcza, że rynek książki dziecięcej od paru lat kwitnie wspaniale i moje wymagania są z roku na rok coraz większe.

Nie jest to jednakowoż wielki zarzut, bo książka jest króciutka, a i tak oferuje całkiem sporo. Nie jest banalna i miałka, ale gdybyż jeszcze miała jakąś iskrę, to by dopiero było... :)


Popularnonaukowe dla dzieci. :)

Popularnonaukowe dla dzieci. :)

Dzisiaj parę słów o książkach popularnonaukowych, ale trochę nietuzinkowych. Prawie wszystkie z małych wydawnictw, perełki takie. Diamenciki. ;)

Najpierw dwa słowniki dość do siebie podobne.
Pierwszy z nich, to słownik Małgorzaty Strzałkowskiej, wydany przez wydawnictwo Bajka. "Dawniej, czyli drzewiej" z ilustracjami Adama Pękalskiego, to słownik wyrazów (i zjawisk z nimi związanych) już trochę lub bardzo zapomnianych. Opis zwrotów, których już nikt (lub prawie nikt) nie używa wraz z historią ich powstania. Fascynująca to książeczka, która i mnie wprowadziła w tajniki pociotów, przerzucinóżek, misternie rzeźbionych królewskich stolców i cycowych sukni. Książka jest zabawna, pięknie zilustrowana i błyskotliwa. Sama się przy niej dobrze bawiłam.

Polecam miłośnikom historii od piątego roku życia wzwyż. Dorośli też będą z niej czerpać radość.






Drugi słownik, kręcący się wokół znaczeń różnych wyrazów, to "Słowa do rzeczy", wydany przez Muzeum Etnograficzne w Krakowie. Do niedawna był do kupienia wyłącznie tam (i w ich sklepie internetowym), ale ostatnio pojawił się też w niektórych "zwykłych" księgarniach.


Tutaj autorzy nie zajmują się słowami zapomnianymi, ale dobrze znanymi związkami frazeologicznymi i śledzą ich pochodzenie. Dorosły wie, czym jest ćwiek w "zabić ćwieka", albo czym był "języczek u wagi", ale dzieci niekoniecznie są zorientowane w takich zawiłościach. Aczkolwiek znalazło się tam kilka rzeczy, o których nie wiedziałam. :) Bardzo fajna książeczka, przeznaczona, moim zdaniem, dla dzieci między piątym a dziesiątym rokiem życia.


Kolejna pozycja to też słowniczek, ale już z innej beczki - słownik chorób. Opisy są dość zdawkowe i niewyszukane, ale to ciekawe, że dzieci mogą zapoznać się trochę z tym, czym jest np. anoreksja, migrena, czy jak powstaje próchnica. A do tego - i to jest największy hit, mój syn zaśmiewał się w głos - prawie każda choroba ma swój wierszyk. ;) Chcecie, żeby wasze dziecko mówiło wierszyki o tasiemcach i połamanych nóżkach? Jeśli tak, to jest książka dla was - od wydawnictwa Poradni K. :]
Polecam dla dzieci od piątego do dziesiątego roku życia.



A na koniec coś zupełnie innego, zdecydowanie bardziej znanego i "mainstreamowego" ;), ale to nowość, więc dorzucę, bo kto mi zabroni. :) Nowiutki komiks pana Samojlika.
Jakość sama w sobie. Jak zwykle mądrze, jak zwykle zabawnie. W lesie zabrakło wilków i rządzą w nim przebiegłe borsuki. Intryga snuje się jednak w tle, bo na pierwszym miejscu są rozważania o równowadze w przyrodzie i - uwaga - wykłady matematyczne starego dżdżownicy. Tak tak. Są też zające Fibonacciego i fraktale. Świetna książka dla dzieci - według mnie - od siódmego roku życia.




Przedwakacyjny kącik zapowiedzi.

Przedwakacyjny kącik zapowiedzi.

Trochę martwy sezon. 
Przed wakacjami najwięcej wychodzi plażowych czytadeł. Nic do nich nie mam, każdemu według potrzeb, ale akurat mnie nieszczególnie interesują. Romanse też nie są w zakresie moich upodobań, a tych także o tej porze roku nie brakuje. 
Znalazłam jednak kilka rzeczy, głównie dla dzieci, które wydają mi się godne uwagi.

1. Z okazji setnych urodzin Dahla Znak wydaje trzy nieznane w Polsce pozycje tego autora. W sprzedaży od 20. czerwca:




2. Jako że lubię ciekawe książki kucharskie, cieszy mnie, że ukaże się polska wersja książki autorki bloga Forest Feast. I nawet nie o przepisy chodzi, ale o przyjemność z obcowania z czymś urodziwym. 
Książka do kupienia od 15. czerwca. 
Wrzucam kilka zdjęć ze środka oryginalnego wydania.






3. Dwie książki pana Samojlika. Dla maluchów nowy Żubr Pompik z Media Rodzina, a dla każdego - Pikotek z wydawnictwa Widnokrąg. Pikotek miał premierę na Targach Książki w Warszawie kilka dni temu (ale w księgarniach go jeszcze nie widzę), a Żubr ukaże się - nie wiem, na stronie wydawnictwa daty nie ma, ale pewnie wkrótce.



4. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć coś o życiu autora Tytusa, to może już za kilka dni przeczytać:


5. Przed letnią wycieczką z dzieciakami w góry, można od Dwóch Sióstr w czerwcu kupić przewodnik po tychże. Zadania związane z tematem, najważniejsze pojęcia, te sprawy. Podobno fajne, raczej dla starszaków. :)


6. A teraz coś dla dorosłych. Yaa Gyasi napisała książkę, której opis mnie, przyznaję, zaintrygował. To może być wielki hit, albo olbrzymia klapa. Będę pilnie obserwować recenzje. Do kupienia już za trzy dni.

XVIII wiek, Ghana, zachodnie wybrzeże Afryki. Dwie przyrodnie siostry mieszkają w odległych wioskach, nigdy się nie spotkały, nie wiedzą nawet o swoim istnieniu.
Pierwsza z nich, Effia, poślubia angielskiego kolonizatora, dowódcę twierdzy Cape Coast Castle i żyje u boku kochającego męża. Druga, Esi, trafia do twierdzy w dramatycznych okolicznościach. Uprowadzona, wrzucona do lochu, zostaje następnie wysłana za ocean i sprzedana jako niewolnica.
Yaa Gyasi, nowa gwiazda literatury amerykańskiej, z ogromnym wyczuciem i talentem opowiada dalsze losy bohaterek i ich potomków. Efektem jest niezwykła powieść, rozciągnięta w czasie na niemal 300 lat. Mroczne czasy niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, europejska kolonizacja Afryki, walka czarnych Afroamerykanów o równouprawnienie, marzenie o awansie społecznym, rodzinne tragedie, zawiść, zazdrość, chwile szczęścia i w końcu miłość - Droga do domu to wciągająca saga i prawdziwa eksplozja emocji. Powieść bardzo amerykańska, a jednocześnie pełna afrykańskiej magii.
Droga do domu to debiut literacki Yaa Gyasi . Na pomysł napisania książki wpadła, gdy szukała swych korzeni w Afryce. Podczas podróży po Ghanie odwiedziła Cape Coast Castle i jak później wyznała, od razu wiedziała, że to złowrogie miejsce stanie się centrum jej opowieści. Książka wzbudziła prawdziwą sensację na Targach Książki w Londynie – prawa do wydania na podstawie samego zarysu książki zakupiło kilkanaście krajów.


7. A na koniec kolejne tomy pewnych serii, które czytuje mój syn. Wrzucam, żeby nie zapomnieć. ;)
"Skrzydła" już za kilka dni, "Opiekunowie" dopiero w sierpniu.



Książki kucharskie. Część druga.

Książki kucharskie. Część druga.

Część pierwsza TUTAJ.

Tę notkę miałam gotową już od dawna, brakowało tylko wrzucenia kilku szczegółów. Ponieważ jestem ostatnio ciągle głodna, to wydaje się znakomitym pomysłem dokończenie jej wreszcie.

Tym razem zestaw nieco bardziej wytrawny.

Na początek jedna z moich ulubionych książek. Korzystam z niej często, kiedy mam standardowy dylemat - "o rany, co dzisiaj zrobić na obiad". Przepisy są proste, udane i smaczne. Wypróbowałam (no dobra, mój mąż, bo on głównie gotuje rzeczy tego typu w naszym domu ;)) już całkiem sporo przepisów i wszystkie były dobre. Niektóre bym za drugim razem nieco zmodyfikowała (bo lubię pikantniej po prostu), ale generalnie - świetna książka.




"Mamuszka" to mój nowy nabytek i jeszcze zupełnie dziewiczy, bo nie zrobiłam ani jednego dania z tej książki. Mnóstwo w niej jednak przepisów prostych, z niewydumanych składników (to wschodnia kuchnia, więc z jednej strony "bieda placki" i ciasto topielec, a z drugiej bakłażany, feta i orzechy). Przepisy o różnym stopniu skomplikowania, ale mnie zawsze najbardziej ujmują te najprostsze (i desery, no ale). Sporo tu też rzeczy dobrze znanych - kiszona kapusta, proste dżemy, rosół z kluskami kładzionymi, wódka z porzeczkami. Kresy. Mnie się podoba. I ma śliczną, śliiiczną okładkę. :D




Na koniec dwie książki, które są konsekwencją mojej nowej pasji - żarcia trawnika. ;)

Zaczęło się niewinnie - ponieważ w ogrodzie w ubiegłym roku miałam nadmiar winogron, to pomyślałam, że muszę w kolejnym roku zrobić z nich wino. Ponieważ jednak najpierw chciałam na czymś wypróbować i zaobserwować procesy, które tym rządzą (działanie drożdży winnych i tak dalej), to nastawiałam w pękatym wazonie (tak, a co!) wino z mniszka lekarskiego.
A potem - potem pieląc wokół choinki pomyślałam, że przecież pokrzywy są jadalne, prawda? Wielu ludzi robi z nich np. zupę. Toż to prawie szpinak, a ja przecież żadnej chemii w ogrodzie nie używam, więc...

I tak, po nitce do kłębka, zaczęłam zgłębiać temat.


"Pyszne chwasty" to zdecydowanie dla mnie ciekawsza pozycja, niż "Jadalne kwiaty". Sporo tam prostoty i przepisów w zasadzie niekoniecznie nowatorskich, ale pokazujących, że do tego, co w sumie dobrze znamy w kuchni, można dodać nieco fantazji w postaci np. liści mniszka, albo babki lancetowatej. Do tego lista jadalnych RODZIMYCH chwastów, opis ich właściwości, sposobu zbierania i przechowywania. Pożyteczne (ale, uprzedzam, jak nie macie skąd wziąć czystego zielska, to pewnie dla Was będzie zupełnie bezużyteczna książka - obok drogi, czy na osiedlowym trawniku lepiej jedzenia nie zbierać).



"Jadalne kwiaty" z kolei traktuję jak encyklopedię łąkowych kwiatów jadalnych, bo przepisy są często dość wydumane (nie wszystkie, nie wszystkie), albo opierają się głównie na tym, że jakieś zwykłe danie się kwiatami po prostu dekoruje. Niemniej bardzo mi się ta książka przydaje jako kompendium roślin (kwitnących), które mogę zebrać i zjeść. Przepisy są dużo mniej inspirujące, niż w "Pysznych chwastach".

Obie pozycje polecam ludziom, którzy mają własne ogrody, działeczki, albo dostęp do łąk w pewnym oddaleniu od ruchliwych dróg i opryskiwanych trawników.




Głód.

Głód.

W wersji papierowej książka onieśmiela. 700 stron. Cegła. Na dodatek ten temat - kto by chciał spędzić długie godziny czytając o ludziach konających z głodu w świecie pełnym jedzenia?


Caparros jedzie m.in. do Indii, Bangladeszu, Sudanu. W USA też mają swoje za uszami. Jedzie i patrzy. Zadaje pytania, których się czasami potem wstydzi. Czyta raporty, statystyki, dane dostarczone przez organizacje pozarządowe. Odwiedza kliniki "lekarzy bez granic", w których próbuje się ratować skrajnie niedożywione dzieci i gdzie nie zawsze się to udaje. Czasami "tylko" dlatego, że ludzie nie rozumieją, czym jest głód. Nie wierzą, że dziecko umiera z głodu - no przecież jadło (placek z mąki, codziennie, no, prawie codziennie, placek z mąki i tylko placek z mąki - dorosły na tym przeżyje jako tako lata, ale dziecko umrze z braku substancji umożliwiających rośnięcie, bo biologia jest bezwzględna).
Ilość źródeł, do których sięgnął autor "Głodu", imponuje. Wykonał pracę rzetelną, wiarygodną, dobrze udokumentowaną i przez to przerażającą jak cholera.

Oto żyjemy w świecie, w którym jest  50 tysięcy gatunków jadalnych roślin uprawnych. Przemysłowa produkcja nie lubi jednak różnorodności, więc obecnie uprawianych jest jedynie 250 gatunków, z czego 90% kalorii pochodzi z zaledwie piętnastu gatunków roślin. Brzmi idiotycznie, zważywszy na różnorodność warunków przyrodniczych na naszej planecie. Tylko że przemysł się nie rozmienia na drobne, a lokalni rolnicy potrzebują wsparcia.

Weźmy taki Niger, w którym codziennie ludzie umierają z głodu. Ma milion kilometrów kwadratowych. I jest drugim w świecie producentem cholernie drogiego uranu, ale kraj nie czerpie z tego korzyści, bo monopol na wydobycie posiadła francuska firma Areva, która płaci państwu jedynie niewielki procent za dzierżawę.
W 2007 roku odkryte zostały złoża w Azeliku i prezydent Mamadou Tandja postanowił rozpocząć nową grę: wydobyciem miała zająć się spółka chińsko-nigerska. Areva protestowała, ale bez skutku. Dwa lata później znaleziono kolejne złoże, w Imourarene. Uranem zainteresowała się Francja [...] trzy czwarte [jej] elektryczności pochodzi z elektrowni jądrowych [...]. Niemal połowa pochodzi z Nigru. 
W lutym 2010 roku prezydent Tandja przystąpił do rozmów z Chińczykami, chcąc rozpocząć eksploatację nowych złóż. Kilka dni później został odsunięty od władzy w wyniku zamachu stanu, którym kierował pułkownik Djibo. Objąwszy rządy pułkownik zerwał rozmowy z Chińczykami, potwierdzając "wdzięczność i lojalność" swego kraju wobec Francji i Arevy. W następnym roku w wyborach powszechnych został wyłoniony nowy prezydent, Mahamadou Issoufou, inżynier górnictwa pracujący dla Arevy. 
Na początku tego wieku Bank Światowy opracował plan nawodnienia, który miał umożliwić eksploatację ponad 400 tys. ha ziemi; powierzchnia uprawna zwiększyłaby się dziesięciokrotnie, wszyscy mieszkańcy kraju mieliby zapewnioną żywność. Ale kraj będący drugim w świecie producentem uranu nie miał ani grosza na rozpoczęcie prac.
To tylko jedna z wielu podobnych historii. Są kraje, jak Etiopia, gdzie zbiory w dobre pogodowo lata bywały olbrzymie, większe niż popyt, ale nie było spichlerzy, by je magazynować, więc zapasy zgniły, a duża część z nich w ogóle nie dotarła do odbiorców (którzy nadal umierali), bo nie było dróg. Zatem w kolejnych latach rolnicy produkowali mniej, żeby nie ponieść strat (albo dlatego, że z powodu strat zbankrutowali i nie mieli już za co obsiać pól). A ludzie nadal umierają, chociaż ziemia dałaby radę ich wyżywić.

Nie miałam siły do tych historii. Do rozmów z matkami, których dzieci umierają, jedne po drugim, kiedy tylko zostaną odstawione od piersi. Czytałam to wszystko z zapartym tchem, nie mogąc się oderwać i jednocześnie wcale nie chcąc o tym wszystkim czytać.

Wiecie, ta książka ma parę konkluzji. I jednocześnie nie ma żadnej. Bogaty, syty, zachodni świat ma teraz inne problemy, więc nikomu nie pomoże. Jest zbyt ociężały i siedzi odwrócony do tego dramatu plecami. Na dodatek - cóż, wybaczcie, ale tak to wygląda - te dzieci z ramionkami cienkimi jak gałązki mają niewłaściwy kolor skóry.
Co nowego?

Co nowego?

Miesiąc mnie nie było na blogu. Znowu. Dobrze, że na tym nie zarabiam. ;)

Dzisiaj kilka nowych komiksów, które u nas ostatnio zamieszkały.


Centrala wreszcie wydała nową Hildę. Zadziwia mnie, jak bardzo nie trzymają się nigdy swoich własnych terminów, ile miesięcy, a czasem lat czeka się na ich zapowiedzi, ile razy przesuwają datę wydania czegokolwiek. A mimo to - cóż - nikt inny Hildy nie wydaje, więc człowiek ciągle im płaci. ;) Sądzę jednak, że Pearson lepiej by zarobił, gdyby Hildę wydawał ktoś bardziej słowny.


Nowa Hilda nadal mieszka z mamą w bloku w mieście. Do nadzwyczajnej menażerii hildowego uniwersum dołącza kilka dziwnych stworzeń, a Hilda trochę chyba dorasta, bo jest tu bardziej butna i pyskata; a po miasteczku krąży Czarna Bestia.
Mój zachwyt nadal trwa. Cena każdej kolejnej części nadal przeraża (ja kupiłam sporo taniej w przedsprzedaży, ale cena okładkowa to prawie 47 złotych!!!).


Kultura Gniewu, czyli "to drugie wydawnictwo komiksowe" (ale zdecydowanie bardziej pilnujące terminów) wydało "Tymka i Mistrza" - humorystyczne fantasy Skarżyckiego i Leśniaka, które kiedyś było publikowane w odcinkach w "Wyborczej".


Panowie jak zwykle walczą z Psujem i Popsujem, mają więcej szczęścia niż rozumu i są wciąż bardzo zabawni. :)
Książka dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Ucieszy każdego.



Kolejna nowość to książeczka dość niezwykła.
Nie wiem, czy ktoś z Was słyszał o amerykańskim magazynie satyrycznym "MAD"? Ukazuje się od ponad pół wieku (i to jest jedyna prawdziwa informacja na polskiej Wiki na ten temat, cała reszta lakonicznej wzmianki to jakieś bzdury, nie czytajcie; weźcie się od razu za angielską wersję artykułu) i nadal ma się dobrze. Raz nawet w USA kupiłam jeden numer, ale niestety ktoś mi go ukradł na lotnisku. Specjalizuje się w nabijaniu się z szeroko rozumianej popkultury. Nie oszczędza niczego i nikogo.


Egmont (i jego dział Świat Komiksu) wydał cieniutki zbiorek z wyborem kilkunastu komiksów satyrycznych z MADa.
Dla wielbicieli kultury popularnej, znających fabuły największych hitów filmowych, lubiących się pośmiać z konwencji - pozycja obowiązkowa. Dzieciom można dać do ręki, ale i tak większości aluzji nie zrozumieją. ;)



A na koniec poważniej - komiks o życiu Wisławy Szymborskiej. Autorka, Alice Milani, to młoda (młodsza ode mnie ;)), włoska artystka, najwyraźniej Szymborską wielbiąca.
Sam komiks to miks delikatnych akwareli z wyklejankami (wiadomo dlaczego :)). Estetyka ta bardzo pasuje do tematu, który jednak jest jedynie lekko muśnięty. Rysowniczka pozwoliła sobie na pewną fabularną swobodę, ale nie ma się co oburzać - w końcu to nie jest dzieło biografa, ale raczej pewna interpretacja i, nie przekraczający granic dobrego smaku, wyraz prywatnej fascynacji.


Po bibliografii widać, że - poza poezją Szymborskiej - Alice opierała się głównie na "Pamiątkowych rupieciach". Nie jest to żaden zarzut, oczywiście. Ot, po prostu - nie należy się spodziewać nieodkrytych lądów (intymniejszy obraz poetki możecie znaleźć w nowej książce pana Rusinka - polecam gorąco).

Książka będzie ładnym prezentem dla każdego miłośnika Szymborskiej.


I to tyle na dzisiaj. Życzcie mi dużo wolnego czasu, to może dokończę wszystkie recenzje, które rozgrzebałam przez ostatnie miesiące. :D
Copyright © 2014 Na regale , Blogger