Co nowego?

Co nowego?

Trudno mi się nie pochwalić, więc dzisiaj post o tym, co mam, a czego Wy (chyba) nie macie. ;)

Mój mąż tydzień temu wrócił z Nowego Jorku. Jako że tym razem nie byłam z nim, więc należała mi się sowita rekompensata za straty moralne. ;) I wiecie, wiecie, co dostałam?

Wiadomo, że książki.
Pierwsza to limitowane wydanie "Osobliwego domu" w oryginale. Nie chodzi jednak o samą książkę (której ekranizacja właśnie wchodzi do kin), ale o to, co w niej - małżonek mój, znając moje uwielbienie dla Tima Burtona, udał się na spotkanie z tymże (i z Briggsem, autorem książki), żeby zdobyć dla mnie autograf. I zdobył. Proszę bardzo.




Druga pozycja, to książka o twórczości Neila Gaimana. Pięknie ilustrowana, opisująca historię jego chyba wszystkich dzieł, zawierająca anegdoty, szkice, zdjęcia rękopisów i całe mnóstwo wszelkiego dobra.







A na koniec coś mniej egzotycznego, ale przynoszącego także sporo radości - świeżutkie, ilustrowane wydanie drugiego tomu Harry'ego Pottera. Jako człowiek łasy na gadżety, zamówiłam w przedsprzedaży, u źródła. I dostałam śliczne pocztówki z Ulicą Pokątną. :) Popatrzcie sobie, bo czemu nie. :)






I tak o. Właśnie dlatego papierowe książki nigdy nie wyjdą z użycia. :)
Teatr niewidzialnych dzieci

Teatr niewidzialnych dzieci

Bohater, Michał, mieszka w domu dziecka. Jest PRL, czasy mojego dzieciństwa. Zaczynają się strajki, pojawia się w tle Wałęsa i Solidarność, a autor książki, opowiadając o rzeczywistości, w której żyje bohater, gra w jakieś dziwne bingo - jakby chciał już na pierwszych kilkudziesięciu stronach wcisnąć absolutnie wszystkie atrybuty prlowskiego dorastania. Odhaczyć co do jednego.
Wymienia na jednym wdechu, że dzieci oglądają Stirlitza, że czytają "Tytusa" i "Świat Młodych", że jedzą ozorki i kotlety z jajek oraz budyń z sokiem, że z rzadka dostają paczki z zachodu, gdzie są kolorowe ubrania, że na ścianie wisi Bierut i Lenin, że kolejki, że, że, że. Wszystko na raz. 



Wiem, książka jest dla dzieci, które nigdy PRLu nie zaznały i trzeba im świat objaśnić. Niemniej mam wrażenie, że autorowi wylewa się nostalgia uszami i że musi wszystkie te elementy wprowadzić niemal OD RAZU. 

To jednak drobny zarzut, bo ogólnie to świetnie napisana, bardzo ciekawa, poruszająca historia i nie PRL jest w niej dla mnie ważny. Bez całego tła "epoki" to byłaby równie dobra książka (może nawet lepsza?), która mówi głównie o tym, jak - mimo starań dorosłych - nie da się zastąpić domu rodzinnego. Trzeba go stworzyć od nowa. Bardzo wiele opowiada także o dziecięcej wrażliwości, o rozwijającej się moralności i o budowaniu poczucia bezpieczeństwa.

Wielki dom dziecka, w którym spotykamy Michała na początku, to miejsce, gdzie wszystko działa na akord, a dzieci jest całe mrowie. Wszyscy muszą wstać o tej samej porze, myć się raz na dwa dni we wspólnej łaźni, małe dzieci mają wszystkie na raz obcinane paznokcie, przy wyjściu do szkoły trzeba się odhaczyć w zeszycie, a światło gaśnie zawsze o tej samej godzinie. Nie, nikt dzieci nie maltretuje, ale trudno tam o czułość, a maluchy wiedzą, że nie wolno się przywiązywać, bo rotacja wśród wychowanków i wychowawców jest ogromna; często ktoś znika z dnia na dzień, bez uprzedzenia. Po co cierpieć, lepiej w ogóle nie zaczynać kochać.

Jedno takie zniknięcie za dużo, kolejny cios w serce i Michał się rozpada na kawałeczki. A potem, żeby pomóc mu wrócić do zdrowych zmysłów, jedna z "cioć" załatwia chłopcu przeniesienie do małego, niemal rodzinnego domu dziecka, gdzie jest tylko kilkanaścioro dzieci i każde ma swój pokój, może myć się kiedy chce, a nawet spać przy zapalonej lampce. Cóż to za zmiana!

I wtedy pojawia się Sylwia, od której zaczyna się cała historia z teatrem (której nie zdradzę, żeby nie psuć zabawy).
Sylwia jest egzaltowana do zupełnie nierealistycznego poziomu, jej wypowiedzi, włożone w usta nastolatki, brzmią sztucznie i nieprawdziwie. Mnóstwo wielokrotnie złożonych, wzniosłych zdań, wypowiadanych nawet w stanie wielkiego wzburzenia, może przywoływać na myśl Anię z Zielonego Wzgórza, ale niestety - ja tego tutaj nie kupiłam. ;) Ale nie szkodzi. Historia się broni.

Poza tym "Teatr" jest fantastyczny, bo mówi o uczuciach. O tych trudnych, jak strach, samotność, opuszczenie. Mówi o dzieciach, których nikt nie chce i - choć to świat jednak przypudrowany i wygładzony - o tym wycinku rzeczywistości, o którym na co dzień nikt nie myśli. O dzieciach z domów, w których się piło, o "przygłupach", których nikt nie chce wychowywać, o kłopotliwych nastolatkach, którym jest już wszystko jedno.

Jak skończyłam czytać, poszłam mocno przytulić mojego syna.

Niekochane dzieci to chyba jeden z najsmutniejszych tematów. Mieliśmy w literaturze całe zastępy sierot, które w finale znajdowały nowe rodziny. Jak widać, to wciąż działa. :)
Demokracja i dyktatura.

Demokracja i dyktatura.

Kiedy ze wszystkich stron widać, jak nacjonalizmy wszelkiej maści zaczynają wyłazić z kątów jak złe licho, warto rozmawiać z dziećmi na tematy polityczne.

Wydawnictwo TAKO piękną nam podsuwa literaturę. Dwie książczyny - jedna o demokracji, druga o dyktaturze (a będzie też o męskości i kobiecości - tak, tak, o strasznym genderze, prawdopodobnie do kupienia w październiku na krakowskich targach książki :)) dają prostą instrukcję, jak tak trudne zagadnienia wyjaśnić dzieciom. 


W książce o demokracji jest zwięźle o wyborach, partiach politycznych i o tym, że w demokracji ludzie mogą myśleć i mówić co chcą. Wolno im się spotykać i gromadzić. Każdy ma głos w dyskusji i godzi się z tym, że kiedy czas popularności jego partii przeminie, będzie musiał ustąpić i pozwolić rządzić oponentom, by potem oni mogli oddać pałeczkę komuś innemu. 

Jako że niebezpiecznie grozi nam to, że obecna władza pałeczki nie będzie chciała oddać, tylko przerwać sztafetę i schować pałeczkę głęboko we własne... eee... gardła, to edukacja jest jedyną drogą do tego, by wszyscy kiedyś wreszcie zrozumieli, że państwo nie może być prywatnym folwarkiem, ale domem wszystkich - nie musimy się kochać, ale nie możemy się nienawidzić i robić sobie na złość. O tym jest książka o demokracji.



Książka o dyktaturze rysuje ponury obraz świata. Niektórzy taki świat pamiętają, a młodsi POWINNI znać go z książek. To świat, w którym nagradza się tylko lojalnych, karze za samodzielne myślenie i sprzeciw. Dyktator chce mieć władzę nad wszystkim, usuwa oponentów, a w szkołach, sądach i urzędach umieszcza tylko ludzi, którzy są po jego stronie i ślepo wykonują jego rozkazy. To nie jest miłe miejsce, bo tam o pewnych sprawach można rozmawiać tylko szeptem, a czasem trzeba z takiego kraju uciekać. 

O pokusach władzy absolutnej warto mówić głośno i opowiadać o tym dzieciom. Bo jak nie my im o tym opowiemy, to kto?




W obu książkach jest bardzo mało tekstu. Są świetne ilustracje Marty Pina i Mikela Casala i taka ilość informacji, jaką może przyswoić nawet starszy przedszkolak. Mój dziewięciolatek jest na te książki za duży o tyle, że jest w nich po prostu już za mało wiedzy, jak na jego możliwości, ale uważam, że to świetne pozycje do tego, żeby zacząć z dziećmi w ogóle dyskusję. To może być genialna pomoc naukowa dla odważnych nauczycieli w podstawówce. Spokojnie do dziesiątego roku życia można dać dzieciom te książki i potraktować je jako początek rozmowy. 

Ważna rzecz. Jedna z ważniejszych. Polecam z czystym, lewackim sumieniem. ;)
Zapowiedzi na koniec lata i początek jesieni.

Zapowiedzi na koniec lata i początek jesieni.

Zapowiedzi nie było od maja, więc najwyższy czas zerknąć, co szykują nam wydawnictwa na najbliższe miesiące.

1. Na początek kilka kontynuacji znanych serii. Finałowy tom "Opiekunów Tajemnic" wyjdzie w ostatni dzień sierpnia. Ukaże się też kolejny tom serii "Pax" (ale nie wiem dokładnie, kiedy, bo brak informacji na stronie Media Rodzina) oraz - 19. września - następna część "Domu Tajemnic".




2. W kategorii "bo śliczne" też jest kilka zapowiedzi. Dla maluchów (według wydawcy od trzeciego roku życia) ukaże się jeszcze w tym miesiącu śliczna książka-gra "Binek" (wydawnictwo Dwie Siostry) z ilustracjami Adama Wójcickiego.



Dla nieco starszych coś o roślinach ("Botanicum" w październiku) i o historii świata ("Rzeka czasu" we wrześniu).







3. A żeby nie tylko dzieci miały się z czego cieszyć - Czarne szykuje książkę o słynnym Barnevernet (5 października):


15. września będzie można także kupić książkę człowieka, który wiele lat mieszkał i pracował w Islandii (a Islandia jest ładna i ciekawa, więc):


A dla świrów takich jak ja - Thorwald (18. sierpnia):


Na uwagę zasługuje też dość głośne i podobno znakomite "Sekretne życie drzew" (5. września):


4. Gdyby ktoś przez ostatnie tygodnie mieszkał w jaskini i jeszcze nie wiedział, to polska wersja "Przeklętego dziecka" dopiero 22. października.


I tak o. :)
Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Nie chcę nikomu psuć zabawy, więc o fabule napiszę tak mało, jak się da, ale muszę chociaż kilka słów o sztuce Jacka Thorne'a i J. K. Rowling. Będzie lakonicznie i pobieżnie, ale za to na świeżo.


Dzisiaj ukazała się wersja papierowa i kindlowa (w urodziny Rowling i Harrego Pottera), a wczoraj była premiera na deskach teatru w Londynie.

Ósma historia, 19 lat po wydarzeniach z ostatniego tomu (wyłączając epilog), Harry i Hermiona pracują w ministerstwie, Ron rozwija dalej prężny biznes magicznych dowcipów, Ginny pisuje sportowe artykuły do prasy, a ich dzieci chodzą do Hogwartu.

Albus, syn Harrego i Ginny, oraz Scorpius, syn Dracona Malfoya, przyjaźnią się i wpadają w bardzo istotne kłopoty, w które zaplątany jest także stary, oszalały z rozpaczy ojciec Cedrika Diggory'ego.

Scorpius jest cudowną postacią, inteligentnym geekiem z poczuciem humoru, Albus jest smutnym, złym na cały świat dzieciakiem, głęboko skonfliktowanym z ojcem, co popycha go do pakowania się w tarapaty (eliksir wielosokowy i zmieniacz czasu pojawiają się także na chwilę), a poza tym w magicznym świecie zaczyna dziać się wiele niepokojących rzeczy, które martwią walczących z czarną magią czarodziejów.

Więcej Wam nie napiszę, żeby nie psuć zabawy (polska wersja wyjdzie dopiero pod koniec października, więc i tak długo będziecie musieli się bardzo bronić przed spoilerami w internecie, jeśli nie czytacie w oryginale), ale powiem, że czytając czułam się, jakbym po długiej wędrówce wróciła do domu. I przyznaję - "Przeklęte Dziecko" ma o wiele mniej niejasności, niż oryginalna saga. Fabuła jest porywająca od samego początku do ostatniego słowa. Na dodatek wydaje mi się, że Rowling przy okazji chciała tą sztuką wyjaśnić te kilka rzeczy, które nie dawały spokoju co bardziej dociekliwym fanom serii.

Jasne, to jest, nie zapominajmy, sztuka teatralna, więc brakuje nieco obrazu tła (choć i tak sporo się dzieje) i wielu rzeczy trzeba się domyślać, ale ta forma wymusza konkret, nie owijanie w bawełnę i wyrazistość. Ma to swoje zalety. Są też sceny (jedna dzieje się na dachu pędzącego pociągu), które muszą być niesamowitym wyzwaniem dla teatru i zobaczenie ich na żywo stało się moim marzeniem (ale nie ma już biletów do połowy 2017 roku, sprawdzałam - a dalej nie sprzedają, więc moooże za parę lat...).

Na dodatek za kilka miesięcy będą w kinach "Fantastyczne bestie" - to najlepszy rok dla potteromaniaków od czasu premiery ostatniego filmu o Harrym. :D
Tru

Tru

Czasami książki kupuję kompulsywnie. Bo ładne, bo o nich głośno, bo mam zły dzień. "Tru" kupiłam jakiś czas temu, bo była wyprzedaż w Bonito, a ja uwielbiam ilustracje Emilii Dziubak.


Nie spodziewałam się absolutnie niczego. Byłam pewna jedynie ładnych obrazków. Nie zawiodłam się, ale przy okazji odkryłam, że to bardzo niezwykła książeczka, bo jest to bajka o - nie umiem tego lepiej nazwać - nierównościach społecznych.


Oczywiście, jest to także bajka o zajączku Tru, który ma duszę wynalazcy i dobre serce, ale w tle mamy samotną matkę - feministkę, która chodzi na manifestacje (i tak, pada słowo "feministka"), dzielnice biednych i bogatych, mamy zające bezdomne, które kiedyś mieszkały w bogatej dzielnicy, ale powinęły im się łapy; są małe podupadające biznesy staroświeckich rzemieślników, dzieciaki, które szpanują drogimi futrami oraz zające uciekające ze swoich domów przed czystkami.


Te wszystkie poboczne wątki to jedynie tło, czasem wyłącznie wzmianki. Głównym wątkiem jest opowieść zajęczego chłopca o tym, jakie rzeczy wynalazł i jak one zmieniły jego okolicę (a także zajęcze umysły), ale dorosły cały czas czuje zgrzyt. Dzieciak opowiada o nartach i jakby mimochodem o strzelaniu do swoich krewnych w odległym mieście. Albo o kosiarce do trawy i o wątku miłosnym między zajęczym kloszardem a dziewczyną ze straganu z kapustą.



Dziwna to książka i pełna niełatwych tematów do omówienia - jeśli ktoś chce, bo jeśli nie, to można pozostać przy wierzchniej warstwie - bajeczce o dobrym dzieciaku z głową pełną pomysłów.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to jest to język - styl mnie nie powala i nie zachwyca. Jest poprawny, nijaki, przezroczysty. Owszem, wiem, że musi być prosty, bo książka jest dziennikiem dziecka, ale jednak - czegoś tam brakuje. Jakiegoś polotu i lekkości.

Być może to sprawia, że mimo wszystko nie uważam, że jest to jakieś nadzwyczajne arcydzieło. Zwłaszcza, że rynek książki dziecięcej od paru lat kwitnie wspaniale i moje wymagania są z roku na rok coraz większe.

Nie jest to jednakowoż wielki zarzut, bo książka jest króciutka, a i tak oferuje całkiem sporo. Nie jest banalna i miałka, ale gdybyż jeszcze miała jakąś iskrę, to by dopiero było... :)


Popularnonaukowe dla dzieci. :)

Popularnonaukowe dla dzieci. :)

Dzisiaj parę słów o książkach popularnonaukowych, ale trochę nietuzinkowych. Prawie wszystkie z małych wydawnictw, perełki takie. Diamenciki. ;)

Najpierw dwa słowniki dość do siebie podobne.
Pierwszy z nich, to słownik Małgorzaty Strzałkowskiej, wydany przez wydawnictwo Bajka. "Dawniej, czyli drzewiej" z ilustracjami Adama Pękalskiego, to słownik wyrazów (i zjawisk z nimi związanych) już trochę lub bardzo zapomnianych. Opis zwrotów, których już nikt (lub prawie nikt) nie używa wraz z historią ich powstania. Fascynująca to książeczka, która i mnie wprowadziła w tajniki pociotów, przerzucinóżek, misternie rzeźbionych królewskich stolców i cycowych sukni. Książka jest zabawna, pięknie zilustrowana i błyskotliwa. Sama się przy niej dobrze bawiłam.

Polecam miłośnikom historii od piątego roku życia wzwyż. Dorośli też będą z niej czerpać radość.






Drugi słownik, kręcący się wokół znaczeń różnych wyrazów, to "Słowa do rzeczy", wydany przez Muzeum Etnograficzne w Krakowie. Do niedawna był do kupienia wyłącznie tam (i w ich sklepie internetowym), ale ostatnio pojawił się też w niektórych "zwykłych" księgarniach.


Tutaj autorzy nie zajmują się słowami zapomnianymi, ale dobrze znanymi związkami frazeologicznymi i śledzą ich pochodzenie. Dorosły wie, czym jest ćwiek w "zabić ćwieka", albo czym był "języczek u wagi", ale dzieci niekoniecznie są zorientowane w takich zawiłościach. Aczkolwiek znalazło się tam kilka rzeczy, o których nie wiedziałam. :) Bardzo fajna książeczka, przeznaczona, moim zdaniem, dla dzieci między piątym a dziesiątym rokiem życia.


Kolejna pozycja to też słowniczek, ale już z innej beczki - słownik chorób. Opisy są dość zdawkowe i niewyszukane, ale to ciekawe, że dzieci mogą zapoznać się trochę z tym, czym jest np. anoreksja, migrena, czy jak powstaje próchnica. A do tego - i to jest największy hit, mój syn zaśmiewał się w głos - prawie każda choroba ma swój wierszyk. ;) Chcecie, żeby wasze dziecko mówiło wierszyki o tasiemcach i połamanych nóżkach? Jeśli tak, to jest książka dla was - od wydawnictwa Poradni K. :]
Polecam dla dzieci od piątego do dziesiątego roku życia.



A na koniec coś zupełnie innego, zdecydowanie bardziej znanego i "mainstreamowego" ;), ale to nowość, więc dorzucę, bo kto mi zabroni. :) Nowiutki komiks pana Samojlika.
Jakość sama w sobie. Jak zwykle mądrze, jak zwykle zabawnie. W lesie zabrakło wilków i rządzą w nim przebiegłe borsuki. Intryga snuje się jednak w tle, bo na pierwszym miejscu są rozważania o równowadze w przyrodzie i - uwaga - wykłady matematyczne starego dżdżownicy. Tak tak. Są też zające Fibonacciego i fraktale. Świetna książka dla dzieci - według mnie - od siódmego roku życia.




Copyright © 2014 Na regale , Blogger