Neuroerotyka

Neuroerotyka

Kiedy w ubiegłym roku zmarł profesor Jerzy Vetulani, potrącony na przejściu dla pieszych, było mi niezmiernie przykro. Profesor był postacią nadzwyczajną, erudytą, człowiekiem życzliwym, mądrym i fascynującym. Był jedną z tych krakowskich postaci, o których się pisze książki. Postać w typie doktora Szczeklika. Czapki z głów i na kolana. Bez ironii.



Ostatnia książka doktora ukazała się niedawno w Znaku i jest nią wywiad rzeka o seksualności.
Można się spodziewać, znając nadzwyczajne poczucie humoru Vetulaniego, że rozmowa będzie inspirująca, zabawna i niezwykła. I taka jest, ale niestety - nie jest to zasługa Marii Mazurek, młodej dziennikarki, która najwyraźniej cieszyła się zaufaniem profesora (cztery rozmowy-książki zostały napisane w składzie Mazurek-Vetulani), więc powinnam jej dać większe poważanie. Niestety nie potrafię. Być może problem polega na tym, że po nowoczesnej, wykształconej kobiecie (na dodatek młodszej ode mnie, więc powinna tym bardziej rozumieć dylematy współczesnego świata) spodziewałam się nie tylko większej wiedzy, ale też większego wyczucia i wrażliwości. O feminizmie nie wspominając.

Vetulani - będący w Neuroerotyce czasami trochę starym satyrem, nieco sprośnym staruszkiem, wygłaszającym czasem opinie dość nieprzystojne - w chwilach, kiedy pani Mazurek zaczyna odpływać w swój naiwny, dziecięcy świat, pięknie sprowadza ją na ziemię. Zarówno w kwestii prezerwatyw i Jana Pawła II (którego najwyraźniej Maria Mazurek wielbi bezkrytycznie), jak i w kwestii praw kobiet (co bardzo ujmujące). Proszę sobie wyobrazić, że dorosła kobieta w wieku rozrodczym, we współczesnej Polsce, wypowiada takie zdanie o ellaOne:

"Nie widzę powodu, dla którego gówniarzom, którzy się zapomną w łóżku, należałoby odpuszczać wizytę u lekarza i wydanie tej stówy za wypisanie recepty. To nie jest problem znaleźć w 24 godziny ginekologa.". 

Szczęśliwie w takich wypadkach profesor Jerzy jest już zupełnie serio i sprowadza na ziemię oderwaną od rzeczywistości rozmówczynię. Nawet jeśli sam chwilami popełnia pewne niezręczności obyczajowe, to obrzydliwe najeżdżanie na kobiety, na feminizm, na "te głupie baby" w wykonaniu Marii Mazurek jest PASKUDNE.
Vetulani nadmienia (po kolejnej antykobiecej wypowiedzi Mazurek), że gdyby nie feminizm, to ona sana nie rozmawiała by z nim teraz, bo nie mogłaby pracować jako dziennikarka, ale nie sądzę, żeby to dotarło tam, gdzie powinno dotrzeć.

Profesor Jerzy Vetulani. Źródło: Wikimedia Commons (By Lech Polcyn - Autor, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=17156080)

Przyznaję, że mam masę wątpliwości, skąd wzięła się sympatia profesora dla Marii Mazurek. Czy znalazł w niej coś, czego czytelnik nie widzi? Czy było to przyzwyczajenie starego człowieka do tego, co znane. Nie wiem, ale jestem szczerze zniesmaczona współautorką "Neuroerotyki".

Poza tymi kwestiami jednak nadal jest to książka pełna ciekawostek, sparklącej ;) błyskotliwości profesora i radosnych ciekawostek ze świata ludzkiego i zwierzęcego życia płciowego.

Można przeczytać "Neuroerotykę", żeby poobcować po raz ostatni z geniuszem Vetulaniego (choć widać, że już sie trochę starzejącego, no ale wszystkich nas to czeka, więc czytałam jego wywody z pewną czułością, mimo ich erotomańsko-gawędziarskiego tonu :)), ale trzeba się uodpornić na cielęcą naiwność pani Mazurek (która przyznaje na przykład, że nie mogła obejrzeć wykładu profesora o określeniach męskiego członka, bo ją ten wykład zawstydzał; wyraźnie też pisze, że opisy pierwszych doświadczeń seksualnych swojego rozmówcy wycięła z książki, bo są nieskromne).

Bardzo jestem ciekawa, jak wyglądałaby ta rozmowa, gdyby profesor Vetulani nie rozmawiał z kimś o mentalności podlotka. Nigdy się już nie dowiemy. Czytajcie lub nie, ale płaczcie po profesorze, bo drugiego takiego nie będzie...


Przecież ich nie zostawię

Przecież ich nie zostawię

Ostatnio, mimo niesprzyjającej atmosfery politycznej, ukazuje się całkiem sporo publikacji o holocauście. Najważniejszą książką ostatnich miesięcy w tym temacie jest monumentalne dzieło (którego wciąż nie mam, kiedyś jednak na pewno kupię) "Dalej jest noc", skrupulatnie spisujące losy i nazwiska polskich Żydów z prowincjonalnych miasteczek i podsumowujące pogromy dokonane przez Polaków.

Dzisiaj napiszę o czymś drobniejszym. 200 stron o żydowskich opiekunkach w czasie wojny.
Wszyscy słyszeliśmy w Polsce o Korczaku, powstały o nim całe tomy opracowań, ale - nie umniejszając mu w niczym - takich Korczaków było więcej. I były to zazwyczaj kobiety pracujące w sierocińcach, sanatoriach i szpitalach. Szkoda by było, gdyby ich nazwiska przepadły w pomroce dziejów.



Autorki książki wybrały kilka takich postaci i postanowiły dowiedzieć się o nich jak najwięcej. Zazwyczaj jednak są to jedynie strzępki informacji, okruszki, pojedyncze zdjęcie z podpisem, jakieś wspomnienie w Yad Vashem. Z rzadka tych danych jest więcej (zazwyczaj wtedy, kiedy kobieta była krewną jakiegoś bardziej znanego mężczyzny). Tak o tym pisze jedna z autorek:

"[...] orientuję się, że nawet w tych wybrakowanych świstkach mężczyźni mają imiona i nazwiska, a kobiety tylko imiona. Wyszukiwanie Bronisława Wackera, jednego z najdłużej pracujących wychowawców, zajęło mi tylko chwilę. Inni: pan Baruch, pan Wizental, pan Krakowski, choć przyszli do sierocińca [...] jako jedni z ostatnich i nie byli tam długo, też zostawili swoje nazwiska. A one, wychowawczynie pracujące tam przez lata, w archiwach i świadectwach zwykle nazwisk nie mają. Tylko imion. Pani Lunia, pani Wisia, pani Hela [...]."

Przyznaję, że to kolejna książka, przy której pęka serce. Wiem, że o wielu takich tutaj piszę, ale czuję, że w dzisiejszych czasach nie można zrobić za wiele, żeby przypominać, do czego prowadzi antysemityzm, rasizm i ksenofobia, więc wybieram te książki do opisania celowo. Tylko tyle mogę zrobić.

W "Przecież ich nie zostawię" są rozdzierające opisy cierpienia i poświęcenia, a książka jest skupiona na ofiarach. Oprawcy są w tle, są zbiorowiskiem złych ludzi, cała uwaga skupiona jest na tych ludziach, którzy zginęli. Na opiekunce sierocińca, która prowadzi dzieci nad rów, do którego mają zostać wrzucone. Poprawia im płaszczyki, do każdego podchodzi, głaszcze, przemawia, ustawia równiutko, jakby szły na akademię. A potem sama ustawia się z nimi.
Na dyrektorce szkoły pielęgniarskiej, której każą wybrać, które z uczennic ocalić od śmierci.
To jest uwaga skupiona na ludziach w sytuacji niemożliwej, na kobietach, które nie mają grobu, więc ich nieprawdopodobnie trudne losy szybko mogą zniknąć z pamięci, jeśli o nich nie przypomnimy.

Wspaniały jest rozdział o Zofii, córce Zamenhofa (tego od esperanto). To była bardzo interesująca, wspaniała rodzina, pełna nadzwyczajnych, humanistycznych ideałów. Sam Zamenhof był idealistą, wierzył, że podział na narody i plemiona to zmora ludzkości, prowadząca do wojen i nienawiści. Jego córka, lekarka pediatra, także wybrała pójście ze swoimi podopiecznymi na śmierć, choć pozwolono jej ocalić własne życie.

Zofia Zamenhof przed wojną. Źródło: Wikimedia Commons

Książka jest galerią pięknych postaci, które trzeba ocalić. Nie łudźmy się, że ktoś o nich nauczy Wasze dzieci w szkole. Sami musicie to zrobić.
Post o tym, jak nie robić patriotycznej książki.

Post o tym, jak nie robić patriotycznej książki.

Trafiła w moje ręce bardzo szczególna książka (uprzedzając pytania - nikogo, kto ją kupił mojemu dziecku, nie posądzam o złą wolę ;)), której nikomu nie polecam z całego serca.

Wydana została przez fundację “Kocham Polskę”, która to fundacja na pierwszy rzut oka nie budzi szczególnych zastrzeżeń. Cieszy współpraca fundacji z WOŚP i nienajgorszy, nowoczesny design gadżetów w sklepiku (że niby taki miły, hipsterski patriotyzm, z dala od kibolstwa), co może uśpić czujność. Niestety ludzie z tej fundacji popełnili publikację tak merytorycznie wątpliwą i tak pełną klisz i bzdur, że nie mogłam się powstrzymać, żeby o niej nie napisać.



Książka “Symbole Polski” to album z rzeczami/postaciami/zjawiskami, z których Polacy mają czuć się dumni.
Jednym z pierwszych haseł, które sprawiają, że skóra cierpnie, jest “Aukcja Arabów”. Jak można chwalić się czymś, co zostało w tak niewiarygodnie barbarzyński sposób zniszczone? To przecież jedna z tych rzeczy, które zostały już zaorane do samego gruntu i posypane niegaszonym wapnem, żeby czasem nic tam nie odrosło.


Są w albumie (dwujęzycznym) hasła neutralne znaczeniowo, dziwne i całkiem chybione. Niektóre są zwyczajnie megalomańskie, jak np. “Niebieski laser”, którego jeden wariant (na podłożu azotku galu) został wynaleziony w Polsce, to prawda, 17 lat temu, ale choć wszyscy podniecali się tym odkryciem, dzieląc skórę na niedźwiedziu, to świat nie czekał, aż Polacy zdołają przeprowadzić odpowiednie badania i wdrożyć pomysł. Szybko (i sprawnie) nad takim laserem rozwinęli pracę Azjaci i wielkie firmy takie jak np. Sony. W Polsce prace były prowadzone chaotycznie, ze znacznymi opóźnieniami i błędami. Konkurencja w tym czasie pomysły skomercjalizowała, a my zostaliśmy z ręką w nocniku. Nie wiem, czy jest się czym chwalić.

Najbardziej jednak szokującym hasłem albumu jest hasło “Kobiety”. Tak, tak, kobiety są dobrem narodowym obok bocianów, pisarzy i wódki. Ale może przesadzam, co? Nie, chyba jednak nie, bo wcale nie chodzi o to, że mamy jedne z najlepiej wykształconych kobiet w Europie i że dbamy o równość płci.



Zacznijmy od tego, że kobiety nie są czymś w rodzaju inwentarza naszego kraju (mimo że tak są traktowane przez wielu, zwłaszcza z prawej strony barykady), ale ponieważ twórcy tego arcydzieła polskiej myśli patriotycznej mają zgoła odmienne zdanie, popłyńmy z nimi tą wzburzoną, testosteronową falą i poddajmy się ich wizji świata. ZDANIE PO ZDANIU.

“Polki są rozchwytywane przez kreatorów mody. Uchodzą też za najlepsze w Europie kandydatki na żonę.”

Pierwsze zdanie, choć niekoniecznie prawdziwe (przeanalizowałam rankingi models.com i mi wyszło, że Polki nie są nadreprezentowane; wątpię także, czy projektantów obchodzi narodowość modelek), nie jest obraźliwe. Za to druga sentencja jest czystym złotem. Implikuje tak wiele, że trudno od czegoś zacząć. Czy polskie kobiety mogą zostać towarem eksportowym? Czy są takie posłuszne/uległe/dobre w łóżku/dobre w kuchni/płodne? Co czyni z nich rasę szczególnie polecaną chłopom na całym kontynencie? Zaraz się dowiecie.

“Na ulicach polskich miast nie trudno o piękną kobietę. W większości są blondynkami o jasnej karnacji i nierzadko niebieskich oczach oraz naturalnej, nietkniętej skalpelem urodzie.”

Jak wiadomo w pewnych kręgach, o wartości kobiety świadczy jej wygląd. Wiemy to nie od dziś. Nawet w czasie Mundialu interesują wszystkich dwie rzeczy - czy chłopaki mogą strzelać gole i czy ich kobiety (inwentarz, pamiętajmy) są ładne. Nie, KIM są, ale czy są reprezentacyjne. No i nie zapominajmy, że trzeba podkreślać na każdym kroku, każdym memem, że baby nie rozumieją, co to spalony i mają donosić piwo. To tak na marginesie.

Wracając do książki: o nadzwyczajnej wartości Polek świadczy ich aryjska uroda, której nikt nie operował plastycznie. Polki o innej urodzie (choć o istnieniu takich na wszelki wypadek się nie wspomina) są wybrakowane, nie tak cenne i nie tak bardzo eksportowe. Te korzystające z klinik medycyny estetycznej to już w ogóle są bez sensu.

Wystarczy zajrzeć pod dowolny artykuł ze zdjęciem kobiety, by przekonać się, czytając komentarze, że liczni polscy mężczyźni, kwiat świata, spędzają długie godziny w internecie uświadamiając obcym przedstawicielkom płci niewieściej, że mają za małe cycki, że są za sztuczne, za grube, za chude, za brzydkie i że nie tknęliby ich nawet kijem (bo bycie tkniętą przez polskiego chłopa nobilituje i jest obiektem marzeń każdej niewiasty, pamiętajmy). Proszę, komentarze znalezione w dwie minuty pod artykułami o aktorkach i modelkach:





Ale hej, nadal publikujmy książki, w których kobiety są wartościowe tylko, kiedy są ładne.

Honor kraju ratuje jednak ta grupka rasowych klaczy, tfu, kobiet, które są niebieskookimi blondynkami bez chirurgicznej przeszłości. Ufff…

“Do tego uchodzą za pracowite, wytrwałe, zaradne i silne, a równocześnie romantyczne i uczuciowe.”

O matko, no niezła kombinacja. Dajecie radę, dziewczyny?
Pracowita kobita obrobi w obejściu, krowy wydoi, kury nakarmi, siano przerzuci, obiad ugotuje, dzieci do szkoły wyprawi, podłogi pomyje i jeszcze męża, excuzes-le-mot, wyrucha. Z uśmiechem na naturalnie karminowych ustach.



Zaradna dziołcha wyżyje cały miesiąc z tego, czego jej stary nie przepije, a że jest silną blondyną, to pociągnie pług, jak koń padnie z głodu. Po tym wszystkim, jako romantyczna i uczuciowa, naturalnej urody, błękitnooka słowianka, przyjdzie do męża w koronkach i będzie zbierać kwiaty po dziesięciu miedzach. Polki to cyborgi.

“To zestaw cech bardzo poszukiwany przez płeć przeciwną niemal pod każdą szerokością geograficzną.”

No mówiłam, towar eksportowy. Tylko trochę się to kłóci z naszymi tuzami patriotyzmu. Ci bowiem plują na Polki, które wyszły za niewystarczająco białych cudzoziemców.

“Nawet James Bond, słynny koneser kobiecych wdzięków, docenił słowiańską urodę Polek, a konkretnie Izabelli Scorupco, która zagrała odważną, inteligentną i piękną programistkę w filmie Golden Eye.”

Nasze baby (Scorupco to też blondynka, chociaż w Bondzie włosy miała jakby ciemniejsze) są kochane nawet przez fikcyjnych bohaterów literackich/filmowych.

“W 1989 roku Aneta Kręglicka została Miss Świata, a 2001 roku tytuł Miss International przypadł Małgorzacie Rożnieckiej.”

I przez 30 lat konkursów Miss tylko dwa tytuły? Nie pogrążacie się teraz? :P

Potem są wzmianki o słynnych polskich modelkach, co można uznać za względnie neutralne (przynajmniej biorąc pod uwagę całą resztę tekstu).



Książka w ogóle pokazuje wizję kraju, który ma głównie mężczyzn. Wśród haseł tytułowych są tylko dwie kobiety (Skłodowska i Pola Negri), a trzynastu mężczyzn. Do tego nie istnieją żeńskie końcówki, więc mamy tylko “reżyserów”, “odkrywców”, “naukowców”, itd. Kobiet NIE MA.
Świat kultury i nauki tworzą mężczyźni. Jasne, są w tekstach wzmianki o Szymborskiej, Radwańskiej, Abakanowicz i paru innych kobietach, ale jako zbiorowość nie istnieją.
Przy haśle o polskiej archeologii mówi się tylko o polskich “archeologach”, a nie o archeologach i archeolożkach. Niezależnie od tego, co czujecie do żeńskich końcówek, ich permanentny brak bije po oczach i buduje męską wizję kraju, w którym tworzą tylko mężczyźni, a kobiety są głównie ładne.



Cała publikacja jest dość kuriozalna, choć widać, że autorzy myśleli, że to będzie album bardzo nowoczesny i pozytywny. Tylko że nie jest.

Nie dajcie się naciąć, szukając neutralnej światopoglądowo publikacji o Polsce. Może publikacje fundacji "Kocham Polskę" wyglądają elegancko, współcześnie i miło, ale niekoniecznie takie są. I, śmiem twierdzić, trudno chyba obecnie takie książki znaleźć. Być może wkrótce zgłębię temat patriotycznych publikacji dla dzieci i napiszę o nich post. Choć obawiam się, że nie znajdę takiej, w której będzie napisane, że patriotyzm to dbanie o przyrodę, niepalenie w piecu kaloszami i płacenie podatków oraz troska o uczciwy przebieg wyborów. ;) Ale kto wie, może gdzieś cuda się zdarzają...
Jutro przypłynie królowa

Jutro przypłynie królowa

Pitcairn to wysepka, wygasły wulkan, terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii. Cztery i pół kilometra kwadratowego.



W 1790 roku zawinął tam okręt Bounty z dziewięcioma dezerterami i osiemnaściorgiem porwanych Tahitańczyków, głównie kobiet i dzieci. 
W 2012 roku mieszkało tam 48 osób, głównie potomków dawnej załogi statku z XVII wieku. Do niedawna na wyspę nie wpuszczano nikogo, kto nie dostał zgody decydentów na wysepce. Nie było mowy o dziennikarzach, reporterach, ludziach, którzy zadają pytania. 

Jeszcze parę lat temu na wyspę statek z transportem zawijał sześć razy do roku, obecnie jest to 12 razy i pozwala się także na turystykę, jeśli ktoś ma tyle samozaparcia, żeby spędzić kilka dni w podróży. Odwilż przyszła, kiedy ujawniono (w 2004 roku), że wyspa od lat była piekłem kobiet (gwałty, także na dzieciach, były na porządku dziennym) i przeprowadzono procesy sądowe. Ale lata miną, zanim to piętno zostanie zmazane, a atmosfera się oczyści.



Wasielewski, by dostać się na Pitcairn, musiał odpowiedzieć na wiele pytań (ukrył swoje reporterskie zamiary, ale i tak po paru dniach zaczęto na niego patrzeć podejrzliwie i wydalono), zanim przyszła zgoda z wyspy, by się tam zjawił.

Wyobrażacie sobie żyć w miejscu, z którego tak trudno się wydostać?

Wyspiarze dostają od rządu Wielkiej Brytanii ropę, by zasilać generator, ale i tak prąd włączają tylko na kilka godzin na dobę. Nie można ropy marnować, bo statek płynie długo. Kiedy ropa się skończy, nowej nie można po prostu kupić. Trzeba czekać na transport. Wyspa nie ma lotniska ani lądowiska.

Poza tym wszyscy są podejrzliwi - względem siebie, względem obcych, względem wszystkiego. Żyją odcięci od świata, więc łatwo tam zostać zbrodniarzem, który nie zostanie ukarany. Nikt nie wie, jakie tajemnice skrywają milczący starzy mieszkańcy.

Klimat jest tam tropikalny, mandarynki rosną wielkie jak pomarańcze, ale nie ma naturalnego rezerwuaru słodkiej wody, więc trzeba polegać na deszczówce i trzech niewielkich potokach. Jeśli ktoś zachoruje, to dzieli go od szpitala kilka dni.

W tych warunkach ludzie dziczeją. Książka opowiada o wyspie, ale też o procesie sprawców gwałtów. Ojcowie pozwalali tam gwałcić córki, bo sami gwałcili inne kobiety. Bo mieli dług wdzięczności względem innych osób na wyspie. Wszyscy tam są uwikłani w sieć zależności, której nie mogą zerwać, bo mają tylko siebie. Ci, którzy zeznawali przeciw sprawcom, na wyspie nie są teraz bohaterami, ale spotykają się z ostracyzmem. 

To jest świetny reportaż o największym zadupiu świata. I nie jest to raj na ziemi, choć niewątpliwie musi tam być pięknie, a nocą nigdzie indziej nie zobaczycie takich gwiazd.

Przeczytajcie wywiad za autorem i przeczytajcie książkę. Jeśli marzyliście kiedyś o życiu w uroczej komunie odciętej od tej paskudnej cywilizacji, to pewnie szybko zaczniecie rewidować swoje pragnienia.  

ZNAKOMITA książka. 
Majowy kącik zapowiedzi.

Majowy kącik zapowiedzi.

Dawno nie było kącika zapowiedzi, a - przyznam Wam - poza tym, że lubię go robić, bo i tak ciągle grzebię na stronach wydawnictw - ma on dużą klikalność. ;)

1. Książka Samojlika o wilkach. Wydawnictwo Agora, jeszcze w tym miesiącu.


2. Ślicznie wyglądający komiks Marazano. Akcja dzieje się w 1942 roku, a Tesla tajemniczo zaginął. ;) Zerknęłam na okładkę, zerknęłam na kreskę, chętnie do niego zajrzę, jak się pojawi. (Egmont, czerwiec)



3. Dwie książki o Chinach - jedna historyczna, dziennik robotnicy, a druga - dotycząca współczesnego podejścia do miłości.

Opis wydawcy (Prószyński):

Lijia Zhang, bystra i wesoła nastolatka, wbrew swej woli staje się robotnicą w fabryce produkującej rakietowe pociski balistyczne dalekiego zasięgu (ICBM). Każdego miesiąca musi stanąć w kolejce, aby przedłożyć fabrycznej "policji okresowej" materialny dowód, iż nie jest w ciąży. Podporządkowana opresyjnym procedurom obowiązującym na strzeżonym terenie oraz reżimowi politycznych szkoleń, Zhang w miarę dorastania coraz bardziej pozbywała się złudzeń co do "Chwalebnej Sprawy", jakiej ponoć służyli. Zaczęła uczyć się języka angielskiego. Z dumą afiszowała się intelektualną niezależnością – nosiła kolorowe ubrania w zachodnim stylu i pomagała w zorganizowaniu w Nankinie największej robotniczej demonstracji poparcia dla protestu na placu Tiananmen w 1989 roku. Zdając relację ze zmian we własnym prywatnym życiu, Zhang dostarcza jednocześnie zapis przełomowego przeobrażenia chińskiej ekonomii: jej fabryka, nadal produkując ICBM, wygrywa przetarg na wykonanie gigantycznego posągu Buddy z brązu, albowiem kraj ogarnęła gorączka poszukiwania zysków.
Socjalizm jest piękny. Wspomnienia robotnicy z czasów nowych Chin jest świadectwem osobistego zwycięstwa Zhang, która potrafiła wyrwać się spod kontroli i odmienić swój los.
Ukaże się za kilka dni.


A książka o miłości, od Znaku, ukaże się w czerwcu:



4. "Bańka" to skandynawska opowieść dla młodszych nastolatków. Dostępna 22. maja.


12-letnia Kine musi wstawać rano, musi chodzić do szkoły i na pływalnię, musi żyć z przezwiskiem Bańka, a na dodatek musi śpiewać w beznadziejnym chórze gwiazdkowym. Musi żyć według durnych reguł, w durnym miasteczku, w durnym świecie.
Ale pewnego dnia zdarza się cud! Znajduje szklaną kulę, która daje jej schronienie przed światem. Bańka zamieszkuje w bańce, która potrafi latać i spełnia życzenia!

Na stronie www empiku sprzedają ją obecnie w zestawie ze śliczną torbą. :)

5. Trochę o kobiecych postaciach historycznych. Tego nigdy za wiele. Książka przygotowana przez Wydawnictwo Kobiece. Premiera 23. maja.




6. Dwie książeczki Benjiego Daviesa dla maluchów; od Znaku. Wyglądają prześlicznie, dostępne za 5 dni.





7. A na koniec zapowiedź szczególnie ciekawa dla mnie, bo bardzo lubię, kiedy Ackroyd pisze o Londynie. :) Wydawnictwo Zysk, premiera 16. czerwca. :)


Laleczki skazańców

Laleczki skazańców

Nie będę reklamować po raz kolejny serii amerykańskiej Czarnego, bo ileż można, ale muszę zaznaczyć, że to kolejna świetna książka. Chyba jedna z najlepszych z tej serii.

"Laleczki skazańców" to reportaż holenderskiej dziennikarki, która spędza czas z kobietami korespondującymi ze skazańcami z amerykańskich (głównie teksańskich) cel śmierci. Przy okazji autorka opowiada o tym, jak wygląda życie ludzi skazanych na najcięższy wymiar kary. A bywa to życie bardzo długie (skazańcy czekają na wyrok czasami nawet kilkadziesiąt lat) i naznaczone cierpieniem.

Łatwo nam jest się odciąć od sprawy i uznać, że mordercy zasłużyli na to, co ich spotyka. Ja jednak, żyjąca w przekonaniu, że miarą naszego człowieczeństwa i miarą rozwoju cywilizacyjnego państwa jest to, jak traktujemy tych, którzy są od nas zależni, także więźniów, jestem absolutnie wstrząśnięta książką Lindy Polman. Miałam po niej penitencjarne koszmary. Książka ma zaledwie 200 stron i napisana jest bardzo zwięźle i lekko, jednak ładunek emocjonalny, który niesie, jest wagi ciężkiej.

Z jednej strony mamy (pamiętajcie, że cały czas mówimy o współczesnych czasach!) dziwaczne pikniki pod więzieniami w dniu egzekucji najbardziej znanych przestępców:

[...] matki wręczały dzieciom broszki i papierowe chorągiewki z napisem: "Bye, bye, Karla" [imię morderczyni], a ojcowie z maluchami na ramionach wypijali półlitrowe piwa przy stacji benzynowej na rogu i z powrotem szli na zabawę pod więzieniem.
A z drugiej strony mamy kobiety, które wchodzą w bliskie relacje ze skazańcami i widzą w nich ludzi, którzy - zgodnie z prawem - są często pozbawieni przez lata opieki medycznej (lekarz jest wzywany tylko do umierających - zdarzało się, że reanimowano zawałowca tylko po to, by go potem w majestacie prawa zabić), dentystycznej, dostępu do naturalnego światła, czy nawet kontaktu ze swoim adwokatem z urzędu.



Początkowo adresy skazańców można było dostać w zasadzie jedynie od Amnesty International, ale w erze internetu można już wybrać sobie przestępcę online.

Strony niewiele różnią się od zwykłych portali randkowych, z wyjątkiem tego, że na profilu można klikać w raporty z procesu sądowego, zdjęcia z miejsca przestępstwa, zdjęcia z kartoteki policji i rekonstrukcji przestępstw, które popełnili skazańcy.
Największym "braniem" cieszą się właśnie ci z cel śmierci, bo relacja z nimi z założenia nie będzie długa (jak się okazuje, to jednak złudne myślenie). Jako że są to ludzie w sytuacji bez wyjścia, padają ofiarą oszustów, którzy np. obiecują im pomoc prawną za duże pieniądze.
Masowo piszą do nich kobiety z krajów trzeciego świata, bo liczą, że uda im się poślubić na krótko skazańca i zostać wdową z amerykańskim paszportem.
Zdarzają się też szaleńcy religijni, obiecujący zbawienie, jeśli skazany kupi od nich święte teksty, i tym podobne sprawy. Zazwyczaj osadzeni się nabierają, bo - żyjąc przez lata w odosobnieniu, łakną kontaktu. I z biegiem lat tracą zmysły, więc łatwiej ich oszukać.

Obraz człowieka, nawet największego zbrodniarza, traktowanego przez funkcjonariuszy - zdawałoby się - bogatego, rozwiniętego kraju - jak śmieć, to coś, o czym nie chcemy wiedzieć. Tak samo jak nie chcemy wiedzieć o tym, że żaden przedstawiciel służby zdrowia nie chce brać udziału w egzekucji, więc wykonują ją ludzie nieznający się na rzeczy, co często prowadzi do wielogodzinnych tortur spowodowanych złym obliczeniem dawek leków lub nieumiejętnym wbiciem igły w żyłę.

Nie jestem zwolenniczką kary śmierci. Jestem zwolenniczką izolowania ludzi niebezpiecznych i nie oburza mnie ludzkie traktowanie terrorystów w krajach skandynawskich. Tym się bowiem różnimy od skazanych, że nie zabijamy, nie torturujemy, nie poniżamy. Tylko wtedy możemy przestępców osądzać.

Przeczytajcie te 200 stron, jeśli macie mocne nerwy. To jest tak głęboko smutna opowieść o brzydkiej stronie Ameryki, że niewiele może się z nią równać.
Chcę wierzyć w waszą niewinność

Chcę wierzyć w waszą niewinność

Jako że wpadłam w ciąg czytania o kryminalistach, chwyciłam za książkę polskiej tłumaczki sądowej na Wyspach - Magdy Louis. Spodziewałam się relacji z procesów i opowieści o sposobie działania brytyjskiego systemu sprawiedliwości. Książka miała opowiadać o zbrodniach Polaków popełnianych w Wielkiej Brytanii i o pracy tłumacza, który im w procesie karnym towarzyszy. 
I mniej więcej to dostałam. MNIEJ WIĘCEJ.



Przyznaję, że dopóki autorka trzyma się opisów spraw, w których brała udział, książka jest dość interesująca. Ponieważ jest też całkiem sprawnie napisana (na pewno lepiej - pod względem literackim, a nie pod względem nakładu pracy - niż "Zbrodnie prawie doskonałe"), to bywała zadowalająca lektura. Bywała, bo autorka często zbacza z drogi, opisując swoje prywatne życie, życie znajomych i przyjaciół, a nawet cytując listy swojej przyjaciółki, w których tamta opisywała swoje romanse. Powodowało to u mnie pewne znużenie, bo po prostu - nie o tym miała być książka. 

Oczywiście sprawy kryminalne stanowią większość treści książki i zżera nas zazdrość, kiedy czytamy, jak krótko trwają tam postępowania, jak szybko zapadają wyroki, jak sprawnie działa system i z jaką godnością traktuje osadzonych. To dobrze świadczy o całym społeczeństwie. Jest to bolesny kontrast w stosunku do Polski, która obecnie zaczyna cofać się w kwestii praw człowieka na tak wielu polach, że nie wierzę, że nie dotknie to także służb penitencjarnych.

Musimy jednak pamiętać, że nie jest to dziennikarstwo śledcze, ale wspomnienia tłumaczki. Nie można się spodziewać, że będzie ona opisywać zbrodnie wraz z przebiegiem śledztwa, jeśli miała wgląd tylko w część postępowania. I to jest w porządku, bo nie możemy oczekiwać więcej i książka nam więcej nie obiecuje. 
Niestety jednak nie bardzo wiadomo, jaka część z opisywanych historii wydarzyła się naprawdę, albowiem autorka zaznacza, że - co oczywiste - zmieniła szczegóły umożliwiające rozpoznanie opisanych osób, ale także: "z bohaterami tych historii miałam osobisty kontakt, jednak aby nikt nie mógł się w mojej historii odnaleźć, przemieszałam tutaj fakty z fikcją literacką". I teraz, no wiecie - jak traktować całą opowieść? Czy prawdziwi są tylko przestępcy, ale ich zbrodnie zostały wymyślone? Do jakiego stopnia przeinaczone? W co wierzyć, a co jest tylko wariacją na temat pracy autorki? Co ja właściwie przeczytałam? Reportaż? Quasi kryminał, w którym są postacie jedynie inspirowane prawdziwymi? 

Mam poczucie, że nie umiem tej książki potraktować poważniej, niż czytadła na plażę. Nie umiem jej traktować jak literaturę faktu i mogę ją polecić tylko komuś, kto po prostu lubi lekko napisane opowieści z dreszczykiem, ale nic ponad to. 

Zbrodnie prawie doskonałe.

Zbrodnie prawie doskonałe.

Z biegiem lat czytam coraz mniej beletrystyki, a coraz więcej reportaży. Odkrywam też z radością, że mamy w Polsce coraz więcej świetnych pisarzy non-fiction, dziennikarzy śledczych i innych mądrych ludzi, zajmujących się pisaniem o faktach.

Po "Zbrodnie" sięgnęłam trochę bez przekonania, zabierając się za nie w podróży. Kupiłam, bo były tanie - wiele wspaniałych książek trafiło do mnie dzięki promocjom. :) 



Iza Michalewicz to dziennikarka, która podjęła się opisania kilku starych morderstw, które pozostawały (i czasem nadal pozostają) nierozwiązane przez dziesięciolecia. Sprawy przechwycone po latach przez nowo utworzone w policji jednostki zwane "Archiwum X", są sprawami najcięższych, najbardziej tajemniczych zbrodni; nierozwiązanych albo przez niedostępność pewnych środków naukowych (jak np. badania DNA) dekady temu, albo przez rażącą nieudolność śledczych i prokuratury (to najbardziej bolesne fragmenty książki, można ze złości walnąć książką w ścianę).

Autorka wykonała mrówczą pracę i poświęciła mnóstwo czasu, grzebiąc w starych aktach spraw, jeżdżąc po Polsce i rozmawiając ze śledczymi, uderzając do prokuratorów i komisariatów (nie zawsze była przyjmowana z otwartymi rękami, choć trzeba przyznać, że ci najbardziej oddani sprawie funkcjonariusze byli bardzo życzliwi). Książka nie goni za sensacją, ale stara się pokazać układankę zdarzeń w sposób możliwie jak najbardziej rzetelny i zgodny z zebranymi informacjami. 

Znakomity jest rozdział o Jaroszewiczach, który odsłonił przede mną zupełnie nowe aspekty tej sprawy, ale i tak najbardziej w opisach kolejnych śledztw porażało mnie to, jak wiele zależy od garstki ludzi, którym się jeszcze chce - za psie pieniądze - użerać z "systemem". W kolejnych miastach likwiduje się jednostki odpowiedzialne za grzebanie w starych, nierozwiązanych sprawach; prokuratorzy, którzy popełniają rażące błędy, nie ponoszą konsekwencji, a państwu wcale nie zależy na złapaniu mordercy, jeśli trzeba by na jego znalezienie poświęcić trochę więcej czasu i pieniędzy.

Jeśli ktokolwiek z Was jest takim olbrzymim fanem serialu "Real Detective" (docu-drama o prawdziwych zbrodniach; nie mylić z "True Detective") jak ja, to na pewno się książką pani Michalewicz zachwyci. Ja przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem i uznaniem dla dociekliwości autorki. Owszem, czasem drażniły mnie barokowe metafory, które z rzadka pojawiały się w tekście ("Figurka patrzy na rozciągającą się przed nią panoramę gór, jakby chciała wsłuchać się w ciszę martwych świerków."), bo jestem bardzo wyczulona na nadmierny patos i ozdobniki, ale to nieduże grzechy. 



Chętnie przeczytałabym więcej i trochę liczę, że autorka napisze kolejne tomy z tej serii. Bardzo porządna rzecz. Zdecydowanie polecam.
Ciemny eden.

Ciemny eden.

Na tę książkę trafiłam dzięki podcastowi Czytu Czytu. Pierwszy chyba raz ktoś mnie w ten sposób zachęcił do przeczytania czegoś i do tego nie żałuję. :)

Chris Beckett napisał bardzo dziwną książkę. Chyba możemy uznać, że jest to odrobinę science fiction, odrobinę fantasy, trochę dystopia, trochę cholerawieco, ale to jest tak inne, że trwałam długo w zaskoczeniu, że coś mnie pierwszy raz od dawna zadziwiło.

Oto mamy ciemną planetę, na której źródłem ciepła i niezbyt jasnego światła są rośliny - drzewa lampowe, czerpiące energię i gorąco z wulkanicznego jądra planety (tak przynajmniej rozumiem to, co tam się dzieje ;)). Na tej planecie kiedyś rozbiła się przypadkowa gwiezdna ekspedycja z Ziemi. Kobieta i czterech mężczyzn. Trzech z nich wyruszyło po pomoc z powrotem małym lądownikiem, a Angela i Tommy zostali na miejscu, oczekując ratunku, który nie nadszedł.

Akcja książki zaczyna się całe pokolenia po śmierci pierwszych ludzi na Edenie (jak nazwali tę planetę), kiedy ludzka kolonia liczy około 500 osób i jest zbiorowiskiem ludzi, których trapią liczne genetyczne deformacje, bo - no cóż - początek im dała zaledwie jedna para ludzi.



Mamy tutaj język, który jest czymś w rodzaju karykaturalnego języka z Ziemi, dostosowanego do realiów prymitywnego społeczeństwa w ciemnej wiosce, otoczonej śnieżnymi, nieoświetlonymi nawet mdłym światłem drzew, górami. Język tutejszych ludzi jest prosty, czerpie z tego, co ta nowa ludzkość przekazywała sobie z języka pierwszej pary, ale przekształcił się przez stulecia życia w tym nieziemskim świecie.

Ludzie czczą tutaj wszelkie pozostałości po bytności pierwszych ludzi, odtwarzają sceny z ich życia, o których wiedzą, czczą wystrugane z drewna samochody i statki kosmiczne, których dawnego działania już nie znają i nie rozumieją. I siedzą wciąż w tej samej, ciasnej wiosce, bojąc się ruszyć dalej, bo przecież może kiedyś z Ziemi przybędzie ratunek i co, jeśli ich nie odnajdzie?

Jest w tym świecie pewna beznadziejność, rodzi się religia, będąca w zasadzie czymś w rodzaju kultu cargo, a jedyną osobą, która uważa, że trzeba zacząć eksplorować planetę, żeby się na niej wreszcie urządzić, zamiast tylko czekać na Ziemian, jest główny bohater - John.

Nie chcę zdradzać niczego więcej, żeby nie zepsuć zabawy, ale to jest książka, którą się czyta bez odrywania wzroku od tekstu, wciągająca szalenie, niezwykła i choć widzę, że autor idzie dość prostą drogą, pokazując rozwój społeczeństwa "od zera" i spłyca te procesy, sprowadzając je do "kroków milowych", będących np. udomowieniem pierwszego zwierzaka, i tym podobnych spraw, to i tak świat Becketta jest niezwykle ciekawy i przyjemnie się odkrywa zwierzęta przystosowane do życia w tej ciemności i na gorących drzewach, czy rozmaitość innych form życia, które stają się pożywieniem pasożytniczych przybyszów z Ziemi.

Książka jest pierwszym tomem trzyczęściowego cyklu. Dwa tomy ukazały się już po polsku, trzeci możecie ściągnąć po angielsku z Amazona, jeśli jesteście w stanie czytać w obcym języku. Ja dopiero za trzeci tom się zabieram, drugi dzieje się kolejne setki lat po pierwszym, ale nic Wam o nim nie napiszę, bo jeśli dorwiecie pierwszą część, to na pewno i druga Wam nie umknie, więc nie chcę psuć zabawy. :)

Świetna, świetna książka na wakacje. Lekka, ale nie za lekka. Dobrze napisana, wspaniale przetłumaczona i solidnie wydana. Miłe zaskoczenie ostatnich tygodni. Polecam serdecznie.
Teraz komiks! - wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie

Teraz komiks! - wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie

Zwykle relacje z wystaw i podróży wrzucam na Rudą, ale tym razem temat jest bardziej regałowy, więc będzie tutaj. :)



Wybieraliśmy się na wystawę o polskim komiksie od miesiąca, ale zima nie była łaskawa i niemal każdy weekend był naznaczony czyimś chorowaniem, albo innymi zawirowaniami. Dzisiaj jednak się udało. Był piękny, słoneczny poranek, prawie wiosna, a w muzeum dość pustawo (pewnie z powodu niedzieli palmowej).



"Teraz komiks!" to wystawa niebyt duża, nam zajęła może z pół godziny, a my jesteśmy dość dokładnymi "oglądaczami". Do tego wystawa jest śliczniutka i kolorowa, ułożona mniej więcej chronologicznie i nie omija komiksów najnowszych (jest np. "Kościsko").



Najciekawsze były dla mnie komiksy najstarsze. Myszka Miki wydana po polsku w styczniu 1939 roku (tak, tam powyżej, na zdjęciu po prawej), w kolorze, musiała być niezwykłym rarytasem. I smutnym przypomnieniem, że przed wojną życie toczyło się w Polsce w miarę normalnie.



Powojenne komiksy dla dzieci, opowiadające o partyzantach, mroziły krew w żyłach, a dobrze znane serie komiksowe z mojego dzieciństwa (Kajko i Kokosz, Tytus, Jonka, Jonek i Kleks, komiksy Baranowskiego), były przemiłą podróżą w czasie.



Z jakiegoś powodu zabrakło jednak paru rzeczy, których nieobecność raziła po oczach.
Choć wystawa zdawała się być bardzo kompleksowa, to nie było nawet śladu po Thorgalu (!!!), który przecież odniósł sukces nie tylko w Polsce (o niewielu polskich komiksach można to powiedzieć). Czyżby autorzy wystawy mieli pretensję do Rosińskiego, że w latach 70. wyjechał do Belgii i już nie wrócił na ojczyzny łono? Emigranci są za mało polscy?

W dziale najnowszym za to ani śladu po Samojliku, co wydaje się niemalże obraźliwe. I znowu - czyżby jego zaangażowanie w obronę Puszczy Białowieskiej nie pozostało bez wpływu na jego nieobecność pomiędzy "Łaumą" a "Marzi"? Chciałabym wierzyć, że powód był inny, ale obawiam się, że mogę się nie mylić.


Ogólnie jednak rzecz ujmując - wystawa jest atrakcyjna, kolorowa, można spokojnie pójść na nią z dziećmi.

Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne - korytarze między eksponatami są niezbyt szerokie, a prowadzona była w trakcie naszego zwiedzania lekcja muzealna dla grupy dzieciaków. Na pewno była fajna, a dzieci były zadowolone (i w ogóle - bardzo popieram koncepcję), jednakowoż cała grupa zatrzymywała się co jakiś czas, rozsiadała na podłodze w wąskim korytarzu i coś rysowała, skutecznie uniemożliwiając dojście do eksponatów, przy których akurat się znajdowała. Nie było wyjścia, trzeba było (czasem dość długo) czekać, aż pójdą dalej, żeby nie deptać po dzieciach. Trochę się zastanawiam, czy nie lepiej organizować takie zajęcia np. na godzinę przed otwarciem muzeum, żeby nie stwarzać problemów innym zwiedzającym?




I to by było na tyle. Jeśli będziecie w okolicy, wejść na pewno nie zaszkodzi. :)
I szkoda, że filcowych postaci z komiksów Kaerela nie da się kupić w muzealnym sklepiku. :)
Copyright © 2014 Na regale , Blogger